Gorzka prawda wzywa do otrzeźwienia

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
10 lutego 1991

GORZKA PRAWDA WZYWA DO OTRZEŹWIENIA

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Rozpoczniemy Wielki Post. W Środę Popielcową Kościół wezwie nas do radykalnego nawrócenia się do Boga i do pokuty. Obrzęd posypania głów popiołem przypomni, że jesteśmy prochem i sami z siebie niczego uczynić nie możemy bez pomocy Boga. Nawrócenie i pokuta są konieczne do zbawienia. Usłyszmy wołanie Jana Chrzciciela: "Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie" (Mt 3, 2). Przejmijmy się napomnieniem naszego Zbawiciela: "Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie" (Łk 13, 5)!
Prośmy Pana Boga o Jego łaskę, by wzmocniła naszą słabą wolę, ułatwiła samozaparcie, wyrzeczenie, umartwienie, wytrzeźwienie, żeby ślepe i egoistyczne żądze nie miały nad nami władzy. Pomocą w ich opanowaniu służą praktyki postne. Post, czyli rozsądne umiarkowanie w jedzeniu i piciu, trzeźwość są konieczne tak z prawa naturalnego jak Bożego, ale Kościół ma prawo dostosowywać je do warunków naszego życia, tak żeby zadawały naszej grzesznej woli pewien gwałt, a zmysłom ból.
Nie bójmy się jednej z praktyk postnych, która polega na powstrzymaniu się od picia napojów alkoholowych. Jakże by ta praktyka ucieszyła Serce Boga, odrodziła moralnie społeczeństwa i narody i wprowadziła trochę światła do tylu nieszczęśliwych domów.
W dzisiejszej pogadance poruszę bolesny problem alkoholizmu. Korzystam z materiału Andrzeja Kijowskiego, krytyka literackiego i publicysty, który w roku 1985 wygłosił rozważanie na ten temat w kościele Zbawiciela w Warszawie. Tytuł pogadanki:

GORZKA PRAWDA WZYWA DO OTRZEŹWIENIA

Dar Boży
Alkohol nie jest trucizną. Przyspiesza obieg krwi, pobudza pracę mózgu, ożywia wyobraźnię, dodaje fantazji i odwagi, otwiera usta nieśmiałym, wydobywa na jaw skryte uczucia, zmiękcza serca zwaśnionym. Nie na próżno mówiono: "in vino veritas", "ile wina w głowie, tyle prawdy w słowie", a wódkę nazywano: "aqua vitae" - "wodą życia" — czy po prostu "spirytusem" - "duchem". Towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów, a jego produkcja — pracowita uprawa winorośli, ochrona latami dojrzewających win, cierpliwa destylacja koniaków i wódek —jest wielowiekową kulturą, którą chlubi się, i na której bogaci się wiele krajów.
Z ewangelicznego opisu ludowego wesela dotarł do nas nieśmiały szept Maryi: "Nie mają już wina" (J 2, 3) i radosny gwar gości, którzy w stągwiach napełnionych wodą odkryli wyborne wino — dar Boga, który zaszedł do nich w gościnę.
Dar, który ludzkość od zarania dziejów zwracała Bogu, wylewając na ołtarze, a który Chrystus podniósł do najwyższej godności, gdy go przyjął za postać swej Krwi ofiarnej: wino — jakby życie w czystej symbolicznej postaci, jak krew pobudzająca prace serca i mózgu. Więc w każdej Mszy Świętej mówimy z kapłanem: "Błogosławiony jesteś Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy wino, owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich, który Tobie ofiarujemy, aby stał się dla nas napojem duchowym".
Święty dar, bogactwo ludzkości, jej radość i lęk. A my dzisiaj gromadzimy się w kościołach i wyrzekamy się go jak plagi i zła, leczymy się z niego jak z choroby, wyzwalamy się od niego jak z niewoli.
Co się stało? Czy coś się zmieniło w jego składzie i istocie? Nie! Nieszczęście właśnie polega na tym, że kiedy ludzie na całym świecie cieszą się winem czy koniakiem, szkocką whisky na równo zjedzeniem, tańcem czy rozmową — bo do ożywienia ich służą — że kiedy nawet polska wódka, w pięknych srebrnych butelkach, eksportowana zjawia się na stołach i w barach obok najwykwintniejszych napojów, a jej kosztowny łyk sprawia przyjemność Francuzowi czy Amerykaninowi, my, Polacy — wszyscy Polacy: pijący i nie pijący, amatorzy alkoholu i abstynenci -stajemy wobec narodowego zagrożenia, które jak diabeł z ballady Mickiewicza "skryło się w wódce na dnie".

Rozpijanie narodu
Co to za diabeł?
Skąd ten chorobliwy pociąg Polaków do alkoholu? Pijaństwo pojawiło się w obyczaju narodu polskiego u schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiej, za czasów saskich w XVIII wieku. Nie było ono wyrazem zamożności szlachty ani jej poczucia siły. Przeciwnie szlachta coraz więcej ubożała i traciła na politycznym znaczeniu. To nie średni szlachcic pił i rozpijał swoich gości, nie obywatel i gospodarz, na którego pracowitości i rozumie stała Polska. Zło przyszło skądinąd, z magnackich domów. Możnowładcy popchnęli szlachecką biedotę do nadużycia napojów alkoholowych, aby zdobyć jej głosy podczas wyborów i jej szable w rozprawie z rywalami, gdy trzeba było dokonać zemsty, rozstrzygnąć spór czy uprowadzić dziewczynę. To wielki pan, którego urząd Rzeczypospolitej lub krzesło w senacie zależało od szlacheckich szabel i gardeł, "szlachtę drobną, bydło pędzone do głosowania spajał winem z gorzałką mieszanym i piwem" - pisze historyk polskiej kultury Aleksander Bruckner ( + 1939). "Nie sposób było uniknąć pijaństwa. Gospodarz co nie rozpił swych gości zażywał złej sławy. Do promocji (zdobycia sukcesu, podniesienia do wyższej god¬ności) należało umieć dobrze pić, a wytrzeźwiano się po to, aby znów się upić" (tenże). "Gospodarz tym się najbardziej cieszył — pisze współczesny pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz — kiedy słyszał nazajutrz od służących, jako żaden z gości trzeźwo nie odszedł . . . Gdy się popili, spali tam zaraz, gdzie który padł, przy stole, pod stołem, pod płotem, na środku ulicy, w rynsztoku i błocie. Po wyspaniu ujrzał się jaki taki bez czapki, pasa, szabli, a czasem do koszuli obrany od jakiego łotra albo i kolegi trzeźwiejszego".

Diabeł łatwej władzy
Z tych to smutnych czasów pochodzi przysłowie: "Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa!"
Pijaństwo stało się tedy formą życia politycznego, więcej — politycznym systemem. Ten diabeł w wódce na dnie był przede wszystkim wrogiem prawa i demokracji. W wódce i winie, w tych mętach, które upijano, utopiono Rzeczypospolitą od wieków znaną z rycerskiej równości, religijnej tolerancji i ducha braterstwa wśród zjednoczonych narodów: Polski, Litwy i Rusi. Utopiono szacunek i cześć dla jej ustaw oraz tę zasadę, że jej dobro jest prawem najwyższym; utopiono też misję szerzenia unii Kościoła rzymskokatolickiego z prawosławiem w głębi Rosji rządzonej despotyzmem i podbojami.
Diabeł łatwej władzy zalał Rzeczypospolitą winem i gorzałką, a zamieniwszy brać szlachecką w bydło do głosowania, jej całość i niepodległość poświęcił dla interesów możnowładczej kasty. Odtąd w smakach wina i wódek nie było już radości, lecz ponure wspomnienie hańby, a dla wszystkich wrogów, którzy chcieli nad narodem panować, rozpijanie Polaków było środkiem najtańszym i najskuteczniejszym. Dlatego za naszych czasów Hitler nakazał swym satrapom rozpić Polaków do tego stopnia, żeby na dziesięciu, siedmiu uczynić niezdolnych do myślenia i walki. Tych z czasem zamierzał wytracić w komorach gazowych, zaś pozostałym, po trzech z każdej dziesiątki, użyć jako parobków w służbie narodu panów. Potem przez czterdzieści pięć lat komuniści rozpijali Polaków, żeby przestali być sobą i żeby można było nimi łatwiej rządzić. W czasie ich rządów spożycie napojów alkoholowych wzrosło o 65%.

Diabeł łatwego zysku
Inny zły duch czający się na dnie butelki to diabeł łatwego zysku. Gdy z dworków szlacheckich synowie i wnukowie sejmikowych krzykaczy i rębajłów poszli do powstań, na emigrację lub zsyłkę na Sybir, jakby w ekspiacji za winy ojców i dziadów, ich rodowe majątki dostały się w obce ręce drogą konfiskat lub wykupów. W zabranych włościach wróg niepomiernie pomnażał swe zyski, zakładając na nich przemysł gorzelniany oparty na tanim surowcu, jakim był kartofel, na taniej sile roboczej, jaką był chłop. Właściciele ziemscy posiadali przywilej do wyłącznej sprzedaży i produkcji gorzałki na obszarze swych dóbr. Chłop musiał wypić to, co sam wyprodukował. Wciskano mu tę wódkę pod przymusem przy zakupie chleba, soli czy świec w karczmie, która była zarazem jedynym sklepem jedynym źródłem kredytu.
Proces rozpijania narodu przeniósł się z pałacu magnackiego do wiejskiej karczmy, z masy drobnoszlacheckiej, która stanowiła 10% społeczeństwa, na masę chłopską, która stanowiła jego absolutną większość. Kiedy chłopi z przeludnionych wsi ruszyli na zarobek do miast i do rozrastających się szybko osad fabrycznych, poszła za nimi wódka. Instytucja karczmy wiejskiej odrodziła się pod postacią miejskiego szynku — podrzędnej restauracji, baru, knajpy. Pisał o tym Bolesław Prus: "Jest tu szynk, w którym o każdej godzinie dnia spotkasz kilku nędzarzy, odurzających lichą wódką głód albo zgryzotę". W butelce tej chłopskiej czy robotniczej wódki skrył się ten sam diabeł, który siedział na dnie szlacheckiego kielicha, diabeł chciwy łatwego zysku i łatwej władzy, wróg narodowej czy klasowej solidarności, wierny sługa wszystkich policji, sojusznik wyzysku, lichwy i deprawacji.

Diabeł niewolnictwa
Tak to Polak stał się niewolnikiem wódki. Jego wróg wewnętrzny czy zewnętrzny dbał tylko o to, żeby monopol alkoholowy nie wymknął mu się z rak, żeby przezeń mógł kontrolować życie polityczne i społeczne, a w czasach komunistycznych również życie administracyjne i gospodarcze. Tak jak dziedzic kiedyś kontrolował życie swej wioski, tak komuniści kontrolowali życie Polaków skupiając w swoich rękach wszystkie inne monopole — informacji, wychowania i propagandy. Ci, którzy obiecali wyprowadzić chłopa i robotnika z nędzy, ulegli, jak przedtem inni, łatwej pokusie władzy i łatwego zarobku. Alkohol był jedynym artykułem, którego w ciągu 45 lat ich rządów nigdy nie zabrakło. Jego produkcja osiągnęła astronomiczne cyfry, a w jego konsumpcji Polacy zdobyli wątpliwy rekord światowy: 10 litrów czystego spirytusu na głowę każdego mieszkańca, czyli nawet na dzieci.
Skutki społeczne pijaństwa znamy wszyscy. Na 39 milionów ludności w Polsce ponad pięć milionów ludzi, przeważnie młodych mężczyzn praktycznie w ciągu roku nie trzeźwieje. Jeden milion całkowicie uzależnionych nosi w sobie nieuleczalną chorobę alkoholizmu, a cztery miliony nadmiernie pijących jest 240 dni w ciągu roku pijanych. Za każdym nałogowym pijakiem stoi kilka najbliższych osób, które wspólnie przeżywają dramat ojca, męża, brata lub syna. Blisko 20 milionów ich żyje w orbicie tak zwanej subkultury pijackiej.
Skutki alkoholizmu widzimy nie tylko w Polsce, lecz także w Polonii, zwłaszcza chicagowskiej, nowojorskiej i torontońskiej. Uzależnienie od wódki jest straszną niewolą. To trzeci diabeł skryty w wódce na dnie — diabeł niewolnictwa, który ofiarom swego kuszenia wmawia, że są wolne i szczęśliwe.
To nie przypadkowo hitlerowcy nagradzali Polaków wódką za oddawane kontyngenty zboża i bydła. To nie przypadkowo bezpieka upijała zomowców przed atakiem z pałami na ludność cywilną. To nie przypadkowo sprzedaje się wódkę nawet na kredyt. Jedni wciskają Polakom wódkę do ręki z żądzy władzy, inni z żądzy zysku, kumple z głupoty. Wszyscy są sługusami szatana, który pragnie, żeby zainteresowania Polaków ograniczały się do nędznej miski strawy, żeby zapomnieli o Bogu i Ojczyźnie, o miłości bliźniego i o trosce o dom, a stali się tylko bezduszną, bezrozumną masą.
Przy pomocy łaski Bożej w Wielkim Poście rozpocznijmy pokutę i otrzeźwienie, aby alkohol i wino nie były truciznami, ale darami Bożymi.