CHORZY NA AIDS - TRĘDOWACI XX WIEKU

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

1-szy lipiec, 1990

CHORZY NA AIDS - TRĘDOWACI XX WIEKU

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Podczas audiencji papieskich najbardziej wzruszającymi scenami są te, w których Ojciec Święty spotyka się z dziećmi. Zdjęcia tych scen ewangelicznych obiegają swiat, świadczą wymowniej niż słowa o wartości dziecka i rodziny.
W roku 1987 kiedy Ojciec Święty odwiedzał Stany Zjednoczone, telewizja w San Francisco ukazała spotkanie z Papieżem czteroletniego chłopca Brendona zakażonego choroba AIDS na skutek transfuzji krwi. Chłopiec z ufnością rzucił się w jego ramiona, a Papież przytulił go do siebie, ucałował z miłością i pobłogosławił. Rok później Brendon przyjal w Lourdes Pierwsza Komunię świętą z rąk Ojca Świętego i z rodzicami udat się do Rzymu, aby pokazać Papieżowi, że urósł i dzielnie znosi chorobę.
Przykład Ojca Świętego przypomina nam chrześcijańska miłość, jaka winniśmy darzyć chorych na tę straszną, nieuleczalna chorobę. Weneryczna choroba AIDS, jeszcze dziesięć lat temu nikomu nieznana, rozprzestrzenia się błyskawicznie, podobnie jak ongiś dżuma, cholera, gruźlica czy ospa. Zagraża nawet niewinnym dzieciom, skoro zaraził się nią malutki Brendan przez transfuzję krwi. Dziś określę postawę, jaka powinniśmy zająć wobec tej nowej plagi i ofiar tej groźnej choroby. Pogadankę tytułuję:

CHORZY NA AIDS - TRĘDOWACI XX WIEKU

Ukryty zabójca

Człowieka chorego na AłDS można by przyrównać do rozbrojonego rycerza postawionego w wir walki. Bez pancerza, przyłbicy, mosiężnych naramienników i nagolenników jest on wystawiony na ciosy nieprzyjaciół i musi zginąć. Choroba AIDS niszczy naturalną odporność człowieka na wszelkie zarazki i sprawia, że byle choroba, czasem nawet dwie lub trzy. rzucają się nań, powodując śmierć. Wirus HIV niszczy odporność organizmu, zakaża krew, a ściśle mówiąc, limfocyty, czyli białe krwinki stojące na straży zdrowiu i życia ludzkiego.
AIDS jest chorobą przewlekłą. Może się w człowieku zataić na parę dobrych lat nie dając o sobie znaku życia. Lekarze mogą rozpoznać, kto jesi nią zakażony,
ale ludzie ze strachu przed różnymi konsekwencjami nie chcą się poddać badaniom. Może najtragiczniejszą stroną tej choroby jest to, że chory, w którym wirus jest uśpiony, może zarażać innych, głównie przez stosunki płciowe. Najbardziej są narażeni homoseksualiści i narkomani. Biada jednak, gdy wirus przerwie swą drzemkę i przejdzie do ataku. Wtedy dni człowieka są policzone. W Stanach Zjednoczonych jest podobno 5 milionów ludzi zakażonych wirusem AIDS.
W obecnym stadium rozwoju medycyny nie ma na AIDS szczepionki, która by epidemie, leczyła lub ją zahamowała. "Ukryty zabójca", podobnie jak wirus grypy, wykazuje niezwykłą zmienność. Wciąż powstają nowe jego odmiany, tak że nawet w razie odkrycia uniwersalnej szczepionki, nie będzie ona w stanie leczyć wszystkich odmian. Leczenie — choć na ogół nieskuteczne — jest bardzo drogie, kosztuje średnio 200 tysięcy dolarów na osobę. Choroba AIDS zajęła miejsce obok choroby raka i zawału serca. Obecnie wydaje się na nią ponad miliard dolarów rocznie.
Najpewniejszym zabezpieczeniem przed tą groźną chorobą jest powrót do moralności chrześcijańskiej w dziedzinie seksualnej, prowadzenie niewinnego, czystego życia i zachowanie wierności małżeńskiej.

O. Damian, opiekun trędowatych

Nieunikniona śmierć, jaką zazwyczaj niesie ze sobą AIDS, nagłe jej pojawienie się i szybkie szerzenie się spowodowały trwogę, a nawet panikę wśród milionów ludzi. Powtarzają się w gazetach i telewizji określenia w rodzaju "dżuma XX wieku" albo "trąd XX wieku" i podsycają nastrój grozy. Nic zatem dziwnego, że wobec chorych na AIDS zajęto postawę obronną, a nawet wrogą, nieludzką. Rodzą się obawy, czy wirusem AIDS można się zarazić przez pocałunek, dotyk, kąpiel w basenie, przy normalnych kontaktach domowych z chorymi, przez używanie tych samych naczyń, w czasie pielęgnacji chorych, a nawet z powietrza, gdy chory kaszle, kicha . . . Poczęto chorych brutalnie izolować. Postępowanie przypomina dantejskie sceny z trędowatymi. Nie odległe to czasy, bo nieco ponad sto lat temu, w roku 1873 wyodrębniono jedną wyspę Molokai w archipelagu Wysp Hawajskich i wysyłano tam trędowatych. Na pierwszych wygnańców policjanci urządzili prawdziwe polowania. Oddzielali brutalnie chorych od rodziny. Rząd zapewniał im raz na rok parę drelichowych spodni lub bawełnianą koszulę dla kobiet oraz minimalne racje żywnościowe. Chorzy wegetowali w straszliwych warunkach, w monotonii codziennego dnia, wśród cierpień duchowych z powodu braku opieki duszpsterskiej.
Ale na tę wyspę łez i śmierci przypłynął w tym samym roku 10 maja Ojciec Damian de Yeuster, flamandzki misjonarz ze Zgromadzenia Księży Najświętszych Serc Jezusa i Maryi. Spędził tu 16 lat i przemienił "wyspę śmierci" w "wyspę nadziei". Odwiedzał osobiście każdego z siedmiuset chorych. Nie wyjmował fajki z ust, gdyż inaczej nie wytrzymałby odurzającego odoru wydzielającego się z gnijących ciał chorych, odoru, który przyprawiał go o nieustające mdłości.

Nie było wówczas lekarstw na trąd i prawie co dzień umierał jeden z wygnańców, więc Ojciec Damian starał się leczyć ich dusze. "Ze łzami sieję dobre ziarno pomiędzy moich biednych chorych" — pisał w liście do swojego przełożonego w grudniu w tym samym roku. "Od rana do wieczora zwalczać muszę nędzę duchową i fizyczną, która ściska serce. A przecież staram się być wesoły, aby podnieść nastrój duchowy moich pacjentów. Mówię im o śmierci jako o końcu ich cierpień, jeżeli się na serio nawrócą. Jedni widzą z rezygnacją tę nadchodzącą ostatnią godzinę, inni z radością. Tak patrzyłem w ciągu tego roku na śmierć ponad setki chorych, którzy odchodzili w dobrym usposobieniu".
W tym piekle trędowatych Ojciec Damian powoli starał się wprowadzić ład. Zbudował sierociniec, domy mieszkalne, plebanię, założył nawet chór kościelny. Dla zdrowych zorganizował pracę. Z czasem Molokai upodobniła się do hawajskich wsi. W roku 1884 Ojciec Damian, co było do przewidzenia, sam padł ofiarą trądu. Przez długi czas, dopóki tylko siły mu pozwalały, pracował ze wzmożoną energią. Jednakże choroba czyniła zastraszające postępy. Dnia 15 kwietnia 1889 roku Ojciec Damian umarł ku rozpaczy trędowatych.
W 1936 roku Belgowie przewieźli szczątki misjonarza, wówczas sławnego już w świecie, do Leuven, a cały kraj uznał go za bohatera narodowego.
W roku 1967 tysiące trędowatych z wszystkich kontynentów skierowało do papieża Pawła VI prośbę o beatyfikację Ojca Damiana. List poparło 302 biskupów, mających trędowatych na terenie swoich diecezji. W 1984 roku Matka Teresa z Kalkuty napisała do Jana Pawła II: "Żeby być zdolnym do takiego samego gestu miłości wobec chorych, trzeba nam świętego, który by nas prowadził i chronił. Ojciec Damian mógłby nim być''.

Trzeba nam świętego

Przeszło 700 lat temu święty Franciszek z Asyżu przypomniał światu, że pod zgnilizną trądu bije ludzkie serce, a człowiek, który wydaje się być chodzącym trupem, jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Święty Franciszek z początku odwrócił się z obrzydzeniem na widok trędowatego, lecz gdy go minął, poczuł wyrzuty sumienia. Wrócił i pocałował go, i przeprosił za brak miłości.
Trzeba nam świętych, którzy by wobec nowej epidemii AIDS wskazywali przerażonym ludziom chrześcijańską postawę. Mimo ogromnego postępu cywilizacji, medycyny i oświaty sanitarnej postawy nasze wobec nieszczęśliwych niewiele się zmieniły. Wykazują to dramatyczne wstrząsy wielkich miast z chorymi na AIDS. Źle były potraktowane nawet niewinne dzieci, które płacą najwyższą cenę, nabywając chorobę przy porodzie, przez zmieszanie krwi dziecka z krwią matki, lub w czasie karmienia piersią. Rozbudzona przez strach nietolerancja doprowadza nieraz do wyrzucania chorych z miejsc publicznych, zakładów pracy, ze szkół, z trybun Kongresu. Najbardziej pokrzywdzone są dzieci pozostawione w domach, pozbawione towarzystwa rówieśników, skazane na samotność. Od chorych odwraca się rodzina. Zdarzały się przypadki, kiedy sąsiedzi palili rzeczy chorych i nie wpuszczali ich do własnego mieszkania. Nie ma kto opiekować się nimi i pielęgnować w godzinach nadchodzącej śmierci.

Powrót do etyki chrześcijańskiej

A przecież epidemia AIDS ma zupełnie inny charakter niż dawne epidemie. Nie można jej nazwać dżumą XX wieku. Przed tą chorobą można się ustrzec przez powrót do moralności chrześcijańskiej w dziedzinie życia seksualnego. Na dżumę czy ospę zapadał praktycznie każdy, kto zetknął się z chorującymi lub przebywał w tej samej "zadżumionej" okolicy. Choroba AIDS jest chorobą weneryczną i zagraża przede wszystkim homoseksualistom i narkomanom. Świętych Pan Bóg daje każdemu pokoleniu. Oni rechrystianizują dzisiejszy świat. Głoszą nam potrzebę powrotu do Chrystusa i Bożych przykazań. Czas jest najwyższy, byśmy przejęli się gorącym wezwaniem Chrystusa: "Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą" (MT 5, 8). Skuteczną tamą na szerzącą się epidemie będzie umiłowanie Chrystusowej cnoty czystości właściwej dla każdego stanu.
Większość zachorowań na AIDS ma miejsce w wielkich miastach, takich jak: Nowy Jork, San Francisco, Paryż, Hamburg, Londyn, Rzym, Zurich. Niemal nie chorują ludzie żyjący stale na wsi.
Epidemia AIDS przyhamowała rewolucje seksualna, stała się okazją do rachunku sumienia dla tych, którzy łamali przykazania Boże, ulegali zmysłowym zachciankom, zwłaszcza zwyrodniałym, perwersyjnym. Zakażenie bowiem następuje najczęściej przez kontakt seksualny, przez transfuzję, czyli przetaczanie krwi, przez ukłucie igłą, głównie w praktykach narkomanów.
Epidemia AIDS przestanie być koszmarem naszego wieku, jeśli ludzie powrócą do moralności katolickiej i zachowają ślubowaną wierność małżeńską i czystość przedmałżeńską, odwrócą się od grzechów zwyrodniałych. Są to środki dostępne i najskuteczniejsze, i godne człowieka, stworzenia i dziecka Bożego. Rewolucja seksualna wynaturzyła obyczaje XX wieku, nawet sens samej płciowości i zwielokrotniła ryzyko epidemii, obniżyła godność ludzką i sprofanowała prawdziwą miłość. Sami ludzie, którzy padli ofiarą strasznej choroby AIDS, jak wspomniany na wstępie niewinny chłopczyk Brendon O'Rourke, jak również ci, którzy się jej nabawili przez życie niemoralne, są godni chrześcijańskiej litości i pomocy. Czy choroba jest zawiniona czy nie, wobec chorych zajmijmy postawę chrześcijańską, według wezwania pisarza Stefana Garczyńskiego: "Jestem tyle wart, ile warta jest ulga, którą potrafię nieść i radość, którą potrafię sprawić" tym nieszczęśliwym.

Wszystkie narody potrzebują moralnego odrodzenia i powrotu do przykazań Bożych. Ostatnie wydarzenia w Europie Wschodniej, w Rosji i Chinach aż nazbyt jasno przypomniały, że bez Boga nie można uporządkować życia ludzkiego i życia narodów. Chrystus nie opuścił ludzkości zagrożonej plagą AIDS. Otwórzmy Mu drzwi swego serca, aby Jego łaska odkupienia powstrzymała zepsucie moralne, uleczyła świat i była pewną nadzieją ratunku. Mamy wiele pobudek do odrodzenia moralnego i duchowego, zbliżamy się przecież tak szybko do Dwutysięcznej Rocznicy Narodzin Zbawiciela.