WIELKI ŚWIĘTY JAN CHRZCICIEL

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWFJ O. JUSTYNA

10-ty grudzień, 1989

WIELKI ŚWIĘTY JAN CHRZCICIEL

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

"Big Bad John — Duży, niedobry Jaś'!" — Tak się zaczyna ballada o cowboy'u, która swego czasu była ulubionym przebojem amerykańskim. Jaś był tułaczem. Nikt nic o nim nie wiedział skąd przyszedł i jaką miał przeszłość. Krążyły tylko mgliste pogłoski, że ponoć pobił się w Nowym Orleanie, w stanie Luizjany, o serce tamtejszej królowej piękności. Podobno jednym uderzeniem pięści wyprawił rywala na tamten świat. Tyle tylko o nim wiedziano. Co zaś rzucało się w oczy, to jego olbrzymi wzrost, szerokie jak u tura bary, małomówność i dziecięca nieśmiałość.
Ballada, przez którą przewija się refren "Big Bad John" — "Duży, niedobry Jaś", głosi, że pewnego dnia w starej kopalni węgla, gdzie Jaś najął się do pracy, zatrzeszczały belki podtrzymujące strop. Posypał się gęsty kurz i dym. Górnicy wiedzieli co to znaczy. Pewnie przyjdzie im tu zginąć. Niektórzy płakali, inni modlili się, jeszcze inni wzywali o ratunek. Gdy trzask rozlegał się coraz groźniejszy, nagle pośród kłębów kurzu wyłoniła się postać Dużego Jasia. Podbiegł do trzeszczących belek i niby olbrzymi dąb podparł plecami walący się sufit. Szeroką jak łopata dłonią machnął na przerażonych górników, żeby się ratowali ucieczką. Ocaleli wszyscy, ale dopiero gdy byli na górze spostrzegli, że nie ma wśród nich Dużego Jasia. Niektórzy zabrali potrzebne przyrządy i ruszyli do szybu. Gdy zjeżdżali w dół dał się słyszeć gwałtowny wybuch, a parę sekund później z czeluści kopalni podniósł się gęsty dym i trujący gaz.
Od tego wypadku już więcej kopalni nie uruchomiono. Przy wejściu do niej wmurowano tablicę z napisem: "Na dnie kopalni spoczywa wielki człowiek: Duży, dobry Jaś".
Ballada ta odzwierciedla życie niejednego człowieka, któremu raz powinęła się noga, a niesława wlecze się za nim do końca życia. Ludzie pamiętają tylko popełnione zło, a nie dostrzegają przeobrażeń, jakie się nieraz w duszy człowieka dokonują, jak w duszy "Dużego, niedobrego Jasia".
Są jednak ludzie, nad którymi Bóg szczególnie czuwa, żeby im piekło ani na chwilę nie zagrażało. Do nich należy święty Jan Chrzciciel, główna postać Adwentu.
O nim Chrystus powiedział: "Miedzy narodzonymi z niewiast nie powstał większy
od Jana Chrzciciela" (Mt 11, 1). Opowieść o Nim w Ewangelii jest jak piękna ballada,
która się aż prosi o dorobienie do niej melodii.
U progu Adwentu przyjrzyjmy się bliżej tej pięknej postaci w pogadance pod tytułem:

WIELKI ŚWIĘTY JAN CHRZCICIEL

Nowy prorok po czterystu latach

Czterysta lat lud żydowski oczekiwał z utęsknieniem nowego proroka, wiedząc, że gdy się zjawi, poprzedzi już samego Mesjasza.
Gdy w końcu wybiła godzina, zaledwie garstka ludzi została wtajemniczona w przygotowania na wypełnienie się czasów i tęsknot ludzkości. Sceną, na której poczęły rozwijać się Boże plany, była maleńka, urocza wioszczyna Ain Karem, ukryta w górskiej kotlinie, wśród drzew migdałowych, oliwek i fig, w odległości około cztery mile od Świętego Miasta Jerozolimy. Wybrańcami Boga byli Elżbieta i kapłan Zachariasz, służący na zmianę w świątyni jerozolimskiej.
Elżbieta powiła syna, lecz to narodzenie odbyło się w tak niezwykłych i tajemniczych okolicznościach, że nikt by się nie ośmidił tłumaczyć ich w sposób zwyczajny. Oto posłaniec Boski, anioł Gabriel obwieścił Zachariaszowi jego narodzenie i imię: "Nadasz mu imię Jan", co znaczy "Bóg się zmiłował".
Zmiłowanie odnosiło się jednak nie tylko do dotychczas bezpłodnej Elżbiety, lecz do całej ludzkości. Zachariasz wyśpiewał potem tę dobroć Bożą w hymnie "Benedictus — Niech będzie uwielbiony Pan, Bóg Izraela, że nawiedził lud swój . . . i moc zbawczą nam wzbudził, ... jak zapowiedział to z dawien dawna przez usta swych świętych proroków: że nas wybawi od nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą; że miłosierdzie okaże ojcom naszym i wspomni na swoje święte Przymierze — na przysięgę, którą złożył ojcu naszemu, Abrahamowi" (Łk l, 68-73).
Zachariasz był w takim uniesieniu ducha, że improwizując, wplótł w swoją pieśń to, co wiedział o obietnicy Mesjasza z ksiąg świętych, i to, co słyszał od anioła: że syn jego, Jan, będzie wielki w oczach Boga; że już w łonie matki zostanie napełniony Duchem Świętym; że będzie prowadził życie umartwione; że wystąpi przed ludem w duchu i mocy proroka Eliasza, by przygotować Mesjaszowi lud doskonały. Zachariasz dobrze zdawał sobie sprawę z roli, jaką Jan odegra w planach Bożych, skoro śpiewał: "A ty, dziecię prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, bo pójdziesz przed Panem torując Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie, co się dokona przez odpuszczenie mu grzechów, dzięki litości serdecznej Boga naszego" (por. Łk l, 13-17; 76-78).
Lecz to, co Zachariasz wiedział o roli swego syna Jana, to były tylko ogólne zarysy, ramy jego życia i działalności. Jak teraz te ramy wypełni? Co ma robić, żeby spełniła się w nim wola Boża? Szczegóły najbliższych lat jego syna były dla Zachariasza tajemnicą. Liczył na Boga, który ma swoje obliczenia i metody, ale wiedział też, że Bóg liczy także na niego.

Na pustyni Judzkiej

Jako dobry ojciec, a zarazem człowiek wyróżniony, bo dopuszczony do tajemnic Bożych, Zachariasz przemyśliwał, gdzie by skierować syna i zapewnić mu jak najlepsze przygotowanie do spełnienia misji. Niektórzy bibliści skłaniają się do przyjęcia, że oddał Jana do pustelni Esseńczyków w Qumran, czyli jakby do klasztoru, który znajdował się na północno-zachodnim wybrzeżu Morza Martwego. Słynny biblista i pisarz polski, z pochodzenia Żyd, Roman Brandstaetter, w swej powieści pod tytułem "Jezus z Nazaretu" umieszcza Jana Chrzciciela w tymże klasztorze — pustelni. Esseńczycy żyli w stanie bezżennym, nie pili wina, nie strzygli włosów i nie posiadali własnego majątku. Troszczyli się jedynie o pogłębienie wiary przez umiłowanie Tory, czyli Prawa i wczytywanie się w księgi proroków.
W 1947 roku w okolicy Qumran, w grotach, odkryto liczne rękopisy hebrajskie, a nawet greckie, zawierające wszystkie księgi biblijne prócz księgi Estery. A w kilka lat później odkopano tam ruiny starej pustelni, która za życia świętego Jana i Pana Jezusa była ożywionym ośrodkiem działalności religijnej. Nie wydaje się jednak, by święty Jan przebywał w tej pustelni. Późniejsza działalność świętego Jana wskazuje, że nie odpowiadał mu tryb życia Esseńczyków, mimo, że tak wiele miał z nimi wspólnego. Prowadził na pewno bardziej surowe i samotne życie, na co wskazują słowa Ewangelii, że "rósł i umacniał się w duchu i przebywał na miej¬scach pustynnych, nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym" (Mk 1,6).

Jan toruje drogę Chrystusowi

Święty Jan obrał za miejsce swej działalności mieliznę w rzece Jordanu, niedaleko jej ujścia do Morza Martwego. Tędy bowiem ciągnęły karawany kupców, odbywały się przemarsze wojsk, tu zjeżdżali się zimą wczasowicze — możni tego świata, jak u nas na Florydzie; tu mieli łatwy dostęp kapłani z świątyni jerozolimskiej i mieszkańcy całej Palestyny. Do Qumran, czy do pustelni świętego Jana było stąd też niedaleko.
Treść nauk świętego Jana była zawarta w kilku zdaniach: "Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię" (Mk l, 15). Znakiem nawrócenia był chrzest z wody. Na razie z wody. Jan nawoływał: "Ja chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem" (Lk 3, 16). Jan Chrzciciel nazywał się heroldem Mesjasza, Jezusa, Jego głosem, gdy napominał: "Jam głos wołającego na pustyni: — przygotujcie drogę Panu, prostujcie Jemu ścieżki; każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi. I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże" (Łk 3, 4-6).
W tym wypadku powtarzał proroctwo Izajasza, który z górą 700 lat przed Janem zapowiadał nim przyjście Mesjasza. Analogia była dla słuchaczy przejrzysta. W starożytności drogi na Wschodzie były w opłakanym stanie. Przysłowie mówiło, że trzy nieszczęścia mogą spotkać człowieka: choroba, głód lub podróż. Toteż wybierającemu się w daleką drogę radzono, żeby "spłacił wszystkie długi, zabezpieczył byt domowników, rozdał podarki na pożegnanie, oddał na przechowanie kosztowności, zabrał na drogę sporo pieniędzy, a przede wszystkim, żeby uzbroił się w dobry humor".
Historyk żydowski Józef Flawiusz zanotował, że Salomon kazał wybrukować czarnym bazaltem drogi wiodące do Jerozolimy "zarówno dla dogodności wędrowców, jak i po to, by okazać wielkość swego bogactwa i władzy". W rzeczywistości królowie budowali drogi tylko dla własnego użytku, dlatego nazywano je "drogami królewskimi". Naprawiano je wtedy tylko, gdy król miał się wybrać w podróż. Heroldowie zjawiali się przed czasem i ogłaszali władzom miejskim i ludowi o przy¬jeździe króla i potrzebie naprawy dróg.

Wielkość św. Jana Chrzciciela

Św. Jan kazał wszystkim naprawić kretę ścieżki swego życia, wszystkie wyboje grzechowe i doliny zaniedbanych obowiązków. Prawda, którą głosił, działała na niejednych tak, jak światło na chore oczy. Dlatego bali się go mali i wielcy, uczeni w Zakonie i władcy, choć był tylko wynędzniałym oberwańcem z pustyni. Strojna Herodiada, druga i nieślubna żona Heroda, poprzysięgła mu zemstę, bo napominał męża, że nie wolno mu jej trzymać (por. Mt 14, 4).
Wielkość Jana polegała na Jego wierności Bogu. Do końca pozostał tylko Głosem Chrystusa — Króla królów. Nie ściągał uwagi słuchaczy na siebie, na swoją mądrość, s'więtość i na wielką rolę jaką go Bóg wyróżnił. Wiedział, że jest tylko Jego narzędziem.
Nadszedł czas, że miał zamilknąć. Okazji do tego dostarczyła Herodiada. Przez córkę Salome zażądała od męża ścięcia Jego głowy. Jan zniósł ten okrutny cios pogod¬nie, bez nienawiści. Wdzięczny był Bogu, że pozwolił mu być Poprzednikiem Chrystusa i Jego głosem. Zrozumiał, że musi zamilknąć, by oddać głos samemu Chrystusowi. Swą rolę głosu określił słowami: "Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba . . . Moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On — Chrystus wzrastał, a ja się umniejszał" (J 3, 27-30).
Tak kończy się ewangeliczna ballada o Wielkim Mężu Bożym, świętym Janie Chrzcicielu, pierwszoplanowej postaci Adwentu. Nie był on "trzciną kołyszącą się na wietrze", ani "człowiekiem w miękkie szaty ubranym". Nie żył w zbytkach. Urósł na największego spośród ludzi wtedy, gdy jako Herold, poprzednik Mesjasza, w imię prawdy Bożej, położył swą głowę pod topór kata.
Z przyjściem Mesjasza nastąpił przełom dziejów historii i serc ludzkich. I dziś obserwujemy dalszą'przemianę historii, której przewodzi zryw "Solidarności" opartej na Ewangelii. Przemiana historii rozpoczyna się od cudu przemiany serc. Zaś serca przemienia i odradza Chrystus. Od każdego z nas zależy, by adwentowa łaska Zbawiciela poruszyła i przemieniła nasze serca i przygotowała je na Boże Narodzenie.