NA DROGACH ZJEDNOCZENIA Z BOGIEM

Radiowe przemówienie wygłoszone przez
o. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ o. JUSTYNA
4-ty kwietnia 1976r.

NA DROGACH ZJEDNOCZENIA Z BOGIEM

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W roku 1972 w Stanach Zjednoczonych odbył się Międzynarodowy Kongres Teologów, ściśle mówiąc, towarzystw zajmujących się w sposób naukowy sprawami religii (International Gongress of Learned Societies in the Field of Religion). Specjalnie powołana Rada Badań Naukowych przygotowywała program przez cztery lata i zbierała materiał do Zjazdu.
Obrady Kongresu odbywały się "pod znakiem motyla". Dlaczego motyla? Jaki związek ma motyl z religią? Otóż wielobarwny motyl miał symbolizować różnorodność religii w świecie. Reprezentantów religii było aż trzy tysiące. Kongres był jednocześnie smutnym obrazem religijnego rozbicia, co odzwierciedlało się w braku wspólnych nabożeństw liturgicznych. Nie wygłoszono nawet inwokacji przed rozpoczęciem Kongresu, ani benedykcji na jego zakończenie. Każde wyznanie odprawiało własne nabożeństwa na osobności. Katolicy uczestniczyli każdego dnia we Mszy świętej.
Gdy się o tym pomyśli, uderza dziwny paradoks. Naukowcy zgromadzili się w celu przestudiowania spraw religii i religijności wiernych, czyli zajmowali się sprawami nawiązania łączności człowieka z Bogiem, i dążenia do zjednoczenia z Nim. Tymczasem nie było wspólnego nabożeństwa, czy choćby nawet jednej wspólnej modlitwy i Kongres prawie tracił charakter religijny.
Mimo to obrady Kongresu były owocne. Dla wielu ludzi było niespodzianką, że w dwudziestym wieku, w dobie niebywałego postępu nauki i techniki zebrało się aż tylu naukowców zainteresowanych zjawiskami religijności. Wielu na pewno dziwiło się, że religijność wśród ludzi jest ciągle bardzo żywotna. Zaś uczestnicy Kongresu patrzyli na te zjawiska i na wierzących jak lekarz, który bada stan zdrowia człowieka. Stwierdzali, że nauka ma wiele wspólnego z religią, że religię trzeba brać poważnie i rzeczowo.
W styczniu bieżącego roku poświęciłem pogadankę tematowi religii. Wyjaśniłem, że istotą religii jest wiecznie nie zaspokojone dążenie człowieka do ścisłego zjednoczenia się z Bogiem, takiego zjednoczenia, które by pozwoliło człowiekowi uzyskać siły wyższe, nadnaturalne, Boskie, a przez to wyzwolić się od wszelkiego zła, fizycznego i moralnego, jakie go tu na ziemi dręczy i gniecie, oraz uzyskać stan niezmąconego i niezniszczalnego szczęścia.
Dziś podam pewne praktyczne wskazówki, ażeby zachęcić Was do szukania Boga, do jednoczenia się z Nim i do odradzania swego ducha. Pogadankę tytułuję:

NA DROGACH ZJEDNOCZENIA Z BOGIEM

Człowiek z natury jest istotą religijną

Kto prawdziwie znalazł Boga, nigdy Go nie ma dość. Szuka Go z tym większą pasją. Bóg staje się dla niego dobrem ponad wszystko. Nawrócony oficer francuski Karol de Foucould, który spędził lata na Saharze jako pustelnik i apostoł plemienia Tauregów. zapisał w dzienniczku: "Z chwilą, gdy Boga odnalazłem, nie mogłem żyć inaczej, jak tylko całkowicie dla Niego". Poznanie Boga budzi pragnienie poznania Go jeszcze lepiej, budzi żarliwą tęstknotę za Nim. Każdy bowiem człowiek jest istotą religijną, to znaczy jest ukierunkowany ku Bogu, jak słonecznik do słońca, jak igła magnetyczna ku biegunowi.
Dowodem zmysłu religijnego jest choćby współczesna młodzież szukająca Jezusa "na własną rękę" poza instytucjonalnym Kościołem. Oczywiście wielu z nas jest tym zjawiskiem szukania Boga poza Kościołem zaszokowanych. Żal ich nam, bo są jak owce bez pasterza. Odrzucenie Objawienia Bożego, którego Kościół jest stróżem i nauczycielem, skazuje młodzież na zagubienie i tragedie. Jest to właściwie powrót do położenia pogan przed Objawieniem Chrystusa; jest to szukanie Mogą po omacku, w ciemnościach, z narażeniem na błądzenie, spaczenie obrazu Boga i nie dostrzeżenie planów Bożych względem człowieka. Przypomina się historia młodego Augustyna, późniejszego Biskupa Hippony i świętego, który szukał Boga we wszystkich filozofiach, we wszystkich sektach, zanim nie nawrócił się do Kościoła katolickiego.
Religijny zryw młodzieżowy zwany "Jesus Movement" - "Ruch, pęd do Jezusa", szybko osłabł i niemal zaginął właśnie ze względu na brak przewodników duchowych i środków zbawienia, które młodzież odrzuciła. Niemniej zjawisko dążenia do Boga świadczy wymownie, że człowiek bez Boga żyć nie może, jak dziecko bez ojca i matki, uczeń bez nauczyciela, robotnik bez pracodawcy, pasażer bez pilota. Jednym z przejawów owego pędu do Boga było olbrzymie powodzenie amerykańskiego "muzykalu". - Widowisko to przez parę lat biło rekordy i ściągało tysiące tysięcy ludzi, zwłaszcza młodzieży. Dlaczego? Czy tylko dla samej ciekawości? Skąd nagle ta ciekawość do rzeczy religijnych, wobec których starsze społeczeństwo na Zachodzie jest dość obojętne, które spycha religię na dalszy plan, lub na szary koniec, albo w ogóle nie chce o Bogu myśleć? Powodzenie widowiska nie da się inaczej wytłumaczyć jak w granicach psychologii dążeń ludzkich. Szukanie Boga w Chrystusie jest wyrazem podstawowych potrzeb religijnych, nie zaspakajanych przez współczesne społeczeństwo. Potrzeby te dochodzą wszędzie do głosu, również w komunistycznej Rosji, o czym zaświadcza Aleksander Sołżenicyn.
Pogląd, jakoby postęp ludzki miał stopniowo usunąć i wyeliminować Boga z spraw ziemskich na rzecz czystego ludzkiego humanizmu jest niedorzeczny. "Ruch Jezusa" był przede wszystkim instynktownym buntem przeciwko degradacji Ośmiu Błogosławieństw i przykazania miłości bliźniego. Jeśli jest młodzież, która zdeptane, zapomniane i wyszydzone wartości moralne na nowo odkrywa to dla świata jest nadzieja. Bóg zaś ze Swej strony nie opuści zaniedbanej religijnie przez rodziców młodzieży. Każdy z młodzieży może powiedzieć za natchnionym Psalmistą: "Chocby mnie opuscili ojciec mój i maka, to jednak Bóg mnie przygarnie" (27, 10).

A co powiemy o naszej religijności? O naszym osobistym stosunku do Boga? Czy jesteśmy z Nim zjednoczeni jak trzeba? w jakimkolwiek jesteśmy położeniu musimy ciągle na nowo rozpoczynać, ciągle na nowo Boga szukać, odkrywać Go w nowym układzie rzeczy i wydarzeń, gdyż świat się zmienia i my sami dojrzewamy i potrzebujemy coraz to lepszego poznania Boga, coraz większej Jego miłości. Wciąż szukać, wciąć oczekiwać, wciąż żywić nadzieję - oto życie, ludzki los. Los w pewnej mierze nieszczęsny, bo wciąż nie dopełniony. Ale i piękny. Wędrować, szukać, ryzykować.

Pierwszym warunkiem religii - uznanie Boga za najwyższe dobro

Bóg ciągle proponuje nam Siebie jak najwyższe dobro i szczęście. Ale nigdy się nam nie narzuca. Szanuje darowaną nam wolność, wolność, która znaczy, że musimy ciągle o sobie stanowić: ciągle na nowo decydować. Nikt za nas tych najważniejszych decyzji nie zrobi. Minęło wiele pokoleń, przez świat przeszło wielu świętych, którzy kochali Boga ponad wszystko i wskazali jaką drogą do Niego iść, a jednak każdy z nas na nowo stoi przed tym wyborem. Uznać Boga za najwyższe dobro, za źródło szczęścia, z góry postawić najwyższą stawkę na Boga, ryzykować wszystko co się ma i czym się jest - oto sprawa życia i śmierci każdego z nas. Takie warunki stawia Bóg tym, którzy Go szukają. W Swej ewangelicznej przypowieści Chrystus mówi o drogocennej perle, którą kupiec szukał niestrudzenie, a gdy ją znalazł, nie posiadając się z radości sprzedał wszystko co posiadał, aby ją nabyć.
Toteż szukając Boga powinniśmy się modlić: "Boże mój, spraw bym Ciebie poznał, poznał tak jak mogę najlepiej, abym Cię mógł więcej kochać, wierniej i lepiej Tobie służyć!" Gdy Karol de Foucauld błądził w ciemnościach niewiary prosił: "Boże, jeśli istniejesz, spraw, bym Cię poznał". Co za oszałamiająca przygoda, co za radość spotkać w życiu Boga, Stworzyciela nieba i wszechświata, nasze największe szczęście i najwyższe dobro. Stokrotka jest ucieleśnieniem Twojej myśli, orzeźwiająca pomarańcz jest znakiem Twojej pamięci o spragnionym człowieku, uroda młodej kobiety została przez Ciebie pomyślana. Każdy z nas jest wcieleniem Twojej odwiecznej myśli. Czułość matki jest odblaskiem Twojej dobroci i miłości. Siła z jaką mężczyzna zabiera się do realizowania swojego ideału jest również Twoją idea. Oto, co znaczy mieć najwyższe pojęcie o Bogu, cenić Go ponad wszystko, kochać z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił, i pielęgnować te myśli o Bogu, aby Go z oczu nie stracić, aby o Nim nie zapomnieć. Nigdy!

Drugi warunek religii - pokora

Drugim warunkiem religii, czyli nawiązania z Bogiem łączności - to pokora. Można być prostaczkiem albo uczonym. U Boga nie ma to najmniejszego znaczenia. Wszelka wiedza ludzka, choćby wszystkich filozofów i geniuszów razem wzięta jest słabym odblaskiem nieskończonej mądrości Boga. Toteż Bóg wymaga od wszystkich poszukiwaczy, by byli pokorni, to znaczy, by uznali niedostateczność i ograniczoność swojego rozumu. Wobec Boga trzeba stanąć jak dziecko: otwartym i ufnym. Kiedyś Chrystus, mając na myśli tych, którzy w Nim poznali objawionego Boga, modlił się: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom" (Mt 11, 25). Stać się pokornym, to nie znaczy być zacofanym, lub udawać głupiego, ukrywając wstydliwie i obłudnie swoją wiedzę i mądrość. To znaczy czuć się wobec Boga małym, takim jakim każdy człowiek jest w rzeczywistości. Być wobec Boga sobą.
Słynny biblista dominikański Ojciec Lagrange opowiadał raz jak jeden z największych współczesnych pisarzy francuskich, Piotr Loti, autor wielu książek o tysiącznych nakładach, gdy był u szczytu sławy, postanowił szukać Boga. Lec? zamiast szukać Go padając na kolana w swym pokoju, lub modląc się do Niegc w jakimś zacisznym kościółku, jak to zrobili tacy konwertyci jak Claudel, Ratisbonne, Karol de Foucauld, Piotr Loti szukał Boga na swój sposób. W sposób pompatyczny,szumny. Po prostu wyznaczył Bogu spotkanie. I to nie byle gdzie, nie jak każdy pokorny człowiek by to zrobił. Loti wezwał Boga na spotkanie na szczycie góry Synaj, tam gdzie trzy tysiące lat temu Mojżesz spotkał Boga. Ojciec Lagrange z lekko ironicznym uśmiechem powiedział: Oczywiście, "Bóg się nie stawił na to spotkanie". Nie na warunkach człowieka. I Piotr Loti nie znalazł Boga.
Piotr Loti nie umiał być pokornym, nie miał na tyle rozeznania, że jego pióro, choć między ludźmi sławne, w stosunku do Boga, który pisze różnymi sposobami w zachwycający sposób, jest niezgrabnym narzędziem. Ale i my jesteśmy nieraz tak zaślepieni i aroganccy jak ten pisarz. My też wyznaczamy Bogu spotkania, stawiamy Mu ultimatum w niemniej zuchwały sposób jak Loti. Chcemy, aby Bóg zjawił się na nasze zawołanie, by się nam ujawnił na nasz sposób, pod naszymi warunkami. Uważamy siebie za kogoś bardzo znacznego, niemal że równego Bogu. Najwięcej niewiary albo obojętności względem Boga wypływa stąd, że ludzie mają Boga prawie za nic, albo za kogoś, kto musi być na ich usługi, tak jakby Bóg nie miał nic innego do roboty jak tylko zabiegać o ich względy. A to jest pycha. Jesteśmy jak nadęty balon. Ukłucie szpilki wystarczy, by wykazać naszą nicość.

Związek z Bogiem daje człowiekowi nieograniczone horyzonty

Odkrycie Boga przy jednoczesnym poczuciu naszej małości wprowadza w zachwyt i radość. Odtąd człowiek żyje w klimacie ustawicznej nadzwyczajności. We wszystkim co widzi i czyni odczuwa obecność Bożego działania.
Istnieje pewna przeciwstawność między działalnością uczonego, który odrzuca Boga, a działalnością człowieka świętego. Cały wysiłek uczonego skierowany jest do tego, żeby pozbawić świat i życie charakteru cudowności. Zakłada bowiem, że człowiek jest samowystarczalny, zaś świat przedstawia mu się jako zespół przemiotów i zjawisk mniej lub więcej skomplikowanych i powiązanych prawami, które prędzej czy później odkryje. Świat jest dla niego tylko tym, co mu zmysły o nim mówią, wobec czego świat przyjmuje postać przypadkowo zorganizowanej masy i ślepych żywiołów, które trzymają człowieka w jakichś potężnych kleszczach i ostatecznie go zgniotą. Wtedy oczywiście życie jest absurdem.
W oczach człowieka wierzącego świat materialny przedstawia się zupełnie inaczej. Materia nie ogranicza zasięgu jego spojrzenia. Duch człowieka jest od świata niezależny, nie jest jego cząstką. Będąc wolnym może przekraczać ten świat, oderwać się od niego, wznieść się ponad materię, przestrzeń i czas. Może spojrzeć na świat pod Boskim kątem widzenia. W wtedy łatwo pojmuje, że świat materialny nie jest tylko przedmiotem badań, dociekań, ani kresem jego przeznaczeń, lecz również wyrazem rzeczy niewidzialnych, próbą, egzaminem, i wreszcie środkiem, za pomocą którego kształtuje siebie i rozwija. Człowiek, który znalazł Boga i ciągle Go lepiej poznaje zmusza świat do świadczenia na rzecz ducha. Człowiek wierzący bowiem odczuwa w świecie zawsze żywą obecność Boga. Każdym słowem, każdym gestem człowiek zakochany w Bogu rozgłasza obecność Bożą przed oczami innych. Dla niego wszystko w świecie jest cudem od najlichszej trawki po obroty gwiazd. Wszystko co jest przeświatlone Bogiem, staje się proste i jasne. Człowiek zakochany w Bogu dostrzega we wszystkim jakiś znak, podobnie jak zakochani. Każda najmniejsza rzecz - gest, słowo, spojrzenie, upominek ma dla nich znaczenie. Człowiek zakochany w Bogu odczytuje w każdej rzeczy i zjawisku w świecie jakiś znak i jakiś zew, na który stara się odpowiedzieć. Tylko w świetle Bożej obecności świat zyskuje swoistą przejrzystość, przedstawia jakiś sens.

Świat pelen blasków i radości

Nic więc dziwnego, że dla tych, którzy Boga odkryli i ciągle na nowo Go odkrywają, świat jest pełen światła, a dla tych, którzy Go jeszcze nie odkryli jest pełen mroków, smutku i rozpaczy. Sposób w jaki patrzymy na świat jest nie tyle sprawą przenikliwości rozumu, ile czystości i prawości woli. Dlatego niejedno dziecko, niejeden prosty człowiek, który znalazł Boga, jest daleko szczęśliwszy niż uczony, który Go jeszcze nie odkrył. Dla zakochanego w Bogu świat jest cudowny. Każda najmniejsza rzecz napełnia go dreszczem radości. Rzecz ta pozostaje nadal taka, jaka jest, ale przed nim nagle odsłania swą istotę i znaczenie. Duch łatwo przekracza sprawy ziemskie i wyrywa się do prawdziwej ojczyzny. Czuje się w świecie jak w przedsionku nieba. Toteż twierdzenie, że święci i zakochani w Bogu uciekają od świata, jest zupełnie błędne. Należałoby raczej powiedzieć, że tylko oni jedyni, nie zatrzymując się na powierzchni świata, docierają do jego jądra. Świat nie znika im bynajmniej sprzed oczu, lecz ukazuje im podwaliny, na których się wspiera. Świat staje się wówczas odbiciem Boga; podczas gdy dla tego, kto spogląda nań wyłącznie oczami ciała, nie jest on niczyim odbiciem.
Odkrywca Boga ulega wewnętrznemu przeobrażeniu. Dochodzi do wniosku, że do zmierzenia się ze światem nie wystarczą mu tylko własne siły. Wtedy całkowicie się do Boga nawraca, gotowy jest współpracować z Nim i realizować Jego plany. Budzi się w nim czujność na obecność Bożą w nim samym i we wszechświecie. Z przekonania tej obecności płynie owo pełne miłości spojrze¬nie, jakim ogarnia on wszystko, co istnieje.

Końcowy apel

Na czym więc polega religia? Polega na tym, aby ciągle Boga szukać i czuć wobec Niego małym, podobnie jak święty Jan Chrzciciel w obecności Chrystusa. Do swoich uczniów o tym spotkaniu mówił: "Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał? Szukanie Boga polega też na utwierdzaniu Jego królestwa. Przynagla nas do tego Chrystus mówiąc: Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, świętość, a reszta, jak na przykład radość będzie wam dodana (Mt 6, 33).
Szukajmy Boga. Znalezienie Go nie zwalnia nas od dalszych wysiłków. bo Bóg jest nieskończony w swej istocie i przymiotach. Uczeni nie ustają w wysiłkach nad poznaniem wszechświata, choć jest on skończony. Od zarania ludzkości pokolenia mędrców i filozofów nie ustają, aby lepiej poznać człowieka, ziemię, układ słoneczny i cały wszechświat. A przecież Bóg przewyższa nieskończenie niebo i ziemię.
Do Boga trzeba przylgnąć, związać się z Nim na zawsze, tak jak alpinista z przewodnikiem. Święty Paweł poznawszy raz Boga, Jezusa Chrystusa, zadaje sobie retoryczne pytanie: "Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?". I odpowiada na nie: "Jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani potęgi, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga. która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (Rz 8, 25-39).
Wysiłek wspinania się do Boga nie jest łatwy. Przedzieramy się przez mgły i burze życia. Trzeba uważać gdzie się stawia nogę, by nie runąć w przepaść. Trzeba się mocno uczepić haków, aż palce ścierpną. Lecz ten, kto wytrzyma, wytrwa, zwycięży, tego czekają zachwyty odkrycia. Może wtedy z apostołami zapytamy: "Panie, powiedz nam, gdzie mieszkasz?" A Bóg tajemniczo pociągnie nas dalej: "Chodźcie, a zobaczycie".
Jeśli naprawdę chcemy Go poznać, jeśli traktujemy Go poważnie, jeśli uznajemy Go za Pana nieba i ziemi, za najwyższe dobro, pozwoli nam widzieć w zwykłych rzeczach i zjawiskach ślady swojej obecności. A gdy będziemy cierpliwi i wierni do końca, zaprowadzi nas do swego mieszkania. I zdziwimy się, że mieszkaniem tym jest nasze serce. Bo Bóg znajduje radość w przebywaniu z ludźmi (Prz 8, 31). Przez usta proroków nazwał się przecież Emmanuelem, to znaczy Bogiem mieszkającym z ludźmi (Iz 7, 14; Mt l, 23). Jest to zupełnie zrozumiałe, aby Ojciec przebywał ze swoimi dziećmi.
Szczęście człowieka religijnego, związanego z Bogiem określa Chrystus w słowach: "Kto Mnie miłuuje, . . . objawię mu Siebie i przyjdę do niego, mój Ojciec i Ja będziemy w nim przebywać (J 14, 21-23). Dla człowieka religijnego Bóg nie jest już więcej bardzo odległym Stwórcą. On jest Tym, który na każdego spogląda z miłością i który pozwala, abyśmy się do Niego zwracali słowami: "Ojcze nasz!" Tak, to jest największe szczęście, że nie jesteśmy sierotami, że mamy Ojca, i że tym Ojcem jest sam Bóg.