NIEDZIELA PALMOWA

Radiowe przemówienie wygłoszone przez o. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ o. JUSTYNA
11-ty kwietnia 1976

NIEDZIELA PALMOWA

Wiłam Was, Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W średniowieczu, gdy większość ludzi nie umiała czytać ani pisać, głównymi środkami przekazu Dobrej Nowiny były malowidła, rzeźby, pieśni, przedstawienia religijne, tak zwane misteria. Artyści długie lata pracowali, nieraz całe swe życie, by przedstawić wydarzenia z życia. Pana Jezusa odnoszące się do naszego zbawienia w kamieniu, w drzewie, na płótnie. Przy kościołach, zwłaszcza przy katedrach pracowały całe szkoły artystów pod kierownictwem mistrzów światowej sławy. Z ich rąk wychodziły przepiękne rzeźbione tryptyki, freski pokrywające całe ściany, sięgające nieraz do samego stropu świątyni, podzielone na sceny, w których występowały setki i tysiące postaci.
Ulubionym ich tematem była męka i śmierć na krzyżu oraz zmartwychwstanie naszego Zbawiciela. Dzieła sztuki były jakoby ludowymi podręcznikami historii zbawienia. Podobną rolę spełniały pieśni. Dlatego mamy ich takie bogactwo z tamtych czasów. Pieśni polskie opisują na przykład całą mękę Zbawiciela, a już Gorzkie Żale wchodzą w najdrobniejsze jej szczegóły usiłując przedstawić stan duszy Zbawiciela, Matki Bolesnej, wiernych patrzących na cierpnienia Jezusa, oraz zachowanie się nieprzyjaciół.
Bardzo popularną formą katechezy były misteria o męce Pańskiej, tak zwana Pasja. Zwyczaj przedstawiania męki Zbawiciela zachował się przypadkowo aż po dziś dzień w Niemczech, w bawarskim miasteczku Oberamergau. W XVII wieku, gdy w Europie szalała zaraza dżumy, rada miejska w imieniu wszystkich mieszkańców, a nawet przyszłych pokoleń, złożyła ślub, że jeśli zaraza ich ominie, to co dziesięć lat będą wystawiać mękę Zbawiciela - od triumfalnego wjazdu do Jerozolimy aż do ukrzyżowania. Zaraza nie zabiła nikogo i mieszkańcy Oberamergau do dzisiejszego dnia spłacają Bogu swój dług wdzięczności. Znamy jednak większą scenę, niż ta w Oberamergau, na której rozgrywa się dramat męki Pańskiej po dziś dzień, i trwać będzie aż do końca dziejów rodzaju ludzkiego. Jest nią ołtarz z ponawianą na nim Najświętszą Ofiarą Mszy świętej, a przede wszystkim liturgia Niedzieli Palmowej i Wielkiego Tygodnia. Dramat ten rozgrywa się i dostępny jest każdemu pokoleniu, każdemu człowiekowi w każdym zakątku naszego globu. Liturgia ta ukazuje nam wokół postaci Chrystusa osoby dramatu męki: apostołów, Kaifasza, Piłata, Heroda, Weronikę, Marię Magdalenę, dobrego łotra, Szymona z Cyreny, setnika, żołnierzy rzymskich, tłum . . .

Dzisiejszą pogadankę poświęcam wypadkom Niedzieli Palmowej, zwłaszcza tym, które się rozegrały w czasie triumfalnego wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy, aby przeżyć dramat męki Pańskiej i podziękować Bogu za łaskę zbawienia. Taki też jest tytuł pogadanki:

NIEDZIELA PALMOWA

Zapotrzebowanie na ziemskiego króla

Według odwiecznych planów Bożych potoczyły się wypadki całego tygodnia, który nazywamy Wielkim Tygodniem. Tego dnia Chrystus osiągnął szczyt swojej popularności, której nigdy nie szukał. Lud izraelski znalazł swojego króla, o którym marzył, do którego tęsknił o którego się modlił, który był mu od Boga obiecany i przez proroków zapowiedziany. Lud rozpoznał w Chrystusie swego Mesjasza, Pomazańca Bożego i teraz gotuje Mu wielki, spontaniczny triumf. Takiego triumfu nie zgotował dotąd nikomu innemu od czasów króla Dawida. Nigdy też podobnej radości nie przeżył od czasu wyjścia z ziemi egipskiej, z niewoli faraonów.
Bezpośrednią przyczyną triumfu stał się niesłychany cud: wskrzeszenie Łazarza. Wielu Żydów, czy to mieszkańców Jerozolimy, czy pielgrzymów przybyłych z Palestyny lub z innych krajów, z tak zwanego rozproszenia, było świadkami takiego czy innego cudu. Ten jednak cud przewyższył wszystkie, nawet cud rozmnożenia chleba i ryb. Już wtedy cud rozmnożenia chleba nad brzegami uroczego jeziora Galilejskiego taki rozbudził zapał wśród tłumów, że wszyscy byli gotowi obwołać Chrystusa swoim królem. Ale Jezus udaremnił ich zamiary. Wrymknął się im i zniknął. Ten jednak cud w Betanii jest dla tłumów niezbitym dowodem, że Chrystus jest Zesłańcem Bożym. To jest Jego uwierzytelniający znak, że przybywa od Ojca niebieskiego, o którym stale im opowiadał.

Takiego króla potrzebują - mądrego w słowie i możnego w czynie; takiego, któremu nikt nie potrafi się przeciwstawić. Jego cudotwórcza moc będzie najpotężniejszą bronią przeciwko nieprzyjaciołom, zwłaszcza przeciw znienawidzonym Rzymianom, których obecność odczuwają nawet w Świątyni, podczas nabożeństw, ofiar, modlitw i śpiewów. Do placu Świątyni przylega bowiem forteca Antonia, na której murach ustawicznie czuwa straż, a w razie wielkiego religijnego zgromadzenia podejrzliwy okupant zawsze przewiduje ewentualne zarzewie buntu. Zaalarmowani żołnierze podziemnymi tunelami wypadali na dziedziniec świątyni i rozpoczynali rzeź.

Chrystus w Betanii

Wszyscy wiedzą, że Chrystus przybył na święta wielkanocne do Jerozolimy, że stoi gościną w domu swego przyjaciela Łazarza i jego sióstr Marii i Marty. Wiedzą też o śmierci Łazarza i o cudownym wskrzeszeniu. Nikt nigdy takiego cudu nie dokonał. Entuzjazm więc jest wielki. Miasto huczy o tym cudzie. Wielu pobiegło do Betanii leżącej od Jerozolimy zaledwie dwie mile, aby przypatrzeć się wskrzeszonemu i Cudotwórcy.
Tylko arcykapłani, uczeni w Piśmie i faryzeusze nie podzielali tego entuzjazmu. Zbici z tropu zwołali Wysoką Radę, Sanhedryn ,aby przedyskutować sytuację z punktu widzenia politycznego i religijnego. "Co poczniemy?" - pytali jeden drugiego - "Ten człowiek rzeczywiście wielkie cuda czyni. Jeżeli Go tak pozostawimy, to cały naród pójdzie za Nim. A wtedy przyjdą Rzymianie, sprawią mieszkańcom rzeź, zniszczą Świątynię i obalą nasze rządy". Wówczas zabrał głos Kajfasz, najwyższy kapłan tego roku: "Czyście postradali rozum?" - wołał. - "Czy nie widzicie, że lepiej dla nas, jeśli jeden człowiek umrze niżby całv naród miał zginać?" Postanowili więc szukać sposobu, aby Jezusa potajemnie, bez rozgłosu, zwłaszcza bez narażenia się na gniew ludu, zaaresztować i szybko zlikwidować. Jeśli się da, trzeba to uczynić jeszcze przed świętami wielkanocnymi. Oczywiście trzeba otrzymać też na to zgodę prokuratora rzymskiego Poncjusza Piłata (J 11, 45-53).

Tworzenie się pochodu triumfalnego

Nastał pierwszy dzień tygodnia, pierwszy po szabacie, który chrześcijanie nazwą później niedzielą, dniem Pańskim. Chrystus, jego apostołowie i kilkudziesięciu uczniów opuściło Betanię, aby udać się do świątyni Jerozolimskiej na modlitwę. Za nimi ruszyła wielka gromada wielbicieli Jezusa - świadkowie wskrzeszenia Łazarza, chwalcy Jego mocy. Szli spodziewając się widzieć nowe cuda i nowe wydarzenia. Może tym razem nie będzie im przeszkadzał i zgodzi się, aby ogłosili Go królem. Może ogłosi manifest, zwoła do siebie wszystkich zwolenników. Nie nadarzy się inna, sposobniejsza okazja do powstania i obalenia nienawistnych rządów rzymskich. Tam, w dole miasto wrze od entuzjazmu i mówi tylko o Jezusie. A wszystkich w mieście, z okazji świąt jest około milion.
Gromada zatrzymała się na szczycie Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage. Słusznie się tak nazywa - Betfage znaczy bowiem kraina fig. Wioska w kotlinie tonie w zieleni figowych drzew. Chrystus zwraca się do dwóch apostołów i mówi: "Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego to robicie, powiedzcie, że Pan go potrzebuje i zaraz odeśle je z powrotem".
Usłuchali rozkazu, chociaż głowy im pękały od sprzecznych myśli. Mieli bez zgody właściciela odwiązać osła i przyprowadzić. Nie zdziwili się, gdy po przybyciu do Betfage ujrzeli dwa osły przywiązane u bramy. Gdy zaś gospodarz po odruchowym sprzeciwie i krótkim wahaniu uwierzył im, że osła zwrócą, i chętnie się zgodził na jego wypożyczenie, zdawało się im jakoby cały ten plan był już z góry przygotowany.
Młody osiołek nie miał siodła, więc uczniowie zarzucili nań płaszcze, a Jezus dosiadł osiołka i wszyscy ruszyli do Jerozolimy. Pierwszy raz wdzieli Jezusa podróżującego na wierzchowcu. Czyżby to był zdecydowany krok, aby wyjechać do miasta w triumfie? Ale myśli ludzi nie były myślami Zbawiciela. On nie szukał sławy tego świata, władzy ani królestwa. Nie chodzi Mu o triumf na wzór zwycięzkich wodzów wracających z wypraw wojennych. Pozostawia go pysznym, aroganckim wodzom rzymskim, którym stawia się triumfalne łuki, przez które wjeżdżają do miasta na ognistych koniach na czele legionów, a za nimi łupy wojenne i skuci łańcuchami jeńcy. Wszyscy wodzowie czynią wszystko, aby bitwę wygrać. Jezus wygra ją również, ale straszliwą ceną własnej ofiary.
Chrystus idzie jako Król Pokoju. Takiego pokoju oprócz Niego nikt zapewnić nie może. Wjeżdża do Świętego Miasta, by wypełniła się przepowiednia: "Nie bój się, Córko Syjońska! Oto Król twój przychodzi, siedząc na oślęciu!"
Córką Syjońską jest Jerozolima. Uczniowie mają myśli zaprzątnięte czym innym i nie kojarzą sobie tego wydarzenia uroczystego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy na źrebięciu oślicy ze znaną przepowiednią proroka Zachariasza. Przypomną sobie ją dopiero po Wniebowstąpieniu Chrystusa.

"Jeśli ci umilkną, kamienie woląc będą"

Lud i apostołowie tłumaczyli sobie jazdę na osiołku jako wyraźną wolę Chrystusa, że przystępuje do akcji, że ogłosi się ich królem i przyjmie od nich należne hołdy. Wobec tego trzeba Mu zorganizować prawdziwy triumf.
Ale na długie przygotowania nie było czasu, ani też nie było to możliwe ze względu na obecność okupanta rzymskiego, który by taki triumf uznał za próbę zamachu stanu. Przyjęcie jednak było wspaniałe i całkowicie spontaniczne. Wśród radosnych okrzyków i oklasków poczęto wielbić Boga za wszystkie cuda, których byli świadkami. Wołali: "Błogosławiony król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach (Łk 19,37-38).
Wskrzeszenie umarłego męża było dla nich widomym dowodem łaski i opieki Pana nad Izraelem i zapowiedzią wielkich wstrząsających wydarzeń i zmian. Oto tym cudownym wskrzeszeniem przypomniał im miniona dumną, przeszłość, dzieje potężnego państwa, ubłogosławione przez mądrych władców i natchnionych proroków. Jezus jest potomkiem słynnego króla Dawida. Teraz przychodzi do nich w imię Pańskie. Czy nie jest to znak, że nadszedł czas odrodzenia królestwa, zwycięstwa nad pogańskim Rzymem? Mieli powód do radości i dlatego wołali: "Błogosławiony, który przybywa w imię Pańskie! Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida"! Przy tym dęli w trąbki, powiewali chorągiewkami, tańczyli przy dźwiękach piszczałek i tamburynów, tak jak ich pradziadowie za czasów dobrego króla Dawida. Rzucano kolorowe szaty pod nogi osiołka, zrywano gałęzie palmowe, które splata się nad głową zwycięzcy tak, jak krzyżuje się szpady nad głową zwycięskiego generała. Oto triumf ziemski, o którym od dawna marzył Judasz.

Hosanna Synowi Dawidowemu!

Z naprzeciwka, z Jerozolimy, nadciągnęła wielka rzesza mieszkańców, która z daleka zobaczyła kolorowy pochód spuszczający się po stoku Góry Oliwnej wśród tumanu kurzu. Gdy się połączyły dwie rzesze, wzmogło się wołanie: "Hosanna Synowi Dawidowemu"!
Pierwotnie słowo "hosanna" znaczyło "zbaw nas". Była to zatem prośba o zwycięstwo. Później jednak słowo to stało się radosnym wiwatem, do którego dodawano nieraz: "na wysokościach"! Tu zaś do "Hosanna" dodano "Synowi Dawidowemu"! Okrzyki te przetłumaczone na dzisiejszy język znaczyły: "Niech żyje Wybawiciel! Niech żyje Pomazaniec. Mesjasz, Syn Dawida! Niech żyje Posłaniec Boży, Król Izraela"! Okrzyki te znaczyły również to samo co: "Ogłaszamy Cię naszym Królem! Cześć i chwała naszemu Bogu na wysokościach"!
W pochodzie szli też faryzeusze pilnie obserwując co się dzieje, aby dać sprawozdanie Kajfaszowi i jego Wrysokiej Radzie. Wybaczali jeszcze ludowi bezwiedne bluźniersto, jak przypuszczali, gdy Jezus nazywał Mesjaszem. Ale gdy widzieli wiwatujących na Jego cześć apostołów, zwrócili się do Tezusa i rzekli: "Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom". Chrystus nie zgasił jednak ich zapału. Niedługo, a wszyscy się przekonają, że przecież nie chodzi Mu o berło królestwa ziemskiego. Ma jednak prawo do czci i chwały królewskiej iako Król królów i Pan panujących. Występuje tu jako Król, Spadkobierca Dawida. Przyjmuje wszystkie tytuły i oklaski jako rzecz Sobie należną. Odpowiada więc Faryzeuszom: "Powiadam wam. jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą" (Łk 19, 35-40). - "Daremne nasze nalegania - mówili faryzeusze ieden do drugiego - widzicie, że nic nie zyskujemy. Oto cały świat poszedł za Nim" (J 12, 19).

Chrytsus placze nad Jerozolimą

Chrystus zbliżył się do skłonu Góry Oliwnej, który w tym miejscu począł gwałtownie opadać aż do strumienia Cedronu. Ostrożniej teraz zstępują w dół ku dolinie. Ale gdy wszyscy byli zajęci patrzeniem, by się nie potknąć i nie pośliznąć, Chrystus spojrzał poprzez dolinę Cedronu na przeciwległe, niższe wzgórze. Przystanął, a cała rzesza z Nim. Wzgórze, na którym rozłożyła się Jerozolima przypominało swym kształtem przeciągającego się lwa. Wzrok Chrystusa zatrzymał się na mieście. To Jego Oblubienica, Córka Syjońska. Ileż razy wzruszał się jej wspaniałością. Zaprawdę była klejnotem nad klejnotami wśród nieprzebranych skarbów Jahwe.
Ponad mozaiką płaskich domów, ponad kopułami wież i pałaców oraz nad plamami zieleni wznosiła się Świątynia Pańska. Kapała złotem, świeciła krużgankami z białego marmuru. Na ten widok Chrystus popadł w zadumę. Wzrokiem wyławiał miejsca, w których w ciągu trzech lat pełnił Swoją trudną rolę Mesjasza; rozstaje dróg, gdzie głosił Dobrą Nowinę; place, na których uzdrawiał paralityków i kaleki; uliczki przedmiejskie, gdzie przywracał wzrok ślepym.

Umilkły wiwaty. Wyczekując jakichś słów, rozkazów, a może cudu, wszyscy w napięciu obserwowali Jezusa. Po chwili spostrzegli w Jego oczach łzy. W bolesnym geście wyciągnął ku miasta ramiona, ku Świątyni, mieszkaniu Swego Ojca. Widzi dobrze dobrodziejstwa, które spełniał wśród tych ulic, w krużgankach świątyni. Za nie knują najobzrydliwszy spisek, najokrutniejszą zemstę. Już tylko niewiele świtań dzieli Go od dokonania tej zemsty, którą miasto wywrze na Synu Człowieczym. Na zachód od miasta, tuż za murami, wznosi się jałowe wzniesienie; góra Kalwaria. Wyrzucony z miasta jak trędowaty, tam umrze na krzyżu jak złoczyńca. Wtem z ust Chrystusa płyną słowa gorzkie jak łzy, dla słuchających jeszcze nie zrozumiałe, tajemne: "O, gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia" (Łk 19, 41-44).

Chrystus nieco później, w samym mieście, powie: "Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy są do ciebie posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto wasz dom zostanie wam pusty" (Mt 23, 37-38).
Chrystus uczynił na oczach tłumów tyle wielkich cudów, a większość w Niego nie uwierzyła, spełniając na sobie proroctwo Izajasza. Niewiara zaślepiła ich oczy, skamieniła serca. Teraz mają oczy, a nie widzą, mają rozum, a nie poznają, bo nie chcą zwrócić się do Niego po łaskę uzdrowienia (J 12, 37-40). Za parę dni Jerozolima odrzuci Chrystusa, zbuntuje się przeciwko Niemu, pójdzie na kompromis ze swoim wrogiem i wzgardzi prawdziwym pokojem. Chrystus przyszedł założyć Królestwo Boże, królestwo pokoju, królestwo miłości. Jerozolima miała rozszerzyć to Królestwo na cały świat, lecz nie okazała się godna. Czterdzieści lat później podniesie sztandar buntu przeciwko Rzymianom, ale ich generał Tytus, tu właśnie, na górze Oliwnej, złoży swoją główną kwaterę. Stąd będzie kierował oblężeniem, pierścieniami legionów otoczy miasto, ściśnie je żelaznymi kleszczami, zdruzgocze, zniszczy w nim wszystko. Zgina mężczyźni, kobiety, starcy i dzieci. Pozostanie tylko góra osmolonych ognierr kamieni i splamionych krwią gruzów, stos ofiarnych prochów.
Przebrała się miara zła tego miasta. Dlatego nie ma w jego murach miejsca dla Chrystusa, mimo pozorów triumfalnego powitania; dlatego patrzy On dziś na nie z uczuciem wielkiej miłości i wyrzutu. Ale nie złorzeczy miastu, tylko płacze nad nim. Niedługo będzie prosił niewiasty jerozolimskie by się do tego płaczu przyłączyły, by płakały nie nad Nim, tylko nad sobą dziećmi swoimi.
Zniszczenie Jerozolimy jest symbolem ruiny duszy, która odtrąca Zbawiciela, która nie rozpoznaje czasu Jego nawiedzenia, która nie wie co jest ku jej pokojowi, natomiast hołduje grzechowi, pławi się w rozpuście, odstępuje od przykazań Bożych, karmi się intrygami, kłamstwem i oszczerstwami, dyszy zazdrością, chciwością i nienawiścią. Lęk przed karą Bożą jest świętą bojaźnią i często jedynym ratunkiem zagrożonych dusz.

Groźba Chrystusa dotyczy każdego z nas, bo każde serce powinno Go przyjąć, a nie odrzucać. Ta groźba winna odstraszyć nas od grzechu i zbrodni. Chrystus przestrzega przed ogólnym odstępstwem od Boga, bo wtedy "powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciwko! królestwu, i będą zarazy, głód i miejscami trzęsienia ziemi. A wszystko to dopiero początek boleści" (Mt 24, 7-8). Mogą nastać gorsze rzeczy, gdy "brat wyda na śmierć brata i ojciec syna, i powstaną dzieci przeciw rodzicom i będą ich zabijali" . . . Może przyjść do tego, że po ulicach naszych miast "będą deptali poganie", a mieszkańcy "będą zabijani i uprowadzani w niewolę". Nad miastami i wioskami "słońce się zaćmi i księżyc nie da światłości swojej, a gwiazdy spadać będą z nieba" ... a także na naszej ziemi narody w przerażeniu pytać będą, gdzie jest Bóg. który zwie się naszym ojcem, który mówi, że nas kocha bez końca? Dlaczego nas opuścił w potrzebie (Mt 24; Mk 13; Łk 21)?

Chrystus mówi o wydarzeniach przy końcu świata, ale przecież my mamy na uwadze swój koniec, śmierć czy to na łożu w gronie rodziny, czy to na ulicy z ręki zbrodniarza, czy podczas trzęsienia ziemi, bombardowania nieprzyjacielskiego i błysku wyprodukowanych bomb wodorowych. Na śmierć powinniśmy się przygotować, mając w pamięci przestrogi Chrystusa, byśmy nie byli zaskoczeni.

Akt Miłosierdzia Bożego

Chrystus przepowiedział to wszystko dla wszystkich narodów i dla każdego z nas. Dlaczego był tak okrutny? - zapytamy. A może to był akt miłosierdzia? Może chciał nas przebudzić, abyśmy czuwali i czekali na Jego powrót, rozpoznali czas Jego nawiedzenia, żebyśmy poznali to wszystko co służy pokojowi naszej duszy, rodziny, narodu (Łk 21, 5-26).
Nic dziwnego, że wszystkich - apostołów, uczniów i tłum ogarnął niepokój. Zdrętwiały serca wszystkich jak przed przepaścią. Sposępniały twarze pod wrażeniem płaczu Jezusa i Jego słów, jeszcze przed chwilą weselne i odświętne. Dlaczego ich drogi Nauczyciel popadł w taki przygnębiający smutek? Co zaszło w Jego wnętrzu ? Co to była za troska, która kazała Mu płakać nad Jerozolima wśród radosnych ich krzyków, śpiewów i muzyki na Jego cześć i chwałę? Ludzie czekali na wyjaśnienie, które by rozproszyło ich lęk i przywróciło radosny nastrój słonecznego dnia.

"Ta przepowiednia jeszcze bardziej rozjątrzy Jego wrogów" - pomyśleli apostołowie. Zaś w duszy Judasza dokonał się wtedy głęboki przełom. Ten dzień go przekonał, że Chrystus nie jest następcą wielkiego króla Dawida, nie jest takim królem, na jakiego on liczył i wielu innych. Wszyscy oczekiwali, że Chrystus założy królestwo ziemskie a potem rozszerzy je na cały świat. Judasz w tym królestwie widział siebie na wysokim stanowisku, może ministra skarbu. Teraz nie ma już żadnych złudzeń. Płaczący Mąż nie nadaje się na wodza, na króla, któryby mógł się przeciwstawić potędze Rzymu i zjednoczyć naród. To fałszywy prorok!
Zatrzymajmy się w tym miejscu pochodu Chrystusa, aby te chwile lepiej rozważyć i przeżyć. Triumfalny wjazd do Jerozolimy nie jest ani legendą ani samą historią. Prócz tego, że jest historycznym wydarzeniem jest również przepowiednią. Przepowiada nam co się stanie i co się będzie dziać w przyszłości. Ten triumfalny wjazd jest żywym objawieniem, które nam odkrywa to, co dokonuje się stale na naszych oczach. Odsłania nam życie Chrystusa pośród nas dzisiaj. Bóg jest zawsze z nami i pozostanie po wszystkie dnia aż do skończenia świata. Ewangelia mówi o ustosunkowaniu się do Niego każdego z nas. Możemy znaleźć siebie w galerii osób Wielkiego Tygodnia, które brały udział w dramacie Jezusa Chrystusa. Możemy wskazać siebie palcem. Ktoś może być jak święty Piotr, ktoś inny jak Jan lub Judasz, jeszcze inny jak Piłat, Herod, Kajfasz lub Malchus . . . Można siebie znaleźć wśród płaczących niewiast, w osobie Marii Magdaleny, dobrego łotra, obojętnych przechodniów. Wystarczy otworzyć Ewangelię, a zwłaszcza opis Wielkiego Tygodnia, a przekonamy się, że każdy z nas jest tam dokładnie zapowiedziany, wymieniony, odmalowany. Stańmy przy Mistrzu ze szczerą miłością.
W pewnym sensie wszyscy mamy wspólną cechę, tę samą co wiwatujący na cześć Chrystusa Żydzi: szukamy sensacji, a nie szczerego nawrócenia; wyczekujemy cudów tam, gdzie Bóg pragnie naszego wysiłku i poświęcenia; przede wszystkim zaś marzy się nam ciągle królestwo ziemskie, raj na ziemi; mimo twardej rzeczywistości, która ustawicznie zrywa nam łuskę z oczu, zapominamy, że jesteśmy tylko pielgrzymami na tej ziemi. Zakładamy sobie mieszkanie, gromadzimy dobra, jakbyśmy na ziemi mieli żyć wiecznie. W Bogu chcielibyśmy mieć agenta ubezpieczeniowego na życie, chlebodawcę, któryby nas stale cudownie karmił, lekarza, który by wszystkie choroby nasze leczył, a wobec naszych wrogów użył swych hufców niebieskich, lub co najmniej Swego miażdżącego słowa czy spojrzenia, aby padli ze strachu na ziemię lub wynieśli się z naszej obecności.
Tymczasem Król Pokoju jest władcą innego pokroju. Zamiast przynieść pokój jaki nam się marzy, przynosi miecz. Sam pod niego podchodzi jak owieczka do strzygących ją i nakazuje swoim zwolennikom czynić to samo. "Kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż swój i naśladuje Mnie", co na jedno wychodzi: "Zło dobrem zwyciążaj, bo królestwo moje jest nie tylko dla ciebie, lecz dla wszystkich bez wyjątku, bez różnicy rasy, narodowości, języka, kultury, klasy społecznej, stanowiska, stopnia popularności. Moje królestwo jest królestwem miłości".