Święto Duchowego Dziecięctwa

Radiowe przemówienie wygłoszone przez
o. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ o. JUSTYNA

21-szy grudzień 1975

Święto Duchowego Dziecięctwa
(Boże Narodzenie)

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W powieści zatytułowanej "Tułacze", Józef I. Kraszewski nakreślił piękną scenę spotkania się dwóch tułaczy - bohaterów walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych - generała Kazimierza Pułaskiego i pułkownika Tadeusza Kościuszki. Kraszewski czerpał swe wiadomości o tym spotkaniu z pamiętników rotmistrza Rogowskiego, towarzysza walk Pułaskiego.
Do spotkania doszło w Trenton, stolicy stanu New Jersey, w 1777 roku. Pułaski stał ze swym oddziałem przy ujściu rzeki Sapping do Delaware, nękając nieprzyjaciela błyskawicznymi potyczkami i broniąc prowiantu dla armii generała Jerzego Washingtona. Jego armia przymierała głodem w Yalley Forge i cierpiała z powodu niedostatku i zimna.
Kościuszko zjawił się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Za nim niosła się już sława po wielkim zwycięstwie armii amerykańskiej nad armią angielską generała Burgoyne'a, do którego Kościuszko walnie się przyczynił. Wieść o zwycięstwie obiegła już wszystkie kolonie, zatem i Pułaski dobrze znał sukcesy rodaka.
Jak Kościuszko i Pułaski obchodzili Wigilię Bożego Narodzenia w Ameryce?
Gdy nadszedł dzień wigilijny, ktoś z podkomendnych Pułaskiego chciał dla obu bohaterów przyrządzić prawdziwie polską wieczerzę. Od dawna nie pobierał już żołdu, gdyż kasa Kongresu była pusta, ale sprzedał złoty zegarek z łańcuszkiem, dar ukochanego ojca, aby tylko sprawić radość bohaterom.
Odłożyli porę uroczystego posiłku aż do chwili ukazania się pierwszej gwiazdy. Pułaski i Kościuszko nie przeszkadzali w przygotowaniu Wigilii, ale wybrali się, by przejrzeć okolicę nad rzeką Delaware. Niewiele zobaczyli, bo przystanęli nad brzegiem rzeki i zamyślili się o Wiśle i Bugu. W ich sercach wezbrała miłość do Ojczyzny - do Polski. Pułaski wspominał desperackie walki Konfederatów Barskich i upadek ostatniego punktu oporu - Częstochowy. Z kolei Kościuszko opowiadał o swoich studiach inżynierskich w Warszawie i Paryżu. Wspominali wspólnych znajomych, mówili o przeburzeniu się narodu i usiłowaniach przeprowadzenia wielkich reform, które zdławił w samym zarodku pierwszy sromotny rozbiór Polski dokonany przez Rosję, Austrię i Prusy.

Gdy dzielili się swoimi doświadczeniami w Ameryce, zjawił się goniec i zawołał:
- "Panie generale, wieczerza na stole!"
- "Żartuj zdrów", - odpalił Pułaski - "co mi to za wieczerza w Ameryce!
Nie polska to nasza wilia braterska, uczta święta, ale ... co Bóg dał, . . . chodź¬
my . . .
Wigilię przygotował murzyn. "Naga izba była przybrana świątecznie, ściany jej były zawieszone zielonymi gałęźmi cedrów, jodły i cisów; stół świecił rzęsisto . . . okryty białym obrusem, pod którym siana domyśleć się było można. W kącie stał ogromny snop zboża . . . przypominający nasze godło rolniczej pracy. Na talerzach świeciła migdałowa polewka z ryżem i rodzynkami . . .
Pułaski drżącą ręką chwycił opłatek i podał go pierwszemu Kościuszce . . .
- "Gdy w Polsce rozłamiesz go kiedyś z braćmi, przypomnij mnie i Trenton" - rzekł cicho. Czy łza nie stoczyła się nań i nie poświęciła - nie wiem.
Milczący, poważni jak kapłani, uroczyście jak w świątyni, z myślą do Boga
wzniesioną, do ludzkości . . . łamali się tułacze chlebem życia ... a myśl ich i
serca biegły tam, gdzie do nich także biły piersi stęsknione rodziny, braci, przyjaciół.
Tadeusz otarł łzę, przypomniały mu się - Mereczowszczyzna, miejsce urodzenia, pod Nowogródkiem, i Siechnowicze na Polesiu, gdzie spędził lata młodzieńcze.
- "Dawno - rzekł Kościuszko - dawno nie kosztowałem takiej rozkoszy . . .
to godło Chrystusa spoiło nas, jak rodzinę. Ze wszystkich polskich obrzędów i
uczt, to najuroczystsza, to najwięcej mówiąca do duszy".
- "Bo to dzień Narodzenia Tego, - rzekł Pułaski - który skruszył kajdany
świata".
Niestety! Murzyn barszczu z uszkami zrobić nie umiał . . . zastępowała go polewka. Inne potrawy, jeśli nie miały smaku naszych, przypominały je przynajmniej z pozoru. Murzyn, czego dobrze wyrozumieć nie mógł, w to kładł jak najwięcej pieprzu . . . ryby wszakże z szafranem, po żydowsku z ziemniakami i smażone z kapustą, wybornie się udały.
Posypały się anegdoty przywiezione z Polski, w które ona obfitowała po wsze czasy. Późno już ktoś przypomniał obyczaj wilii naszej, wyciągania spod obrusa siana. Miało to podobno znaczenie, iż kto najdłuższą trawę wysunął, u tego najpiękniejszy len miał obrodzić. W tym sianie znad Delaware były przeróżne rośliny . . . Pułaskiemu dostał się kwiat jakiś nieznany, zeschły już, na którego łodydze parę tylko listków zieleńszych zostało ... a pan Tadeusz zdziwił się, znajdując uciętą młodą gałązkę o liściach laurowych.

W takim nastroju Kościuszko i Pułaski, bohaterowie dwóch kontynentów, spożywali święte dary na amerykańskiej ziemi. Tradycyjnym obrzędem Wigilii czcili Boga. Zawdzięczali Mu wszystko, głównie życie i wolność, które tak bardzo ukochali, że gdy trzej zaborcy poczęli dławić życie i wolność Polski, nie mogąc stanąć w obronie wolności polskiego ludu, zaofiarowali pomóc ją zdobyć innemu narodowi, za oceanem, również uciskanemu przez tyranię. Obaj swoim bohaterskim czynem, a Pułaski jeszcze ofiarą z życia, realizowali hasło, które od powstania listopadowego będzie rozbrzmiewać wszędzie gdzie Polacy będą walczyć: "Za wolność waszą i naszą!"
Zapewne nigdy naszym bohaterom nie śniło się, że prócz wolności dla Stanów Zjednoczonych, wywalczą też dla wielu przyszłych pokoleń Polaków moralne prawo do ziemi amerykańskiej. Głównie dzięki zasługom Pułaskiego i Kościuszki, Polacy, którzy powędrowali do Nowego Świata za chlebem i za wolnością, znaleźli przyjęcie w nowej ojczyźnie - Stanach Zjednoczonych. Obecnie jednoczą nas jedna wiara, jedna mowa polska i umiłowanie tych samych ideałów. I my jak Pułaski i Kościuszko zasiądziemy do wieczerzy wigilijnej, połamiemy się tradycyjnym opłatkiem, znakiem jedności, zgody i miłości, wspomnimy jasne i trudne doświadczenia życiowe. Najjaśniejsze przeżycia dotyczyć będą rodziny katolickiej, której przewodzicie, i kościoła wniesionego Waszym trudem, w którym wyznajecie i praktykujecie świętą katolicką wiarę. W obecnym zamieszaniu i w obecnych trwogach, w obecnym zagrożeniu, godność osoby ludzkiej, godność dziecka Bożego znajduje pewną obronę w rodzinie katolickiej i w kościele parafialnym. Na Boże Narodzenie obrałem więc ważny temat. Jest nim:

ŚWIĘTO DUCHOWEGO DZIECIĘCTWA
(Boże Narodzenie)

Bóg się rodzi

Kościuszko i Pułaski - ufamy - patronują nam z nieba, gdy w czasie Wigilii wspominamy kraj naszych przodków, mówimy pacierz w języku polskim, trwamy we wierze świętej katolickiej - cenimy sobie nasze tradycje . . . Wriąże nas wszystkich katolików wspólna wiara święta, która rośnie w naszych sercach, gdy z pokornymi pasterzami klękami przy żłóbku Chrystusa. Bóg rodzi się w naszych sercach przez wiarę, przez Komunię świętą przyjmowaną z przejęciem w Święto Bożego Narodzenia, bo tylko Bóg zaspakaja taką najśmielszą tęsknotę naszych serc.
Serca nasze należą do Zbawiciela narodzonego z Dziewicy Maryi w stajence betlejemskiej i dziś przepełnia je radość. Pokora przywiodła pastuszków i mędrców ze Wschodu do narodzonego Zbawiciela złożonego w żłóbku na sianku. Razem z pasterzami i mędrcami ze Wschodu adorujemy Boże Dzieciątko. W Dzieciątku odkrywamy prawdziwego Boga. Skoro Bóg tak się uniżył, że przybrał postać sługi i stał się człowiekiem i narodził się jako Dziecię, i my w uniżeniu i pokorze zbliżamy się do żłóbka. Narodzenie Boga w stajence i w żłobie jest dla mądrych i możnych tego świata szaleństwem i głupstwem, jak krzyż. Ale my wierzący na tajemnicę Bożego Narodzenia patrzymy jako na tajemnicę niewsyłowionej Bożej Miłości. W czasie każdej Wigilii i na każde Boże Narodzenie zachwycamy się tą miłością Boga, złożonego na sianku w postaci Dzieciątka bezradnego. Niech zdumiewają się wszyscy, rozważając jak Bóg umiłował świat, gdy zesłał na ziemię Swego Jednorodzonego Syna. Ciągle przemawiają do nas strofy pięknej kolędy poety polskiego Franciszka Karpińskiego:
Bóg się rodzi - moc truchleje: Pan niebiosów - obnażony; Ogień krzepnie - blask ciemnieje; Ma granice - nieskończony; Wzgardzony - okryty chwałą, Śmiertelny - Król nad wiekami! A Słowo Ciałem się stało I mieszkało między nami.
Być może, że kolędę tę znali i piewali na amerykańskiej ziemi nasi dwaj bohaterowie, gdyż Karpinski był im współczesny. Podziwiamy w zadumie pokorę i majestat nieogarnionego Boga. Gdy obieramy swe miejsce przy żłóbku betlejemskim, zdobywamy się na pokorę, zginamy swe kolana i korzymy się przed Wcielonym Bogiem. Wszyscy przy żłóbku czujemy się uhonorowani przez uniżenie niepojęte Syna Bożego. Syn Boży będzie przewodził całej rodzinie ludzkiej i wszystkim zapewnia prawdziwe wyzwolenie. Udziela nam przez swe Narodzenie mądrości z nieba. Zaszczycona i uhonorowana jest cała ziemia. Jest ona darem Boga, Ojca niebieskiego. Na ziemi budujemy domy i mieszkania i kołyski dla ciągle odnawiających się pokoleń. Nie było miejsca w gospodzie i Syn Boży przyszedł na świat w stajence betlejemskiej, ale Jego Ewangelia rzuca światło na najbiedniejsze osiedla ludzkie, na nędzne namioty, uklecone szałasy w buszu, slumsy wielkich miast. Boże Narodzenie mówi o wielkiej godności każdej rodziny ludzkiej i każdego dziecięcia.

Syn Boży obdarza nas wszystkich niepojętym darem życia wiecznego w Swoim królestwie. I prości i mędrcy mogą trafić do żłóbka i odnaleźć Boga. Droga prostych pasterzy była krótka, bo olśniła ich światłość z nieba. Droga uczonych jest często długa, bardziej kręta i mozolna, jak droga mędrców ze Wschodu. Ale prawdziwa mądrość jak jaśniejąca gwiazda prowadzi i dziś do stajenki betlejemskiej, do Bożego Dzieciątka.

Dziecię Boże

Na pewno nas zastanawia dlaczego Bóg wybrał ten sposób objawienia się nam - przez ludzką naturę, a w dodatku w postaci Dziecka? Bóg musiał mieć poważne powody.
Najpierw chyba chciał nas ośmielić i ułatwić nam przystęp do Siebie. Poganie z księgi natury ,a Żydzi z ksiąg Starego Testamentu odczytywali, że Bóg ukrywa swój nieskończony majestat. Jest wszechwładnym Panem. Karze za zło, a za dobro nagradza. Miłosierdzie Boże, choć wyraźnie zapowiadane przez proroków nie mieściło się w głowach starożytnych ludzi. Nie mogli zatem dojrzeć w Bogu swego Ojca. Bóg zechciał przyjść na świat, do ludzi jako dziecko, byśmy się nie bali do Niego przystąpić. Podobnie czyni matka. Gdy chce przywołać do siebie skarcone i przerażone dziecko, upodabnia się do niego, zniża się do niego, naśladuje jego ruchy i szczebiot.
Bóg przyszedł też do nas w postaci Dziecka na łonie własnej Rodziny, włączył się w wielką rodzinę ludzką, by nauczyć nas jak możemy się stać dziećmi Boga. Przyszedł, by zjednoczyć wszystkich wokół naszego Ojca niebieskiego. Przez przyjście na ziemię udzielił nam lekcji poglądowej. Potwierdził zamysł Boży później, w czasie swej publicznej działalności.

Wezwanie do duchowego dziecięctwa

Dobra Nowina Chrystusa zapewnia zbawienie wszystkim ludziom bez różnicy rasy, narodowości, języka. Daje prawo wejścia do królestwa niebieskiego. Chrystus sprawia, że nie jesteśmy sierotami na ziemi. Mamy Ojca w niebie, który nas bezgranicznie kocha i przygotował dla nas miejsce w Swoim królestwie. Jesteśmy zatem jedną wielką Bożą Rodziną. Ale, żeby stać się jej członkami, żeby mieć udział w królestwie Bożym, w szczęściu aniołów i świętych, musimy stać się dziećmi Bożymi.
Cechy dziecięctwa Bożego podał Chrystus w ośmiu błogosławieństwach. Do tego tematu często wracał. Cała Ewangelia jest księgą dziecięstwa Bożego. Czytamy w niej, że razu jednego Chrystus wszedł w ostrą utarczkę słowną z uczonymi w Piśmie, którzy nie chcąc uznać Jego wywodów, uciekli się do obelżywego szkalowania postawy moralnej Jezusa, zarzucając Mu, że siada do stołu z notorycznymi grzesznikami i rozgrzesza jawne cudzołożnice. Wtedy Jezus zaapelował do ich sumień słowami modlitwy odkrywającej tajemnicę naszego zbawienia: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom" (Mt 11,25). Ta zagadkowa i tajemnicza odpowiedź jest otwartym policzkiem wymierzonym doktorom i specjalistom, którzy odrzucają wszelki inny sposób poznania przyjmując tylko poznanie doświadczalne przez zmysły i rozum.
Innym razem "uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę powiadam wam: Jeśli nie odmienicie się i nie staniecie jako dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego" (Mt 18, 1-5). Nie wyobrażajmy sobie, że to było jakieś dziecko specjalnie dobrane, ugrzecznione, wzięte jakby z obrazka. To był na pewno zwyczajny urwis, jakich całe chmary plączą się w parkach, na boiskach, na ulicach. I takiego właśnie urwisa postawił Jezus wśród Apostołów jako model do nieba.

Chrystus opowiedział też przypowieść wziętą z życia. Zaproszeni na przyjęcie goście wybierali sobie pierwsze miejsca przy stole. Byli widocznie ludźmi wrażliwymi na punkcie własnej godności. Zależało im, aby siedzieć wyżej aniżeli ci, którzy w hierarchii społecznej mniej znaczyli. W przypowieści występują sceny w dwóch kontrastujących ze sobą obrazach. W pierwszej Chrystus pokazuje, że wysuwanie się na czoło może czasem przynieść wstyd. Przybycie gościa, który przewyższa zaproszonych godnością, zmusi zajmującego pierwsze miejsce do zajęcia ostatniego. W drugiej scenie gospodarz prosi gościa, który skromnie obiera ostatnie miejsce, aby posunął się wyżej. Sens przypowieści wyraża zdanie: "Każdy, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony" (Łk 14, 11). Przypowieść oczywiście ilustruje zasadę postępowania Bożego. Bóg bowiem ocenia ludzi inaczej, aniżeli oni sami.

Istota duchowego dziecięctwa

Co jednak znaczą zagadkowe słowa: "Jeśli nie odmłenicie się i nie staniecie jak dzieci?
Czyżby Chrystus nie doceniał naszej dojrzałości i nie chciał, abyśmy jakoś mądrze, poważnie podchodzili do życia? - stawiali ważne problemy? Dlaczego stawia dziecko za wzór i symbol wybrańca do królestwa niebieskiego?
Z pewnością Chrystus nie każe nam naśladować jego naiwność, nieświadomość, zmienność nastrojów. Dziecko zaczyna dopiero swój rozwój i z czasem opanuje zmienność nastrojów, zaostrzy umysł, a pamięć napełni wiedzą. Chodzi tu o coś głębszego. O postawę dziecka pełną szczerości, bezgranicznego zaufania. W dziecku nie ma podstępu, obłudy, udawania. Wypowiada szczerze to, co myśli i należycie postępuje okazując się takim, jakim jest w rzeczywistości. Dziecko promieniuje miłością, bez namysłu wykonuje wolę swoich rodziców i ich życzenia; szuka sposobności, aby się im przypodobać.
Dziecko łatwo odczuwa obecność Boga i szczerze Boga kocha. Jego żywa i niesłychanie czuła aparatura chwyta i przeżywa to, czego nasze palce doświadczone i wyszkolony umysł nie są w stanie dosięgać. Jest to aparatura wolna, nieskrępowana uprzedzeniami, zwłaszcza nauk doświadczalnych, a wybiegająca sercem tam, gdzie wzrok i szkiełko mędrca nie sięga, rejestrująca miłość, której aparaty elektronowe uchwycić się są w stanie. U nas dorosłych, czasami odzywa się tęsknota za podobną zdolnością, której już nie posiadamy, a której czasami tak bardzo potrzebujemy. Właśnie tę niewinność, to anielskie postępowanie, nie skażone ponętami zmysłowymi, które dzieci posiadają z natury, my dorośli, mamy odczuwać i wypełniać z cnotliwego nawyknienia i miłości Boga. Mamy ją zdobywać przez łaskę, przyoblekając się w dziecięcą prostotę według prawdy i sprawiedliwości. Taka postawa nazywa się duchowym dziecięctwem.

Dziecięctwo duchowe jest udziałem tych, którzy pozbyli się egoizmu, zrzucili z siebie wszelkie zajęcie się sobą, własnymi myślami, pojęciami, sądami i
pragnieniami, zadawalając się w zupełności braniem rzeczy tak, jak one spotykają ich z ręki Boga poprzez przypadki zdarzające się w życiu. Dziecięctwo duchowe oznacza wolność wewnętrzną, którą osiąga się jedynie składając całe swoje życie w ręce Boga.
Dziecięctwo duchowe określiła święta Teresa od Dzieciątka Jezus tymi słowy: "Pozostać małym dzieckiem znaczy uznać swoją nicość; wszystko oczekiwać od Boga jak małe dziecko oczekuje wszystkiego od swego ojca: niczym się nie niepokoić; nie gromadzić majątku; pozostać małym, nie mając innego zajęcia jak tylko zbierać kwiaty miłości i ofiary oraz składać je Bogu dla Jego przyjemności; to jeszcze nic przypisywać sobie cnót jakie się praktykuje, nie myśleć, że czołwiek sam z siebie coś potrafi, ale uznawać, że Pan Bóg składa ten skarb cnót w ręce dziecka, aby się nim posługiwało według potrzeby; to jest jednak zawsze skarb Boga. Na koniec - nie zniechęcać się swymi błędami. gdyż dzieci często upadają".

Nie wyobrażajmy sobie świętej Teresy jako dziecka z słodką, uśmiechniętą twarzyczką wśród róż i obłoków. Była to osoba dorosła, pełna zaparcia, mężna w cierpieniu. Ukochała ona miłość, ale łączyła ją z poczuciem wielkości; miała zręczność dziecka, ale zespalała ją z doświadczeniem dojrzałej kobiety; posiadała miłość natury, ale ta była dla niej mostem do nieba; miała pozór anielskości, ale odznaczała się solidnym poczuciem rzeczywistości; cechowała ją nieustępliwa nadzieja pomieszana z bardzo ludzkimi niepokojami; zdobywała się na heroizm w najbardziej szarym, codziennym życiu.

Swięto dziecięctwa duchowego

Duchowa i obyczajowa strona Bożego Narodzenia przemienia dzisiejszy dzień w święto chrześcijańskiego dziecka, może nawet więcej - w ścięto powszechnego dziecięctwa. Święto to włącza w swój zaczarowany krąg wszystkich dorosłych - młodszych i starszych. Spróbujmy zatem odgadnąć to ciekawe wezwanie do duchowego dziecięctwa; wezwanie to płynie z pól Betlejemskich, od Dzieciątka Jezus. Jest to niecodzienne wezwanie do wskrzeszenia wspomnień z "kraju lat dziecinnych", ale nie wedle ciała, lecz wedle ducha. Jest to prawdziwe wezwanie kierujące naszego ducha z powrotem do wrót raju. abyśmy patrząc na Jezusowy żłóbek, odszukali zagubiona ścieżkę do Boga poprzez dzieci ęctwo ducha.
Gdyby większość Judzi poszła za tym wezwaniem i wybrala drogę dziecięctwa duchowego, była by to głęboka rewolucja w świecie. Przyniosłaby dalekosiężne zmiany na każdym szczeblu naszego życia. Powiałby duch braterstwa. Miłość rodziłaby miłość. Ludzie prześcigaliby się w dobroci jak w czasie świętej Wigilii. Nieważne bybłyby takie rzeczy, za którymi się dziś ludzie głównie ubiegają jak pieniądze, sława, użycie, nagrody, medale, władza, posady ... Te ludzkie starania byłyby uświęcone. Stalibyśmy wszyscy blisko siebie, bez różnicy rasy, języka, poglądów - jak pastuszkowie i mędrcy ze Wschodu. Czulibyśmy się dziećmi jednego Ojca, jednej rodziny odkupionej przez Chrystusa, zjednoczonej duchem dziecięctwa Bożego, jaki został zapoczątkowany i wcielony fak obrazowo w żłóbku.

Stojąc dziś przed żłóbkiem przymknijmy oczy i w cichej zadumie wejrzyjmy w siebie, by sprawdzić swój stosunek z bliźnimi - z żoną i mężem, z dziećmi, starymi rodzicami, z przyjaciółmi, z chorymi, nieszczęśliwymi i opuszczonymi. Niech nic zabraknie dla nich miejsca w naszym sercu, jak zabrakło Jezusowi-Dziecinie, gdy miało się narodzić w Betlejem.
A stanie się cud. Odmienimy się. Staniemy się jak dzieci. Obejmiemy swym sercem wszystko i wszystkich. Ta cudowna Noc Bożego Narodzenia ma szczególną moc przemieniania wszystkich, którzy wchodzą w krąg blasku Nowonarodzonego Dziecięcia. Ono jest Światłością świata.
Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko na Wigilię wspominali Ojczyznę. Na Boże Narodzenie wspominajmy naszą ojczyznę niebieska, a w naszym sercach niech zadźwięczy śpiew aniołów. Chwalą na wysokościach Bogu. a na ziemi pokój ludziom dobrej woli! Żyjemy na świecie, ale nasz duch nieśmiertelny w stajence betlejemskiej odnajduje Boga i od Niego otrzymuje łaskę nadprzyrodzonego dziecięctwa. Boże Dziecię przemienia i odradza cały świat.