CHŁOP - BOHATER - pogadanka o. Justyna z 2.04.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Nikt ze słuchaczy naszych nie może zaprzeczyć, że ostatnie trzy lata, to lata nie tylko dziwne lecz dziwaczne; działy się w tych czasach rzeczy, o których żeśmy pięć lat temu nie mieli wyobrażenia. Nawet i dziś, po tych smutnych i bolesnych przejściach, nie możemy zrozumieć, a tym bardziej nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, czegośmy się doczekali. W roku 1929 staliśmy jakoby na szczycie góry wysokiej, patrzyliśmy dumnie i zarozumiale przed siebie. Oczom naszym przedstawiał się widok wspaniały, swą wspaniałością i ogromem — przerażający! Bogactwa niezmierne, pojęciem ludzkim nieuchwytalne: przepychy ponad stan i miarę; wynalazki obiecujące uszczęśliwienie ludzkości; wygody królewskie do których każdy rościł sobie pretensje, często bezprawne; słowem, kraj nasz, w oczach ogółu już był rajem na tej ziemi. Nie wszyscy jednak dali się oszukać. Nie wszyscy oślepli. Ci ze strachem patrzyli w przyszłość. Czekali z trwogą. Nagle jak gromy z nieba, zaczęły na nas spadać nieszczęścia. Nie nieszczęście, lecz — nieszczęścia! Dziś zmuszeni jesteśmy powiedzieć sobie: Tu kiedyś był raj, po którym dziś znaku nie ma! Nie jest moim zamiarem, aby dziś szczegółowo tłumaczyć klęski, które nas dotknęły. Stwierdzam tylko jedno, żeśmy spadli z góry wielkości i dostatków, z przeraźli,wym łoskotem w przepaść bezdenną niedostatków, biedy i nędzy. — Nieraz w tych latach siadałem sobie zadumany, rozważając straty i korzyści tego krachu, w swoim ogromie przerażającego i majestatycznego. Uderzało mnie i dziś uderza — cierpliwość, spokój, odporność i odpór klasy roboczej, nawet wtenczas kiedy przewodnicy tracili zimną krew, i rozgorączkowani — uciekali. W październiku ubiegłego roku, przypadkowo znalazłem się w Hammond, Ind.; pomiędzy innymi stanął przede mną pewien wiarus, prawdziwy typ przeciętnego amerykańskiego robotnika. Stracił wszystko biedaczysko, czego się dorobił. Nie narzekał jednak. Mówi tak: "Dziś mam akurat tyle co miałem kiedym tu z Polski przyjechał. Nic. Liczę obecnie pięćdziesiąt lat; mam Bogu dzięki zdrowie. Jak tylko praca się ruszy, zabiorę się i da Bóg znów się dorobię. Przetrzymało się dotychczas, wytrzymam i dalej." Tak mnie ucieszyły te słowa, że ze wzruszenia łzy mi w oczach stanęły. Otóż na pociechę wszystkim tym robotnikom co z taką cierpliwością i z takim spokojem znosili trudy i ciężary, smutki i bóle, krzyże i niepewności, przez ostatnie trzy lata bezrobocia i niepożądanych waacji, poświęcam dzisiejszą przemowę, którą zatytułowałem:

CHŁOP BOHATER

W nowelce "Maciek w Powstaniu", czytamy, że "Doktor i dwóch felczerów wzięło się do opatrywania rannych. Zaczęto od Maćka; moskiewska kula zraniła go w piersi, przerwała skórę ponad czołem do samego czuba głowy. Krew czarnymi kawałami zastygała i twardniała, gdy świeża i czerwona wydobywała się z rany małymi kropelkami. Chłop znużony walką, osłabiony upływem krwi, usnął. Zbudziła go woda, przyłożona do rany, i dotkliwy ból. Otworzył oczy i patrzy zdziwiony. Doktor podał mu manierkę; mocnej wódki — wypił i ocucił się. Felczer ogolił brzegi obmytej rany, doktor zapychał ją szarpiami, — Ho, ho, Maciek tyś -— bohater — mówił — tyś za Ojczyznę przelał krew, broniłeś własnymi piersiami. Powiedz sam! — Ponoć tak — odparł Maciek. Opatrunek skończono. Doktor odszedł. Maciek położył się i oczy zmrużył. Majaczyło mu się. On przelewał krew za Ojczyznę, zasłaniał świętą ziemię własnymi piersiami. Coś z nim się działo, wytwarzały się nowe uczucia. Rad był z siebie, chociaż nie udało mu się nic znaleźć przy Moskalach. Mimo, że mu było żal straconej sposobności łatwego zarobku, budzące się uczucie zagłuszało w nim chciwość. — A bo to ostatni raz biliśmy Moskala — pomyślał — a com własnymi piersiami zasłaniał Ojczyznę, tom zasłaniał i tego mi nikt nie odejmie! Kaśka gdyby mnie zobaczyła rozciągniętego w śniegu z rozwalonym łbem lamentowałaby okrutnie, ale musiałaby się i radować. Niechby i nie chciała, to bym ci ją tak sprał! — Głupia! — Obrażony był Kaśką. Przeczuwał, żeby okrutnie lamentowała, a mało się cieszyła. — Bo ona wie, co to Ojczyzna? A ty wiesz? Ja muszę wiedzieć, kiej mi się za nią własna krew leje. Kaśka głupia i już. Mroczyło mu się, czarna noc zasłaniała mu zwolna świat. Z daleka na ciemnem tle, odcinając się od białego śniegu, zjawiła się przed nim świetlana postać z gwiazdami nad czołem Maciek myślał, że to Najśw. Panienka, głos mu zamarł, rękę wyciągnął. Dzieciątka na ręku nie miała, ani korony na głowie. — Postać spłynęła ku ziemi i rzekła: — Cała ta świeta ziemia moja, Moskale mi ją zabrali. Broń mnie! — Maciek, otwiera ślepia — usłyszał głos nad sobą i jednocześnie uczuł, że go podźwignieto. Oczy otworzył, przy nim klęczał doktor z manierką gorącej herbaty. — Napij się, to cię otrzeźwi — koń czeka — ruszamy. Maciek ujął za szyję doktora i szeptał mu do ucha. — Widziałem świętą Ojczyznę. Mówiła, że całą ziemię Moskale jej zabrali, wolała: broń mnie! Popchnięty wzruszeniem pocałował doktora, zawstydził się i padł na śnieg. Doktor pochylił się ku ziemi i zbliżył usta do jego ust. — Bracie! wy tylko ją obronicie, wy jedni, lecz wszyscy razem. Maciek przytulił go serdecznie do siebie, dźwignął i sam pochwycił manierkę, dmuchał i pił. Pocałunek i herbata ozgrzewały mu serce. — Jaka ci śliczna była ta święta — szeptał do siebie — jaka ci smutna, rety, rety! Teraz już wiem, co Ojczyzna. A Kaśka? Kaśka jest baba, głupia i już. Zerwał się, pochwycił karabin, nogi się pod nim uginały, w głowie mu sie mąciło, lecz szedł, gdzie konie stały. — Chłopi z Mirca dźwignęli Maćka w górę i od razu wsadzili na siodło. Uderzono w bębny, szeregi się uszykowały: strzelcy, odbici rekruci z pozostałymi kosami i konsynierzy, za nimi ranni na zdobytych koniach. Maciek się rozsiadł na wygodnym siodle, koń wyćwiczony szedł równo, szukając w śniegu wydeptanych śladów. Z wysokości konia widział cały oddział, snujący się wśród drzew. Na wielkiej przestrzeni wydał mu się mały, nikły, drobny. Porównywał go z długiemi kolumnami Moskali i smutno mu się zrobiło. — Oni przyszli z końca świata i zawładnęli nami, my na własnej cierni w kupie i wielka jest nas moc. Gdyby jak chłopi w Mircu, ruszyło wszystko chłopstwo, ile go się znajduje, taka dopiero ciernawa dałaby radę Moskalom. Otoczyłaby Szydłowce, potem wzięłaby Radom, z Warszawy sami by już uciekli. Myśmy poszli, a dlaczego inni zostali w chałupach? — Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, lecz dziwował się głupocie chłopskiej. — Ino my — powtarzał — ale razem, w kupie, co do jednego! Wyrazy doktora świdrowały mu w mózgu. Przylgnął do nich, czuł ciepły pocałunek na swoich ustach, zaczął pojmować braterstwo. Zmrużył oczy, usiłując przywołać smutną, świetlaną postać, z gwiazdami nad czołem. Nie przychodziła. — Oj, radowałabyś ty się, radowała, żeby tak chłopstwo na całą okoliczność szło dziś na Szydłowiec i na Kielce, a potem razem w wielkiej kupie na Radom i Warszawę: — Maćkowi się zwiduje, bo wciąż ino gada ze sobą — odezwał się konsynier, idący ścieżką przy koniu. Zbliżył się do niego konno doktor. Ranny Maciek odesłany wozem, przed północą zastukał do okna swej chaty. Kaśka usiadła na łóżku i zadygotała. — Abo kozaki, abo dusza Maćka, abo on sam. — Kasiu, to ja, otwieraj! Zerwała się, spojrzała przez szybę. — Maciek! — poskoczyła do drzwi. Zapory zaskrzypiały, wszedł chłop, rzuciła mu się na szyję. — Żyjesz, a caluśki dzień harmaty grały, z Wąchocka wielkie dymy szły. Ludzie uciekli, wołając że Moskaliska rabują i palą. Żyjesz, bój się Boga, a com się za tobą nalamentowała! — Maciek, jakiś ty bledziuśki, zbiedzony, skóra i kości. Przytuliła się do niego objęła za szyję i ucałowała. Mało com se czu za tobą nie wypłakała. — Masz kożuszek, buty, fuzje, wyszycie. I to wszystko twoje? — Naprzód Boskie.

A co dali Moskale, patrz! Odpiął kożuszek. Koszula była zbroczona krwią, płomień od komina po niej migotał. — Zdjął czapkę. — Matko Najświętsza, skrajali mi chłopa na strzępy! Zatargała z żalu i z rozpaczy włosy. — Dziękuj Bogu, że ino tyle. A wielu to naszych zastyga w śniegu! A wielu Moskali? Ja ci sam własną ręką położyłem ze trzydziestu. -— Co się przyłożę, wyceluję, palnę — Moskal buch na ziemię! Ale cóż, kupa okrutna, jednego walisz, dziesięciu lezie- — Maszerowaliśmy całą noc, bili się cały dzień, krwi mi wyciekło dosyć, zesłabłem okrutnie, ciarki mnie przechodzą, głowa płonie! Kachna, podźwignijże mnie. Ujął kobietę za szyję przeszedł do łóżka, rozebrała go i położyła. Ciepło pierzyny obejmowało go przyjemnie. Kobieta dokłada drew na komin, wesoły płomień buchał.

— Kaśka, a wiesz ty, że masz nielada chłopa, co przelewał krew za ojczyznę! Ojczyzna to wielkie słowo. — Kaśka milczała. — Ojczyzna, to tyle co ojcowizna, ino wszystkich razem w jedność zbita! Toteż wszyscy razem bronić jej powinni. Ojczyzna, to tyle, co matka i pan tej ziemi! . . . Miarkujesz? — Miarkuję — szepnęła. — Najechał ci ją Moskal i rządzi się, jak szara gęś, tępi, okrada, morduje i nie ma rady, żeby raz była wolna, trzeba go wygnać. Ale kiej to ojcowizna wszystkich, wszyscy
powinni się ruszyć, i jak się wszyscy ruszą, czapkami zduszą
Moskala. Kiej wszystkich, to wszyscy! zawołał i runął na poduszkę. — Maciek — krzyknęła Kaśka, przybiegając do Józka — pobladłeś, a oczy ci jak u kota świecą! — Cicho, cicho, szeptał, utkwiwszy wytężony wzrok w jeden punkt. -— Widzisz ją? idzie, idzie ku mnie . . . Bledziuśka, aż łuna od niej bije, a śliczności, smutna, aż się serce kraje. Włosy se rozpuściła, gwiazdy nad jej głową płoną . . . Zgasła — szepnął cicho. — Zwiduje ci się — jęknęła Kaśka, zalewając się łzami. — Królowa, a bez korony, ale ja ci jej sprawie z kutego złota, ino mi karabin schowaj! Kaśka i ty ją ujrzysz, te świętą, bledziuśką, zasmuconą . . . Mroczy mi się w oczach, zimno mnie rozbiera.
Bębny biły na radość, starszyzna mnie ściskała . . . Ino dobrze
schowaj karabin . . Zasnął!

Mili Radiosłuchacze: Nie potrzeba Wam tłumaczyć, że kraj, który praojcom naszym stał otworem, który praojców naszych gościnnie i przyjacielsko przyjął i przytulił, który praojcom dał sposobność do zarobienia na uczciwy kawałek chleba, który nam dał swobodę, tak w sposobie chwalenia Boga jak i do wybicia się na równię, na każdem polu, że ten kraj jest naszą Ojczyzną! Już od przeszło trzech lat, tę ojczyznę zalali Moskale: nie hordy starokrajskich krwiożerczych kozaków, lecz niesumienni moskale amerykańscy. Magnaci bez serca — finansiści bez uczucia sprawiedliwości — urzędnicy bez sumienia — pijawki w ludzkiem ciele. Nie wina to Ojczyzny — Ameryki, że cały naród, a szczególnie chłop amerykański, w ostatnich latach przeszedł nie tylko przez czyściec, ale przez prawdziwe piekło cierpienia. Wina i to cała wina spada na barki niedbających naczelników i przewodników — na barki zaślepionych handlarzy zlotem — na barki tej małej gromadki bogaczy, którzy kontrolowali bogactwem, handlem i przemysłem naszej Ojczyzny. Naprawdę, że kogo Bóg chce ukarać, temu rozum odbiera. Ci, a nikt inny zaprzedali kraj nasz i naród nasz! Tym i podobnym mówić o ojczyźnie? Przecież ich ojczyzna to żołądek i kieszeń: ich ojczyzna to złoto, więcej złota i najwięcej złota: ich ojczyzna to zaspokojenie zachcianek i wybryków upadlających szlachetne popędy serca i rozumu ludzkiego! Stwierdzam raz jeszcze to szczególnie ten szary tłum roboczy, w czasie tego kryzysu i bezrobocia, zrozumiał znaczenie Ojczyzny i patriotyzmu. Teraz, kiedy Bogu dzięki, pod nowym dowódcą, przepełnionym bojaźnią Boską i uczuciem sprawiedliwości dla wszystkich, kraj nasz, rozpoczął dźwigać sig spod ciężkiego krzyża bezrobocia i nieufności, pokazują się kruki złowrogie, szukające żeru na ruinach pozostałego niezadowolenia, wśród zgliszczy smutku i rozpaczy, i głoszą wam uporczywie z wytrwałością godną lepszej sprawy, zasady wywrotowe i naukę bezbożną. Nie dajcie im posłuchu, nie wierzcie im. Są to płatni agenci czerwonej propagandy. Mniejsza o to jakimi hasłami się posługują, pod jakim sztandarem się gromadzą. Są to Judasze, którzy za kilkanaście monet zaprzedają wolność i szczęście, szczególnie robotników. Wasza dola lub niedola mało ich obchodzi, a mniej jeszcze o to dbają. Głoszą, że walczą z kapitalizmem, że stają w waszej obronie. To tylko gołe słowa i puste frazesy. Ja pierwszy przyznaje, że system kapitalistyczny jest wadliwy i niesprawiedliwy: system ten sprowadził klęskę i cierpienia: lecz system ten trzeba wymyć — wyprać — wyczyścić, odnowić i polepszyć: prawda ma on swe wady i błędy, lecz posiada zarazem pewne zalety i cnoty! System ten możemy porównać do ogromnej maszyny parowej, która z powodu niedbalstwa maszynisty, się zerwała i stanęła! Potrzeba tylko tu i tam śrubę skręcić — sprężyny wzmocnić — koła wysmarować, a olbrzym się ruszy i ludzkość szczęśliwie dalej powiezie i do celu zawiezie! Apostołowie piaszczystych zasad i bezbożnej nauki, wywieszają albo wabią prostaków i bezmyślnych sztandarem komunizmu albo bolszewizmu. Za przykład wskazują na potwór sowiecki, który zamienił się w demona bolszewickiego. Mają co stawiać za wzór! Tam komunizm zamienił człowieka rozumnego, w bezrozumne narządzie maszyny rządowej, a kraj wieśniaków pracowitych i spokojnych stał się krajem niewolników, gdzie koń i wół jest więcej ceniony, aniżeli wieśniak-robotnik! Godność ludzka topi się w mękach i cierpieniach! Tyraństwo komisarzy przechodzi okrucieństwa cezarów rzymskich; w łapach kilkunastu czerwonych naczelników, spoczywają większe bogactwa, aniżeli kiedykolwiek rozporządzał moskiewski car wraz z całą rodziną! Co robią inne miliony wieśniaków? Karmią się korą drzew — korzonkami, i — z głodu umierają. Obecny ustrój kapitalistyczny jest wadliwy; system komunistyczny jeszcze gorszy i podlejszy, bo sprowadził krach materialny i moralny; bo i kruszy tak ciało, jak i duszę; bo łamie sumienie i serce, bo wszystko kradnie, a w zamian nic nie daje!

Już w roku 1922, a więc dziesięć lat wstecz, Ojciec św. Pius XI wskazywał światu środki zapobiegawcze na chciwość i pragnienie władzy. W ubiegłym zaś roku t. j. w 1932 pisał i surowo karcił pewna klasę bogaczy; "obecnie kryzys finansowy i gospodarczy, ścisnął całą ludzkość w takiej mierze, iż tym beznadziejniej w nim się wikła, im goręcej się z niego wydobyć usiłuje. Nawet owa garstka bogaczy, którzy rozporządzają olbrzymimi wprost fortunami, i prawie światem rządzą; ci więc, a jest ich prawie znikoma liczba, którzy nieumiarkowaną żądzą zbogacenia się w wielkiej części przyczynili się i przyczyniają się do takiego nieszczęsnego położenia: nawet oni — powtarzamy — bardzo często pierwsi padają ofiarami tego kryzysu, pociągając za sobą we własną ruinę zasoby i majątki szerokich mas." -— Często też Papież powtarza, że jedyne lekarstwo na obecne choroby materalne i moralne to powrót do zasad Chrystusowych: powrócić do tych zasad Boskich, mają nie tylko jednostki, lecz narody i świat cały! Wtenczas bogacz będzie widział w biednym swego współbrata: chlebodawca obchodził się będzie z robotnikiem jak ze swym bliźnim; urzędnik zobaczy, że jest sługą publicznym, a nie wszechmocnym panem mienia i życia poddanego. Jesteśmy obecnie na drodze do tych zasad: do tych zasad idziemy i zbliżamy się! Droga ta jeszcze rozmaitymi przeszkodami zawalona: trzeba ja oczyścić, trzeba ją torować. Jest to praca, którą uskutecznić nie można w kilku tygodniach, a nawet w kilku miesiącach. Nieco więcej czasu to wymaga. Od czasu urzędowania nowego prezydenta, z drogi do dobrobytu usunięto, dwie ogromne przeszkody: czarownicę — prohibicję, która zamiast na miotle jeżdżała na baryłkach trującego munszajnu — i czarownika, który stał w pałacach finansowych, i zamieniał wasze potem i krwią skropione dolary, zamieniał w bezwartościowe papiery innych krajów! Cóż dziwnego, że nasz naród, z ufnością wpatrzył się w spokojne i rozumnie praktyczne oblicze nowego prezydenta, i widzi w nim Mojżesza dwudziestego wieku, który nasz naród wyrwie z plag bezrobocia i cierpienia i wskaże drogę do ładu, dobrobytu i spokojnego szczęścia. Wy robotnicy, którzyście w tych ostatnich latach pokazali tyle hartu i wytrwałości, nie słuchajcie tych, którzy chcą teraz brać was pod swoje skrzydła opiekuńcze! Wadynanda Kurasia, zaborczym Prusakom:
Chłop gdy krzyknie — to jak grzmotem!
Kiedy machnie — to z łoskotem!
Ściśnie w pieści — to zachrzęści!
Obcym mu jest trud.
Marsz więc, Niemcze — coś dowoli
Pasł się chlebem polskiej roli —
Świat otwarty! bo nie żarty,
Gdy brwi zmarszczy lud!