CZY KOCHASZ BOGA? - pogadanka o. Justyna z 12.03.1933 r.

Witam Was, Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki, słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Około dwa tygodnie temu, przyniosła mi poczta, pomiędzy listami, jeden, którego zawartością dziele się z moimi słuchaczami:
Chicago, III., 22go lutego. "Drogi Ojcze Justynie,
Proszę doradzie mi co do postępowania naszej córki. Mąż i ja przez wszystkie lata dawaliśmy jej co najlepszego, pracowaliśmy dla niej o niej dniami nocami myśleliśmy. Tak do stycznia tego roku, kiedy ukończyła lat osiemnaście. Po ukończeniu wyższej szkoły pracowała w śródmieściu. Zapoznała się z innowiercą, kiedy żeśmy się o tem dowiedzieli, tłumaczyliśmy jej niebezpieczeństwa. Wyśmiała się z nas. Wracała do domu późno wieczorem, zaprzestała odmawiać ranne i wieczorne pacierze, nie chciała chodzić do kościoła w niedziele: względem nas stała się nieposłuszną, szyderczo uśmiechając sig na upomnienia, albo nawet obelżywie i ubliżająco nam odpowiadała. Pewnego dnia przy końcu stycznia, wyszła z rana do pracy i od tego czasu żeśmy jej nie widzieli. Mąż przeklina i złorzeczy, ja ubolewam i rozpaczam; nie mam miejsca ani we dnie, ani w nocy, od rozumu odchodzę! Czy dla dzisiejszych dzieci nie istnieje przykazanie Boże?"

Posłuchaj ukochana, a zarazem bolejąca matko: Zachowanie twej córki, niewdzięcznością odpłacającej się za czułość serca macierzyńskiego, zasługuje na naganę, na surową i sprawiedliwą naganę. Niestety, dzieci nasze, wzorując swe zachowywanie na zapatrywaniach młodzieży kształcącej się na zasadach bezwyznaniowych, odrzucają od siebie albo przynajmniej ignorują przykazania Boże, a pod sztandarem nowoczesnej oświaty i pod hasłami postępu fałszywego wyzuwają się powoli z cnót i zalet, które przez wieki były ozdobą ojców i praojców naszych, a w podziw wzbudzały najzacieklejszych wrogów naszych! Źróddłem takiego nierozumnego zapatrywania się na obowiązki życiowe, a zarazem co gorsza, powodem takiego prowadzenia się, jest w ostateczności zanik wiary i miłości Bożej, co znów powoduje kompletny zanik miłości bliźniego! Dowodów mego twierdzenia nie potrzebujemy szukać długo i daleko. Kto ma oczy i uszy, widzi je na każdym kroku, usłyszy gdziekolwiek się obróci. Miłość Boga istnieje na papierze: znajduje się w Piśmie św.; lecz w życiu codziennem — mało jej widzimy! Iść raz na tydzień do kościoła, to jeszcze nie dowód miłości Boga! Musimy nią przesiąknąć, powinna się ona przebijać przez mowę i uczynki nasze, w życiu prywatnem i publicznem, w domu, na ulicy, przy pracy, w towarzystwie, zawsze i wszędzie. To
wszystko jest wstępem do dzisiejszego przemówienia, które ma tytuł:

CZY KOCHASZ BOGA?

W każdem społeczeństwie znajdujemy pewną liczbę ludzi, którzy uważają się za tak umysłowo rozwiniętych, że bez opierania się na zasadach głoszonych przez Chrystusa Pana i zawartych w Piśmie św., innemi słowami, że bez Boga można być nie tylko uczciwym i zacnym, lecz nawet uczciwszym i zacniejszym od tych, którzy nie tylko w Boga wierzą, lecz według zasad Boskich żyją.
Posłuchajcie następującego faktu, wziętego z życia pewnego Anglika: "Kilka lat temu, pewna angielska dama podróżowała ze swą trzyletnią córką. Do przedziału, w którym się rozłożyła, wsiadł młodzieniec, wyglądający na bardzo porządnego człowieka. Ten nowy towarzysz podróży był, jak się okazało, zupełnym ateistą, to jest niewierzącym, i nawet stał na czele związku odrzucającego wszelkie zasady wiary chrześcijańskiej. Jechał właśnie do miasta, w którem miało odbyć się walne doroczne zebranie wszystkich członków tego stowarzyszenia. W czasie podróży miody człowiek zaprzyjaźnił się wielce z malutką dziewczynką. Starał się ją zabawiać, dal jej swój zegarek do oglądania, i wziął dziecko i usadowił na kolanach. Dziewczynka patrzyła mu w oczy śmiało i uśmiechała sił do niego z radosnym wyrazem. Na kilka minut przed zatrzymaniem się u celu podróży, dziecko zapytało nagle swego młodego przyjaciela: — Czy ty kochasz Boga? — Młodzieniec zarumienił się pod czystem i jasnem wejrzeniem dziewczynki: widocznie niespodziewane pytanie zapadło mu w duszę, jak wyrzut uczyniony przez niewinne usta dziecięcia! — Zamilkł. - A to milczenie odczuło snąć dziecię, gdyż zsunęło mu się z kolan i poszło do matki ukrywając twarzyczkę we fałdach jej sukni. Młody człowiek, pospiesznie i bardzo grzecznie pożegnał towarzyszki uprzejmym ukłonem i nie czekając aż pociąg przystanie, wyskoczył z wagonu. Wszedł do karety, w której siedziało kilku urzędników stowarzyszenia i niezwłocznie udał się na zebranie, któremu miał przewodniczyć! Zauważono jednak, że był dziwnie milczący i zmieszany. — Co się z tobą, stało? — zapytał jeden z przyjaciół — jesteś dziś nieswój i roztargniony. — Niezupełnie dobrze się czuję — odparł młodzieniec — muszę nawet wcześniej opuścić zgromadzenie, aby udać sie na spoczynek. Wyszedł też wkrótce, opuściwszy obradujących nie czekając końca. Położył się istotnie, myśląc, że sen rozwieje ogarniający go smutek i zniechęcenie, jednakże usnąć nie mógł. — Brzmiało mu wciąż w uszach to dziwne proste pytanie: "Czy ty kochasz Boga?" Zdawało mu się, że głos ten rozlega się tuż przy nim, że szepce mu do ucha. że wymaga wprost stanowczej i wyraźnej odpowiedzi: -— Wiec nie wierzę! Nie wierzę, w nic nie wierze! -- odpowiedział w myśli niesłychanie podrażniony. Mimo to, pytanie wciąż jakby drgało w powietrzu; poduszka, na której rozpalona jego głowa spoczywała, zdawała się szeptać do ucha: "Czy ty kochasz Boga?" -— Zaledwie nad ranem dopiero zasnął, zmoczony i zdenerwowany. Następnego dnia zaproszony był na bal do znajomych. Przedstawiono go paniom, zaprosił jedną z nich do tańca. Gdy przyszedł czas stawania w szeregach tańczących, podszedł do panny, którą był przed chwila zaprosił, i nagle zatrzymawszy się przed nią. zapytał: — Czy Pani kocha Boga? -— Panienka znając ze słyszenia wolnomyślność młodzieńca, zdziwiona była niesłychanie tym dziwnym na balu zapytaniem. — Dlaczego pan pyta o to? — rzekła patrząc mu bystro w oczy. — Wiem, że pan nie wierzysz w Boga, i masz dziwne o religii pojęcie. Skąd ta ciekawość co do moich przekonań religijnych? — Daruj pani, lecz pytanie to zadała mi wczoraj mała dziewczynka, w pocztowej karecie. Od tej chwili prześladuje mię ono nieustannie. Wir tańca przerwał dalszą rozmowę, młody człowiek był wciąż niezwykle roztargniony, nie tańczył ze zwykła ochotą, jak inni i opuścił balową salę, gdyż w zabawie nie znalazł tego zapomnienia i ukojenia, jakiego był spragniony. Nieokreślony niepokój gnał go przed siebie, czuł zawrót głowy, a myśl rzucona mu w duszę przez usta dziecka, utkwiła jak celny strzał, przejmując go nieznanym dreszczem.

Powróciwszy do domu, odszukał Pismo św, leżące oddawna w pyle zapomnienia i z zajęciem począł przerzucać karty księgi! — O Boże! Jeśli Ty istniejesz — mówił w duchu — daj mi poznać Ciebie! Jeśli jesteś, chce iść za Tobą i służyć Ci wiernie! Ale niech wiem, że jesteś! Boże, ulituj się mej męce! Noc cała upłynęła mu na czytaniu Ewangelii św. Wprost upajały go te nowe dla niego słowa! I oto biały dzień zaglądał do okien, a młodzieniec, cisnąc rozpalone skronie, wgłębiał się coraz bardziej w cudowne obrazy, przesuwające się przed jego oczami i rozświetlające światłem prawdy głębie wrażliwej, młodzieńczej duszy! Jakżeby się zdzi¬wili przyjaciele i towarzysze znanego ze swych bluźnierczych wywodów bezbożnika, gdyby ujrzeli go w tej chwili pogrążonego nad świętą księgą, a następnie klęczącego z rękoma splecionymi, z wyrazem wielkiego skupienia na myślacem czole, gdy
szukały stów modlitwy, aby wyrazić wrażenia myśli i zwraca się do Zbawiciela, prosząc, aby go oświecił i natchnął głęboką wiarą. Była to chwila przełomowa w jego życiu. Zmienił się do niepoznania. Począł czytać książki, które do tej pory odsuwał od siebie z lekceważeniem, w myślach jego powoli powstawały poglądy najzupełniej sprzeczne z tymi, jakie był sobie dotychczas wytworzył, a dzień każdy zbliżał go do Chrystusa, którego nauczył się najpierw oceniać, a następnie uwielbiać z całej duszy.

Od tego czasu upłynęło pięć lat z górą! Pewnego poranku młody człowiek idąc przez miasto w zamyśleniu, ujrzał nagle w otwartem oknie parterowego mieszkania twarz kobiecą. Rysy wydawały mu się od dawna dobrze znane. Poznał on swą towarzyszkę podróży w pocztowej karecie! Miała ten sam wyraz łagodności i prostoty, tylko w oczach malował się smutek wielki. Młody człowiek nie zastanawiając się ani chwili, wbiegł do owej kamienicy i do drzwi mieszkania zadzwonił. — Otworzyła mu sama, niezmiernie zdziwiona. — Nie poznaje mnie pani? — zapytał młodzieniec skłaniając nisko głowę. — Zdaje mi się, że gdzieś już pana spotkałam — odrzekła przyglądając mu sig z uwagą. — Czy przypomina sobie pani naszą wspólną podróż przed pięciu laty? Córeczka pani zapytała mnie wówczas "czy kocham Boga?" Chciałem jej odpowiedzieć dziś na to pytanie. — Pamiętam, — odrzekła młoda kobieta — zdawałeś się pan bardzo tem pytaniem zmieszany. — Ach pani — zawołał młodzieniec -— pozwól mi podziękować twej córeczce! Nic uwierzy pani, jak wiele jej zawdzięczam. Chciałbym dopełnić tego osobiście, gdyż dziś jest już dziewczynką w tym wieku, że potrafi zrozumieć jak wiele dobrych zmian sprawiło to jej proste, szczere pytanie. — Po twarzy młodej kobiety stoczyły się dwie wielkie łzy. — Niech pan wejdzie ze mną na górę — odrzekła głosem stłumionym. Poprowadziła go do pokoiku, w którym stało łóżeczko, przy niem na stoliku leżała mała książeczka do nabożeństwa, w kącie na dziecinnem krzesełku siedziała sztywna duża lalka. — Oto wszystko, co mi po niej pozostało, rzekła matka żałośnie. — Nie ma już mojej złotowłosej pieszczotki. — Młodzieniec był widocznie wzruszony. — To jeszcze nie wszystko co pozostało po niej — szepnął, ujmując ręke strapionej bolesną stratą kobiety, bo oto ja przychodzę złożyć ci pani dzięki: moja dusza obudzona do nowego życia, to dzieło tego aniołka, który odszedł do nieba. Ona to tchnęła mi swym promiennym spojrzeniem niewinności i prostym pozornie pytaniem, jakieś nowe światło do znużonej w pogoni za prawdą duszy. Bóg użył ją za narzędzie, aby obudzić mię, innym myslom moim nadając kierunek. Jej to zawdzięczam, że postarałem się poznać Stwórcę wszechrzeczy, i o ile dawniej zapierałem się Go zuchwale, dziś przed całym światem gotów jestem wyznawać Go otwarcie. Zgłębiwszy naukę. Chrystusową, uznaję ja za szczyt doskonałości i skłaniam głowę w pokorze przed Boskim majestatem.

Młoda kobieta podniosła załzawione oczy na mówiącego i po raz pierwszy od lat kilku wyraz błogiej radości zajaśniał na jej twarzy.
Tak więc najprzeróżniejszemi drogami wiedzie Zbawiciel dusze ludzkie ku poznaniu prawdy. Któż przypuszczałby, że wypadkowe spotkanie, że słowo dziecka zaważy tak dalece w życiu człowieka, któremu się zdawało, że już wszystko zbadał, przeniknął i rozumem ocenił. Ten rozum jednak bez uczucia i wiary nie przyniósł mu szczęścia, nie dał nawet jednej chwili zadowolenia moralnego, gdy tymczasem odnalezienie podstaw duchowego życia, zbliżenie do wiecznego źródła miłości i prawdy, powróciło mu równowagę i dokonało cudu nawrócenia! O, jakże wielu ludziom noszącym niby miano chrześcijan chciałoby się zadać to pytanie rzucone przez usta dziecięce; Czy ty kochasz Boga?

Mili radiosłuchacze, niech wiec i ja stawię każdemu z was to krótkie pytanie: "Czy ty kochasz Boga?" Tego Boga, który nam przyniósł na ziemię ideał najwyższej i najczystszej miłości jaki człowiek wyobrazić sobie może! Tego Syna Bożego, który nakazał miłować bliźniego jak siebie samego? Ta miłość do Boga, miłość do Chrystusa i do bliźniego swego, oto cala treść nauki chrześcijańskiej. Zbawiciel wymaga od nas, abyśmy tę naukę wyrażali nie tylko słowami, lecz i czynami!

Ojcze rodziny, czy ty naprawdę kochasz Boga? Posłuchaj mnie tylko. Czasy które przeżywamy są ciężkie, niepewne, przykre, przygniatające biedną ludzkość. Potrzeba nam wszystkim cierpliwości nieograniczonej, ufności głębokiej i wiary w pomoc nadludzką! Czy ty to wszystko okazujesz? — Mimo bezrobocia, mimo faktu, że otrzymujesz zapomógę miastową, może w domu twoje dzieci boleśnie i ze łzami skarżą się na brak żywności i odzieży, co ty czynisz? — Idziesz gdzieś, gdzie zalejesz sobie czuprynę jakąś trucizna, która ci odbiera siły, zachmurza rozum, osłabia pamięć, ale we własnych oczach rośniesz i potężniejesz. Zdaje ci się, żeś wyrósł na jakiego bohatera! Idziesz do domu. Zastajesz żonę, która z rozpaczy boleśliwie ręce załamuje — biedne dzieciaki, widząc twą twarz rozpaloną — czuprynę najeżoną — oczy błyskawice śmigające — płaczą żalośliwie. Co ty na to? Tyś pan — tyś bohater! Tyś wszechmocny! Przekleństwa płyną z ust pijackich jak z rogu obfitości -— złorzeczenia, zgorszenia, gniewy i hałasy! Tak ty ojcze,
zaprawdę możesz twierdzić, że jeśli kto, to ty kochasz Boga! Tak ty należysz do tej unii ojców, za których usteczka niewinnch dzieci co rano i wieczór szeptają błagalne modlitwy do Dzieciątka Jezus: "Dziecino Boska, nawróć naszego tatusia!" Nie czyń tak dalej, ojcze drogi, ale czynem pokaż, że naprawdę kochasz Boga! — Mężom zadaje, to samo pytanie: czy kochacie Boga? Posłuchajcie: Ile żon, w tej chwili, płacze, narzeka, pomstuje i z rozpaczy włosy z głowy wydziera? Dlaczego? Mąż zapomniał, co przy ołtarzu uroczyście ślubował. Ta, która kiedyś była dla niego istotą szacunku, uwielbienia i miłości, dziś opuszczona, wzgardzona i znienawidzona, płacze i narzeka! A on z cynicznym uśmiechem na ustach, z robakiem niepokoju w sumieniu buja i świata używa! I ty, mężu, śmiesz twierdzić, że Boga kochasz?

Albo, matko czy ty kochasz Boga? Pamiętasz może twoją własną matkę, co? Pamiętasz jej bogobojność, jej pracowitość, jej oszczędność, jej poświecenie. Czy idziesz jej śladami? Czy dzieciom jesteś wzorem i dobrym przykładem? Czy dom jest tobie pałacem czy też więzieniem; czy dzieci są tobie pociechą czy też ciężarem? Może masz pewne spaczone zapatrywania na twe obowiązki chrześcijańskiej matki? Patrz, Bóg dał ci moc i siłę, którą możesz Niebu urabiać świętych, albo?... Od ciebie w wielkiej części zależy jacy będą przyszli obywatele kraju! Ty jesteś stróżem, aniołem opiekuńczym umysłów i serc ludzkich. Czy rozumiesz twoje powołanie, twoją godność, twoje obowiązki? Czy je sumiennie spełniasz? Jeśli o nie nie dbasz, jeśli je nie pełnisz, czy możesz mówić, że Boga kochasz?

Żonom zadaję to bystre, no i natrętne pytanie: Czy ty kochasz Boga? Może dałaś się porwać prądom nowoczesnym, zasadom pogańskim, które żonę zrzuciły z ołtarza chwały i uwiel¬bienia, i uczyniły z niej zabawkę wedle upodobania ludzi bez serca i bez sumienia? Czy może zamiast być podporą i pociechą męża, jesteś dla niego powodem upadku moralnego i materialnego; czy może zamieniłaś gniazdko domowe w gniazdo dzikich i krwiożerczych zwierząt przez złośliwość, niecierpliwość, podejrzliwość i płochość? Może z twej winy pożycie małżeńskie rozwiało się, jak mgła poranna? Może mąż rozpił się — rozkochał się w gemblowaniu, albo poza domem, wśród nieodpowiedniego towarzystwa, szuka zapomnienia i ukojenia? Jeśli sprawdza się to, śmiesz mi twierdzić, że ty kochasz Boga?

Teraz zwracam się do naszych ukochanych dzieci, młodzych i starszych, do dziewcząt i panienek, do chłopców i młozienców, i zapytuje się wszystkich, czy wy kochacie Boga? Powiecie mi, że tak! Wiec proszę mi wytłumaczyć, jeśli Boga kochacie, dlaczego tak trudno jest wam rodziców kochać, słuchać i szanować! Czy może Pan Bóg rozkazał nam się miłować, a o rodzicach zapominać, rodziców zaniedbywać, albo ich nienawidzieć? Bóg wszechmocny wyrysował na kamiennej tablicy czwarte przykazanie swoje: "Czcij ojca twego i matkę twoja, aby ci się dobrze powodziło i abyś długo żył na świecie." Prawda: lecz, aby nie poszło w zapomnienie, aby ludzie nie mieli żadnej wymówki, ręka Boska przez wszystkie wielki, i dziś i aż do końca świata, wybija i wybijać będzie to samo przykazanie na sumieniu, w sercu i w duszy każdego nowonarodzonego dziecięcia! Czy to przykazanie jest świętością w oczach twoich? Synu, co ci odpowie sumienie Twoje? Może posiadasz wyższe wykształcenie i dlatego uważasz się za lepszego od spracowanego ojca, od zgrzybiałej matki. Powiedz mi tylko, za czyim poświęceniem i staraniem? Popatrz się na twarde, prawie skamieniałe ręce twego ojca; patrz na to zmarszczkami nielitościwie zorane czoło twej matki; rozważ ile kosztowało twych rodziców, jak drogo zapłacili, abyś ty został czym jesteś! — Ty nie masz czasu, aby nawet pomyśleć o tych dobrodziejstwach. Jaką niewdzięczność, czarną niewdzięczność okazujesz tym, którzy dla ciebie tyle poświecili — może w niejednym wypadku nawet życie sobie skrócili, aby tobie na tym świecie lepiej było!

Kilkanaście lat temu w Chicago sąd skazał na śmierć trzech polskich młodzieńców. Jeden z nich, kiedy stal na rusztowaniu, zapytany był, czy chciałby co powiedzieć, mówił: "Chciałbym być królem świata na kilka chwil, bym powiedział dzieciom całego świata: Słuchajcie waszych rodziców, jeśli chcecie być szczęśliwe." — Kiedy rodzice was ostrzegają, kiedy wam przepowiadają, kiedy was proszą, — nie tylko słuchajcie, lecz i czyńcie! Narożniki naszych ulic — sale zabaw i tańców nie tylko podejrzliwych, lecz nie licujących z godnością młodzieńca chrześcijańskiego, no i rozmaite inne miejsca i towarzystwa nie wyrobią w duszy waszej miłości Boga. Zaszczepią w sercach waszych zarodki nienawiści do wszystkiego co z Bogiem ma łączność.

Czy kochacie Boga?
Wreszcie pytam się panienek naszych: "Kochacie Boga?" — Tak, lecz nie wszystkie! Niejedna z was, z twarzyczką anioła, ma serce z kamienia, kiedy rozchodzi się o dobroć lub nawet o serdeczne słówko dla rodziców! Zamiast słuchać ojca, a szczególnie matki, idziecie za namową innych, często wam nieprzychylnych, a nierzadko nieprzyjaznych. Jakiż skutek tego? Czytacie gazety; całe szpalty przepełnione są zdarzeniami smutnemi, bolesnemi, a ofiary — to polskie panny! — Zwyczajnie to te panienki, które swemu ojcu śmią powiedzieć; "my old man" — a o matce staruszce wyrażają się jako o "my old woman!" — Tak na pocie tego "old man", i na łzach tej "old woman", wypiastowane i wychowane, zmartwienia i troski, łzy i boleści wynagradzają i serca staruszków łamią! Czy te i im podobne mogą jeszcze twierdzić, że Boga kochają?

Mili Radiosłuchacze:
Obecnie jesteśmy w okresie Postu św. Niech przez cały ten czas stoi przed oczyma duszy naszej to pytanie: "Czy kochamy Boga'?". Niech słowa te będą wypisane nie atramentem, lecz ognistemi literami, aby wpaliły się w pamięć naszą, i aby zmusiły nas do okazywania miłości Boga nie tylko słowami lecz i uczynkami! Wtenczas, i tylko wtenczas życie nasze będzie Bogu na chwałę -— nam na korzyść i bliźnim na dobry przykład.
Ponieważ proszony byłem, aby odmówić modlitwę za naszego prezydenta Roosevelta, który z taką praktyczną energią zabrał się do uleczenia fatalnych stosunków w naszej przybranej ojczyźnie, czynie to chętnie i proszę powtarzać za mną słowo za słowem:

Módlmy się!
Podaj, błagamy Cię, Panie, słudze swemu Prezydentowi tych naszych Stanów Zjednoczonych, prawicę niebieskiej pomocy, aby caym sercem Cię szukał, a o co godnie Cię prosi, niech wszystko otrzymać zdoła. Natchnij go myślami owianymi duchem miłości chrześcijańskiej, aby zapanowała większa miłość bliźniego, szersze porozumienie pomiędzy obywatelami, i abyśmy wszyscy żyjąc w ugodzie i jedności, pracować mogli na większą chwałę Boga i ojczyzny naszej. Amen.