JURAND DWUDZIESTEGO WIEKU - pogadanka o. Justyna z 26.03.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki Słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Przechodząc ulicami naszego miasta, czy to w godzinach poannych, czy też popołudniowych, widzę gromady mężczyzn w starych dziurawych butach, w zaszarganych i połatanych ubraniach, często nieogoleni i jakby na wygląd niedbali, jedni posuwają się cieżkiemi krokami bardzo powoli, jakby czegoś szukali, jakby coś zgubili: drudzy stoją zbici w gromadki, żwawo i ze skupieniem argumentują. Uderza mnie jednak jedno: pewien smutek, który maluje się na ich twarzach, spowodowany jakąś niepewnością, obawą i strachem. To samo zauważyć możecie w każdym mieście i w każdej wiosce, jak kraj nasz jest długi i szeroki! Jeden i ten sam bolesny widok przedstawia się oczom naszym przez ostatnie trzy lata. Gdyby dziś na ulicach pojawił się Chrystus Pan, pomiędzy innymi scenami, powtórzyłaby się i następująca: "I wyszedłszy około godziny trzeciej ujrzał drugie na rynku próżnujące: i zasię wyszedł około godziny szóstej i dziewiątej, a około jedenastej wyszedł i znalazł drugie stojące, i rzekł im: Co tu stoicie cały dzień próżnujący? Rzekli mu: iż nikt nas nie najął." (Mat. 20). Z tą jedną różnicą, że jedni by odpowiedzieli: "Panie, my już od roku tak stoimy." - Drudzy by wołali: "Panie, a my już od dwóch i trzech lat nie pracujemy, bo nas nikt nająć nie chce!" Ciekawym co by też Chrystus Pan odpowiedział tym biedakom, oczekującym tak cierpliwie pracy i zatrudnienia, aby w pocie czoła pracować i zarabiać na uczciwy kawałek chleba? Czy by może machnął ręką, pokiwał głową i poszedłby dalej, nie troszcząc się o tłumy? Wątpię bardzo! Bo dla kogo miał lepsze i cieplejsze słowa, ten mniemany syn biednego cieśli z Nazaretu, jeśli nie dla tłumu? Nad kim okazał więcej serdeczności i pociechy, jeśli nie nad tłumem? Czy dla tego tłumu cudów nie czynił? Czy nie karmił? Czy dla tego tłumu nie był już bratem, lecz ojcem i matką zarazem? Czytajcie historie biblijna, wyczytajcie tam to wszystko, a i nieco więcej! Nic więc dziwnego, że kiedy wołał, "albowiem godzien jest robotnik strawy swojej" (Mat. 10), że kiedy mówił: "albowiem godzien jest robotnik zapłaty swej." (Łuk. 10), że kiedy nauczał iż krzywdzenie wdów i sieról o pomstę do nieba woła, pewni, którzy uważali się za wzór mądrości i cnoty, zaczęli się gorszyć taką nauką, a nauczyciela Boskiego, przezwali wvwrotowcem i burzycielem pokoju! Nie przestali prześladowania, aż na szorstkim drzewie krzyża zawisł! Powracam jednak do klasy roboczej i robię pewne porównanie, które nami tytuł dzisiejszej mowy:

JURAND DWUDZIESTEGO WIEKU

W cudownej powieści Henryka Sienkiewicza czytamy o siłaczu i pełnym rycerskości żołnierzu Jurandzie: "Jurand skoczył ku bocznej ścianie, przy której stały zbroje i porwawszy wielki dwuręczny miecz, runął jak burza na skamieniałych z przerażenia Niemców! Byli to ludzie przywykli do bitew, rzezi i krwi, a jednak upadły w nich serca tak dalece, że nawet gdy odrętwienie minęło, poczęli się cofać i pierzchać jak stado owiec pierzcha przed wilkiem, który jednem uderzeniem kłów zabija. Inni widząc straszliwą siłę i rozpętanie męża, zbili się w kupę, by razem stawić opór, ale sposób ten gorszą jeszcze sprowadził kleskę, gdyż on z włosem zjeżonym na głowie, z obłąkanemi oczyma, cały oblany krwią i krwią dyszący, rozhukany i zapamiętały, łamał, rozrywał i rozcinał strasznymi cieciami miecza, tę zbitą ciżbę, waląc ludzi na podłoge spluskaną posoką, jak burza wali krze i drzewa. I przyszła znów chwila okropnej trwogi, w której zdawało się, że ten straszliwy Mazur, sam jeden wytnie i wymorduje tych wszystkich ludzi i że równie jak wrzaskliwa psiarnia nie może bez pomocy strzelców pokonać srogiego odyńca, tak i ci zbrojni do tego stopnia nie mogą się zrównać z jego potęgą i wściekłością, że walka z nim jest tylko dla nich śmiercią i zagubą. Wiec rozbiegli sig po sali, jak rozprasza się stado szpaków na polu, na które runie z góry jastrząb krzywodzioby, lecz nie mogli go otoczyć, albowiem w szale bojowym, zamiast szukać miejsca do obrony, począł ich gonić wokół ścian, i kogo dognał, ten zmarł, jakby rażony gromem. Upokorzenia, rozpacz, zawiedziona nadzieja, zmienione w jedną żądze krwi, zdawały się mnożyć w dziesięcioro jego okrutną przyrodzoną siłę. Mieczem, do którego najtężsi między Krzyżakami mocarze potrzebowali obu rąk, władał jak piórem, jedną! Nie szukał życia, nie szukał ocalenia, nie szukał nawet zwycięstwa, szukał pomsty, i jako ogień, albo jako rzeka, która zerwawszy tamy, niszczy ślepo wszystko, co jej prądowi opór stawi, tak i on straszliwy, zaślepiony niszczyciel — porywał, łamał, deptał, mordował i gasił żywoty ludzkie! Nie mogli go razić przez plecy gdyż z początku nie mogli go dognać, a przytem pospolici żołdacy bali się zbliżać nawet z tyłu. rozumiejąc, że gdybv się obrócił żadna moc ludzka nie wyrwie ich śmierci. Innych chwyciło zupełne przerażenie na myśl, że zwvkły mąż nie mógłby sprawić tylu klęsk i że mają do czynienia z człowiekiem, któremu jakieś nadludzkie siły w pomoc przychodzą. Lecz stary Zygfryd, a z nim brat Rotgier, wpadli na galerie, która biegła ponad wielkiemi oknami sali i poczęli nawoływać innych, aby chronili się za nimi, ci zaś czynili to skwapliwie, tak że na ważkich schodach przypychali się wzajem pragnąc jak najprędzej dostać się na górę i stamtąd razić mocarza, z którym wszelka walka wręcz okazywała śle niepodobna. Wreszcie ostatni zatrzasnął drzwi, prowadzące na chór i Jurand — pozostał sam na dole. Z galerii ozwały się okrzyki radości, tryumfu, i wnet poczęły lecieć na rycerza dębowe ciężkie zydle, ławy i żelazne kuny od pochodni. Jeden z pocisków trafił go w czoło nad brwiami i zalał mu krwią twarz. Jednocześnie rozwarły się wielkie drzwi wchodowe, i przywołani przez górne okna knechci wpadli hurmem do sali, zbrojni w dziby, halabardy, topory, kusze, w ostrokoły, drągi, powrozy i we wszelką broń jaką każdy mógł naprędce pochwycić. A szalony Jurand otarł lewą ręką krew z twarzy, aby nie ćmiła mu wzroku, zebrał się w sobie — i rzucił się na cały tłum! W sali rozległy się znów jęki, szczek żelaza, zgrzyt zębów i przeraźliwe głosy mordowanych mężów! — Walka się zakończyła kiedy Juranda zaplątano w sieci, zamierzając go dobić; temu sprzeciwiał się kapelan, więc wrzucono go do ciemnego wigzienia zamkowego. — Wewnątrz komnaty czekał wedle rozkazu na Zygfryda Diederich. Był to niski, krępy człowiek, o kabłączastych nogach i z kwadratową twarzą, którą w części zasłaniał ciemny ząbkowany kaptur, spadający na ramiona. Na sobie miał bawoli niewyprawny kaftan, na biodrach również bawoli pas, za który zatknięty był pęk kluczy i krótki nóż. W prawej ręce trzymał żelazną, pozasłanianą błonami latarnię, w drugiej miedziany kotlik i pochodnię.
- Gotów jesteś? — zapytał Zygfryd. Diederich skłonił się w milczeniu - Kazałem byś miał węgle w kotliku. Krępy człowiek znów nic nie odpowiedziął, wskazał tylko płonące w kominie bierwiona, wziął stojąca wedle komina żelazną łopatkę i począł wygarniać spod nich węgle do kociołka, po czym zapalił latarnię i czekał. — A teraz słuchaj, psie — rzekł Zygfryd: — Niegdyś wygadałeś, co kazał ci czynić komtur Dauveld i komtur kazał ci wyciąć język. Ale że możesz kapelanowi pokazać wszystko co chcesz na palcach, więc ci zapowiadam, iż jeśli jednym ruchem pokażesz mu to, co z mego rozkazu uczynisz — każę cię powiesić. Diederich znów skłonił się w milczeniu tylko twarz ściagngła mu się złowrogo strasznem wspomnieniem, albowiem wyrwano mu język z zupełnie innego powodu, niż mówił Zygfryd. — Ruszaj teraz naprzód i prowadź do Jurandowego podziemia. — W grubym murze spichlerza było wzgłębienie, przy którym kilka schodów wiodło do wielkich żelaznych drzwi. Diederich otworzył je i począł schodzić po schodach w głąb czarnej czeluści, podnosząc mocno latarnie, by oświecić komturowi drogę. Na końcu schodów był korytarz, a w nim na prawo i na lewo nadzwyczaj niskie furty od cel więziennych. — Do Juranda! — rzeki Zygfryd. Po chwili zaskrzypiały rygle, i weszli. Ale w jamie było zupełnie ciemno, więc Zygfryd, nie widząc dobrze przy mdłym świetle latarni, rozkazał rozpalić pochodnie i wkrótce w mocnym blasku jej płomienia ujrzał leżącego na słomie Juranda. Jeniec miał kajdany na nogach, na ręku zaś łańcuch nieco dłuższy, taki, aby mu pozwalał podawać sobie pokarm do ust. Ubrany był w ten sam wór zgrzebny, w którym stanął przed komturami, lecz pokryty teraz ciemnymi śladami krwi, albowiem w dniu owym, w którym położono kres walce, dopiero wówczas, gdy oszalałego z bólu i wściekłości rycerza splątano siecią, knechtowie chcieli go dobić, i halabardami zadali mu kilkanaście ran. Dobiciu przeszkodził miejscowy kapelan, ciosy zaś nie okazały się śmiertelne, natomiast uszło z Juranda tyle krwi, że go odniesiono do wiezienia na wpół żywego. W zamku mniemano, że lada godzina skończy, lecz jego ogromna siła zmogła śmierć i żył, chociaż nie opatrzono mu ran, a wtrącono go do strasznego podziemia, w którym w dniach odwilży kapało ze sklepień, w czasie zaś mrozu ściany pokrywały się grubą sadzą śnieżną i kryształkami lodu.

Leżał wiec na słomie, w łańcuchach, niemocen, ale ogromny tak, iż zwłaszcza leżąc, czynił wrażenie, jakiegoś odłamu skały, który wykuto w kształt człowieczy. Zygfryd kazał mu świecić prosto w twarz i przez czas jakiś wpatrywał się w nią w milczeniu, poczem zwrócił się do Diedericha i rzekł: Widzisz, iże ma jedną tylko żrenicę wykap mu ją. W głosie jego była jakaś niemoc i zgrzybiałość, ale właśnie dla tego straszny rozkaz wydawał się jeszcze straszniejszy. Toteż pochodnia zadrżała nieco w ręce kata, jednakże pochylił ją i wkrótce na oko Juranda poczeły spadać wielkie, płonące krople smoły, a wreszcie pokryły je zupełnie od brwi aż do wystającej kości policzka. Twarz Juranda skurczyła się, płowe wąsy jego podniosły się ku górze i odkryły zaciśnięte zęby, ale nie wyrzekł ani słowa, i czy to z wyczerpania, czy przez zawziętość przyrodzoną strasznej jego naturze, nie wydał ani jęku. A Zygfryd rzekł: — Przyrzeczone ci, iż wyjdziesz wolny, i wyjdziesz, ale nie będziesz mógł oskarżać Zakonu, gdyż język którym przeciw niemu bluźniłeś, będzie ci odjęty. I znów dał znak Diederichowi, lecz ów wydał dziwny gardlany głos i pokazał zarazem na migi, że potrzebuje obu rąk, a nadto, że chce by komtur mu poświecił. Wówczas starzec wziął pochodnie i trzymał ją wyciągniętą drżąca ręką: jednakże gdy Diederich przycisnął kolanami piersi Junda, odwrócił głowę, i patrzał na pokrytą szronem ścianę. Na chwilę rozległ sig dźwięk łańcuchów, poczem dały się słyszeć zdyszane oddechy piersi ludzkich, coś jakby jedno głuche, głębokie stęknięcie i nastąpiła cisza!

Wreszcie ozwał się znów głos Zygfryda: — Jurandzie, kara którą poniosłeś, i tak cię spotkać miała, ale prócz tego bratu Rotgierowi, którego mąż twej córki zabił, obiecałem włożyć prawą twoją dłoń do trumny. Diederich, który już był podniósł się, usłyszawszy te słowa, przechylił się nad Jurandem. Po niejakimś czasie, stary komtur i Diederich znaleźli się znów w owym dziedzińcu, zalanym światłem miesięcznym. Przeszedłszy korytarz, Zygfryd wziął z rąk kata latarnię i jakiś ciemny przedmiot owinięty w szmatę. — "Rzućmy teraz ciężką zasłonę na cierpienia i boleści, na krwawe przejścia tak Juranda jak Danusi. — Olbrzym Jurand ślepiec — niemowa — bez ręki — skutkiem złości ludzkiej! — "Jurand słuchał opowiadania, bez jednego drgnienia i ruchu, tak że obecnym zdawać sig mogło, iż pogrążony jest we śnie. Słyszał jednak i rozumiał wszystko, bo gdy Hlawa zaczął mówić o niedoli Danusi, wówczas w pustych jamach oczu zebrały mu się dwie wielkie łzy i spłynęły mu po policzkach. Ze wszystkich uczuć ziemskich pozostało mu jeszcze jedno tylko: miłość do dziecka. Potem sinawe jego usta poczęły się poruszać modlitwa. Na dworze rozległy się pierwsze, dalekie jeszcze grzmoty i błyskawice jęły kiedy niekiedy rozświecać okna. On modlił się długo i znów łzy kapały mu na biała brodę. Aż wreszcie przestał i zapadło długie milczenie, które przedłużając się nad miarę, stało się na koniec uciążliwe dla obecnych, bo nie wiedzieli, co mają z sobą zrobić.

Na koniec stary Tolima, prawa Jurandowa ręka, towarzysz we wszystkich bitwach, rzekł: — Stoi przed wami, ten, który katował was i dziecko wasze; dajcie znak, co mam z nim uczynić i jako go pokarać? Na te słowa, przez oblicze Juranda przebiegły nagle promienie — i skinął, aby mu przywiedziono tuż więźnia. Dwaj pachołkowie chwycili go w mgnieniu oka za barki, i przywiedli przed starca, a ów wyciągnął rękę, przesunął najpierw dłoń po twarzy Zygfryda, jakby chciał sobie przypominać lub wrazić w pamięć po raz ostatni jego rysy, następnie opuścił ją na pierś Krzyżaka, zmacał skrzyżowane na nich ramiona, dotknął powrozów - i przymknąwszy znów oczy, przechylił głowę. Obecni mniemali, że się namvślał, ale cokolwiek czynił, nie trwało to długo, gdyż po chwili ocknął się - i skierował dłoń w stronę bochenka chleba, w którym utkwiona była mizerykordia. Wówczas Jagienka, Czech, nawet stary Tolima i wszyscy pachołkowie zatrzymali dech w piersiach. Kara była stokroć zasłużona, pomsta słuszna, jednakże na myśl, że ów na wpół żywy starzec będzie rzezał omackiem skrępowanego jeńca, wzdrygnęły się w nich serca. Ale on ująwszy nóż, wyciągnął wskazujący palec do końca ostrza tak, aby mógł wiedzieć czego dotyka i począł przecinać sznury na ramionach Krzyżaka. Zdumienie ogarnęło wszystkich, zrozumieli bowiem jego chęć — i oczom nie chcieli wierzyć. Tego jednak było im zanadto. Zaczęli szemrać. Tylko ksiądz Kaleb począł pytać przerywanym przez niepohamowany płacz głosem: — "Bracie Jurandzie, czego chcecie: Czy chcecie darować jeńca wolnością? — Tak! — odpowiedział skinieniem głowy Jurand.
— Chcecie, by odszedł bez pomsty i kary? — Tak! Pomruk
gniewu i oburzenia zwiększył się jeszcze, ale ksiądz Kaleb, nie chcąc, by zmarniał tak niesłychany uczynek miłosierdzia, zwrócił się ku szemrzącym i zawołał; — Kto się świętemu śmie sprzeciwiać? Na kolana! I klęknąwszy sam. począł mówić: — Ojcze nasz, któryś jest w niebie, świeć się imię twoje, przyjdź Królestwo Twoje — i odmówił "Ojcze nasz" do końca. Przy słowach "i odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom," oczy jego zwróciły się mimowoli na Juranda, którego oblicze zajaśniało istotnie jakiemś nadziemskiem światłem!"

Mili Radiosłuchacze: — Takim był Sienkiewicza Jurand z czasów krzyżackich! Takimi są Jurandowie czasów naszych — robotnicy! Każde państwo z osobna, świat cały — zależy od — szarej masy roboczej. Fundamentem krajów — robotnicy!
Nie ma na świecie mocy i potęgi nad moc i potęgę robotników!
Szczęście i bogactwa państw, to zasługa robotników! Pracowitością — uczciwością, potem i krwią robotnicy przyczynili się
do rozwoju i rozkwitu światowego! Niestety, ten olbrzym, ta
armia robocza, nie była odpowiednio zorganizowana: w tej
armii i dziś są Judasze: a ten olbrzym był osłabiony na zewnątrz, przez pijawki ludzkie, które się doń przyczepiły. Krzyżak w postaci niesumiennych rządów — niesprawiedliwych chlebodawców — krwiożerczych bogaczów, założył pułapkę i zastawił sieci, a ta armia robotnicza w nie wpadła! Fałszem i okrutnem kłamstwem, tego robotnika oślepił! Jakąś cywilizacją, i rażącym światłem fałszywej oświaty — oczy wyłupił!
Przestrachem i terrorem, pogróżkami i przemocą usta zamknął, jakoby język wyrwał: dla uradowania własnego mienia i skóry, mieczem zastoju i bezrobocia, nie tylko jedną rękę, lecz obydwie, od ramion odciął, i już od trzech lat dzisiejszy Jurand — robotnik leży bezmocny, bezsilny i skrępowany! Ile w tym czasie, mimo niepewności a często nawer rozpaczy, ile pokazał odwagi, wytrzymałości i żywotności, Wam tłumaczyć nie trzeba. Skąd ta moc i siła? Od Boga, w którego wierzył, i przed którym się żalił: od modlitwy Pańskiej, którą z ufnością codziennie odmawiał! I zdaje się, że wreszcie Bóg go wysłuchał! Szczególnie mam tu na myśli nasz rząd, nasz kraj tutejszy, i naszych robotników. Te piętnaście milionów bezrobotnych, nie szukają zemsty nad tymi, którzy stali się ich oprawcami i ich krzywdzicielami, lecz wołają tylko o chleb powszedni, o sprawiedliwość, o pracę, a jednym potężnym o obłoki niebieskie odbijającym się głosem proszą: "a odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom."
Niedaleko jest od nas słoneczko wiosenne: nie daleko też i słoneczko dobrobytu, spokoju i zadowolenia, które wschodzi na zasadach starych, bo Boskich, wedle których państwa i świat mogą być i będą — szczęśliwe!