KALWARIE DWUDZIESTEGO WIEKU - pogadanka o. Justyna z 9.04.1933 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Stoimy na progu Wielkiego Tygodnia, i zaprawdę Tydzień to Wielki, bo tydzień to pamiętnej Drogi Krzyżowej i gorzkiej męki oraz śmierci Chrystusa Pana. Przenieśmy się myślą wstecz o tysiąc dziewięćset trzydzieści trzy lat. Stańmy przy mieście świętym. — Rzewne i bolesne, a zarazem i okropne obrazki snują się przed oczyma naszymi! Nie zasłaniajcie oczu waszych, patrzcie śmiało i prosto. Mieszkańcy miasta śpią. Cisza, jakaś cisza przerażająca i złowroga. Czarne i ciężkie chmury pokrywają światło księżyca. Północ się zbliża. Obok miasta Góra Oliwna. Tam klęczy Chrystus Pan. Modli się i wzdycha. Krwawy pot obficie oblał Mu czoło i blade lica. Chrystus zatrwożony modli się. Posłuchajcie: "Ojcze mój, jeśli możebne, niechaj odejdzie cde mnie ten kielich; wszakże nie jako Ja chcę, ale jako Ty i "Ojcze mój\, jeśli nie może ten kielich odejść, jeno abym go pił, niech się dzieje wola Twoja." Prawie w tej samej chwili ukazuje się gromada opryszków, z Judaszem na czele. Zdrada. Przystępuje do Boskiego Nauczyciela . . . uczeń zdrajca. Wita Go zwyczajnym pocałunkiem, mówiąc: "Bądź pozdrowień Rabbi!" Tłum zbójecki rzuca się na bezbronnego Chrystusa, krępuje ręce szorstkimi powrozami i rozpoczyna się bolesny i hańbiący pochód na dwór Annasza. Zarozumiały służalec dworski żelazną rękawicą częstuje Chrystusa bolesnym policzkiem. Sąd u Kajfasza. Oprawcy opluwają twarz Zbawiciela, obdarzają go kułakami; na oczy zarzucają brudną chustę, kopią i policzkują, naigrawając się złośliwie: "Proroku, powiedz kto Cię teraz uderzył." Przed Piłatem i Herodem przesuwa się postać króla żydowskiego, ubranego w białą szatę! Przypatrzcie się Tej twarzy cichej i spokojnej, chociaż bezlitośnie zbitej i nabrzmiałej. Nie dosyć jednak. Do słupa marmurowego przywiązują Syna Bożego i niemiłosiernie aż do kości biczami orzą barki Chrystusowe, jak prostego niewolnika. Na głowę przemocą wciskają koronę z kolców cierniowych uwitą; na ramiona zarzucają płaszcz szkarłatny: do ręki wtłaczają gruby i twardy kij, za berło królewskie. Pijane żołdactwo, kłaniając się i przyklękając. Woła z bezczelnością: "Pozdrawiamy Cię Królu Żydowski! Pospólstwo w międzyczasie zapytane przez Piłata, aby wybierało pomiędzy Synem Boga, Chrystusem, a złoczyńcą Barabaszem, wrzeszczało krwiożerczo: "Uwolnij Barabasza, a Chrystus niech będzie ukrzyżowan". Wreszcie rozpoczyna sig żałobny pochód na górę Kalwari. Omdlewający Chrystus z ciężkim krzyżem
na ramionach; Cyrenejczyk; Weronika: Świątobliwe niewiasty płaczące ... I otóż jesteśmy na szczycie góry. Trupia Głowa. Słyszymy głuche echo młotów . . . cienkie a długie gwoździe przebijają rgce i nogi Chrystusa. Podnoszą krzyż Ciało wyciągnięte, napięte, ramiona ze stawów wyrwane, pierś wysadzona, krew strumieniami spływa i ziemie zrasza, dreszcz śmiertelny ciałem ukrzyżowanego wstrząsa. I to nie zadowoliło rozjuszonego tłumu. Bezczelne bluźnierstwa sypią się z ust tłumu niewdzięcznego. Cóż dziwnego, że daje się z krzyża słyszeć głos pełen bólu i żałości: "Boże mój, Boże. dlaczegoż i Ty mnie opuściłeś?" Wkrótce potem śmierć zaciągnęła grubą zasłonę na ostatni akt tragedii na górze Kalwarii! Dziś i dziś na arenie świata, odgrywają się sceny podobne owej przed blisko dwa tysiące laty. Dziś mamy drogi krzyżowe, któremi stąpają liczne ofiary; dziś mamy Kalwarie, na których giną dobrzy i sprawiedliwi. Oto tytuł:

KALWARIE DWUDZIESTEGO WIEKU

Siadam przy biurku i opisuję cierpienie i bóle: smutek i płacz niewinnych ofiar dni naszych. Kto je policzyć zdoła? — Zdrady, wzgarda, pośmiewiska, fałszywe sądy, przekupieni świadkowie; korony cierniowe: biczowanie przez obmowy i oszczerstwa: niesprawiedliwe wyroki; winowajcy wolnością obdarzani; niewinni męki cierpiący; niedostatki, bieda, nędza, niepewność. lęk, strach obawa, niepokój, niezadowolenie, niedowiarstwo ... to wszystko zbija krzyże i wtłacza na barki ludzi, którzy pod krzyżami taczają się, potykają, upadają i w końcu na krzyżu giną: giną wśród okrzyków szyderczych, mających sumienie martwe — serca kamienne — prawdziwe pomniki na zewnątrz okazałe i świecące, a wewnątrz przepełnione robactwem plugawcm i obrzydliwem. Ofiary dzisiejszej drogi krzyżowej? Przed oczyma moimi przesuwają się dzieci małe. Jak biednie ubrane. Od zimna się trzęsą. Siedzą skulone i od płaczu się zanoszą. Chleba . . . kawałka chleba im brakuje. Niech byłby on suchy, czarny i zestarzały . . . Nie ma nic! Nieśmiałym wzrokiem, w którym kryje się prośba błagalna, patrzą na znużone i wybladłe oblicze swej matki. Daremnie. Nic śmią zwrócić się do ojca, który siedzi ze zachmurzonym czołem, ze zaciętymi ustami, z rozpaczą w umyśle, z oburzeniem w sercu. Oto droga krzyżowa . . . oto Kalwaria czasów naszych!

Widzę gromady sierotek bez ojca, bez matki. Żalą się. Płaczą. Inne dzieci są szczęśliwe. Mają ojców zacnych, matki kochające. A my? Nie mamy przed kim się użalić, przed kim się poskarżyć! Rzuceni jesteśmy na łaskę losu, bezradni i opuszczeni. Gdzie mamy szukać rady? Kto nam dopomoże? Co się z nami stanie? Boże, Boże, czemużeś nam rodziców zabrał? Czemużeś nas samych zostawił? Oto droga krzyżowa, oto Kalwaria dni naszych.

Płyną i dalej płyną skargi dzieci; niewinnych ofiar złośliwości i przewrotności ludzkiej. Mieliśmy kiedyś dom; mieliśmy kiedyś tatę i mamę. Tata o nas dbał, mama nas kochała. Jednego dnia rodzice nasi się pogniewali i pokłócili. Przyszła policja. Tatę wsadzili do więzienia, mama od nas uciekła. Sąd nas oddał ludziom, którzy nas utrzymują. Jesteśmy, lecz nie żyjemy. Tak z dnia na dzień . . . bez serca, bez miłości. Co nam jutro przyniesie, nie wiemy. Jeśli zaś i ci nas wyrzucą, gdzie pójdziemy, co się z nami stanie? Przyszłość nasza jaką będzie? Niepewność i rozgoryczenie! Płacz i narzekanie. Oto droga krzyżowa . . . oto Kalwaria obecnych czasów.
Słuchajcie cierpliwie i zapłaczcie rzewliwie: — "Nasz tata był kiedyś pracowitym, trzeźwym, pobożnym i dobrym. Przed kilku laty zmienił się do niepoznania. Mało co jest w domu. Rychło z rana wychodzi z domu. Powraca wieczorami czasami sam, często z przyjaciółmi: wtenczas nowa pijatyka i przekleńslwa do późna w nocy. My się naszego taty boimy, bo nas bije, a mamę z domu wypędza. W domu mało naczyń i sprzętów, bo tata potłukł i połamał. Prawda, dostajemy nieco pomocy z miasta, lecz tata połowę zabiera i traci na pijaństwo. Nie tylko że do kościoła nie chodzi, lecz nawet pacierzy nie mówi. Mamę i nas przeklina, że w niedziele na Mszę św. idziemy. Krzyż i obrazy świgtych z domu powyrzucał .... bluźn, że Boga się nie boi. Obawiamy się, że kiedy stanie się nam nieszczęście, bo w stanie podpitym nasz tata zamieni się w szaleńca i złośnika. Czy możemy szanować i kochać ojca pijaka i bezbożnika? Za co nas i mamę Pan Bóg karze? My chcemy tatę kochać i kochać go będziemy, jeśli się poprawi i porzuci pijaństwo, a dla nas będzie ojcem, jak dawniej." — Oto skarga bolesna męczenników teraźniejszej drogi krzyżowej i ofiar nowej Kalwarii.

Jeśli zaś już jaka klasa, ciężko i powoli stąpa pod ciężarem
krzyża po tej drodze bolesnej, to są żony i matki nasze. Ile z
nich skatowane i zbite, nie tylko moralnie, lecz niestety, i często,
fizycznie, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, dźwigają ciężar
Krzyżowy, swego stanu i powołania. Z anielską cierpliwością,
z żelazną wytrwałością, z głęboką ufnością, że wreszcie kiedyś
Przyjdą do końca tej ustawicznie ciągnącej się drogi krzyżowej,
bez skargi, chociaż z sercem głęboko zranionym, z obliczem bolesnym, chociaż łagodnym i spokojnym, przesuwają się przed oczyma naszymi . . . żony pijaków i gemblerów; żony niedowiarków i złośników; żony zuchwałych i wymagających: żony niewiernych i złośliwych: żony niesprawiedliwych i podejrzliwych: żony zazdrosnych i posądzających: żony oszustów, opryszków, bandytów, złodziejów, morderców ... i tak bez końca. Słuchajcie! ... ile pokornych i żarliwych modlitw wznosi się każdej sekundy dnia do bram niebieskich o poprawę, o nawrócenie? Ile łez spływa w ukryciu przed oczami ludzkimi, łez gorzkich i ciężkich i krwawych. Płaczą żony oszukane; płaczą żony zawiedzione; płaczą żony nielitościwie opuszczone; płaczą żony zaniedbane: płaczą żony odrzucone i zapomniane. Tłumy maszerują drogą bolesnej niepewności, niepokoju, rozczarowania. Ile z nich staje na Kalwarii i kona na krzyżu zapomnienia.

Matki patrząc na drogę krzyżową swych dzieci, zamieniają się w matki bolesne. Serce matki bije tylko dla dziecka; matka żyje jedynie dla dzieci; cóż dziwnego, że z dzieckiem płacze, z dzieckiem cierpi. Gdyby mogła, jak najchętniej niosłaby na swych zestarzałych i zgarbionych ramionach krzyż swój i krzyż dzieci. Zapomina więc o sobie; puszcza w niepamięć zuchwałość syna i złośliwość córki, bo to przecież jej dzieci. Widzi je, jak lata temu po raz pierwszy, na jej widok maleńkie usteczka szeptały: mamo, mamo; przypomina sobie jak bezsilne raczki ściskały ją za szyję; jak złotowłosa główka z taką ufnością spoczywała na jej piersiach. Przypomina sobie pierwsze kroki dzieci swoich . . . pierwsze modlitwy wyszeptane. W jej oczach znikają wady i upadki; upartość i nieposłuszeństwo; niepamięć i niewdzięczność ... bo to jej dzieci. I ta biedna matka, która po dziecku tyle się spodziewała, tyle sobie obiecywała, dziś szeroko otwiera załzawione oczy i widzi to dziecko chwiejące się pod ciężarem krzyża ... a wiec cierpi. Nie dziw wiec, że błagalnie wyciąga ręce ku niebu i gorące zasyła modlitwy: martwi się, płacze, boleje, ręce załamuje, ratunku dla dziecka szuka. Przez to własny krzyż powiększa . . . drogę krzyżową przedłuża.

Przypomnijmy sobie, ile w tej chwili, biednych i opuszczonych matek wisi na górze Kalwari, przybitych do krzyża opuszczenia i niepamięci? Biedne staruszki! Życie poświeciły dzieciom; dzieci wychowały i dzieciom wykształcenie dały. Dziś? Dzieci wypowiedziały im ostatni kącik w domu; wzięły własną matkę i wyrzuciły na cudzą łaskę, jak stary, złamany i nieużyteczny sprzęt. Dla tych matek-staruszek, cale lata spędzone w ochronce starców, to jeden, bezustanny, Wielki Tydzień w cieniu Kalwarii!

Ilu też zacnych, trzeźwych i wzorowych mężów idzie dziś drogą krzyżową? Powody są rozmaite. Płocha żona, szukająca nowych wrażeń; żona szukająca bezustannych rozrywek w teatrach i tańcach, przy stoliku zielonym w kartach w nieodpowiednim towarzystwie; żona rozrzutna, nie licząca się z dochodami i rozchodami; żona, która już dawno zapomniała swe obowiązki; żona lekceważąca sobie przysięgę małżeńską; żona która zrzuciła z siebie jarzmo pożycia małżeńskiego; żona, która daje porwać się prądem czasów naszych i wyobraża sobie, że należy się jej swawolna wolność i bezgraniczne wygody bez najmniejszego poświęcenia, bez żadnej ofiary. Takie i podobne powodują nieporozumienia, separacje, rozwody, rozbijają rodziny, rujnują domy, na barki mężów wtłaczają krzyże niepokoju i rozpaczy, które dosyć często prowadzą na Kalwarię nagłej, gwałtownej i okrutnej śmierci.

Jeszcze jeden typ, dziś szczególnie dźwiga ogromny i ciężki krzyż: są to bezrobotni. Osobiście nie szukam żadnej wymówki, że tak często powracam do niedoli i do cierpień, tych zapomnianych, a tak zasłużonych żołnierzy — robotników! Czynię to z obowiązku i z obowiązku tylko! Blisko dwa tysiące lat temu przez ulice Jerozolimy, prowadzono mniemanego syna robotnika cieśli, wzdychającego i stękającego pod ciężarem krzyża. Był to Wielki Tydzień! Wasz Wielki Tydzień nie trwa siedm dni, lecz ciągnie się od ostatnich trzech lat. Wielkie, smutne i bolesne trzy lata. Dźwigacie krzyże niepewności, zwątpienia i cierpienia. Bezlitośni oprawcy was zdradzili, fałszywie oskarżyli, oczy zawiązali, biczowali i ukoronowali. Zdradzili was ci, którym zaufaliście; oślepili was szumnymi obiecankami, smagali was batami niedostatków, na głowę wtłoczyli kolce biedy i nędzy! Dziś jeszcze dźwigacie krzyż, pod ciężarem którego upadacie, jak już tysiące dotychczas upadło i przepadło. Wasza droga krzyżowa ma się ku końcowi, Bogu dzięki. Chciejcie jednak zrozumieć to, że żaden umysł i rozum ludzki — żadne wynalazki ludzkie — żadna nauka czysto ludzka, nie nauczy was jak macie żyć, co powinniście ze sobą uczynić, aby mieć spokój i osiągnąć szczęście! To zdoła uczynić tylko jeden, a to nie inny jak Syn Boży, który kiedyś szedł z krzyżem na ramionach, którego złość i zarozumiałość ludzka do krzyża przybiła. Prawda, przyszedł On na to, aby wszystkich uszczęśliwić i zbawić. Uczył i czynił, to znaczy, naukę w czyn zamieniał. Jednak w sercu Jego znajdował się szczególny kącik dla grzeszników, biednych, opuszczonych, sierot i wdów. Stał w obronie tak zwanego tłumu. Karmił i poił go. Litowal się nad tłumem. Cuda dla tłumu czynił. Odważnie i publicznie piętnował tych, którzy się za lepszych mieli, którzy biedniejszymi gardzili. Pamiętacie opowieść o bogaczu i Łazarzu. "Był niektóry bogaty człowiek: odziewał się w purpurę i kosztowne tkaniny i wyprawiał w każdy dzień wspaniałe uczty. Był zaś niektóry żebrak, imieniem Łazarz, który, okryty cały wrzodami, leżał przed drzwiami bogacza. Chętnie byłby zaspokoił głód odrobinami chleba, które spadały z jego stołu, lecz mu ich nikt nie dawał, tylko psy przychodziły i lizały wrzody jego. I stało się, że umarł ów żebrak. I aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł też i ów bogacz i został pogrzebion w piekle. Podniósłwszy tedy oczy swoje w mękach, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na łonie jego. Zawołał tedy: Ojcze Abrahamie zlituj się nade mną i poślij do mnie Łazarza, aby zamaczawszy w wodzie koniec palca swego, ochłodził mój język, albowiem cierpię straszne męczarnie w tych płomieniach! Abraham odpowiedział: Wspomnij mój synu żeś odebrał dobra za żywota twego, a Łazarz także złe: teraz on ma pociechę, a ty cierpisz męki. A nadto wszystko między nami a wami jest wielka otchłań, że ani my do was, ani wy do nas, przejść nie możecie. Bogacz tedy rzekł: Proszę cię Ojcze, poślij Łazarza do domu mego, aby przestrzegł mych pięciu braci, iżby i oni nie dostali się do tego miejsca mąk. Abraham odpowiedział: Mają Mojżesza i proroków, tych niechaj słuchają! Bogacz zaś rzekł: Ach, Ojcze Abrahamie! Oni tego nie zrobią. Ale gdyby kto z umarłych przyszedł do nich, będą czynili pokutę. Abraham odpowiedział: Jeśli nie słuchają Mojżesza i proroków, ani by też kto z martwych powstał, nie uwierzą."

Czy dla nas wszystkich, a szczególnie dla dzisiaj bezrobotnych, powieść ta nie zawiera pewnej pociechy, wśród bezrobocia i całej procesji nieszczęść, które idą jej śladami? Powtarzam, dla Was zdaje się też zakończy się wnet ten Wielki Tydzień, kióry przeciągał się przez trzy lata! Mówię też i na to szczególny nacisk kładę, w tym tygodniu, niech każdy bezrobotny, ureguluje swoje sprawy z Tym, który, około dwa tysiące lat temu, obarczony krzyżem, szedł ulicami miasta świętego, a w Wielki Piątek, wśród ciemności na krzyżu zawisł, a w Wielką Sobotę z martwych powstał.
Po drodze krzyżowej - po Kalwarji - Zmartwychwstanie.