LISTY - pogadanka O. Justyna z 19.03.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki Słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Pójdziemy dziś w odwiedziny. Wizyta nie będzie bardzo przyjemna, lecz spodziewam się i ufam usilnie, że będzie korzystna. Prowadzę Was do pierwszego lepszego z tutejszych szpitali. Ogromna sala, łóżko przy łóżku. Na każdym leży chory. Blade lica — rozpalone oczy — na czole pot — słyszymy tylko bolesne wzdychania - - rozpaczliwe jęki i żałosne błagania. Biedne, złamane ciała ludzkie! Cierpienie, szlochanie i płacze! Szpital to najlepsza i najpraktyczniejsza szkoła dla nas wszystkich. Zatrzymajmy się przy jednym z łóżek. Na nim leży człowiek w średnim wieku! Musiał to być kiedyś olbrzym o nadzwyczajnej sile. Poznać to jeszcze teraz, kiedy choróbsko nogi mu podcięło, i na łoże boleści zwaliło. Posłuchajmy tylko, może ten nieszczęśliwiec, szczegółowo opowie nam swoje przejścia. "Już przeszło lat trzydzieści przyjechałem z Polski. Tam też zostawiłem rodziców, dobrych i zacnych, których już więcej widzieć nie miałem. Odjeżdżając, serce mi się ściskało, kiedy moja matka na czole moim pocałunek złożyła, od płaczu się zanosząc, kiedy ojciec mój trzęsącą ręką nade mną krzyż święty kreślił, i przed złymi i złem upominał! To wszystko, jak dziś dzień pamiętam. W tej chwili zdaje mi się, że to nie lata temu się działo, lecz wczoraj! Przeżywam to wszystko i serce mi się kraje. Mniejsza jednak o to! Przyjechałem. Do roboty się zabrałem. Silny i zdrów, nieźle zarabiałem, i czego Bogu nie wymawiając — rodziców i rodzeństwo wspomagałem. Powoli jednak przypatrując się zachowaniu niejednego towarzysza, miłość i przywiązanie do rodziców i rodzeństwa w sercu moim wysychało — zamiłowanie do wypełniania powinności względem Boga umierało. Zmieniałem się. Porzuciłem zapatrywania na rzeczy Boskie i ludzkie, które przywiozłem ze sobą z kraju, zapomniałem o przyrzeczeniach tak uroczyście danych moim rodzicom. Przez lata uważałem moje życie za zabawkę. Jutro mnie nie obchodziło. Żona mnie opuściła: zacząłem pić. Przez to prace straciłem: zdrowie zrujnowałem. Dziś jestem tu. Rozumiem, że nie długo mi żyć! Proszę mnie wyspowiadać."

Mili radiosłuchacze:
Czy ten schorzały biedaczysko, złamany zmarnowany fizycznie i moralnie, ten kiedyś olbrzym, stały, silny o czerstwem zdrowiu, dziś bezradny i bezsilny który mógłby, gdyby tylko chciał, zająć miejsce czołowe w społeczeństwie, niestety, sam siebie osłabił, i dziś nad brzegiem zimnego grobu, czy on Wam nie przedstawia całego Wychodzstwa naszego. Kiedyś, do niedawna temu, zdawał się być olbrzymem, tyle dobrego wróżącym, a dziś: tak schorzały — i tak słaby — że zamiast stać się panem — stał się niewolniczo służącym! Czemu zamiast się bronić, poddał się! Wśród nieprzyjaznego otoczenia — pozwolił wyrwać sobie staropolskie, a więc i ręką Boską zaszczepione zasady — porzucił praojców zapatrywania na życie rodzinne, na wychowanie domowe, na obowiązki swego stanu, i począł żyć na spaczonych zasadach jakiegoś dziwoląga, którego okrył szumnym, płaszczem oświaty i postępu! To Wychodzstwo niedomaga i choruje! Żądacie dowodów. Otóż i są, wzięte z licznych listów nadsyłanych nam ze wszystkich stron Stanów Zjednoczonych! Posłuchajcie:

Chicago, Ill.

Drogi Ojcze:
Proszę przemówić do synów i córek, aby względem ojców i matek okazywali przynajmniej okruszynę miłości. Mam sześcioro dorosłych dzieci, a żadne z nich nie chce mnie przyjąć do siebie. Ja i mąż ciężko pracowaliśmy, aby dzieci nie tylko wychować, ale i wykształcić. Mąż pracował w stalowni przez długie lata: ja chodziłam wieczorem do czyszczenia ofisów. Mąż umarł cztery lata temu: zostawił mi dom wypłacony i pieniądze w banku. Dzieci mnie namówiły, abym dom sprzedała. Tak uczyniłam. Dzieci ze mnie pieniądze wyłudziły, kiedym u nich przebywała. Dziś mnie więcj trzymać nie chcą, lecz każą mi iść do publicznego domu starców! Czy takie dzieci będą szczęśliwe, które matkę okradły, a teraz od siebie wyrzucają i wypędzają pomiędzy ludzi nieznanych i obcych?
Podpisane. R.M.

Kochana Matko: I ja ze zdziwieniem i ze strachem pytam się wszystkich dzieci, które mego głosu słuchają: Czy takim dzieciom Bóg błogosławić może?


Wielebny Ojcze:
Ja mam lat 76. Jestem wdowa od 20 lat. Ze mną mieszka mój syn, liczący lat 38: od śmierci męża nie pracował ani godziny. Jego ulubiona rozrywka — pić munszajn. Niedawno temu dałam mu 15 dolarów, aby szedł do dentysty. Zamiast to zrobić, przywiózł ze sobą do domu pięć galonów wódki, i w jednym tygodniu wszystko wypił. Czy mam go nadal trzymać w domu? On ani do kościoła, ani do spowiedzi św. nie chodzi. Ze mnie kpi, że on nie potrzebuje wierzyć, a jednak żyje.
Podpisane, R. R., z Cleveland.


Drogi Ojcze Justyn:
Moja córka była dobra i posłuszna, aż zaczęła uczęszczać do wyższej szkoły. Teraz rady sobie z nią nie mogę dać! Ani jednego wieczora nie ma jej w domu. Ma lat 17, a wygląda na 30. Odgraża się, że pójdzie precz z domu. bo jej za ciasno. Przecież my jej w domu żadnej krzywdy nie czynimy. Powraca do domu nad ranem. Zawsze wymawia się, że wszystkie dziewczęta z jej klasy, robią to samo. Kiedy mąż nie chciał jej drzwi otworzyć, zaczęła krzyczeć i przeklinać, aż nadszedł policjant i chciał męża aresztować. Ośmioro dzieci wychowałam na porządnych ludzi, żadne nam nie uczyniło tyle krzywdy, co ta najmłodsza.
Podpisane, K. S., z Detroit.


Kochany Ojcze:
Proszę mój lisi przeczytać, i powiedzieć mi, czy nade mną jest Bóg, czy już mnie opuścił. Rok temu wyszłam zamąż, mając lat dwadzieścia. Kiedy przed ślubem z nim chodziłam, był on grzeczny i dobry. Nawet razem ze mną do kościoła chodził. W kilka tygodni po ślubie, rozpoczął się upijać. Wtenczas nasz dom zamienił się w piekło. Mnie klął, wyzywał od najgorszych, a kiedym sobie zapłakała, on zbił mnie i skopał, po prostu, jak psa! Potem z pięć miesięcy, zabrał swoje rzeczy i mnie opuścił. Dzisiaj, z bejbisiem, jestem z powrotem u mojej mamy. — Nie ma dnia, ubym nie płakała i nie narzekała, bo nie wiem co czynić! Sąsiedzi zamiast się nade mną litować, to się wyśmiewają. - Słyszałam, że mój mąż udaje kawalera, i całymi dniami po narożnikach wystaje, a ja cierpię. Za co mnie Pan Bóg tak karze?
Podpisane. A. O., z Chicago.


Drogi Ojcze:
Pisze do Ojca, bo muszę przed kimś się uskarżyć: mam lat 23: czy Ojciec uwierzy, że mnie moja własna matka, nie tylko zmusiła, lecz sprzedała w małżeństwo? Powołania do stanu małżeńskiego nigdy nie miałam: chciałam być nauczycielką i pozostać panną. Uczyłam się śpiewu i muzyki. Nie chodziłam ani do teatrów i mało na tańce. Mając lat 19, mój brat. przyprowadził do domu swego towarzysza, syna zamożnych ludzi. Powtórzyło to się kilkakrotnie. Jednego dnia mama zaczęła mi gadać, że czas jest abym pomyślała o pójściu za mąż. Że dosyć długo mnie żywi i okrywa. Ze towarzysz mego brata, przychodzi do nas, abym z nim wychodziła. Ja mamie odpowiedziałam po dobremu, że z chłopakiem mogę przejść się do teatru, lecz to nie znaczy, ze za niego się wydam, bo nie mam zamiaru. Poszłam z chłopakiem, lecz powiedziałam mu otwarcie, ażeby nie myślał, że to co znaczy, lecz czynię to tylko aby mamy nie obrazić. To ciągnęło się przez rok i pól. W tym czasie mój brat dostał nowy automobil, mama nowy "coat", meble i dywany. Wreszcie moja mama mówi do mnie zagniewana: "albo wyjdziesz za niego, albo precz z moich oczu i z mego domu." Ja w płacz, a matka w złość! "Tyle nam prezentów dał, automobil i meble, a ty go nie chcesz? Pieniądze ma, czego więc ci zabraknie? więc albo -— albo!" Pobraliśmy się! Mieszkaliśmy u mojej mamy. Mój mąż dnie spędzał u swego ojca, a wieczory w "speakeasies". Sześć miesięcy po ślubie dostał pomieszania zmysłów, i dziś siedzi w domu obłąkanych, i lekarze mówią, że pozostanie tam aż do śmierci. A ja? Z bólu i rozpaczy, mam rozstrojone nerwy! Jak mnie serce boli, za każdy raz jak na moją matkę spojrzę! Chciałam żyć uczciwie i spokojnie — a teraz czy mogę?
z Cleveland.


Wielebny Ojcze:
Było nas sześcioro dzieci w domu. Obecnie pozostał Ojciec, mój brat starszy i ja. Od czasu jak mama umarła, przeszło dwanaście lat temu, ja utrzymuję nasz dom. Tak tata jak i mój brat piją nie tylko wieczorami, ale i całymi nocami. Mnie nigdy spokoju nie dają. Do kościoła nie pozwalają mi chodzić. Jeden i drugi bluźni i z Boga sobie szydzi. Ja wiem, że gdyby mama żyła, byłoby lepiej, lecz ja na nich nie mam żadnego wpływu. Jedynie pocieszam się, że spełniam mój obowiązek a Pan Bóg niech im przebaczy moje łzy i moją krzywdę.
Podpisane K. B. z Buffalo.


Drogi Ojcze:
Pisze do Ojca, a moja mama leży w łóżku i powiada mi co mam pisać. Ja mam lat dwanaście; mam cztery siostry i dwóch braci; nasz ojciec jest pijak. U nas bieda, a mama się wstydzi prosić o pomoc. Nie mamy co jeść, i w domu zimno; tata sobie nic nie robi z tego. Co dzien idzie do sąsiada, który wyrabia gorzałkę: u niego przesiaduje i upija się. W zeszłą niedzielę, jak powrócił do domu mama go upomniała, a on za to mamę zbił do nieprzytomności, aż krwią pluła, a potem zostawił nas wszystkich i poszedł do sąsiada. Mama nam każe modlić się za tatę, i my się modlimy, lecz nie ma żadnej poprawy. Czemu Pan Bóg nas nie wysłuchuje? Inne dzieci mają dobrych tatów, a my się naszego tak boimy, bo nas nie kocha i o nas nie dba.
Podpisane, M. B. z Pittsburgh.

Drogi Ojcze Justynie:
Lata temu chodziłem do szkoły Bożego Ciała. Tam żeśmy należeli, aż nam mama umarła. Po śmierci mamy, tata nigdzie nie chciał należeć: myśmy chodzili do pobliskiej parafii, nie polskiej. Tata rozpił się nam, zaczął nam dokuczać. Tak, że moje trzy siostry musiały dom opuścić, ja pozostałem bo obawiałem się o tatę. Teraz od roku nie pracuje. Chciałbym, lecz roboty nie ma. Nie śmiem już teraz w domu się pokazać, bo tata mnie przeklina, że nie chcę pracować. Chodzę w starem ubraniu: często muszę stać na ulicy, głodny i zziębnięty! Nieraz sam nie wiedząc co robię, podpiłem sobie, myśląc, że policja mnie zabierze i lepiej będzie w wiezieniu jak w domu. Rozmaite mi idą myśli, przeciw tacie, który nie jest dla mnie ojcem. Czy ja mam za to
grzech?
Podpisane, B. K. z Buffalo.


Wielebny Ojcze:
Proszę przeczytać cierpliwie mój list, w którym chce wypowiedzieć moje bóle i żale. Ja pochodźę z Polski. Ciężką pracą uszporowałem sobie sporo grosza. Czas był do żeniaczki. Zapoznałem się z córką sąsiadów, no i w krótkim czasie pobraliśmy się. Ja jeszcze więcej starałem się, aby żonie było jak najlepiej. Bóg nam dał troje dzieci. Zdawało mi się, że nie było na świecie lepszej kobiety nad moją żonę. Nagle zaszła jakaś zmiana. Moja żona wstąpiła do jakiegoś towarzystwa. Z początku wychodziła tylko wieczorami, później prawie co popołudniu. Dom zaniedbywała, dzieci opuszczała. Zwróciłem jej uwagę na to. Nieporozumienia, złości i kłótnie. Mieliśmy pieniądze w banku. Kilka miesięcy temu, uciekła z innym, zabierając pieniądze co do centa. Ja byłem dla niej za starokrajski, bo byłem trzeźwy i pracowity, bo ją kochałem i uwielbiałem. Dziś nie wierzę żadnej kobiecie.
z Buffalo.


Drogi Ojcze:
Proszę przeczytać mój list, tak jak jest pisany, bo chce aby polskie panny skorzystały z mego przejścia nieszczęśliwego i bolesnego, które mi życie złamało. Jedynie proszę, aby nie wymieniać mego nazwiska z powodów, aby rodzicom i rodzeństwu wstydu nie narobić. Mam lat 19; od dwóch lat miałam narzeczonego, ślub odkładał od miesiąca do miesiąca, mając rozmaite wymówki. Regularnie trzy razy na tydzień chodziłam z nim do teatru albo na tańce, często na miasto. Latem jeżdżaliśmy do "road-houses". Szczegółów nie będe opisywała. Niedawno temu w soboty wieczór, pojechaliśmy do takiego miejsca na kolacje i zabawę. Miał ze sobą butelkę wódki. Za jego namową napiłam się i straciłam przytomność. Kiedy zbudziłam się na drugi dzień, znalazłam się w "rooming-house", gdzie mnie trzymano przez dwa tygodnie; co przechodziłam, lepiej że nikt nie wie. Kiedy stamtąd uciekłam i do domu powróciłam — mojego narzeczonego już nie było. Wyjechał gdzieś, nikomu nic nie mówiąc! Ja istnieje, lecz nie żyje.


Kochany Ojcze:
Ja byłam w kościele W jedną niedzielę kiedy Ojciec miał kazanie, aby rodzice, w dzisiejszych czasach, nie wyrzucali dzieciom, że nie pracują, lecz aby okazywali dzieciom dobroć serca. Ja musze Ojcu ze serca za to podziękować. Ojciec nie wie, że mnie życie uratował. Już miałam ze sobą w woreczku butelkę trucizny, którą miałam użyć przy obiedzie, po powrocie ze sumy. O, jak ja byłam wszystkiem zniechęcona; nie chciało mi się już dłużej żyć! Mój ojciec jest ogromnie skąpy. Ma dom wypłacony i osiem tysięcy dolarów w banku. Moja matka, też zawsze narzeka, że już tak dawno nie robię — że chcę jeść i okryć się — a centa do domu nie przyniosę. Proszę Ojca, przez wszystkie lata pracowałam chętnie, a nieraz i ciężko; zawsze całą pejdę oddawałam: nigdy z kopertki ani centa nie wzięłam, czeku nigdy nie zmieniłam, a teraz dla tego, że nie robię, bo mi pracę odebrali, muszę słuchać wyrzutów i patrzeć na ich niemiłe spojrzenia. Więc byłam zniechęcona i miałam wszystko zakończyć. Słuchając Ojca, zmieniłam zapatrywanie, a rodzice też dają mi spokój!

Jeszcze jeden list, a potem zakończę:

Wielebny Ojcze:
Proszę we Mszy św. i w modlitwach pamiętać o nas i naszej biedzie. Mama choruje na zapalenie płuc, nie wiemy czy przeciągnie! Tata spity, siedzi przy stole w kuchni: my czuwamy przy łóżku mamy, bo boimy się, aby nie stało się jakie nieszczęście jeśli tata się zbudzi. Gdyby nam Bóg mamę zabrał, nie wiemy co by się z nami stało. Nasz tata taki niedobry jak się upije, i my się go boimy, bo klnie i bije nas. My się modlimy, ale prosimy aby Ojciec z nami się modlił.
Podpisane, A. P., z Pittsburgh.


Mili Radiosłuchacze:
Czy te i inne tym listom podobne, nie są najlepszym dowodem, że pomiędzy nami Polakami źle się dzieje? Że jakieś robaki wdarły się w korzenie naszego Wychodzstwa i gryzą te kiedyś tak zdrowe konary? Że jakaś trucizna wsiąkła w starodawne zasady praojców naszych. Że mimo zewnętrznego wyglądu czerstwego, na zewnątrz panuje gorączka i febra? Powtarzam, już dziś nie powoli i nieznacznie, lecz szybko i widocznie przechodzimy przez zmiany; gdyby na lepsze, lecz nic podobnego; zmiany te nie wróżą nam ani zdrowia, ani siły, ani jedności, ani zgody. Przepowiadają nam rodzice — upadek i niewolę! Historyczna to prawda, że Polak to wzór pobożności, pracowitości, męstwa i rycerskości. Polacy skupiali w sobie cnoty — innym nieznane i obce! Tacy byli ojcowie nasi. Te nam po sobie w testamencie zostawili. Czyśmy w zapomnienie nie puścili uroczystych obietnic naszych? Czyśmy nie przetrwonili spuścizny nam zostawionej? Raz jeszcze rzućmy okiem, na surowe, lecz sprawiedliwe twarze ojców naszych! Wbijmy oczy nasze na łagodne, zmarszczone rysy matek naszych! Czy jesteśmy ich godni: czy życie nasze wzorujemy na ich życiach? Jeśli zaś nie jesteśmy o tyle szczęśliwi, aby ich mieć dziś przy sobie, postawmy sobie to krótkie i tak jasne pytanie, czy jesteśmy tacy, czy żyjemy tak, jakby chcieli rodzice nasi! Tylko nie bądźmy tchórzami! Nie oszukujmy własnych sumień! Lepiej powiedzmy sobie prawdę, bo to nas najdalej zaprowadzi.

Ja przyznam otwarcie, że nie raz, lecz często tak czynię od lat. Chłopcem jeszcze będąc, mamę straciłem. Sierotą będąc do szkół obconarodowych i dosyć nieprzyjaznych byłem wysłany. Potem do Rzymu wyjechałem. Ileż to razy zniechęcony trudnościami i przejściami, przy biurku siedząc, albo wieczorne pacierze odmawiając, na pamięć przychodziła mi mama nieboszczyca; przed nią w duchu się żaliłem i uskarżałem, bo oprócz Boga, nikogo nie miałem: zdawało mi się, że słyszałem jakieś miłe słowa pociechy i ukojenia, po których z nową odwagą i nowemi siłami stawałem do pracy codziennej. Nie wstydzę się przyznać, ze to samo czynię szczególnie przez ostatnie dziesięć lat. Siedząc wieczorem przy moim biurku, do późnej godziny, nieraz ze sercem zniechęceniem przepełnioncm, już prawie ręce opuszczając, czyniąc rachunek sumienia widzę przed sobą jakoby przez mglistą zasłonę, postać mej mamy, która już od tylu lat w grobie spoczywa; patrzy na mnie, a ja w nią, skłaniam głowę i ze łzami w oczach przed nią się uskarżam: "Mamo, gdybyś ty przez wszystkie lata była przy mnie, gdybyś dziś żyła może bym i ja i lepszym aniżeli jestem"! — I tak mimo krzyżyków i krzyów, mimo przykrości i nieprzyjemności, powstaje i z nową otuchą rozpoczynam dzień nowy! Albo też nieraz przypominam sobie zacnego ojca, dziś staruszka, który tyle przeszedł, tyle przecierpiał, a nigdy drugiemu krzywdy nie uczynił; chociaż zaczepiany, zawsze dobrem za złe się odpłacał; a względem nas chociaż poniekąd za surowy, zawsze złote serce okazywał, a do mnie nieraz mówił: "Chłopcze, pamiętaj zawsze, że lepszy suchy kawałek chleba sprawiedliwie zapracowany, jak migdały tureckie, nieuczciwie nabyte." Kiedy myślę o nim, wyobrażam sobie, że widzę całą procesję cnót i zalet staropolskich, i pytam się: czemu młode nasze tutejsze pokolenie, coraz to więcej od takich wzorów się oddala? Nie dziw więc, że polski olbrzym w karzełka się zamienia! Że naszego polskiego Goliata, obconarodowe Dawidy, na każdem polu wyprzedają, że z możebnych panów, sługami się stajemy, i że znów podła niewola grozi nam! Czas nam ze snu obojętności się zbudzić, inaczej? Biada nam i potomkom naszym!