NASI WSPÓŁBRACIA - pogadanka o. Justyna z 5.03.1933 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki naszem staropolskim i katolickim pozdrowieniem: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Z uczuciem prawdziwej radości i głębokiego zadowolenia staję dziś przed mikrofonem, aby na nowo otworzyć serię polskich programów. Wdzięczny jestem Opatrzności Boskiej, że pozwala mi za pomocą radja przemawiać do tak licznych i tak zacnych współrodaków i rodaczek moich; serdecznie wdzięczny jestem dawniejszym przyjaciołom i programowi naszemu przychylnym, za zachętę nietylko moralną, lecz zarazem i materialną. Do pracy staję z otuchą i silną wolą spełniania obowiązków mego powołania. Pragnę pracować, jak już słuchaczom jest doskonale wiadomem, dla Kościoła i dla polskości. Aby uniknąć wszelkiego nieporozumienia w przyszłości, zwracam uwagę na następujące:

1. Jestem rzymskokatolickim kapłanem, a zarazem zakonnikiem, chociaż bardzo niegodnym, lecz zawsze synem św. Franciszka, z Prowincji św. Antoniego, w Buffalo, N. Y.

2. Programy Godziny Różańcowej są nadawane za wiadomością i zezwoleniem Najprzew. Ks. Biskupa Wilhelma Turner'a; przed nim i jemu tylko jestem odpowiedzialny za przemówienia radiowe.

3. Jestem synem biednego majnera pennsylwańskiego, wychowany w zagłębiu węglowem wśród licznego rodzeństwa, a zarazem i w niemałej biedzie i nędzy. Położenie opłakane i borykanie się z trudnościami życiowymi klasy robotniczej jest mi doskonale znane. Przy tym szarym tłumie roboczym stanę, ale nie będę stał bezczynnie. Tłumaczyć mu będę nie tylko jego obowiązki, ale zarazem i prawa. Bo pewne praw należą mu się. Dał mu je Bóg . . . natura mu je przyznaje, chociaż pewne uprzywilejowane klasy społeczeństwa z tych praw chcą go wyzuć, tych praw go pragną pozbyć.

4. Zamiarem moim jest zawsze uczyć prawdy na zasadach Chrystusowych i według nauki Kościoła Katolickiego, nie zważając na opinię ludzką lub na osobistości. Nie zamierzam kogo obrazić lub komu ubliżyć, bo uważam wszystkich za moich bliźnich, a tych, chociaż błądzących, Zbawiciel nakazał miłować.

5. Starać się będę słuchaczom przedstawić obrazki życiowe naszego społeczeństwa. I obaczycie jak w zwierciadle nasze zalety i wady; ujrzycie nasze bolączki i braki; przedstawię Warn nasze cnoty narodowe. Gdzie należy się pochwała i uznanie, ich nie poskąpię. Lecz gdzie będzie potrzebna nagana, surowo, lecz bezstronnie ganić będę. Przemawiać będę językiem prostym i zrozumiałym, bez bujania po obłokach, bo mówię do maluczkich i prostych.

6. Wystawiam się na krytykę, bo przemawiam publicznie. Rozumiem to aż za dobrze. O krytykę konstruktywną i budującą proszę nawet. Na krytykę destruktywną i burzącą... zważać nie będę. We wszystkiem upraszam o cierpliwość i pobłażliwość. Litości i miłosierdzia nie szukam i o nie nie proszę; do sprawiedliwości jednak mam prawo, jak każdy inny człowiek. Lubię walczyć, lecz publicznie i bronią honorową. Ta broń będzie krzyż i sprawiedliwość. Spodziewam się, że Rodacy z tego skorzystają nie tylko co do duszy i szczęścia wiecznego, lecz nawet co do szczęścia doczesnego, przez polepszenie sobie bytu życiowego. A teraz do dzisiejszego przemówienia, którego tytuł:

NASI WSPÓŁBRACIA

Mili Radiołuchacze! W powieści Kazimierza Przerwy-Tetmajera, zatytułowanej: "Ksiądz Piotr," czytamy tak:
"I pan Dzięgielewski, obtarłszy rękawem płowe, siwiejące, długie wąsy, pocałował księdza kanonika niżej łokcia i wyszedł. Wówczas staruszek Ks. Piotr przeżegnał się, złożył ręce na piersiach i począł chodzić po pokoju jednostajnym, wolnym krokiem, szepcąc półgłosem modlitwę, zaś stary gończy, Zagraj, śpiący dotychczas pod kanapą, otwarł naprzód jedno oko, potem drugie, wstał, przeciągnął się, ziewnął i jak to już od lat dawnych zwykł był czynić codziennie, puścił się krok w krok za swoim panem. Od czasu do czasu staruszek ręką muchy uprzykrzone odganiał; od czasu do czasu kłapał na nie zębami stary Zagraj. I tak chodzili obaj aż do śniadania. W trakcie modlitwy ksiądz Piotr spoglądał niekiedy na ścianę, gdzie wisiały pięknie wypolerowane dubeltówki i tkwiły wielkie rosochate poroża jelenia; przyglądał się chwilę kwitnącym w doniczkach na oknie hiacyntom i azaleom, albo wybujałym pod oknem malwom i słonecznikom; niekiedy przewiódł mimochodem oczyma po zrównanych w rząd cybuchach i połyskujących piankowych fajkach, lub też nie przerywając pacierza, przed szafą z książkami się zatrzymał, tę, ową poprawił i szedł powoli dalej; pies zaś za nim. Na świat też nieraz spojrzał, bo na dziedzińcu uwijali się parobcy w pensowych kabatach; pan Walenty Mościk, ekonom, krzyczał i komenderował: młode psy rozganiały kurczęta; stary, obłaskawiony żóraw, Marcin, żróbki płoszył i indorom się sprzeciwiał; gwar był i ruch. Dziewki w żółtych i pstrokatych chustkach na głowie, przechodziły nucąc tęsknie i rozwiodle; pawie roztaczały świetne ogony i puszczały się, wlokąc skrzydła po ziemi; gołębie chmarą zlatywały znad domów i wznosiły się nad nie, zataczając wielkie koła. Na to wszystko padało poranne słońce, bardzo jasne i promieniste; kładło plamy
złotawe na ziemi i słało jasność mieniącą na lipach i brzozach. Ksiądz Piotr, nie przestając się modlić, patrzył w okno, siwy i cichy, z dłoniami zetkniętemi przy ustach, a gdy już ostatnie słowa pacierza wyszeptał, jeszcze znaku krzyża nie kładł, tylko stał przy oknie i długo patrzył. I potem znak krzyża na własnych naprzód ramionach uczyniwszy, kreślił go w powietrzu, błogosławiąc z swego pokoju kłonickim łanom, lasom i wodom rybnym i ludziom w polu robiącym i trzodom co się po łąkach pasły. — Tak często było.
Wypiwszy kawę, ksiądz Piotr zapalał piękną fajkę piankową na długim wiśniowym cybuchu, z dużym kosztownym bursztynem, dar nieboszczyka kolatora pana marszałka i pociągnąwszy kilkanaście razy, pochylał się w tył fotelu i zaczynał drzemać; przy czem zwykle coś mu się śnić musiało, pomrukiwał bowiem; Ho! Ho! ... i poruszał wskazującym palcem prawej ręki, co czynił zawsze, ile razy opowiadał z zajęciem, lub dawne czasy wspominał. Miało mu się też co marzyć.

Dzieciństwo naprawdę, "sielskie, anielskie" w Załanach; służba pod księciem Konstantym; kilka lat emigracji, długa wędrówka, wreszcie kilkadziesiąt lat służby Bożej, twardej i pełnionej po żołniersku, bez folgi, po rozkazie. Księdzem nie został ten niegdyś świetny rotmistrz ułański z powołania . . . przyznawał się do tego otwarcie. Ja — mówił nieraz — urodziłem się kochanku na księdza, jak moja dziewka Wikta, co korzec ziemniaków na plecy bierze, na baletnicę. Byłem młody, przystojny, ho! ho ... nie biedny, a do tego żywy, lekkomyślny, pusty, ot ... szlachcic polski i do tego kawalerzysta. Alem poznał, kochanku, w czemśmy zawinili. Ja kiedy mi mój luzak, Sobek, chłopak z Załan szabli nie dopolerował, albo butów na czas nie przyniósł, buch go w pysk. Mój ojciec, mój dziad, pradziad, wszyscy Załańscy za takie same i podobne rzeczy swoich Sobków, buch w pysk! Dlatego mi mój chłopak przed pierwszą bitwą uciekł; dlatego w czterdziestym szóstym mego brata stryjecznego Stanisława jego własny lokaj za nogę z konia ściągnął, a potem go chłopi zasiekli, że go poznać nie można było. Ja poszedłem robić ekspiację za siebie i za innych Załańskich, poszedłem, kochanku, służyć tym, względem których czułem się winny. A czy ty myślisz, kochanku, że mnie było łatwo rzucić wszystko, cały świat, który mi się śnił, sutannę oblec i na wieś iść? Nie raz myślałem, że nie wytrzymam, kochanku. Jeszcze jak węgierska wojna wybuchła o małom sutanny na kołku nie zawiesił i za Karpaty nie ruszył. Ale powiedziałem sobie: zameldowałeś się Bogu do służby . . . służ! A służba Boża, twarda rzecz i On nie żartuje. Kiedy dobry, to dobry, ale jak się rozsierdzi, wszyscy w kąt; nawet Michał Archanioł, choć to wielki wojownik i diabłu skórę wyprał, stronami tylko szablą pobrzękuje, a przed Panem Bogiem, tak ją cicho w garści niesie, jakby po carskich pokojach stąpał. A cóż dopiero marny człowiek, choćby nawet kanonik. Ho! Ho! Ale potem już bym za skarby świata mojej sutanny nie zwlókł i mojej parafii nie opuścił.

Com z początku, kochanku, jako pokutę, jako ekspiację podjął, żebym ja, pan z panów i oficer kawaleryjski między proste chłopstwo chodził, życie mu moje .... moje dni i noce w ofierze nosił, tom się w tem potem rozmiłował. A potem rozmiłowałem się i w rzeczach Boskich i zacząłem te dusze Boskiemi robić. I myślałem sobie znowu: co ja tu jedną duszę kłonicką Bogu przysposobię to On tam, Sędzia sprawiedliwy i miłosierny Załańskim choć po roku jednym pokuty czyścowej odpuści. A potem przez miłość Boga zacząłem i ludzkość szeroką miłować i tę miłość w kłonickie dusze szczepić. I powiedz mi, możeż być co piękniejszego na ziemi, jak dusze Bogu, Ojczyźnie i ludzkości skarbić? A te kłonickie dusze, one są gliniaste i kamieniste, ale w nich czarnoziem jest; one nie są złe, one są dobre. Tylko one są bardzo trudne i trzeba je, kochanku, bardzo kochać i bardzo im pobłażać, i ludzkość im świadczyć.

Żebym ja był mojego Sobka mniej bił w pysk, a więcej do niego mówił, nie byłby mnie on przed pierwszą batalią powiedział: "A mnie wciorności do tego!" ... i uciekł gdzie pieprz rośnie. I widzisz, mogę śmiało, kochanku, powiedzieć, że do czegom się zameldował, tom spełnił i byłem, śmiało mogę powiedzieć, dobrym księdzem i dobrym duszpasterzem, A że być mi to prorokował był tak lat temu sześćdziesiąt, kiedym ja dla panny Jadwigi Karsnickiej siwą klacz turecką ujeżdżał, a potem ją na tej samej klaczy wykradłem, Panie odpuść, dla mego przyjaciela, Hilarka Roszczewskiego, że mnie w sutannie do trumny będą kładli, kiedy ja myślałem w jeneralskich szlifach na dolinę Józefata iść. Ho! Ho! Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Ho! Ho! nie ma tam gdzie pana Dzięgielewskiego? Bez pana Dzięgielewskiego nie mógł sig staruszek kilku godzin obejść! Z panem Dzięgielewskim toczył ksiądz Piotr dysputy o wszystkim, zacząwszy od owsa i polityki, kończąc na astronomii i motolky. Droczył się z nim i trafiał w jego szaraczkową godność szlachecką, przekręcając mu ozorię na cykorię, co się najmniej od lat trzydziestu zawsze z jednakowym skutkiem powtarzało. Ksiądz Piotr lubił go bardzo. Koło plebanii było jak w arce Noego. Oprócz zwykłych domowych zwierząt, miał Ksiądz Piotr mały zwierzyniec, w którym sarny, zające i osobliwsze zamorskie gęsie żyły w przykładnej zgodzie. Dozór nad tą menażerią, jak i nad ogrodem miały sobie powierzone wszelakie baby i dziady, oraz kaleki i sieroty, jakie się udało w okolicy znaleźć. Ksiądz Piotr zbierał biedactwo, przygarniał, odchodował i wychowywał. Potrzebując dla siebie nie wiele, bo go głównie piękne buty i rewerendy, do czego zawsze miał słabość, kosztowały, a mając i z parafi i kapitałów własnych znaczne dochody, całe legiony ubogich żywił i odziewał.

— Mój sąsiad — mawiał — ksiądz Wajdzik, kiedy kościół w Nowosiółku odnawiali bronił malarzom po rusztowaniach chodzić, bo mógł który w okno wpaść, a szyby drogo kosztują; grosz do grosza zbija, psu na omastę nie da, żeby po jego śmierci chłopi blachą kościół pokryli i nową postawili dzwonnicę, a ja mówię że ja lepiej robię. Bo Pan Bóg o blachy na kościele nie dba, tylko o to, jakie się dusze w tym kościele modlą, a czy Mu się dzwon wyżej czy niżej lipy majda, to Mu także wszystko jedno, byle Mu serca ludzkie ku niebu dźwigał. U mnie się też to i owo na kościele dało naprawić, ale mnie pierwsza sieroca gęba, niż dziura w gontach kościelnych. — Miał Ksiądz Piotr duży ogród cienisty, w którym wiele drzew, dziś już wyrosłych, własną jeszcze ręką sadził, przeszło pół wieku bowiem już na parafii kłonickiej siedział. Na owocach znał się wybornie, hodował je na prezenta dla kolatora i sąsiadów, a kwiatów było u niego w bród. Kiedy koło nich się krzątał, zawsze z niemi rozmawiał. Jedne chwalił, na drugie zrzędził, nad innymi się litował. Trzeba było słuchać.

U ... takiś to wybujał narcyzku, ażeś się złamał, widzisz. Poczekaj, to cię podeprę. Tak . . . teraz ci się będzie lepiej rosło. Trzymajże się dobrze! Ta! A ten słonecznik łobuz, jak się to rozpanoszył. Myślałby kto, że Bóg wie co! Jaki tulipan zamorski, albo ananas. Ty zaś czego się tu spinasz, powoju jeden! Patrzcie. Będzie na płot lazł. Jakby żerdki nie miał! Owa! Jeszcze mi uczciwy groszek do czego złego namówisz! Spróbuj tylko! A te konwalijki, jakie śliczniutkie! Tylko mi się tu nie pchajcie astry. Ho! ho! Znam ja was. Nibym to nie był przy ułanach! Ho! Ho! . . . Lubił Ksiądz Piotr w letnie południe za ogrodzenie plebańskie wyjść i na ławce pod starym cisem siadłszy, w świat patrzeć. Widział stąd zboża złociste, widział bór ciemny; po jeziorze pływały kaczki dzikie, czerniąc się na topieli sznurami; zawisały ponad nim czaple o skrzydłach szerokich i chmary czajek krzykliwych, a jezioro ciągnęło się szeroko w kraj, ciche, senne, lekko z wiatrem faliste. Ksiądz Piotr patrzał i patrzał i zrazu odróżniał zboże od łąk, a las od wody, ale powoli poczynał mu się ten cały duży i rozmaity świat zlewać, łączyć, zamieniać w jedną wspólną barwę błękitną a prześwietlną. Zdawało się Księdzu Piotrowi, jakoby on już nie świat sam rzeczywisty, ale duszę świata widział, raczej opar jakiś czy mgły, kolory ziemi niosące, niż samą ziemię. A potem to widzenie więcej duchem niż oczyma poczynało się gubić i rozwiewać w przestrzeni wyłaniających się z pamięci obrazów, niegdyś widzianych; ogarniało go zapomnienie się, zamyślenie. I nieraz dopiero wysiany umyślnie przez gospodynię ulubieniec staruszka, siedmioletni sierota, Ignaś Znajda, budził go z zadumy, ciągnąc za sutannę:
— Jegomość!
— A. .. a co?
— Jegomość spali?
—- E, tak mi się nieco zdrzemało.
— Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosić, co by jegomość
śli?
— Dobrze, dobrze, zaraz idziemy.
— Jegomość!
— A co?
— A cy Pon Jezus to tak po niebie chodzi, jak jegomość po ziemi?
— Atak.
— A cy je bosy?
— A pewnie. Po cóżby tam buty nosił, kiedy ciepło.
— A cy je wielgi?
- Ho! Ho! Jak świat!
— A to jak pierun gruchnie, to Mu między palce od nóg leci?
— A pewnie, pewnie!
— A cy je dobry?
- Ho! Ho! jak miód!
— Miód je dobry?
— A czysto nie próbował?
— A Pombóg?
— A Pan Bóg jest też dobry.
— Jesce lepsejsy?
- Nie, jednako, jednako.
— A wielgi je Pombóg?
— Taki, jak i Pan Jezus.
— Jegomość!
— A co?
Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosić coby jegomość śli. Dobrze, dobrze, chodźmy!
No to pójdźcie. Dajcie renke. Pomalućku, boście starzy.

I Ignaś brał za rękę Księdza Piotra i szli razem ścieżką ku plebanii, rozmawiając po drodze dużo i serjo. Zajęty służbą Bożą i ludzką, a zajęty bardzo ciężko, ksiądz wikary bowiem, studiujący dniami i nocami dzieła teologiczne, małą mu był wyręką, nie miał ksiądz Piotr wiele czasu myśleć o śmierci, tym bardziej, że zawsze zapowiadał, iż od setki ani dnia Panu Bogu nie opuści. Ale pewnego jesiennego wieczora, kiedy słońce zaszło, ostatnie fioletowe plamy kładąc na ciemnym niebie, ksiądz Piotr, który długo przedtem siedział w milczeniu na ganku od ogrodu, zdając się drzemać, zwróci! nagle głowę ku siedzącemu organiście i rzekł poważniejszym, niż zazwyczaj głosem:
— Panie Dzięgielewski, mnie się zdaje, ze trzeba iść!
—- A dokąd że śmiem zapytać?
— Dalej, niż stąd do kancelari parafjalnej. Tam — i pokazał ręką ku bielejącemu opodal murowi cmentarnemu.
Dzięgielewski żachnął się:
— A co też ksiądz kanonik dobrodziej wygaduje! Po prawdzie żeby powiedzieć, to nawet nie przystoi. Pfe! Jeszcze można w złą godzin? . . .
— No, zobaczysz, panie Dzięgielewski, organisto kłonicki, że mnie już trzeba iść. Już czas, już i tę trzynastkę, Panu Bogu odstąpić muszę.
— O! o! Wolałby Jegomość nie wymawiać takich przykrości !
— E, już i czas. Spowiadałem się właśnie dziś rano, jakby umyślnie, i komunię przyjąłem. Gotów jestem. Po księdza wikarego też jeszcze posłać można będzie ale przeprosić go pięknie, bo pewnie nad "Summa teologiczną," albo "Naśladowaniem Chrystusa" będzie siedział. Takich kanonikami robić, nie mnie starego bajdę. — Słuchaj waść, ale nie mnie, tylko świata. Słyszysz, jaki to szum? Wydaje mi się, że słysze obrót całej tej wielkiej maszyny, której Bóg jest budowniczym i maszynistą wiecznym. Kręcą się na osiach planety i słońca, wszystko idzie po swoich drogach i szumi. Cały świat szumi. A On budowniczy i maszynista wieczny, słucha i raduje się. Pomyśl tylko, panie organisto kłonicki Mateuszu Tymoteuszu Dzięgielewski, herbu cykora, jaki to ogromny i cudowny szum być musi! Ty myślisz, że jak wiatrak Kuby Mlchałowego z Żardzawicy, a to tysiąc, milion takich wiatraków. Ho! Ho! Jak wszystkie fale Atlantyku i wszystkie wichry Sahary razem wzięte. Słuchaj tylko.
— Słucham, księże kanoniku.
- Słyszysz?
— Słyszę, jak wiatr po ogrodzie szuści!
- A tego szumu świata, tej maszyny ogromnej nie słyszysz?
- Nie, z przeproszeniem księdza dobrodzieja.
Ksiądz Piotr pomilczał chwilę, a potem znów zaczął mówić:
— Odsuń, mości organisto, tę szybę od północy! Niech jak
najwięcej zapachu z pola wejdzie. Tam, jak tam - może być, jeśli Bóg miłościwy, i światło prześliczne, i chóry anielskie, i
wonie rajskie mogą być i wszelki cud, ale przecież kłonickich
pól nie będzie, nie będzie tego zapachu z mego parafjalnego ogrodu.

Wieczność jest długa, ale i pięćdziesiąt lat też pies nie
przeskoczy. Te młode wiązy każesz podeprzeć, a żeby grusze
dobrze na zimę słomą owinęli! Ho! Ho! Takiego zapachu nigdzie nie było jak tu w Kłonicach, panie Dzięgielewski!
— Do usług księdza kanonika.
— Czy to już miesiąc wschodzi?
— Niby.
— Jasny jest? Bo mi się źle w tamtą strong oglądać.
— Jasny.
— To chwała Bogu. Nie chciałbym w niepogodę umierać.
- Co też ksiądz kanonik —
- Cicho, panie Dzięgielewski, organisto, cicho. Miesiąc poświeci duszy, jasnym gościńcem pójdzie. A i dobrze, jeśli z ganku. To prawie tak, jakby z pola. U nas w rodzie mało kto na łóżku gasł. W polu gaśli. Dobrze, że się skończyli, bo kto wie, co by z nimi było, tak jak z innymi. Kotu na łódź szlachectwo, bez szlachetności w duszy. Tak panie Dzięgielewski,
— Słucham księdza kanonika.
— Ubierzesz mnie w nową sutannę, te na jedwabnej podszewce, pasem jedwabnym przewiążesz, szpilką złotą z Korabiem przepiąć, buty nowe wyglansować, łańcuch kanoniczny na szyje, ordery moje wojskowe na pierś. Sygnet zostawić na palcu, niech idzie ze mną. Obsypiesz mnie kwiatami, dużo macierzanki, bo pachnie, narcyzy w głowach i szablę moją, mości
Dzięgielewski, złamać bo jestem z rodu ostatni. — Cóż to, ty
buczysz, panie Dzięgielewski?
— U-u-u, bo ksiądz kanonik tylko mi serce kraje.
— Albo wiesz co, panie Dzięgielewski, szabli łamać szkoda,
ale mi ją cicho, żeby ksiądz wikary nie widział, pod sutann? we
fałdy włożysz. W rękach krzyż, nibym ja tylko ksiądz, ale tam, pod bokiem szabla . . . Czujesz jak z mego ogrodu pachnie,
panie organisto? - Czuję księże kanoniku dobrodzieju. —
Testament jest tam, w biurku. Wszystko w porządku. Żebyś
" tu zawsze, panie Dziegielewski, kwiaty w doniczkach podlewał i ogrodu strzegł. Nic nie sprzedawać, nic nie wypędzać. Na fundusz jest. Na dziady i na baby, na sieroty i kaleki, na zwierzyniec, na Marcina i Zagraję. Wszystko ma być jak było, póki nie wymrze, albo nie wyrośnie i w świat nie pójdzie. U mnie było jedno serce dla całego świata. Sarnie bez kozy, takiej litości warte, co i dziecko małe. Bóg wszystko stworzył, wszystko miłuje i o wszystkiem wie. Panie Dzięgielewski! — Co ksiądz kanonik rozkaże? — Fajkę z Marią Antoinettą i kałamarz brązowy z Napoleonem także księdzu wikaremu. Z majątku mego będzie fundusz na zakład wychowawczy, a tobie panie Dziegielewski, przekazałem testamentem, dwa buhajki, dziesięć tysięcy i jeszcze tamto i owo, a tu masz ciepłą ręką tę tabakierę szyldretową z rubinem, żebyś o starym księdzu pa¬miętał.
— Księże kanoniku dobrodzieju!
— A nie klękaj przede mną waść, nie całuj mię po kolanach!
Fe, wstyd, wszyscyśmy równi. A że ja mam więcej, to ci daję.
Tak powinno być i koniec. A nie bucz tak, panie Dziegielewski, bo ludzi zbudzisz. Narobię się cały dzień, potrzebuję spać.
Ja się też choć pół życia napracowałem, trza iść spać! A tak
przecież dziwnie. Niby się wie. że się ma umrzeć, a tak dziwnie.
Tu jutro już może człeka nie będzie, a tu żeby choć jeden listek
z lipy opadł, żeby choć jedno źdźbło trawy zwiędło ... A przecież wszystko z jednego Boga wyszło. Bogiem trwa . . . Marność marności jest człowiek, i nic tylko marność . . . Rok, dwa będą pamiętali, potem zapomną. Niech tam, byle Bóg miłosierny nie zapomniał. O resztę nic! — Jak mi się też żywo przypomina, jakem tu pierwszego dnia przyjazdu, po alei grabowej
w ogrodzie chodził. — Takie były te graby, jak i dzisiaj, rozłożyste i szumiące. Lat pięćdziesiąt, pół wieku z góra . . . Nie
chce mi się wierzyć, żeby ta pszenica tak samo prosto rosła, a
przecież będzie . . . Tyle lat ... Com ja tu chrzcił, com tu pochował. — O, jak to jasno. -— Przez liście winne, które ganekczęsto obrosły, poczęła wmykać się światłość miesięczna, cicha i srebrzysta, zawisała na liściach, i patrzyła w dół. Szum wiatru, poruszając liśćmi, jakoby przymykał i odchylał jej powieki. Ksiądz Piotr spoglądał jakiś czas w górę, potem głowa opadła mu ku piersi, a pan Dzięgielewski, któremu grube łzy spływały na wąsy, słyszał, jak staruszek szeptał: -— Nie ma co, niema co, trzeba iść! Teraz wieczór, jutro rano, ale trza. — Jak to księżyc na mnie patrzy — jakby mi jasność jaką zapowiadał niebieską. Ale kto wie . . . Nigdym się niczego nie bał . . . com się to śmierci napatrzył w oczy, a przecież mi jakoś straszno . . .
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Boże, bądź miłościw
mnie grzesznemu . . . Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.
A i krew jest na mojej duszy! . . . Opuścił jeszcze niżej głowę na piersi i milczał chwilę, ale nagle podniósł ją i silnym głosem przemówił: — Mości Dzięgielewski jak odśpiewają, Requiescat in pace, każesz ze wszystkich moździerzy parafialnych huknąć . . . Pamiętam w Olszynce leci na mnie oficer dragoński, jak go chlapnę! Ale to było w dobrej sprawie, panie Dzięgielewski . . . Poprawne ten knotek w lampce przed Matką Boską Bolesną . . . Tak. - Po czym Ksiądz Piotr przymknął powieki i począł drzemać, ale organiście się zdawało, że głowa opada staruszkowi coraz niżej i że oddycha coraz słabiej i słabiej! Trwało to czas jakiś, aż się Pan Dzięgielewski zaniepokoił i miał już wstać, aby przywołać gospodynię, gdy zegar uderzył dwa razy na wpół do dziesiątej, i we drzwiach, wiodących ze sieni do ganku, ukazał się mały Ignaś Znajda w koszulinie i płóciennych majteczkach. Podszedł on ku fotelowi księdza Piotra, i pociągnąwszy go lekko za sutannę ozwał się — Jegomość! Pójdźcie! Pani gospodyni kozeli pedzieć i prosi, coby jegomość śli spać! Pójdźcie, dójcie renke! Pomalućku, boście starzy. Jegomość! — Ale kiedy ksiądz Piotr nie poruszył się, ani nie odpowiedział, wówczas Ignaś podniósł wielkie oczy na pana Dzięgielewskiego i spytał: — "Panie organisto, czy jegomość pomerli?"

Jak się Wam podoba ta powiastka, mili radiosłuchacze? Jakaż prosta i prawdziwa, mila i ludzka? Czy nie zawiera w sobie pewnej nauki dla nas wszystkich? Czy my Polacy tu w Ameryce, mimo otoczenia nieprzychylnego, a nawet otwarcie nieprzyjaznego, nie policzkujemy nawzajem i nie bijemy się? Jeśli już nie fizycznie to przynajmniej moralnie? Czy nie dzielimy się na klasy i na obozy, przez to zmniejszając nasze siły? Czy mając więcej od drugich dzielimy się z nimi? Czy ich wspomagamy i pocieszamy? Czy się litujemy nad nieszczęśliwszymi od nas? Czy uważamy współrodaków za równych nam? Przecież to współbracia nasi: to synowie i córy ojców zacnych i pracowitych, matek cnotliwych i bogobojnych, dla czego, i jeszcze raz dlaczego, nie okazujemy im więcej ciepłego serca — więcej chrześcijańskiej litości i Chrystusowego miłosierdzia? Przyjdzie dzień kiedy i my patrząc w oczy zbliżającej się śmierci, zmuszeni będziemy szeptać: "Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. A i niesprawiedliwość, krzywda, łzy są na mojej duszy". A wtenczas? Wtenczas, naprawdę, biada duszy naszej.