NASZE ZALETY I WADY (1) - pogadanka o. Justyna z 4.12.1932 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Nie mając swojej ziemi, na jedną już stopę
Mierzy krokiem zwycięskim zdziwioną Europę,
I ten, którego Imię zniknęło na karcie,
Dla jednych postrach zemsty, drugim niesie wsparcie.

Tak kiedyś śpiewał Cyprian Godebski, do Legionistów polskich, których przy końcu 1802 i na początku 1803 roku, wsadzono przemocą na okręty i wysłano pod mordercze promienie słońca tropikalnego, na zawzięte i krwawe walki z murzynami, na wyspie San Domingo!
Wiersze tej piosenki, możemy dosłownie zastosować do pradziadów, dziadów i ojców naszych, których nie tylko ślepy los, lecz raczej Opatrzność Boska, wyrzuciła na wybrzeża przyjaznych Stanów Zjednoczonych! Na Ojczyznę rozdwojoną i osłabioną rzucili się trzej niesumienni mocarze i do krzyża przybili, suknię jej na trzy części pomiędzy sobą rozdzielili, a wreszcie samą Ojczyznę do głębokiego grobu niepamięci wrzucili; mniemanego trupa przywalili kamieniem ciężkim i ogromnym; pomnik szyderczy postawili, a na nim wielkiemi i czerwonymi literami, głęboko wyryli, okrutny lecz mylny wyrok osobisty: "Przechodniu, tu spoczywa Polska. Trup to już, który nigdy nie zmartwychwstanie!" Dla pewności, no i ostrożności, porozstawiali straże, aby pilnowały przez około sto dwanaście lat rzekomego trupa! Widocznie, że nie wierzyli, w to co sami głosili, a jednak żądali, aby świat wierzył! Wszędzie, prywatnie i publicznie tępili język — obchodzili się z Polakami jakby z jakimi szubrawcami i zbrodniarzami, fałszowali historię Polską — przekręcali wypadki historyczne — wyszydzali wiarę, zwyczaje i obyczaje przodków naszych — wydzierali im ziemie, która przez wieki była ich własnością — zabraniali Polakom stawiać zabudowania na ojczystych gruntach — tamowali Polakom przystęp do urzędów — zmuszali ich do wypierania się mowy, a nawet nazwiska rodzinnego! Do czasu tych smutnych i bolesnych zdarzeń niewolniczych — Polacy, z małymi wyjątkami, ani myśleli o porzuceniu ziemi ojczystej i o emigrowaniu w dalekie i nieznane strony. Chleba było aż nadto w kraju polskim: wolność polityczna i religijna w Polsce, na świat słynęła. Polacy kochali matkę ziemią praojców. Po rozbiorach brak chleba — prześladowania religijne i polityczne — zaczęły wyrzucać tysiączne rzesze naszych ziomków z granic ojczystych i pędziły je daleko, hen nawet poza morze. Nie łatwo było tym emigrantom, porzucić ojczyznę i szukać szczęścia, pomiędzy obcymi. Bo co to znaczyło? Znaczyło to opuścić, jak pisze pewien prawy Polak, 'tę ziemie, na której żyli, pracowali i umarli ojcowie nasi: to ta ziemia, gdzieśmy na świat przyszli, gdzieśmy spędzili lata dziecięce i gdzie mieliśmy spocząć w grobie. Pola, łąki i bory, rzeki i jeziora, miasta i wioski, powietrze i niebo nad nami — to wszystko Ojczyzna nasza!"

Ojczyzna — to język rodzinny, mowa ojców, szczebiot dzieci, piosnki weselne i pieśni święte, kolędy mile i gorzkie żale. Ojczyzna — to dzieje minione narodu, to nasze prawa dawne, obyczaje i zwyczaje, oddziedziczone po przodkach.
Ojczyzna — to dorobek naszych uczonych, cnoty naszych świętych Patronów, czyny sławnych wodzów i bohaterów, Sobieskich i Kościuszków, dzieła, księgi i pieśni naszych wieszczów.
Ojczyzna — to wszystkie nasze ziemskie skarby; pamiątki szczęśliwej młodości, kolebka, chrzest, troski matczyne, powodzenia i niepowodzenia, kościoły, wieże, dzwony, dwory i chaty, nasze krzyże i Boże męki, cmentarze i strzechy, lipami i topolami okolone.
Ojczyzna — to kraj mogił i krzyżów, łez i niedoli — cierpień i udręki, a jednak w oczach Polaka, jak kiedyś śpiewał Władysław Syrokomla:
"Świat ten szeroki; pięknie na świecie. Lecz niema ziemi, nad moją ziemicę."

Mimo, że bezlitosny nieprzyjaciel skradł mu zagony ojczyste — wyrzucił go z chatki pradziadów, ten polski chłopek, kładąc na czoło znak Krzyża Św., z wiarą w sercu, odważnie kieruje swe kroki do dalekiego kraju i rozpoczyna życie nowe, życie o którem mu się dotychczas nawet nie śniło; patrząc na te poczciwe twarze, Amerykanie się dziwią, że ci pracowici, trzeźwi, poczciwi Polacy, nie mają własnej Ojczyzny! A ci znów, gdzieś głęboko, na dnie duszy chowali pamięć dawniejszych cierpień i niezasłużonych prześladowań — a jednak szli naprzód, wywalczając sobie należyte uznanie i zasłużoną pochwałę, i oto tytuł dzisiejszej mowy:

NASZE ZALETY I WADY

W porównaniu z imigrantami innych krajów, jesteśmy — dzieckiem! Przed dziewiętnastem wiekiem była tu w Ameryce garstka tylko ziomków naszych, dziś jest armia trzy milionowa! — pionierzy Polacy w Stanach Zjednoczonych, to prosty chłop. Przyczyna jasna; przecież inteligencja, właściciele ziemscy i urzędnicy państwowi nie mieli powodu, albo raczej nie uważali za potrzebne porzucać swe posiadłości - wyrzekać się swych posad i urzędów i emigrować w daleki i nieznany kraj. Inaczej działo się z chłopem. Poniewierany przez szlachtę i panów — zwany powszechnie "chamem" przez inteligencję, prześladowany i uciemiężany przez wrogów we dnie i w nocy - w kościele, w szkole i w pożyciu domowym, załamywał z rozpaczy ręce i niespokojnie patrzał w przyszłość. Ta ani jemu, ani jego dzieciom, nic lepszego nie obiecywała. Mało chlebuszka powszechnego, a mniej jeszcze dobroci ludzkiej! Słyszał jak ktoś opowiadał o dalekiej Ameryce, że to kraj miodem i mlekiem płynący, że to kraj wolności religijnej i politycznej, że to kraj, gdzie można wolno oddychać, myśleć i mówić. Temu chłopu zdawało się, że wrota raju ziemskiego stały mu otworem, a głos czy to sumienia, czy jakiegoś anioła dobrego, szeptał mu: "Czemu nie jedziesz tam? Spróbuj! Udaje się drugim, dlaczego nie ma poszczęścić się i tobie? Jedź, jeśli już nie dla polepszenia własnego bytu, to przynajmniej dla wolności i szczęścia twych dzieci!" — Ten biedak walczył sam ze sobą, a długa i trudna była ta walka. Wreszcie decyzja zapadła. Pojedzie! Spuszczam zasłonę milczenia na smutne pożegnanie z rodzicami, w niejednym wypadku już staruszkami — z rodzeństwem, krewnymi i znajomymi. Żal i smutek, boleść i płacz targały dusze. Co się w nich działo, najlepiej przedstawi nam następujące zdarzenie, które opisałem w pierwszej mojej mowie radiowej, "Nasi Rodzice," a które pozwolę sobie i tutaj przytoczyć.

"Cofnijmy się myślą, o lat trzydzieści wstecz! Pamiętam zdarzenie jak dziś. Do naszej wioski, McClure, Pa., przyjechała pewna liczna rodzina. Przyjechała z dala, bo spoza morza - z Polski. Jak ich wtenczas podziwiałem; patrzyłem na dziwny krój ich ubioru - na pstrokate kolory odzieży i kapeluszy; na cudaczny kształt trzewików; dziwiły mnie ich ciężkie ruchy, niepewny chód i nieśmiałość mowy. Przyjechali do krewnych, którzy przed kilku latami sami wyemigrowali z Polski do Ameryki, a z uskładanego krwawego grosza, zakupili "szyfkarty" i ściągnęli krewnych do Ameryki. Kiedy nadeszła pierwsza sobota, po przybyciu tej gromadki do nas, po ukończonej pracy, majnerzy poschodzili się razem, aby posłuchać nowin z kraju ojczystego; ciekawi, jak tam powodzi się krewnym, znajomym i przyjacielem. Pamiętam, jak obecni prawie połykali wiadomości z ust nowoprzybyłych: natarczywie wypytywali się o wszystkich i wszystkiem! Była już prawie północ, kiedy zakończył się egzamin imigranta polskiego, który ze łzą w oczach, ze łzą pewnej tęsknoty a zarazem i dumy, odpowiadał na pytania. I ja słuchałem z ciekawością i natężeniem, chociaż przyznam, spać mi się ogromnie chciało!
Wreszcie nowoprzybyły wstaje i drżącemi rękoma odpina koszulę; obok szkaplerza, wisiał na piersiach, około serca, mały woreczek, a w nim — garstka polskiej ziemi! Każdy z obecnych brał go do rąk i rozrzewniony, ze czcią całował. I znów po twarzach tych zacnych i pracowitych naszych ojców, po licach tych bogobojnych i cnotliwych matek naszych, spływały łzy gorące i gorzkie, nieomal z krwią zmieszane. Ta garść ziemi polskiej, była dla nich świętością, symbolem i relikwią. Czemu? Bo kryła w sobie lata dzieciństwa i lata młodości; bo była cząstką tej kiedyś rozległej i pięknej ziemi polskiej, pokrytej złocistymi łanami, którą Polak kocha ponad życie; bo ta garść ziemi przypominała mu domek rodzinny, staruszków ojca i matkę, braci i sióstr; przed ich oczyma przesuwała sig wioska z kościołem, w którym ochrzceni byli, gdzie po raz pierwszy Komunię świętą przyjęli, gdzie przy ołtarzu Pańskim, swej ukochanej dozgonną miłość ślubowali. Widzieli cmentarz na którym sterczały mogiły ich pradziadów i dziadów, cichych, pracowitych, pobożnych i bogobojnych. Widzieli cały ten kraj zroszony łzami i oblany krwią współbraci, którzy za wiarę i za mowę cierpliwie prześladowania i katusze znosili, a często męczeńską i bohaterską śmiercią ginęli, z okrzykiem na ustach: "Wszystko dla Boga i dla Ojczyzny."

Wtenczas, to jest około lat trzydzieści temu, nie rozumiałem, dlaczego garść polskiej ziemi do łez i płaczu te gromadkę polskich majnerów zmusiła. — Dziś — rozumiem doskonale." — To wszystko porzucił biedny chłop polski, ze łzą w oczach i z bólem w sercu! Stanął wreszcie na ziemi amerykańskiej. Nieomal cały jego majątek to — co miał na sobie! Nie, troszkę więcej! Bo może miał przy sobie żonę, dzieci, a nawet starokrajską - pierzynę! Tak, biedny w zasoby materialne, lecz bogaty w dobre chęci i w dobre zamiary; wierząc i ufając, że Bóg dopomoże, a nie opuści! Że z czasem zapewni dzieciom łatwiejszy i pewniejszy kęs chleba!

Nasi ojcowie rzuceni na brzegi naszej przybranej Ojczyzny, rozjechali się, albo raczej wywieźli ich prawie do każdego stanu w Ameryce. Agenci rozmaitych kompanii i przedsiębiorstw — czekali w porcie Nowojorskim, obietnicami i zachętami nakłaniali przez tłumaczy, szczególnie naszych najserdeczniejszych, którzy w Krakowie zamieszkują pewną dzielnicę KAZIMIERZ — aby oddali się w ich ręce. Pakowano ich do wagonów i wysyłano do najtrudniejszych robót. Głębokie i niebezpieczne kopalnie węgla — duszące kamieniołomy, dymiące i krwawy pot wyciskające stalownie; męczące koksiarnie, ogniem ziejące płyny, cuchnące rzezalnie, kadłuby okrętowe, koleje, kanały, zatoki jezior — to wszystko dostarczało im pracy, ciężkiej i mozolnej,a zarazem mało wynagradzającej.

Ojcowie nasi, nieznajomi ani mowy, ani obyczajów, ani zwyczajów tutejszych byli wyzyskiwani na każdym kroku przez niesumiennych chlebodawców. Ich nagrodą, były przekleństwa i złorzeczenia "foremanów", wyzwiska a nieraz poniewierania "bossów"! A jednak na duchu nie upadali. Owszem przeszkody napotykane, wyrabiały w nich pewny hart i charakter. Śmiało szli naprzód! Stawiali kościoły i szkoły; zakupowali własne domki; urządzali wiece i obchody, a w międzyczasie nie zapominali o rodzicach, rodzeństwie i krewnych w kraju rodzinnym! Ze skromnych oszczędności wysyłali zapomogę do kraju! — Pomału stawali się wzorowymi obywatelami amerykańskimi, nie zapominając ziemi ojczystej. Ponad wszystko zaś, nie raz odmawiając sobie niejednej wygody, starali się kształcić swe dzieci, bo to im najwięcej na sercu leżało. Pragnęli nam dać więcej nauki, abyśmy mogli stanąć na równi z innymi, i abyśmy w garści mieli najlepszą i najnowocześniejszą broń na wywalczanie sobie wygodniejszego bytu — przez naukę i oświatę. I tak ci nasi ojcowie harowali od rana do wieczora, z miesiąca na miesiąc i z roku na rok. Ich wysiłki i starania nie były daremne. Obecne pokolenie amerykańskich obywateli polskiego pochodzenia jest żywym pomnikiem zabiegów tych polskich pionierów. Jest ono na równi, a nawet czołuje sławetnym i samozwańczym stuprocentowcom! Nie tyle to zasługa nasza, jak ojców naszych, którzy może nawet przedwcześnie z tego świata zeszli, bo za wiele myśleli o naszej przyszłości, a za mało dbali o potrzebach własnego życia; którzy siebie w niczym nie oszczgdzali, aby nas oszczędzić, którzy sobie rzeczy najniezbędniejszych odmawiali, abyśmy mieli więcej i lepiej! Którzy sobie w niejednym wypadku życie skrócili, abyśmy dłużej, wygodniej i szczęśliwiej żyli.

Kiedy do Was przemawiam, staje przede mną postać mojego zacnego tatusia, dziś już ośmdziesięcioletniego staruszka; to typ prawdziwego pioniera i wiarusa! Surowy, ale kochający ojciec. Prowadził nas według regulaminu wojskowego; za nieposłuszeństwo karał sprawiedliwie, a za posłuch, starania i pracowitość, hojnie wynagradzał! Codziennie pieszo udawał się do pracy w koksiarniach. Droga długa, bo aż pięć mil. W zimnie i słocie; we dnie i w nocy, a za oszczędzone w ten sposób cenciki kupował nam — łakocie! Ileż to razy widziałem, jak już go nogi dalej nieść nie chciały, a więc wymęczony, prawie omdlewający, siadał przy drodze i odpoczywał; ileż razy słyszałem, jak innonarodowiec "boss" bez powodu, przy każdej okazji, wyzywał go od "polack", a on spokojnie stał i ze łzami w oczach cierpliwie słuchał niesprawiedliwych zarzutów. Ileż to razy słyszałem, jak odmawiał pacierze na intencję dzieci. O szczęściu naszem śnił — marzył — mówił! Dzieci z upragnieniem wyglądały powrotu jego od pracy. Kiedy się ukazał na wzgórzu, o pół mili od domu, dzieci urządzały wyścigi do niego. Czemu? Bo wiedziały, że Tata najsmaczniejszy kęs od ust sobie odejmował i przynosił w peliku, jako nagrodę dla dziecka, które pierwsze do niego przybiegło. Pobożny - rzetelny — pracowity — oszczędny i trzeźwy. To obraz nieomal wszystkich ojców naszych!

A co mam mówić o matkach? Matka Polka, tu męczennica swego powołania, nad którym rozpostarła swe skrzydła opiekuńcze, widzialnego i ziemskiego — Anioła Stróża! Nie znała odpoczynku ni we dnie, ni w nocy. Z nami się śmiała i z nami płakała! Z nami się cieszyła i z nami bolała! Ukochane i złote nasze matki-Polki! Oby Bóg dobry, dał im długie, spokojne i szczęśliwe lata starości, w nagrodę za ich wysiłki i starania poświęcające dla nas!

Pozwolę sobie przytoczyć tu rozumowanie polskiego chłopa, słowami naszego Bolesława Prusa: "Wola Boska," westchnął chłop, "rozum to oni widzę mają lepszy niż ja: ale kiedy przyjdzie na wytrzymałość, nie dadzą mi rady, oj nie! Przypatrz ty się - dodał po chwili, "jaka to moc dzięciołów siada na jednej drzewinie, a wszyscy w nią kują. I co z tego? Dzięcioł w końcu odleci, a drzewo zostaje drzewem! Tak i z chłopem. Siada na nim pan i -— kuje; siada gmina i — kuje; siada Żyd i — kuje; siada Niemiec i będzie kuł, a przecież rady nam nie dadzą!" Tak czyniono i postępowano z naszymi ojcami! Siadali na nich niesumienni chlebodawcy i — kuli; siadali niesprawiedliwi przełożeni i — kuli; siadali podli krętacze i wyzyskiwacze i — kuli! Rady nie dali! Bo ojcowie nasi z wiarą w sercu, z ufnością w duchu z modlitwą na ustach, oczy mieli zwrócone na to szczytne hasło: "Bóg i Ojczyzna!" Oto przykład dla nas!

W ostatnich szczególnie latach, albo dokładniej od wojny światowej ciągle słyszymy i bezustannie czytamy o jakichś "foreignerach". Dla mnie to wyraz niezrozumiały! Bo do tych "foreignerów" zaliczają i nas! Przyjedzie do Ameryki, syn zielonej wyspy, zaledwie noga jego dotknie wybrzeża amerykańskiego, już uważa się za pełnego Amerykanina: przywędruje tu potomek Vaterlandu, zanim szumowiny piwne uschną mu na brodzie, już — Amerykanin! Zawita syn Vikingów, nie zażyje sześć niuchów tabaki — już uważa się za Amerykanina! A nas Polaków, chociaż dziesiątki lat tu żyjemy - - chociaż nasze papiery obywatelskie już zżółkły - chociaż nawet tu żeśmy się urodzili — jeszcze śmią przezywać "foreignerami!" Czy pełniąc wzorowo obowiązki obywateli amerykańskich, a zarazem łącząc przywiązanie do ziemi praojców i zachowanie obyczajów naszych przodków, czy to może jest powodem? Dlaczego więc od tych samozwańczych amerykanów słyszymy: "I am Irish!" albo "I am German!" albo Il am an Englishman?" Tak, faryzeuszowstwo! I to taka szczerość i otwartość, jak ta która przebija się z platformy republikańskiej, co do osiemnastej poprawki.

Przypominam też, że sławny prezydent Roosevelt, przy pewnej okazji, mówił publicznie: "Dumny jestem z mojego holenderskiego pochodzenia!" Niedawno temu w New Yorku, umarł szeroko znany filantrop amerykański, żydowskiego pochodzenia. Nieomal wszystkie dzienniki nowojorskie w wspomnieniach pośmiertnych pisały: "He was a good American citizen, and a good Jew." czyli: "Był on dobrym amerykańskim obywatelem i dobrym Żydem. "Nam, i może tylko nam, nie wolno być dobrymi obywatelami pod sztandarem gwiaździstym, a zarazem pamiętać o Białym Orle. Czy nam nie wolno być dobrymi Amerykanami i chlubić się z polskiego pochodzenia? Czy Stany Zjednoczone nie są "My Country", tak dla mnie, jak dla potomków tych co przybyli na "Mayflower?" Kto zna historię tego kraju, wie dobrze, że rząd angielski wysyłał do Kolonii ten sam pokrój obywateli, jaki dziś wysyła Francja na "Devil's Island!" Niech to wystarczy. Nasi praojcowie zaś, z własnej woli, z najlepszymi zamiarami, tu przybyli. Szlachetne dzieci, nie wstydzą się szlachetnych rodziców, a uczciwy obywatel nie powinien wstydzić się uczciwego pochodzenia! Czy może nasi współziomkowie nie wylewali swego potu a nawet swej krwi, tak dla dobrobytu, jak w obronie tego kraju? Już we wojnie o niepodległość kolonii, od roku 1775 do 1782, pomiędzy innymi, znajdujemy szczególnie dwa nazwiska: Pułaski i Kościuszko! Posłuchajcie co pisał Franklin: "Pułaski z Polski, oficer sławny na całą. Europę z swej waleczności i zachowania się w obronie swobód swej ojczyzny przeciw trzem najezdnym potęgom. Pułaski jest szanowany jako jeden z największych wojskowych w Europie." A Jerzy Washington pisał: "Ten pan (Pułaski) bronił swej ojczyzny tak jak my jej bronimy, stąd zasługuje na nasz szacunek, który powinniśmy dawać mu w ofierze, o ile na to pozwala dobro służby." W dyplomie zaś w którym Washington, mianował Kościuszkę, generałem brygady, czytamy tak: "W nagrodę długich, wiernych i zaszczytnych usług, kongres narodowy Stanów Ameryki Północnej, mianuje dotychczasowego pułkownika Kościuszkę, rodem z Polski, generałem brygady itd."

W 1863 liczba Polaków wynosiła około 30 tysięcy! We wojnie domowej, według statystyki rządowej, w obu armiach służyło przeszło 5,000 żołnierzy Polaków! Około 16 procent; w porównaniu liczniej, aniżeli tak zwani rodowici Amerykanie! Z dumą też wskazywać powinniśmy, że według dokumentów rządowych, pierwszy we wojnie domowej, padł "foreigner", 18-letni Tadeusz Strawinski, który spokojnie umierał z modlitwą Pańską na ustach! Według gazety "Mercury" z 28-go stycznia, 1861, czytamy: "Łagodny wpływ matki osłodził mu ostatnie chwile. Ojciec po żołniersku przyjął ciężki cios i oddał syna Bogu!" I my potomkowie takich "foreignerów" — dziś jeszcze zwani jesteśmy "foreignerami." W roku 1850 zostały założone śląsko-polskie kolonie w dziczyznach Texasu, a od roku 1865 do wojny światowej, t. j., do lipca, 1914, wzrośliśmy przez imigrację i przez przyrost naturalny, do przeszło trzech milionów! Dowodzi to żeśmy żywi i żywotni! To nie tylko gromada, lecz armja, a w niej tężyzna i siła. Przez wszystkie te lata, wychodzstwo nasze zawsze okazywało miłość do sztandaru gwiaździstego, i lojalność dla rządu amerykańskiego. Kilka lat temu kongresman Johnson tak się publicznie wyraził o Polakach buffalowskich: "Usuńcie tych dwieście tysięcy buffalowskich Polaków, razem z ich oszczędnościami w bankach, własnością realną, z ich wydawnictwami, a przede wszystkiem z ich niezmierną zdolnością do pracy i oszczędności, z ich siłą kupna, a cóż zostałoby z całego Buffalo? Polacy są częścią miasta Buffalo, choć osada ich jest wybitnie amerykańska pod każdym wzglgdem, a jedynie tylko powszechnie używa się w niej języka polskiego, zamiast angielskiego!"

W roku 1898, dnia 25-go października, na hali parafialnej św. Stanisława, przemawiał ówczesny kandydat na gubernatora Stanu New York, a późniejszy sławny prezydent, Theodore Roosevelt. Chwaląc Polaków, wyraził się tak: "Jestem przekonany, że mogę się śmiało odezwać do was, bo wiem, że Polacy zawsze cenią odwagę i szczerość, a od czasów Pułaskiego, Polaków zawsze zaliczano do patriotów tego kraju!".

Arcybiskup Jan Cieplak, który zmarł 17-go lutego, 1925, w Passaic, New Jersey, w ostatnim wezwaniu do Wychodzstwa, pisał tak: "Charakterystyczną cechą narodu amerykańskiego jest pracowitość. Tą piękną cechą w szczególności odznaczają się Polacy. Podniósł to zupełnie otwarcie i szczerze prezydent Stanów Zjednoczonych, Calvin Coolidge! Powiedział do mnie, gdy byłem u niego w Washingtonie, że Polacy są pracowici, oszczędni i lojalni. Polacy w Ameryce, pracą swoją nieustanną, ofiarnością przykładną i oszczędnością gdzie indziej nie znaną, dokonali wielu dzieł na polu religijnem, społecznem i ekonomicznem!".

Niejeden z was pomyśli sobie: Ba, to tylko gołe twierdzenia, nie poparte faktami, nic więcej. Bardzo dobrze, idźmy znów do statystyki. Niech cyfry mówią, a nie my! Weźmy ostatnią wojnę światową! Gdzie byli wtenczas ci, którzy dziś pragną uchodzić za stuprocentowców i sami wyłącznie roszczą sobie prawo do obywatela amerykańskiego? Chowali się nie tylko za spódnicami matek i żon, lecz zasłaniali się sukniami sióstr, babek i kuzynek! A co robili obywatele amerykańscy polskiego pochodzenia? Udawali sig do najbliższego biura rekrutacyjnego i dobrowolnie wstępowali do szeregów armii amerykańskiej. Rzucali wszystko — ojca i matkę, braci i siostry, nieraz młodą żong i kilkoro dzieci. Pamiętni na krzywdy praojców, przed oczyma przesuwał się im kulturkampf, cytadela warszawska i Sybir rosyjski. Bili się odważnie! Nie było jednej urzędowej listy zaginionych, rannych lub zabitych, bez licznych nazwisk obywateli amerykańskich kończących się na "ski"! A tych naszych Maćków — Antków — Kubów — Jędrków — Stachów i Pietrków — z ogólnej liczby żołnierza amerykańskiego, poległo na terenie wojny światowej, około dwanaście procent, mimo to, że na ludność tutejszą liczymy tylko około trzy procent. Statystyka nie tylko stwierdza, lecz krzyczy, że Polacy są nie stuprocentowcami, ale przeszło trzy razy, stoprocentowymi obywatelami!

Gdy przyszło kupować bondy rozmaitych pożyczek wolnościowych? Nasza parafia, zakupiła za $150,000 bondów, tylko z trzeciej pożyczki! Polscy górnicy pewnej części Pennsylyania, zakupili bondów za jedenaście milionów dolarów! W Chicago jeden bank sprzedał Polakom bondów jednej emisji za $1,500,000! Pozatym nawet dzieci szkolne kupowały marki oszczędnościowe (Thrift Stamps). Polacy hojne składali ofiary na Amerykański Czerwony Krzyż; dawali rozmaitym Komitetom Ratunkowym! Każdy cel dobroczynny znalazł poparcie pomiędzy naszymi. Mimo to do dziś dnia, nazywają i uważają nas za "foreignerów!" Niech uczą się inni od nas, jak spełniać obowiązki obywatela amerykańskiego, my nie potrzebujemy ich nauczania w tej sprawie, i otwarcie wypraszamy sobie, aby wtykali swe nosy pomiędzy nas i w sprawy nasze!

Pełniąc wzorowo obowiązki obywatela amerykańskiego, ziomkowie nasi nie zapomnieli o Polsce i jej potrzebach. Kto nie pamięta tych chwil rzewliwych, na brzegach Lake Ontario w Kanadzie, gdzie formowała się Armia Polska, w Niagara-on-the Lake! Około 30,000 ochotników polskich z Ameryki, wyruszyło do Francji, aby bić wroga świata, i nieprzyjaciela Polski! Kto obliczy te milony dolarów wysłanych przez organizacje nasze i przez prywatne rodziny na ratowanie z głodu umierających w Polsce? Po wojnie zaś do Polski wyjechało ze Stanów Zjednoczonych około 40,000 rodzin, wioząc ze sobą przeszło 120 mil jonów dolarów, czyli pięć razy więcej jak pożyczka dolarowa czyli Polskie Bondy, które też w olbrzymiej części zakupili Polacy!

Za ile miliony dolarów Wychodzstwo zakupiło marek polskich, ile milionów dolarów wsypano do Państwowej Kasy Oszczędnościowej we Warszawie, ile milionów zabrały rozmaite korporacje, ile milionów zebrali rozmaici wysłannicy i naciągacze od Wychodzstwa, to pozostanie tajemnicą nie tylko do dnia sądu ostatecznego, ale nawet aniołowie niebiescy nie zdążą obliczyć i na pewno z rachunkiem spóźnią się przynajmniej na 24 godziny!

Raz jeszcze powracam do Ks. Arcybiskupa Cieplaka, który, w mowie pożegnalnej mówił: "Zapytacie mnie, jakie wywożę ze sobą wrażenia? Zbudowany, zdziwiony, rozentuzjazmowany jestem wszystkim co tu widziałem. Spytałem raz chłopca polskiego w jednej ze szkół parafialnych w Wisconsinie: gdzie Polska się znajduje? Chłopak bez namysłu odpowiedział: "W Ameryce." Naiwne, ale charakterystyczne. Dzieci instynktownie umieją odnaleść prawdę. Społeczeństwo polskie w Ameryce wiele stworzyło. Te liczne kościoły, szkoły, instytucje, organizacje — toć to dorobek ogromny. A wszystko to stało się w stosunkowo krótkim okresie czasu. Bedę mówił wszystkim, gdy pojadę do Polski, jak Polacy w Ameryce pracują, jak dorabiają się przez prace i oszczędność!"

Z tego com dotychczas mówił, łatwo rozpoznacie zalety naszego Wychodzstwa! Pomiędzy jednak wszystkimi, góruje miłość przybranej Ojczyzny połączona z przywiązaniem do dalekiej ziemi praojców. Nic w tym dziwnego. Amerykę zawsze miłować będziemy, i to miłością szczerą i na wskroś polską, bo nie wolno nam zapominać, że ojcowie nasi, znaleźli tu nietylko chleb materialny lecz i duchowy; że tu znaleźli wolność chwalenia Boga w języku praojców: bo tu w tej ojczyźnie przybranej po walkach, trudach i zabiegach, spoczną spracowane i sterane kości nasze, aż do dnia, kiedy powoła nas Sędzia przed tron swój Najwyższy! A i o dalekiej Polsce, o tej ziemi bohaterów i męczenników, nie wolno nam zapominać, lecz winniśmy mówić z prorokiem: "Jeśli cię zapomnę Jeruzalem, niech zapomniana będzie prawica moja. Niechaj przyschnie język mój do podniebienia mego, jeślibym na cię nie pomniał." (Psalm 136.)