NASZE ZALETY I WADY (2) - pogadanka o. Justyna z 11.12.1932 r.

Witam Was zacni Rodacy i mile Rodaczki słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Stare i utarte przysłowie, że każdy medal ma dwie strony! Sprawdza się to o każdym człowieku, jakoteż na każdym społeczeństwie! Wychodzstwo nasze nie stanowi wyjątku. W ogóle jest zdrowe. Ma jednak swoje wady i swoje bolączki. Najgorsza i najogólniejsza to oziębłość w sprawach politycznych amerykańskich! Przyznaje szczerze, że nasi cierpliwie płacą podatki, chociaż nieraz zaklną sobie siarczyście, na ich wygórowanie! Przyznam, że, i to Bogu dzięki, daleko trzymają się od stróżów publicznego bezpieczeństwa! Przyznam się jeszcze, że sumiennie zachowują prawo Boże i z Polską regularnością i wytrwałością łamią 18tą poprawkę, lecz czy to wystarcza? Siadają sobie spokojnie, zakładają ręce i mówią: "A co mnie tam obchodzi? A co ja tam dbam! Bezemnie się obejdzie!"

Około lat temu dziewiętnaście byłem obecnym na pewnej uroczystości, w jednym z naszych wielkich miast. Przed trybuną śródmieścia, maszerowały reprezentacje rozmaitych narodowości; mistrz ccremonii tłumaczył zebranym dygnitarzom rozmaite dywizje. "Here come the Irish. Now come the Italians. There come the Germans". Kiedy nadchodziła tysiączna reprezentacja Polaków, obrócił się i z cynicznym uśmiechem, dodał: "And here comes the dumb nation!" Ach, jak to bolało wtenczas, lecz niestety miał racje! Wyobraźcie sobie; Jest nas tu w Ameryce pomiędzy trzy a cztery miliony. Czy to nie potęga? A jednak w polityce gdzie i kto się liczy z nami? Jesteśmy lekceważeni i poniewierani na każdym kroku! Jakie wpływy mają Polacy w Chicago, Buffalo, Cleveland, Detroit i Pittsburghu? Znikome, z zerem się prawie równające. Najwyżej dadzą nam to co im z wąsów kapnie; rzucą nam tu i tam maleńką kość, ochłap niech się tak wyrażę, a zamiast rozmaitych wyższych urzędników, szczycimy się: zamiataczami ulic — popielarzami, i — psiarkami!!
Czy nie czas i to ogromny czas zbudzić się w tej sprawie? Pokazać innonarodowcom, że znamy nasze siły. że i nam się należy uznanie w tej sprawie! Niech każdy obywatel i każda obywatelka korzysta z prawa głosowania. Niech idą do budek wyborczych; niech nauczą się głosować, i pamiętać zawsze, że koszula bliżej ciała jak surdut. Narzekamy na rozmaitych urzedników i na rozmaite prawa. Żalimy się, że pierwsi to ludzie bez sumienia i bez serca, a prawa bezrozumne i sprzeciwiające się nakazom Bożym i prawu naturalnemu! A czyja to wina? Nasza! Bośmy mówili tysiącami: "Co tam mój glos znaczy?" Zostaliśmy w domu. Nie głosowaliśmy. Na urzędy dostali się ludzie dbający o własną kieszeń, a nie o dobro obywateli. Płakać i rozpaczać nam nie dopomoże. Balot i glos, to broń od karabinów i armat silniejsza.

Jeśli amerykańscy obywatele polskiego pochodzenia gnuśnie i ospale odnoszą się do spraw tutejszych, jak interesują się sprawami dalekiej Polski? Szczególnie w ostatnich dwunastu latach, mało nas obchodzi Polska i jej sprawy. Zgadzam się, że do spraw rządu Polskiego, mieszać się nie powinniśmy. Tabakiera rządowa Polska, nie dla nosa naszego, ani odwrotnie! Polityka i parte polityczne w Polsce, nie powinne być prowadzone i uprawiane pomiędzy nami na terenie Stanów Zjednoczonych. Odpowiednia arena ku temu, to granice Rzeczypospolitej Polskiej. Powinniśmy jednak uważać za nasz święty obowiązek, bronić prywatnie i publicznie spraw polskich, interesować nas powinno ogólne dobro Polski, nie powinniśmy zezwalać aby ubliżano i poniżano i lżono, kraj i naród Polski! Tymczasem, co my robimy? Kłócimy się tu o osobistości i o partje starokrajskie, nie tylko prywatnie, lecz i publicznie; nie tylko na szpaltach dzienników polskich, lecz i po gazetach angielskich! To źle! Murem stanąć powinniśmy. Uczmy się od Niemców i od Czechów! Dzielimy się tu na Piłsudczyków, Paderewczyków i Dmowczyków! Tak jak pisał Apostoł w liście do Koryntjan: "Każdy z was mówi: Jam jest Pawłów, a ja Cephy, a ja Chrystusów. Rozdzielony jest Chrystus?" Ja zaś pokornie pytam się: "Czy Piłsudczyk — czy Paderewczyk — czy Dmowczyk — czy to nie wszyscy Polacy? Czy Polska jest rozdzielona? Podnieśmy się raz na zawsze ponad polskość partyjną, a trzymajmy się polskości narodowej — skorzystamy wszyscy, i tu i tam! Niech Polska przysyła nam ludzi światłych, uczonych i mówiących nam prawdę, a nie partyjniaków jednostronnych, siejących nienawiść i nieporozumienie pomiędzy nami i wśród nas!
Bo przez te dwie wady narodowe, przebija się jeszcze — hydra zazdrości! Każdy Polak pragnie być dowódcą i liderem, a żaden nie chce słuchać, służyć i drugiemu się podporządkować! Polskie zasady są dwie: "Nie mam ja, nie miej i ty" i "gdzie dwóch Polaków, tam jeden za wiele!" Dziwna to rzecz, że żadna klasa Polaków nie jest wolna od zazdrości; od dziecka do starca, od robotnika do profesjonalisty; a czym więcej wykształcenia, to więcej zazdrości. Ani habit zakonny, ani sutanna kapłańska nie stanowi wyjątku. Może przesadzam? Czytajcie nasze polskie dzienniki: uczęszczajcie na mityngi towarzystw — na sejmy i wiece organizacji — słuchajcie mówców po obchodach, przekonacie się czy mam rację, lub nie! Zapominamy słów św. Cypriana: "Zazdrość jest źródłem klęsk, szkołą występków, materią win. Przez nią rozrywa się węzeł pokoju Pańskiego, nadwyręża się miłość braterska, rozrywa się jedność, narusza sig prawda!" Dodam do tego: Ręką zazdrości wykopujemy sobie jeden wspólny i głęboki a ciemny grób narodowy, na dno którego dobrowolnie i na wieczny spoczynek składamy wszelkie szansę wybicia się na wyższe stanowiska, tak w społeczeństwie jak i w Kościele! — Taka jest druga strona medalu.

Cała nasza nadzieja, cała nasza przyszłość, to w obecnie wzrastających dzieciach i w dojrzewającej młodzieży. W tych jest ukryta moc i niewidzialna potęga — która pobudza dumę w jednych — podziw w drugich — a złość i nienawiść w innych. Wiedzą dobrze, że w krótkiej przyszłości, obecne nasze pokolenie, to jak fala morska, której nikt i nic nie wstrzyma od zajęcia wysokich urzędów i wybitnych posad, w społeczeństwie amerykańskim. Nasza młodzież posiada zdolności naturalne, i zahartowanie życiowe, ponad młodzież innonarodową, nie wykluczając żadnej! Młodzież nasza jest bogobojna, pracowita i trzeźwa! Boga miłuje — rodziców kocha — bliźniego szanuje! Są prawda wyjątki, lecz te tylko regułę ogólną potwierdzają, i dla tego, że są takie wyjątkowo smutne zdarzenia, ogromne wrażenie na nas robią. Młodzieży naszej wstydzić się nie potrzebujemy. W każdej gałęzi nauki w rozmaitych uczelniach, tak niższych jak wyższych, jeśli już nie czołowe to wysokie zajmuje stanowiska. Rozmaici zarzucają, że młodzież nasza jest roztrzepana i płytka! Mylą się. Jest wesoła, ma bujną i żwawą wyobraźnię, a pod powierzchowną płytkością, która jest tylko łupiną, ukrywa sig dobre, ciepłe, zacne i ukochane serce polskie! Zresztą jak już kiedyś pisał poeta: "Czasy się zmieniają, a my z nimi." Obecnego pokolenia, sądzić nie możemy i nie powinniśmy, według zasad i zapatrywań, jakiemi kierowali się pradziadowie nasi! Wszystkich proroków, którzy tak narzekają i tak obfite łzy krokodylowe, nad naszą młodzieżą wylewają, zapytuję się: a co robicie dla młodzieży naszej? Albo co żeście już zrobili? Prawić morały, dawać przepisy, każdy umie. Krytyka i ta po większej części bezpodstawna i jednostronna, daleko nie zaprowadzi, serc młodzieży nie pozyska. Dziś, jeśli tu i tam, młodzież nasza, nie stoi na poziomie pożądanym, to po pierwsze, wina spada na dom, na szkołę, na teatry, na pisma i na głupiutką prohibicję! Czy rodzina i dom, ma dziś to samo znaczenie co lata temu? Co za zmiana? Ileż to razy, słyszałem na własne uszy, jak matki formalnie wypędzały córki z domu, mówiąc: "Mogłabyś się przejść po Broadwaju, możebyś znalazła jakiego faceta!" Ileż naszych matek, dzień w dzień, wystrychnięte według najnowszej mody, zaraz po kolacji, pędzi na złamanie karku, na jakieś "party"! Ojciec jak ojciec, co wieczór po kolacji, zadumany, poważnie kroczy do góry na strych, lub na dół do piwnicy, albo też do drewnika, bo tam znajduje się jego skarb najdroższy, kociołek do gotowania "munszajnówki" — albo "home-brew"! Cóż dziwnego, że pewna część młodzieży chowa się na ulicy, po narożnikach lub w "pool-roomach?"

Szkoły dzisiejsze nie wychowują, co najwyżej kształcą! Ogromna liczba nauczycieli głosi zasady dziwaczne, a jak przed kilku tygodniami pisały gazety młodzież amerykańska pojona i karmiona jest zasadami komunistycznemi! Cóż dziwnego, że pewna część młodzieży, cynicznie zapatruje się na moralność, życie i cel człowieka? Teatry i pisma rozmaitego pokroju, pod hasłem oświaty i postępu, opisują jak najdokładniej w najdrobniejszych szczegółach, najohydniejsze morderstwa i zabójstwa oraz wszystkie skandale! Cóż więc dziwnego, że nieraz młodzież, wyrywa się z karnych szeregów współtowarzyszy i pada przy drodze?

Na smutne skutki "szlachetnego eksperymentu," który w rzeczywistości po dwunastu latach próby, nazwany być może "Matką Zbrodni," zarzucam zasłonę milczenia! Wobec więc takich stosunków i wśród takich okoliczności, nie powinniśmy się dziwić, że zdarzają się pewne wypadki wśród naszej młodzieży! Wszyscy powinniśmy się uderzyć w piersi i przyznać się do winy. Młodzież nasza zasługuje na pomoc i poparcie, a wcale nie zasługuje sobie na potępienie! Raz jeszcze powtarzam: Młodzieży naszej przyświecajmy dobrym przykładem, kochajmy naszą młodzież, pomagajmy i radźmy jej, współpracujmy z nią, nie stawiajmy pomiędzy nią a nami muru niedbałości i oziębłości; młodzież nasza odpłaci się sercem za serce, miłością za miłość, będzie pomnikiem żywym i trwałym — na postrach nieprzyjaciołom — na korzyść własną i na chwałę ojczyzny praojców. Do młodzieży zaś mnie słuchającej wołam słowami Arcybiskupa Cieplaka: "Łączności z Polską nie zrywać! Dobrze się zapoznawać z mową polską, z literaturą polską. Nie powierzchownie, ale gruntownie. Jeździć do Polski. Poznawać ducha polskiego. Poznawać historię polską i przebogatą przeszłość Polski! Dodam, wyzuć się z wad naszych, lecz nie wyrzekać się cnót z których słynęli pradziadowie nasi, a da Bóg, staniecie się godnymi potomkami poprzedników, wielkimi synami, wielkich ojców!