BĄDŹ WOLA NASZA - pogadanka o. Justyna z 20.01.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Człowiek chętnie sie wychwala ze swej siły: chlubi się swymi zdolnościami: wynosi się ze swych talentów; pyszni się ze swej urody. Rzadko kiedy jednak przyznaje się do prawdy. Bo ta prawda przedstawia człowiekowi człowieka takim, jakim jest w rzeczywistości. Marnym i mizernym, słabym, bezradnym, chwiejnym i zmiennym. Człowiek sam w sobie, to jak ta mgła poranna. Jest i nagle znika. Człowiek, to jak trzcina słaba, chyląca się w stronę wiatru powiewającego. Człowiek, to jak bańka mydlana, za pierwszym podmuchem nieprzyjaznym, rozpryskająca się na tysiączne kawałki. Człowiek, to jak robaczek, którego małe nieszczęście zgniecie, przypadek zmiażdży, trafunek na proch skruszy! Pyszny jednak i zarozumiały człowiek o tej prawdzie ani pomyśli. Owszem jak już naznaczyłem, nadyma się i wychwala, za chwałą goni i chwalby szuka. Opinia ludzka co do jego wielkości i zdolności, to najsmaczniejsze pożywienie codzienne. I tak wyrastają ludzkie pawie, błyszczące chwilowo i czasowo podziwiane przez świat! Mówić takim o Bogu? Zbyteczne to! Prawić o Kościele? Niepotrzebne! Wspominać o wierze? To dziecinne! Wskazywać na przykazania Boże? To zestarzałe i przeżyte! Nawoływać do modlitwy? Śmieszne to, bo kto dziś uznaje potrzebę modlitwy? Kto chce się modlić? A jednak, za dopuszczeniem Boga, nasuwają się nam myśli, które przedstawiają nam prawdy Boże, a więc prawdy odwieczne, których zapomnąć nam nie wolno! Często, słyszymy o zdarzeniach, na wspomnienie których sumienie nasze zrywa się z letargu oziębłości i niedbałości, woła i krzyczy do nas! Nieraz jesteśmy naocznymi świadkami zajść, na widok których, przypominają się nam nasze obowiązki i drętwiejemy ze strachu, że i nas coś podobnego spotkać może. Nareszcie, nieraz też i w rzeczywistości, ręka Pańska, dotyka nas boleśnie, aby nas zatrzymać nagle, nad brzegami przepaści, do której przez całe lata zdążaliśmy. Jeśli jeszcze nie wyzuliśmy się całkowicie z wiary, jeśli przynajmniej w sercach naszych tli się iskierka ufności, i jeszcze nie wygasła miłość, wchodzimy w siebie, poznajemy siebie, przyznajemy się do naszej bezsilności, i w czas nawracamy ze szerokiego dziedzińca na wąską, lecz pewną ścieżkę spokoju i szczęścia. Jeśli jednak zaprzedaliśmy wiarę, jeśli porzuciliśmy nadzieję i zdeptaliśmy miłość, naprawdę że wtenczas, biada nam! Pójdziemy może do świata i ludzi z naszymi użaleniami? Czy to nam pomoże? Znajdziemy pobłażliwe uśmiechy i nieraz szyderstwa, a nieraz nawet uciechę i radość z naszego niepowodzenia i nieszczęścia! Pójdziemy może do Boga? Bardzo wątpię. Pycha i zarozumiałość nam na to nie pozwolą. Wtenczas rzuca się ten robak-człowiek, wymyśla, bluźni i złorzeczy Bogu Stwórcy, bo stała się wola Boża, a nie wola ludzka. Lecz na cóż nam dalej kazać słowami. Otóż kilka obrazków ze życia ludzkiego. Te zawsze najdobitniej i najzrozumialej do nas przemawiają.

BĄDŹ WOLA NASZA

W modlitwie Pańskiej, mówimy: "Ojcze Nasz. który jesteś w niebie, świeć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi." Powtarzam i to z naciskiem, te prośbę: "Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi!" Tak prosimy słowami. Czy tak prosimy uczynkami życia naszego? Czy raczej nie zasyłamy takiego błagania: "Bądź wola nasza tak na ziemi, jaki i w Niebie?" I to nie wystarczy, prośba w ustach naszych, zamienia się w rozkaz. Stworzenie ośmiela się rozkazywać Stwórcy, "nasza wola musi stać się nie tylko na ziemi, lecz i w niebie"! — Bóg mało zważa na takie bezsilne i bezrozumne rzucanie się kreatury ludzkiej! Opatrzność Boża czuwa nad światem, kieruje losami narodów i osób pojedynczych, w sposób sobie właściwy, a nam często niezrozumiały, zawsze jednak rozumny i sprawiedliwy. Niewierzący zdarzenia przypisują losowi, trafunkowi, fatalizmowi, a my wołamy: "Któż jako Pan Bóg nasz, który mieszka na wysokości, a na niskie rzeczy patrzy" i "od Pana się to stało, a jest dziwnym w oczach naszych." — I oto list:

Chicago, III., 15go grudnia, 1934.

Wielebny Ojcze:
Ja nie mogę zrozumieć dlaczego cierpię i za co mnie Pan Bóg karze. Czy za rodziców - za męża? Ja zawsze starałam się żyć dobrze. Nikomu krzywdy nie zrobiłam, nawet na tyle co czarne za paznokciem. Mając lat osiemnaście, poszłam z domu, bo nie mogłam wytrzymać w domu. Ojciec był pijakiem, a matka, może ze zdenerwowania, przeklinała i wyzywała nas. Zamiast żyć w takim piekle, poszłam precz. Przy pracy spotkałam się z młodzieńcem. Katolik, lecz obconarodowiec. Poślubiłam go. Z początku powodziło nam się nieźle. Z czasem zmieniło się wszystko. Gorzej nawet jak w domu u rodziców. W czterech latach umarło nam troje dzieci. Powymierały w kilka miesięcy po urodzeniu. Teraz ostatni synek, ośmioletni, przed świętami. Już teraz nic nie rozumiem, o nic nie dbam. W domu pustki, a kiedy mąż powraca, późnymi godzinami, słyszę tylko wyrzuty, kłótnie i klnienie. Modlić już mi się nie chce, bo daremne są, i Bóg mnie nie wysłuchuje, lecz za coś mści się na mnie i zabrał mi wszystkie dzieci; przy tym zdrowie straciłam i nic mi nie zostaje jak śmierć i grób. Czy Bóg jest sprawiedliwy? Inne żony i matki, używają, a im nic nie jest. Niektóre nawet mordują własne dzieci, wszędzie chodzą i bawią się, a ja opuszczona, muszę płakać i cierpieć. Kiedy idę na cmentarz, tak rozpaczam, że nawet zapominam gdzie mieszkam, i nie mogę trafić do własnego domu. Czemu to takie nieszczęścia spotkały mnie? Wszędzie i zawsze było mi tylko źle, po cóż więc mam dalej żyć i cierpieć?

Tej biednej, powątpiewającej, zbolałej i rozpaczającej istocie i jej podobnym, przesuwam przed oczami duszy, inne zdarzenie, spod pióra mi nieznanego autora. Warto takowe posłuchać: "Szła, taczając się blada, nieprzytomna, podtrzymywana z dwóch stron przez męża i brata. Nie widziała ani stroskanych twarzy krewnych, ani łez dzieci — tylko tę białą trumienkę, płynącą gdzieś w powietrzu wśród kwiatów i pochodni. Smętny śpiew księży, turkot dorożek, przyciszony gwar obecnych, wszystko w jej zmroczonym umyśle zlewało się w chaos, jakąś nieprzeniknioną ciemność — otchłań bezdenną. Chwilami traciła zupełnie poczucie rzeczywistości, szła jakby w ciężkim, bolesnym śnie -dopiero głośniejsze słowo, silniejszy podmuch wiatru, budził ją z osłabienia i błyskała uświadomiona już myśl, myśl straszna: "pogrzeb — pogrzeb Zosieńki — !"
Wówczas rozpaczliwy jęk wyrwał się z jej piersi, targanej niezmiernym bólem, a usta krzywił spazm, niewypowiedzianej męki. Ale źrenice miała suche, ani jedna łza z nich nie pociekła. Nie mogła — i to było najstraszniejszym. Smutny pochód mijał ulice i place, wreszcie stanął przed bramą cmentarną. Wiosenne słońce rzucało snopy promieni, drzewa jaśniały świeżą dziewiczą zielonością, gdzieniegdzie odzywał się świergot ptaka — jakaś żywiołowa wesołość drgała w całej przyrodzie — tworząc pełen melancholii kontrast z tym lasem krzyży i mogił. Grabarze stali wsparci na łopatach, obojętni, z bezmyślnemi twarzami spracowanych ludzi. Ksiądz zaintonował "Requiescat in pace", przyboczna asysta dołączyła swe głosy i zabrzmiała w powietrzu pieśń - niby smutny akompaniament do jęków zrozpaczonej matki. W obecnej chwili, odczuwała ona niepohamowaną chęć porwania rej małej trumienki i ucieczki gdzieś na koniec świata... A jednak musi ją oddać chłodnej, wilgotnej ziemi. "Za dusze sp. Zofii proszę zmówić trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowaś Maria i wieczny odpoczynek", dochodzi do jej uszu. Drżącymi wargami zaczyna: Ojcze nasz, któryś jest w Niebie, święć się Imię Twoje, bądź wola... Tu jednak urywa i kryje twarz w dłoniach. Nie, nie może zgodzić się z wolą Boska, nie może wymówić tych słów pokory i rezygnacji; cała jej istota buntuje się przeciw Opatrzności i słowa modlitwy giną na ustach. Jej wierząca, głęboko pobożna natura walczy, szarpie się, zżyma — na próżno — bunt rośnie, a gdy grudki ziemi zaczynają spadać na zwłoki jej dziecka, z rozdzierającym krzykiem i wyciągnietymi ku niebu w niemej pogróżce rękoma — pada bez czucia. Mijały dni, tygodnie i miesiące. Ból miast słabnąć, rozpierał się w duszy kobiety i coraz bardziej odrywał ją od zewnętrznego życia. Na próżno mąż błagał ze łzami, aby starała się zapanować nad sobą; próżno troje pozostałych dzieci z nieśmiałą pieszczotą klękało u jej kolan; machinalnie wówczas gładziła ich głowy, a myśl biegła tam na cmentarz, do grobu strojnego w kwiaty i wonie. Spędzała tam większą cześć dnia; nawet chłód dni jesiennych nie zdołał jej odstraszyć. Pewnego razu w jeden z tych beznadziejnych poranków, gdy na skrzydłach mgły zdaje się spływać z pochmurnych niebios cicha melancholia — siedziała na kamiennej ławce wpatrzona w ten skrawek ziemi, kryjący na zawsze jej szczęście; siedziała nieruchoma długo, bardzo długo... Nagle usłyszała za sobą: — Czy paniusi słabo? Może wody? Odwróciła głowę. Obok niej stała niezbyt jeszcze stara kobieta z polewaczką w ręku i patrzała na nią swojemi wypłowialemi, poczciwemi źrenicami. — Dziękuje wam, nic mi nie jest; ale chciałam powiedzieć, że dzisiaj znalazłam grób cały pokryty zwiędłemi liśćmi, a przecież umówiłam się z kimś o utrzymanie porządku... pamiętam, taka młoda, ładna dziewczyna. Kobiecina westchnęła. — Niech się pani nie gniewa, ja teraz już sama będę pilnowała... — A czemu nie tamta? — Tamta umarła! — Umarła? — z nagłem zainteresowaniem zapytała pani. — Wczoraj pochowaliśmy ją, niebogą; zabrała ją śmierć... córuchnę moją najmilszą, jedyną podporę starości! — Jedynaczką była? — O, pani moja złota, miałam ci ja ośmioro tego; troje zmarło w kolebce. Najświętsza Panienka zabrała je do swojej chwały, a reszta tak ślicznie się chowała... ale... wola Boska... — Cóż? — Ano, dwóch dorosłych pracowało w cegielni; zarabiali sporo, mogłam trochę odpocząć, aż tu raz przynieśli mi dwa trupy. Jezu najsłodszy! Poszli kąpać się do glinianki i utonęli; pewnikiem jeden drugiego chciał ratować.... — A reszta? — Dwie młodsze dziewuchy pochorowały się na ospę. O, wtedy dużo ludzi na to umierało i zostałam z tą moją ostatnią pociechą Marysią. Mąż dostał tutaj zajęcie, przenieśliśmy się pod Powązki. Zaczęło nam się lepiej powodzić, aż tu mój stary zaczął kwękać, kaszleć, coś go kłuło na wnętrzu — musić z podźwignienia — i pomarł biedaczysko dwa roki temu. — Pani z wielkim podziwem i współczuciem spoglądała na pomarszczoną, smutną, lecz pogodną twarz kobiety. — Cóż wy teraz robicie? — A zostawili mnie dla dozoru; wszyscy moi poszli na mogiłki, ja czekam swojej kolejki, a jakoś mi tu raźniej, bliżej nich... Wola Boska... powtarzam. Pan Jezus mnie doświadcza, ale tam znów się z nimi zobaczę... Staram się zarobić na zbawienie wieczne i czekam. Pani była bardzo blada, wyjęła woreczek, podała parę sztuk monety kobiecinie. — Pilnujcie dobrze tego grobu, pamiętajcie o nim... Ta pochyliła się, do jej ręki, dziękując za hojną ofiarę. — Niech pani będzie spokojna, zaraz dziś kupię kwiatuszków, to i mojej dziewczynce też grobek ustroję. Niech będzie pochwalony! — Odeszła! Nieszczęśliwa matka stała zadumana. Jak to? Ta prosta kobieta więcej ma w sobie woli, więcej posilania się i wiary od niej. Została sama, jak palec na tym szerokim świecie, a nie skarży się, nie narzeka — spokojnie i wytrwale niesie krzyż swój i czeka. Ona, która ma rodzinę, obowiązki, dzieci — ugięła się pod brzemieniem, zapomniała o wszystkiem, pogrążona w swoim smutku? Czyż to nie było egoizmem, wielkim, nie do darowania samolubstwem? Twarz jej pokryła się szkarłatnym rumieńcem. I nagle przypomniała sobie, iż od dnia pogrzebu modlitwa nie powstała na jej zaciśniętych ustach, a słodkie słowa Zbawiciela: "Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni jesteście", nie znalazły dotąd przystępu do jej skamieniałego serca. Żal, wielki żal zalał jej duszę, na policzkach poczuła coś gorącego — były to łzy, pierwsze łzy od tej strasznej chwili. Kolana ugięły się pod nią, objęła ramionami te drogą małą mogiłkę, a ze zbielałych warg wydobył się wśród łkania szept cichy: — Bądź Wola Twoja!" —

Mam przed sobą list datowany 4go sierpnia 1918 roku. Pisany był przez żołnierza, na polu bitwy. Autorem jest chłopak, któremu kiedy przebywał w domu, trudno było iść do kościoła; nie chciało mu się klęknąć do pacierza, a najtrudniej iść do Spowiedzi Św. Chociaż sam w sobie wcale nie zły, jednak bardzo lekkomyślny. Ubrać się elegancko i hulać po zabawach i tańcach — w jego wyobraźni, to szczyt szczęścia. Ponieważ zaś miał rodziców, którym na dobrach materialnych nie brakowało, hulał sobie i używał. Nadeszło branie rekrutów. Los padł i na niego. Zrazu nie zrozumiał znaczenia i okropności wojny. Pamiętam i dobrze pamiętam, dzień wyjazdu do obozu. Rodzice, a szczególnie matka, cała spłakana. Bracia i siostry słowa wymówić nie mogli, tylko on pozostał na wszystko obojętny i poniekąd nawet — zuchwały.
Widocznie jednak, że trudy obozu i twardy rygor życia żołnierskiego, zmieniły i to wielce zmieniły jego zapatrywania na życie, bo posłuchajcie listu: "Mój Drogi Ojcze: Serdecznie dziękuję za pieniądze mi przysłane na zakupno papierosów. Ojciec nie wie jak ja się czuje, kiedy dostane list od Wiel. Ojca. Teraz przypominam sobie wszystkie słowa Ojca. Jak mnie upominał i przestrzegał, a ja sobie mało co z tego robiłem. Obecnie znajduje się w okopach, na polu bitwy. W tej chwili, zdaje mi się, że nadchodzi koniec świata. Przed nami i nad nami śmierć — tańczy. Pękają bomby i szrapnele i nam do tańca przygrywają, zamiast orkiestry. Dochodzą mnie jęki i płacze rannych. Czasami da się usłyszeć przekleństwo lub bluźnierstwo, lecz częściej jeszcze ciche szepty i modlitwy żołnierzy. . Trzeba patrzeć na krew współżołnierzy, a nieraz w niej leżeć. Kryjemy się w
okopach jak dzikie zwierzęta i walczymy, tak jak one się bijemy. Już teraz wiem co to znaczy się modlić. Bez modlitwy, człowiek zmysły by stracił, widząc jak po wybuchach min, nieraz setki ciał ludzkich wylatuje w powietrze, a potem osobno spadają ręce, nogi i głowy żołnierzy. Ja dotychczas byłem dosyć szczęśliwy; chociaż nieco skaleczony dwa razy, do szpitala mnie nie wysłano, tylko zostawiono w polu. Każdy musi stać na froncie, bo nie wiemy na co się zanosi. W każdym razie ja żyję teraz inaczej, jak w domu, i modle się o zachowanie mnie od śmierci, chociaż wolałbym śmierć od kalectwa jak tu widziałem. Proszę o modlitwy, a zresztą niech się dzieje — Wola Boska!"

Otóż, mili radiosłuchacze, taka powinna zawsze być modlitwa nasza. "Niech się dzieje Wola Boska". W szczęściu lub nieszczęściu, w powodzeniu lub niepowodzeniu, w dostatku lub w nędzy, w zdrowiu lub chorobie, bo wśród ludzi nie dzieje się nic przypadkowo, nie ma zdarzeń na ślepo, lecz nad światem czuwa Bóg, a losami kieruje Opatrzność. Chciejmy też zrozumieć i zrozumiejmy, że Pan Bóg nie chce wszystkiego co się dzieje, lecz pozwala na to, ponieważ ludzi obdarzył wolną wolą, której ani chce okroić ani zniweczyć. Stąd tłumaczą się występki, zbrodnie, niesprawiedliwości. Nieraz też to, co nam naocznie wydaje się złem, Opatrzność na dobre i pożytek obraca. Jeśli chcemy nie tylko uchodzić za prawdziwych wyznawców Chrystusa, lecz nimi być w rzeczywistości, nie udawajmy się do Niego tylko wtenczas kiedy chleb-mannę rozdaje, lecz idźmy z Nim i przy Nim, kiedy krzyżyki rozdziela. Wreszcie, czy wygody i dostatki, rozrywki i zabawy, hartują siły i wytrzymałość i wyrabiają odważnych i bohaterskich żołnierzy? A braki, niewygody, twarda pościel, szorstki mundur, czarny chleb razowy, słowem — prosty i poświęcający tryb życia, przygotowuje do uczynków bohaterskich, które świat podziwia i chwali. Czy wszyscy nie jesteśmy, albo raczej nie powinniśmy być żołnierzami Chrystusa? My jednak zapominamy o tym. Chcemy aby ten Bóg-Ojciec dał nam wszystko, i to zaraz, co nam się wydaje potrzebnym. Nie mówimy: "Proszę", lecz "Muszę". Kiedy zaś nie dostaniemy, już nam nie tylko źle, lecz zarzucamy, że Bóg jest nie dobry, nie sprawiedliwy, lecz niedbały i okrutny. Po cóż nam źle, a drugim dobrze? I tak bez końca i bez rozumu. Opatrzność Boska, to jak cugle, któremi Bóg kieruje życiem naszem. Zawsze i wszędzie, niech modlitwa nasza, kończy się: "Bądź Wola Twoja", bo to jest modlitwa Pańska: "Ojcze, nie Moja, ale Twoja niech się stanie Wola."