CZUWAJ - pogadanka o. Justyna z 28.05.1933 r.

"Dziennik Związkowy," w jednym ze swoich numerów, umieścił pogadankę dwóch amerykanów, o Polakach tak w Polsce, jak o obywatelach tutejszych, pochodzenia polskiego. Rozmowa miała miejsce, pomiędzy dwoma pasażerami na pociągu kursującym z Chicago do Minneapolis. Oto kilka uryweków, tak mówił jeden do drugiego: "Od dawna przyglądam się temu ciekawemu ludowi! Przyszli do Ameryki tylko z gorącą chęcią do pracy i poczynili zdumiewające postępy. Znam Polaków w Chicago, w Milwaukee i po innych miastach. Praca jest dla nich wszystkiem, jest ich bóstwem. Gdy w wolne dni świąteczne nie mogą pracować po fabrykach, pracują u siebie w domu, najlepsi pionierzy nowocześni. A co za znakomity materiał organizacyjny. Nie znam drugiej narodowości w Ameryce, która by miała większe i liczniejsze parafie, która by pobudowała więcej wspaniałych kościołów i która by miała potężniejsze organizacje społeczne i narodowe. Z prawdziwym podziwem patrzę na ten lud, który Stanom Zjednoczonym pozostając wiernym i oddanym, jest równocześnie bezprzykładnie patriotycznym odnośnie kraju, z którego wyszedł. Stworzył on własne szkolnictwo, aby w swoich pokoleniach podtrzymać język, którym mówi, nie zapominają nawet o własnych wyższych uczelniach, które go drogo kosztują, mimo możności korzystania z bezpłatnych przeważnie szkół amerykańskich — To samo i ja zauważyłem — wtrącił drugi. — Zainteresowali mnie Polacy, zwłaszcza wówczas, gdy po wystąpieniu prezydenta Wilsona, żądającego dla nich wolności i dawnych granic państwowych, podniósł się w Ameryce krzyk ogromny, że Wilson jest karygodnym entuzjastą, gdyż Polacy nie umieją, jak nie umieli się rządzić, i że ich państwo będzie tylko dynamitem, który wreszcie rozsadzi Europę. Od dziesięciu lat patrzę na Polskę i zamiast rozkładu, widzę w niej kraj najlepiej rządzący się w Europie. Podobne rezultaty osiągnąć w warunkach najtrudniejszych może tylko naród, prawdziwie wielki i o prawdziwych mocarstwowych ideałach. Lecz wróćmy do naszych stosunków. Jeśli Polacy przyszedłszy tu z niczym, w kilkudziesięciu latach stali się już tak poważnym czynnikiem, gdy pierwszym naszym pionierom zabrało kilkaset lat, aby stworzyć naród — to co będzie za drugie lat pięćdziesiąt? Czym staną się Polacy Amerykanyńscy? Dzisiaj dopiero oni kończą swą pionierską rolę, którą może jeszcze przez lat kilka, lub kilkanaście odgrywać będą. Nie zaczęli jeszcze Polacy w Ameryce wywierać swego wpływu na tor amerykańskiego życia, nie weszli w nie całą swą masą. Ale niedługo i to nastąpi, a gdy Polacy zaczną ważyć na szali politycznej w Ameryce, wycisną oni na formie życia amerykańskiego daleko wybitniejsze piętno, aniżeli liczniejsi od nich Niemcy, lub daleko starsi od nich pod względem imigracji, Irlandczycy lub Skandynawczycy."

Taka jest opinia rozumnych innonarodowców, o obywatelach amerykańskich polskiego pochodzenia. Niestety, jak już nieraz mówiłem, my sami nie znamy naszej siły; my lekceważymy naszą moc; co gorsza, pomiędzy sobą mamy pewne osobistości, których jedynym celem, jest mącenie i rozsiewanie nieporozumienia, zazdrości, i innych nam już wrodzonych niecnot, które nas dzielą na jakieś partie i obozy i na czym my tracimy siłę, zmniejszamy nasze wpływy, i wystawiamy siebie i sprawy nasze na pośmiewisko. To wszystko nadaje mi tytuł dzisiejszej przemowy:

CZUWAJ

W książeczce "Najwyższy Lot", prof. Ant. Ossendowskiego znajdujemy króciutką powiastkę, którą do nas i do naszych stosunków zastosować możemy. "Nic nie pomogło. Ani 4-ty rok studiów w starej wszechnicy Jagiellońskiej, ani poważny nastrój rodziny profesorskiej, ani głęboka rozwaga samego Jana Surzyckiego. "Uczony Jaś", profesor Jan — jak go nazywali koledzy, niedługo namyślał się, gdy na odrodzoną Polskę rzucił się wróg, chcąc wykorzystać jej słabość i brak wewnętrznej organizacji. — Nauki, przekonania, sympatie, przywiązanie — wszystko na bok! — mówił nieraz do starych kolegów-druhów harcerzy, pełen rozwagi Jan. — Teraz cała racja w szabli i karabinie. Więc niech tymczasem wytchnie sobie beze mnie i chemia agronomiczna, i teoria irygacji i selekcia i botanika! Ja zaś dostawszy urlop, wezmę się do szabli. Czuwaj nad miłą, wychuchaną marzeniami, podtrzymywaną krwią dziadów naszych, Ojczyzną! Czuwaj! Bo jeszcze słaba jest, jeszcze nie nabrała rozpędu, jeszcze drogi jej życia kryje mgła niezbadana. Mówcie to wszędzie i zawsze druhowie! Niech nie żałuje naród niech nie szczędzi krwi młodzieży i mężów i starców, bo stanowczą przeżywszy godzinę, a jeżeli ma się skończyć klęską, to i tak nikt z nas Polaków żyć nie zechce! Zmordowały nas te tragiczne oczekiwania, nadzieje, marzenia, krwawe straszliwe ofiary, hańba poddaństwa najeźdźcom i rabusiom, dalej w tym trwać nie możemy, nie chcemy. Lepiej śmierć! — Co do mnie — ciągnął dalej — to wiecie co? — śmierć za kraj, uważam za największe szczęście dla siebie, gdyby tylko nie to, że wiem, jaki smutek sprawiłbym rodzicom". - Tak mówił Jan Surzycki, jeden z najstarszych harcerzy krakowskich, bo są to zdrowe, proste, jak prawda, pojęcia, a przez usta jego mówili przodkowie, skromni lecz szlacheetni w swej wiernej służbie, dla zgnębionej Ojczyzny, a więc pradziad Józef Surzycki, oficer polski i napoleoński za czasów Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego i obrońca Modlina, dziad Tomasz - dowódca powstańców na Podlasiu w r. 1863 i nareszcie ojciec, profesor Stefan Surzycki, którego więziła Cytadela Warszawska za sprawę polską za panowania carskich zbirów.

Krew to przemawiałą, stara, dobra, szlachetna, gorąca a ofiarna krew polska. Słowo stało się czynem. Już w październiku r. 1918 Jan Surzycki działał, jako ochotnik w lotnych oddziałach harcerskich przy 4-tym pułku piechoty legionistów, w listopadzie wszedł do komendy picągu pancernego "Śmiały", wraz w którym odważnie walczył w okresie bitew o zdobycie Przemyśla. Otrzymał ranę, lecz natychmiast po wyleczeniu powrócił do komendy, i walczył przy odsieczy i obronie Lwowa. "Gwiazda Przemyśla", lwowskie "Orlęta" i "Krzyż Walecznych", upiększały jego pierś, lecz te odznaczenia żądały od niego coraz to większych czynów. Rozumiał Jan, że działać bagnetem lub szablą każdy potrafi, ale że brakuje inteligentniejszych żołnierzy do specjalnej broni, więc przeniósł się do ciężkiej artylerii, z którą obznajmił się szybko i dokładnie, a jego robotę widziała Galicja Wschodnia, a później odczyły na sobie hordy bolszewickie na Podolu. Nastały czasy spokojniejsze i mury starej wszechnicy znowu widziały poważną, myślącą twarz akademika bohatera, mającego już szarżę oficerską. Znowu książki, laboratoria, nauka i myśli inne - o wolnej, pokojowej, dążącej do najwyższej cywilizacji Polsce.

Lecz przyszła nowa wojna. Pięść teutońska, zdrada Krzyżacka uderzyła w starą ziemię Piastową, w perłę Polski, w Górny Śląsk. - Do broni, bracia! Nikt nas nie obroni, jeżeli milczeć i czekać będziemy! - Mknęło po wsiach i miastach takie pełne zapału hasło. Jan Surzycki znowu chowa książki i czapkę akademicką i wdziewa stary, dynem prochu nieraz owiany uniform oficerski. Znowu działa, znowu obóz, znowu koledzy 12-go pułku artylerii polowej, pochód, pozycje, szybkie ostrzeliwanie wroga. "Uczony Jan" dobrze kieruje swoimi działami i zioną one rykiem urwanym i śmiercią na wrogów. - Czuwaj! - myśli młody podporucznik. - To potop nowy na Rzeczpospolitą. Od niemieckiej granicy do starych Dzikich Pól i Smoleńska, suną ku naszej ziemi krwawe potwory. Musimy bić tak, aby świadków klęski nie zostało, aby nikt już nie śmiał marzyć o napadzie na świętą ziemię naszą. Każda kula, każdy pocisk, każde pchnięcie bagnetu, powinno krew wrażą wlać, lęk w sercu nieprzyjaciela wzbudzić, Polsce sławy i spokoju przysporzyć. Czuwał nad tym, o czym myślał poważny młodzieniec, ale nie długo. 9-go maja 1921 r. dostał rozkaz, aby zająć ze swoją baterią pozycje we wsi Stare Koźle i stąd wziąć udział w uderzeniu na Kędzierzyn. Bateria wyjechała i zajęła przeznaczony posterunek. Rozpoczął się atak na Kędzierzyn. Artyhleria przygotowała ten atak. Podporucznik, wierny swoim hasłom, obmyślił wszystko dobrze i rozpoczął bojową robotę. Po kilku strzałach wyszedł, aby skontrolować działanie ognia. Stał na wyniosłości gruntu, niewrażliwy na przelatujące szrapnele, a nawet kule maszynowych karabinów, które ze wszystkich stron szczękały sucho i groźnie. Z radością spostrzegł dobre rezultaty, przekonał się, że na ostrzeliwanym przez niego odcinku ogień nieprzyjacielski słabnąć począł. Już się odwrócił, aby odejść i dalej prowadzić atak, gdy nagle wybuchął szrapnel niemiecki, a jedna z kul ugodziłą oficera. Padł bez jęku i bez ruchu oddając ziemi, której bronił, ziemi prastarej Piastowej, młodą, gorącą, wierną krew. Doleciał go w chwili ostatniej jego życia ryk jednego z dział jego baterii i w tym ryku rozróżnił jedno potężne słowo, drogie od dzieciństwa hasło: "Czuwaj!" - Z tej krwi wyrosły trawy mocne i wonne, kwiaty ogniste i gorące, które nie dadzą zapomnieć śmiałego i uczciwego okrzyku harcerza i oficera, nad życie miłującego Ojczyznę! - Czuwaj nad Polską! To hasło powtarzać będą przyszłe pokolenia i one ujrzą wielką, potężną, sławną Polskę. Wszystko przetrwa, wszystko wytrzyma ziemia męczenników i bohaterów. Nie masz siły większej i trwalszej nad siły obudzonego ducha ofiarnego! - Czuwaj! Tak nam dopomóż Bóg. Nie damy ziemi, naszej ziemi krwią bohaterskiej młodzi polskiej przepojonej. Nie damy!..."

Mili Radiosłuchacze:
To hasło "Czuwaj" powinno stać się i być hasłem naszym! Rozchodzi się albowiem nie tylko o nas samych, lecz o szczęście lub nieszczęście przyszłych pokoleń. Jaki jest obecny stan, jakie jest położenie naszego wychodźstwa? Czy przedstawia solidny i nocny front? Gdzież tam! Jesteśmy rozbici; podejrzliwie i w nieufnością z podełba patrzyny jedni na drugich. Jeśli jaka jednostka pełna zapału, energii i dobrych chęci, pragnie pracować na korzyść i dobro ogółu, nie tylko że trafia na obojętność, lecz nawet na zdradę.
Znane mi są przypadki, gdzie Polak poszedł do wpływowych obcnonarodowców, aby zadenuncjować, zohydzić i z błotem zmieszać współrodaka, ponieważ ten miał szansę wybić się na lepszą posadę. Znam wypadki, gdzie adwokat Polak publicznie szydzi sobie z drugiego Polaka adwokata; gdzie lekarz szkodzi lekarzowi; aptekarz, aptekarzowi, i tak można przejść litanię fachowców i profesjonalistów polskich, nie wykluczając duchowieństwa; wszędzie jesteśmy rozbitkami. Czy więc dziw, że zamiast wybijać się na wyższe stanowiska, nie tylko stoimy tam gdzieśmy byli dwadzieścia i pięć lat temu, lecz że usuwa się nam grunt spod nóg, i tracimy to mało cośmy dotychczas mieli! Przecież nasi lekarze, adwokaci, dentyści, aptekarze i kapłani, nie tylko stoją na równi z innonarodowcami, lecz we wielu wypadkach ich przewyższają; czemu każdy z nas im nie dopomoże? Przecież w jedności i tylko w jedności jest siła i zwycięstwo. Och, gdyby nie ta zazdrość polska, która od wieków naród polski dusiła i dotychczas wśród nas kwitnie! Czuwaj! Jeśli takie stosunki panują pomiędzy tak zwaną inteligencją, cóż dopiero dzieje się pomiędzy naszym ludkiem? "Ryba cuchnie od głowy, głosi nasze staropolskie przysłowie. Nasz lud wiernie naśladuje i idzie krok w krok za inteligencją, jak naiwny zięć za nierozumną panią matką. Kantowianin nie może znieść Bożego Ciołka; z Przemienienia nie mogą strawić Stanisławowiana; Łukaszowianin nie może patrzeć na Wojciechowianina — i tak w kółko, no i bez końca. Parafiańszczyzna w głowie, w umyśle, w sercu i w duszy. Przecież są pewne sprawy ogólne, tyczące się dobra lub niedoli naszego społeczeństwa, które wymagają współpracy wszystkich; bo jeśli tak pójdzie dalej, będziemy zawsze niewolnikami.

Niech tu przytoczę praktyczne zdarzenie, śmieszne, lecz potwierdzające mój argument. Przed wojną tu w Buffalo, mieliśmy wielką gromadę tak zwanych bortników. W naszej parafii też było sporo. Chodziłem po spisie i kolekcie domowej. Przypominam, że wtenczas jeszcze nie było prohibicji. Wchodzę do jednego z domów, po którym było poznać, że to prawdziwe schronisko bortników. Zdziwiony, rozglądam się po izbie i widzę tylko jednego; przed nim kwartowa butelka, niestety już prawie próżna; on sam patrzy na mnie jak kozioł na kapustę. Widać, że drudzy bortnicy mnie zobaczyli i obawiając się kolekty, zdążyli usunąć się po cichu i pospiesznie. Mój gospodarz patrzy na mnie; ja na niego. Pytam się: — A reszta gdzie? — Odpowiedź była: — Adyć oni nie z waszej parafii. — Dobra nasza, myślę sobie, więc mówię: — Ojcze, ja chodzę po kolekcie domowej, możecie złożyć jaką ofiarę? — A ksiądz z której parafii? — od Bożego Ciała, mówię. — Przecież ja tam nie należę, tylko do Ojców Franciszkanów, była odpowiedź. — Wcisnąłem kapelusz na głowę i poszedłem dalej. — Przed wojną dzieliliśmy się na Prusaków, Rusków i Galicjaków. Dziś dzielimy się na parafje. Jeśli nie będzie lepszego zrozumienia spraw naszych, jeśli nie przyjdzie do ściślejszego porozumienia pomiędzy nami, jeśli nie podamy sobie ręce dla własnej samoobrony, daremnie i bezskuteczne będą wysiłki jednostek. Czuwaj! My Polacy jesteśmy cząstką narodu rycerskiego, który nigdy nie cofał się przed trudnościami i nie szczędził swej serdecznej ofiarności. Prawda, mieliśmy nasze wady narodowe, lecz cnoty narodowe przewyższały ogromnie. Przeszło stuletnia niewola, odebrała ojcom naszym wiarę we własne siły i zniszczyła ufność we własne zdolności. Myśmy zdaje się odziedziczyli to wszystko po nich. Wystawieni na bezustanne przykrości, na ciągłą walkę o byt, lub o polepszenie bytu, powinniśmy posiadać zahartowanie do przetrzymania i do wytrzymania, bo biada zwyciężonym. Już Piotr Skarga wołał: "Trudno macie się rozrywać i wadzić, boście związani i spojeni, jako członki w jednem ciele, które się nigdy z sobą targać nie mogą, które jedna dusza ożywia i rządzi, od której odstępować, a jej nie słuchać . . . śmierć jest. Gdyby w ciele oko chciało stać gdzie ręka i język gdzie noga, byłby wielki nierząd i sprośna szpetnota, tak i w Rzeczypospolitej potrzeba każdemu na swym miejscu siedzieć. Dobrze tam nodze, gdzie ją postawiono, bo na głowie nie ma miejsca. Jeśli szaty miłości i zgody braterskiej nie mamy, iżali nas nie wypędzą z rozkosznego godownika i z gód Pana naszego. Uczniami się moimi nie zowcie, za sługi moje was nie znam i nikt was za moje poddane i za lud mój niech nie pisze, jeśli niezgoda jest między wami. Będziecie, bez Ojczyzny i Królestwa swego, wygnańcy, wszędzie nędzni, wzgardzeni, ubodzy, włóczęgowie. Jako tę Matkę stracicie, już o drugiej nie myśleć. Będziecie nieprzyjaciołom waszym służyli w głodzie, w pragnieniu, obnażeniu i we wszystkim niedostatku. Włożą jarzmo żelazne na szyję waszą, przeto iżeście nie służyli Panu Bogu swemu w weselu i radości serdecznej, gdyście mieli dostatek wszystkiego. Nie tak rychło i nie tak żałośnie wojną i gwałty postronnych nieprzyjaciół zginąć możecie, jak waszą niezgodą. Jabłko, gdy z wierzchu się psować pocznie, wykroić się zgniłość może, iż potrwa. Ale gdy wewnątrz gnić i psować się pocznie, wszystko zaraz porzucić musisz i o ziemię uderzyć."
Czy nie można dosłownie zastosować tych natchnionych słów do czasów i stosunków naszych? Gdyby każdy z nas okazywał troszeczkę dobrej woli, o którą tak rzewnie prosił Krasiński:

"Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś Panie,
O dobrą tylko błagamy Cię wolę,
Wewnątrz nas samych."

Wtenczas z pewnością ustałyby niezgody, zazdrości i po¬dejrzenia wśród nas.

"Niech nas darmo nie przestrasza,
Że dziś podłość górą wszędzie;
Z wiary waszej — wola wasza,
Z woli waszej — czyn wasz będzie."

"Bo na świecie być Polakiem — to żyć Bosko i szlachetnie!"