DZIŚ WIERZĘ - pogadanka o. Justyna z 10.12.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Słuchacze Godziny Różańcowej łaskawie mi wybaczą, że w tych pierwszych programach wstrzymuje się od dysputowania albo raczej od omawiania pewnych spraw, tyczących się przewrotu w naszych stosunkach społecznych. Obecnie nie uważam za stosowne i na czasie, aby należycie ocenić lub sprawiedliwie osądzić skutki organizacji zapoczątkowanej przez naszą władze federalna. Trzeba nieco poczekać, czy lepiej się zorientować, i rozsądnie mówić o środkach i o celu programu, o jakim nigdy amerykańskiemu narodowi się nawet nie śniło. Spodziewam się, że wkrótce ze słuchaczami podzielę się ważnymi wiadomościami w tej sprawie. Dziś bez dalszego rozwodzenia się stawiam wszystkim wam jedno pytanie: A ty wierzysz? I sam odpowiadam prawdziwym opowiadaniem polskiego żołnierza, opisanego nam przez Szczepkowskiego.

DZIŚ WIERZĘ

Bolek Froncki należał przed wojną do ludzi bezbożnych. Pacierza nie mawiał, do kościoła nie chodził, żarł mięso w wielkopostne piątki i kpił sobie ze wszystkich religii jak mason lub inny moskiewski nihilista,słowem już nie "zbłąkana owieczka", lecz był to po prostu zawzięty baran, którego żadne najbardziej mądre i wzruszające kazanie nie mogło sprowadzić na drogę wiary. Nadeszła wielka wojna. Bolka jako austriackiego obywatela i byłego ułana cesarskiej armii, wywieziono z Warszawy aż nad Wołgę. W kraju myślano, że zginął. Matka go opłakała ojczysko ze zmartwienia umarł, a on tymczasem zawędrował na Syberię, wstąpił do 5-tej dywizji wojsk polskich, dosłużył się szarży plutonowego i po skończeniu wojny wrócił zdrów i cały do Polski. Widziałem go raz w kościele. Sądziłem z początku, że znalazł się tam tylko wypadkiem, tymczasem wyjął on książeczkę z kieszeni, modlił się przykładnie, w czasie podniesienia nie udawał strzelca, lecz z obydwóch kolan czynił pobożny użytek, a po wyjściu z kościoła polecał dusze zmarłych modlitwom dziadów i babek dając hojną jałmużnę. Potem znów spotkałem go w jadłodajni. Bolek zasiadł w pobliżu przy oddzielnym stoliku, wziął kartę do ręki i patrząc zimnym wzrokiem w gorące oczy panienki zażądał postnego obiadu. Obiadu takiego nie było. — Przecież dziś nie piątek — zauważyła "panienka" — ale środa adwentowa! Powinno być z postem, bezbożniki! Coś tam jeszcze pomruczał, zarzucił palto i poszedł do jarskiej kuchni na postny obiad. Zaintrygowało mnie, co tego ateusza mogło nawrócić. Przyparłem go wreszcie kiedyś do muru, a zyskawszy zaufanie opowiadaniem swych przygód wojennych, pociągnąłem go za język. Opowiedział mi tedy trzy ciekawe epizody, które bez koloryzacji powtórzę, nadmieniając jednocześnie, że Bolek Froncki jest to mężczyzna lat około 30-tu, silnie zbudowany, zdrów i daleki od jakiejbądź czułostkowości lub chorobliwego somnambulizmu. — Pewien fakt, który mi na zawsze pozostanie w pamięci, mówił Bolek — zdarzył mi się w Nowo-Mikołajewsku nad rzeką Ob w 1918 roku. Mieliśmy tam wiele do jedzenia, a mało do roboty. W tych warunkach czułby się nasz brat doskonale, gdyby nie tęsknota do kraju i drogich sercu osób i ta ustawiczna przykra myśl, że jesteś oddzielony olbrzymią przestrzenią lądu gorszego od wzburzonych bałwanów, pełnego wrogów, czyhających na twoje życie i pragnących, niby głodne wilki, rozszarpać cię na kawałki. Myśl taka wywołuje przygnębienie, rozleniwia i czyni życie ciężkim. Kwaterowaliśmy w obszernych koszarach. Pewnej nocy zbudziłem się bez żadnej przyczyny i spojrzałem na zegarek: było parę minut po pierwszej. Ogarnął mnie jakiś dziwny niepokój i dziwne przeczucie. Sądziłem że jestem niezdrów. Drażniły mnie nawet tony oddechów i chrapanie śpiących żołnierzy, co się nigdy dotąd nie zdarzało. Nie mogąc doleżeć, wstałem i począłem łazić boso pomiędzy śpiącymi w wielkiej koszarowej sali. Po godzinnym przeszło marnowaniu rzuciłem się na łóżko i pogrążyłem się w półśnie, pół zadumie. Naraz widzę, podchodzi do mnie mój ojciec ubrany jak zwykle, wyciąga ręce, całuje mnie w czoło, dotyka twarzą mego policzka — czuję go i widzę, jak widzi się żywego. — Bolesiu — mówi — żegnam cię! — Znów mnie całuje i niknie. Obejrzałem się, nikogo przy mnie nie było. Spojrzałem na zegarek — wskazówki stanęły na pół do trzeciej. Doskonały mój zegarek stanął, chociaż był wieczorem nakręcony i nikt go nie trącał. Powracając ze spaceru do sali, wyraźnie słyszałem około łóżka jak jeszcze tykał. Zapisałem sobie datę i godzinę, a gdym wrócił do kraju, dowiedziałem się, że tego właśnie dnia ojciec mój umarł. Godzina, jeśli obliczymy różnicę astronomiczną, była również ta sama.

— Drugi fakt niezwykły poruszył mnie do głębi i wpłynął zasadniczo na zmianę moich zapatrywań religijnych. Było to w roku 1919. Parliśmy razem z Kołczakiem i Czechami. Bolszewicy, gdzie mogli, stawiali opór. W dzień strzelanina bywała ożywiona, w nocy cichła; bolszewicy widocznie wypoczywali, my zaś nie szafowaliśmy ogniem zbyt hojnie, amunicję bowiem trzeba było aż z Japoni sprowadzać. O jakieś trzydzieści kroków ode mnie, zajęło pozycję dwóch żołnierzy, których nazwisk nie pamiętam. Okup ich mniejszy był od mego i słyszałem, jak z tej racji nieco ubolewali. Nie spalem i myślałem o Polsce, rodzicach, gwiazdach i o czym się tylko dało. Nareszcie zaczęło świtać. Jestem człowiekiem realnym, jednak, przyznam się, zachwycił mnie ten widok. Porwany wrażeniem zapragnąłem uczcie cud przyrody hymnem do Apollina lub jakąś odą do wschodzącego słońca, ale nie mogłem sobie żadnych rymów przypomnieć. Naraz przyszła mi na myśl pieśń, którą śpiewałem często w dzieciństwie i począłem ją teraz bezwiednie nucić:

Kiedy ranne wstają zorze.
Tobie ziemia, Tobie morze,
Tobie śpiewa żywioł wszelki.

Śpiewałem dalej; rozmarzało mnie to coraz więcej, oczy łzami zaszły i powiem szczerze, żem się popłakał jak dzieciak. Widocznie pod wpływem wzruszenia i wyczerpania nocnem czuwaniem, zaledwie się uspokoiłem, oczy poczęły się kleić i zdrzemnąłem się nieco. I oto śni mi się, że z promieni porannej zorzy wychodzi jasna postać, zbliża się ku mnie, wyciąga rekę i mówi: "Nie siedź tu, wyjdź z tego okopu!" Postać znikła — budzą mnie strzały karabinowe. Spałem widocznie bardzo krótko, gdyż cała kula słoneczna nie zdążyła jeszcze spoza boru wypłynąć na niebo, a tymczasem strzelanina wzmagała się, kulki jak osy bzykały w górze. — No, chłopcy, trzeba im kropnąć porcje ołowiu na dzień dobry! — krzyknąłem kolegom i wy-rychtowałem karabin w stronę bolszewickich pozycji. Przez kilkanaście minut pukaliśmy do nich, po czym kazałem żołnierzom odpocząć i pomyśleć o śniadaniu. Naraz, bez żadnej z mej strony inicjatywy, słyszę taką propozycje od dwóch sąsiadów z najbliższego dołka, — Panie kapralu, może się na dołki pomieniamy. Ten nasz akurat na jednego. Co, dobra? — Dobra! — odpowiadam bez namysłu, bo mi się senne widziadło przypomniało. Pozycje nasze były doskonale zamaskowane, nie było więc obawy, że nas przy tej zmianie zauważą. Przeszliśmy chyłkiem w rowku poza drobnymi krzaczkami i spokojnie zajęli się śniadaniem w swych nowych lokacjach. Kulki świstały w dalszym ciągu wysoko. Wtem huknął strzał armatni. Pocisk, warknąwszy grubym basem, przeleciał niedaleko ode mnie i o parę set kroków poza naszą linią wybuchnął. Widoczne było, że nieprzyjaciel maca, ale nie wie, gdzie szukać. Upłynęło kilka minut. Siedząc wygodnie w wystarczającym dla mnie okopie, wypróżniłem sobie spokojnie puszkę z konserwami; naraz straszny huk i pęd powietrza aż mnie pochylił ku ziemi, a piasek zasypał oczy. — Wyjrzałem ciekawie, gdzie padł. Patrzę, mego dawnego dołka nie ma, tylko wielka wyrwa, a obok niej leżą poszarpane strasznie ciała dwóch żołnierzy. Zdrętwiałem. — Po chwili przeżegnałem się i zmówiłem pierwszy po wielu latach pacierz.

Na koniec przytoczę panu jeszcze jeden na wskroś prawdziwy fakt, który nie miał nic wspólnego z wizjami, a jednak przekonał mnie ostatecznie, że są siły wyższe, które kierują zdarzeniami i że Pan Bóg niekiedy doraźnie wymierza swoja sprawiedliwość. Było to podczas naszej katastrofy. W małej grupce, która się pospiesznie przedzierała przez krzaki, było nas pięciu: sierżant, ja i trzech żołnierzy. Nieszczęście chciało, że jeden z żołnierzy podczas strzelaniny, został ranny w udo. Kulejąc, wysiłkiem woli podążał za nami, aż wreszcie nie mógł, zbladł i osłabł. Widocznie krew mu uchodziła, a na opatrunek czasu brakło! Zaczął prosić wzruszającym do głębi głosem, aby go nie zostawiać, bo zmarznie lub będzie dobity przez bolszewików! Jeden z żołnierzy i ja wzięliśmy go pod ramiona i prowadziliśmy jakiś czas, ale to nie wiele pomogło. Należało koniecznie zrobić opatrunek. Sierżant zaprotestował. — To niemożliwe. Bolszewicy nasz szukają, lepiej niech zginie jeden, niż pięciu. Zostawcie go i chodźcie! — Bracia, jeśli w Boga wierzycie, nie zostawiajcie mnie samego! — błagał ze łzami. — Jeśli w Boga wierzysz, to ci Bóg nie da zginąć, a my tymczasem wierzymy we własne nogi. Dalej, chłopcy, za mną, marsz! — Ruszył naprzód i dwaj żołnierze poszli za nim. Za chwlę już nawet skrzypienia śniegu nie było słychać. Nie myśląc wcale o skutkach, pozostałem przy rannym. Po obnażeniu nogi okazało się że mięsień uda miał przestrzelony; przy każdem poruzeniu krew się sączyła. Obmyłem nogę śniegiem, zrobiłem bandaż z kawałka udartej koszuli, zatkałem jako tako ranę i pociągnęliśmy śladami kolegów. Szliśmy pewnie ze trzy godziny, zawsze w takiej odległości od linii kolejowej, by jej nie tracić z oczu. Siły coraz bardziej nas opuszczały; rannego z osłabienia wskutek upływu krwi, mnie z podtrzymywania go i
dźwigania dwóch plecaków. Ogarniała mnie przemożna senność. Zwątpiłem, czy wytrwam w okrutnie ciężkim pochodzie przez zaspy śnieżne. Była chwila, że chciałem się rzucić na śnieg i spać za wszelką cenę. Ranny kolega nie pozwolił mi na to.
Potem znów chwyciła mnie złość na niego i na siebie — zapragnąłem porzucić go, wraz z plecakami i iść sobie dalej. Wtedy on mi rzekł: — Okazałeś i tak dużo poświecenia: nie mogę wymagać, abyś przez mnie życie stracił. Jeśli chcesz — idź. — Oczywiście ująłem go silniej pod ramię i pobrnęliśmy dalej, a wtedy on począł się modlić żarliwie za naszą wspólna pomyślność.
Naraz z małego wzgórza zobaczyłem na szynach kolejowych toczący się wózek, od strony w którą dążyliśmy. Ukryty za grupą drzew, obserwowałem ów wózek. Siedziało i stało na nim kilku bolszewików z karabinami, popychało go zaś pieszo dwóch żołnierzy w czapkach do naszych podobnych. Byłem prawie pewien, że to nasi. Gdy lorka znikła na zakręcie linii, ruszyliśmy dalej i w jakie pół godziny znaleźliśmy się w pobliżu budynków rozjazdu. Należało najpierw zbadać, czy są tam bolszewicy. Udałem się sam na wywiad, a od spotkanej przy studni kobiety, dowiedziałem się, że bolszewicy pojechali i nie ma nikogo oprócz naczelnika posterunku i stróża. Wróciłem po towarzysza niedoli. Siłą woli trzymał się on jeszcze na nogach, lecz widać, że dobywał ostatnich wysiłków, gdyby tak jeszcze kilka wiorst dalej iść należało - padłby pewnie. Groziła nam przy tym obydwu zguba, krótki bowiem dzień zimowy dobiegał końca, a bezlitosna noc syberyjska potrafi uśpić na wieki. Zachodzące słońce spomiędzy nagich pni drzewnych rzucało ostro czerwone blaski na świecącą skrami kryształów biel śnieżną, lub kładło ciemne fiolety poza każda zaporą, leżącą na drodze pięknego, lecz zimnego światła. Idąc ku budce stacyjnej, ubranej w śnieżną czapkę, z której bił w mroźne niebo słup skłębionego siwego dymu, mijaliśmy duży, z okrąglaków zbudowany "saraj", uniwersalną gospodarską budowlę. Zaintrygowały mnie liczne ślady stóp na śniegu i coś leżącego pod sarajem, jakby człowiek nieżywy. Pospieszyłem w to miejsce i stanąłem jak wryty. Na białym całunie leżał cicho w niebieskim swoim mundurze trup naszego sierżanta. Był bosy — kożuch i buty widocznie z niego ściągnięto. Krew świeżo zastygła na twardej powierzchni śniegu około trupa, tworzyła duże plamy i mieniła się jaskrawą czerwienią w resztkach promieni, gasnącego słońca. Leżał twarzą do góry z rozkrzyżowanemi rękami i szklistemi oczyma patrzył w niebo, jakby błagając litości za wszystkie swoje i nasze winy. Zasłoniłem dłonią oczy i zgnębiony pociągnąłem rannego do budki. Ów naczelnik był to pół analfabeta, typ kolejowego służbisty z rodzaju tych, którzy zawsze gorliwie białej czy czerwonej władzy służą, byle ta władza ujawniała twardą rękę. Rosyjska jego gościnność nie miała nic wspólnego ze zmianami politycznymi, prosił więc siadać i ugościł nas gorącą herbatą. Zaciekawiły mnie przede wszystkim losy kolegów. — Powiedzcie, towarzyszu — pytam go co się stało z trzema żołnierzami, którzy tu przyszli? — Nic ważnego, przyszli, popadli na bolszewkku razwiedku i zdaliś. — A dlaczego tamten zabity? —- Nu, on był z naszywkami, znaczy starszy, tak i pod ściankę. Wy też by pod ściankę poszli. Wasze szczęście, że raniej nie pospieszyli. — A tamci dwaj? — Tamte sołdaty w plenu, już pracują uczciwie: popchnęli wagończyk z razwiedką po lini. Przydali się naszym towarzyszom. — Wiadomości te wstrząsnęły duszą moją do głębi. A więc tamci dwaj w ciężkiej niewoli, a ten który w swe nogi bardziej niż w Pana Boga wierzył, leży martwy na śniegu. I co na to powiedzieć? Zrobiłem z paru kawałków opałowej brzeziny krzyżyk katolicki i prosiłem kolejarza, aby nieboszczyka po ludzku w spokojnym miejscu pochował.

W niespełna godzinę zajechał pociąg z Czechami. Dzięki temu, że umiałem mówić po czesku, zabrali nas do pociągu, a felczer opatrzył rannego kolegę. Po długiej i ciężkiej podróży dostaliśmy się do Irkucka, a potem przez Władywostok do Polski! — Tak, panie — kończył Bolek — dawniej nie wierzyłem w Boga i nieśmiertelność duszy — a dziś wierzę!

Bolek kiedyś nie wierzył — dziś wierzy. Ile jednak mamy tu wśród nas którzy kiedyś wierzyli, a dziś już nie wierzą. Że są tacy tu urodzeni i tu wychowani, dziwić się nie można. Bo amerykanin polskiego pochodzenia, chociaż wyzuł się ze wszystkiego co polskim duchem trąci, wierny pozostał niektórym zasadom, które wyssał z piersi matki Polki, a szczególnie zasadzie, że cudze chwali i sobie przyswaja, nie znając swego, i nie wiedząc jakie skarby posiada. Dziwić się jednak trzeba kiedy ci, którzy przed latami z Polski przyjechali, a tu z czasem wiarę zatracili, obyczaje i zwyczaje z wiarą związane porzucili; w apostołów jakiejś dziwnej oświaty i dziwaczniejszego postępu się zamienili. Otóż urywki z listu pisanego mi przez niejakiegoś Witolda Skierniewskiego, który mając się za człowieka postępowego i uczonego, płodzi głupstwa, i sypie bluźnierstwami, jak z rogu obfitości. Otóż wyjątki z listu datowanego 12-go listopada z Detroit: "Podstawową nauką Kościoła jest Pismo św., a nie orzeczenia soborów trydenckich i innych. Ojcowie kościoła pisali swoje widzimisię, tak jak dzisiaj ludzie piszą. Miarą wiary jest Słowo Boże objawione przez Chrystusa, a nie przez kogoś innego. Obrazy są fetyszyzmem i jako takie powinny być dla ozdoby, a nie jako jakieś relikwie czy przedmioty świętych, czy święte. Kościół katolicki względnie papieski kruszy sie i wali. Hiszpania, Meksyk, Czechosłowacja, Peru, Rosja, to dowody walenia się portyków katolickich. Będąc w Polsce widziałem bardzo znikomy procent ludzi wierzących kościołowi rzymskiemu. Potrzeba hasła, aby powstał gromki bunt i otrząśnienie się z niewoli ducha. Skoro kościół przyznaje się do jedynej instytucji, która może wychować człowieka odpowiednio, dlaczego katolicy stanowią najwigkszy procent ludzi kryminalistów, największy w proporcji do innych wyznań? Dlaczego cudzołóstwo, złodziejstwo, rozwody są ogólną cecha wyznawców kościoła katolickiego? Dlaczego ten kościół nie daje zadowolenia? Jaką opinię ma katolicki ksiądz i zakonnik w cywilizowanem społeczeństwie?"

Ten zlew fałszywych pojęć i nieuzasadnionych zarzutów, pan Witold Skierniewski, śmie nazwać "skromnym listem". — Nieświadomość tematów i arogancka krytyka, sprawdza francuskie przysłowie: Więcej pewności siebie jak znajomości sprawy, i łacińskiego: "Więcej może osioł zaprzeczyć, jak filozof udowodnić". — I tak, podstawowa nauka Kościoła katolickiego
zależy nie tylko i wyłącznie od Pisma Św., lecz zarazem od ustnego podania czyli tradycji, które znajdujemy w pismach ojców Kościoła, w uchwałach soborów, w wyznaniach wiary i modlitwach Kościoła. I to stanowi różnicę pomiędzy Kościołem rzymskokatolickim, a sektami protestanckimi. Inne zarzuty są z palca wyssane, i nie zasługują na uwagę. "Będąc w Polsce widziałem bardzo znikomy procent ludzi wierzących." Ja się dziwię, że nawet widziałeś ten znikomy procent. Statystyka rządowa głosi nam co innego. Komu więc wierzyć? Artykuł l14 Konstytucji nam głosi: "Wyznanie rzymskokatolickie, będąc religią przeważającej większości narodu, zajmuje w państwie naczelne stanowisko wśród równouprawnionych wyznań." — Jedź sam do Polski i spróbuj rzucić hasło aby powstał gromki bunt — bo przecież pojechali tam już kilkakrotnie niejedni, a zaledwie dziadek ruszył wąsami, zjeżdżali jakby ich osa ukąsiła poniżej kości pacierzowej. Pleciesz o niewoli ducha: ani nasi w Polsce, ani my tu w Ameryce takiego Mesjasza jak ty nie chcemy ani pożądamy. Kościół katolicki, i to przyznaje świat cały, jest jedyny co daje zupełne zadowolenie, bo nie tylko dba o duszę i wieczność, lecz broni spraw doczesnych każdego człowieka.
Drugi list.

Detroit, Mich., 26-go listopada, 1933.

Wielebny Ojcze:
Rodem jestem z Polski. W Ameryce jestem około trzydzieści lat! Rodziców miałem dobrych i pobożnych. Sam wierzyłem w Boga i do kościoła chodziłem. Ciężko pracowałem po rozmaitych fabrykach, gdzie spotykałem się z rozmaitymi. Jedni wyśmiewali się ze mnie, że pościłem, drudzy że do kościoła chodziłem. No i tak powoli i ja zaprzestałem się modlić, pościć
i do kościoła chodzić. Od lat w nic nie wierzyłem. Trzy lata
temu odstawiono mnie od roboty; dwa lata temu straciłem każdy cent z zaoszczędzonych pieniędzy; rok temu morgecista zabrał mi dom a ja się z tego wszystkiego rozchorowałem: wzięli mnie do szpitala, tam zacząłem myśleć. Zobaczyłem, że źle zrobiłem: zacząłem się modlić: powoli przyszedłem do zdrowia; dziś Bogu dzięki nie tylko pacierze odmawiam, lecz i do kościoła chodzę. Zaledwie zarabiam na życie, ale nie narzekam, bo widzę że drudzy jeszcze mniej mają. Jestem spokojny i zadowolony.
Trzeci list.

Chicago, l5-go listopada, 1933.

Drogi Ojcze Justyn,
Już od ośmnastu lat straciłem wiarę. Wdałem się w towarzystwo niedobre; piłem, kradłem i gemblowałem. Dwa razy siedziałem w więzieniu. Co tam widziałem i słyszałem, opisać nie mogę. Trzy lata temu umarła mi matka. Przed śmiercią, prosiła mnie, abym się poprawił. Przyrzekłem. Lecz zwlekałem. Już prawie o obietnicy zapomniałem. Rok temu jechałem z moim przyjacielem na zabawę na drugą stronę miasta. Nie wiem co się stało. Towarzysza, znaleziono zabitego na miejscu, a mnie zabrano nieprzytomnego do szpitala. Byłem tam blisko dwa miesiące. Żaden z moich towarzyszy, w tym czasie mnie nie odwiedził. Wszyscy zapomnieli o mnie. Opuszczony od ludzi, zapomniany przez wszystkich, jednej niedzieli słyszałem jak O. Justyn opowiadał o tym, który na próśbę matki swej, po tylu latach poszedł do Spowiedzi Wielkanocnej. Przypomniała mi się obietnica, którą zrobiłem mojej umierającej matce. Poszedłem do Spowiedzi. Ledwie wyszedłem ze szpitala, dostałem pracę. Teraz chodzę do kościoła, odmawiam pacierze, daleko się trzymam od starych towarzyszy, i powodzi mi się dobrze.

Na zakończenie zapytuję się wszystkich: Czy i wy wierzycie? Jeśli nie, czemu nie? — Wierzcie, bo wierząc znajdziecie spokój doczesny i szczęśliwość wieczną!