A JEDNAK JEST DUSZA - pogadanka o. Justyna z 17.02.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Czasy nasze nie tylko pachną, lecz są przesiąknione materializmem: zasady, nauka i życie ludzkie, wszystko to oparte i budowane na materialiźmie. Ciało, życie doczesne, rzeczy materialne, to ogólny i wyłączny cel życia ludzkiego. Bóg, wiara, dusza i cnota, to rzeczy przeżyte, dla których nie ma miejsca na świecie w dwudziestym wieku. Roi się więc od bezbożników, niedowiarków i zbrodniarzy moralnych! Króluje gorzki cynizm i lodowaty egoizm! Uważam więc, że na czasie jest przytoczyć Wam zdarzenie prawdziwe z wojny francusko-pruskiej z roku 1870. Zajście to tytułuje:

A JEDNAK JEST DUSZA

— Nigdy jeszcze — rzekł mi stary generał — nie opowiadałem nikomu tej historii, na której wspomnienie uczuwam jakoby wyrzuty sumienia. Daremnie tłumacze sobie, że mogło się to komu innemu przytrafić, że był to wypadek, a jednak, po tylu latach wspomnienie to powraca mi zawsze i to coraz natarczywiej. To rozczulanie się — bo będąc czterdzieści lat żołnierzem, widziałem wiele innych rzeczy. Chcąc ukryć opanowujące go wzruszenie, strząsnął popiół z cygara, drżącego trochę w jego kościstych palcach i rzekł mi, posłuchaj Pan: — Nie czułem się zupełnie dobrze przy końcu wojny 1870 roku. Był to początek tego cierpienia, które mnie dotychczas nie opuszcza, a przy tym rana od kuli dokuczała mi w ramieniu; nie przerywałem jednak służby. Za wiele było Prusaków we Francji. Byłem wyczerpany i strasznie przygnębiony, bo jestem Alzatczykiem. — W Paryżu pełno było wtedy rozruchów i zaburzeń. Dość się ludzie nacierpieli, a kto cierpi, ten nie rezonuje. Zaledwie wyruszyliśmy w drogę, aby się połączyć z garnizonem, piechotą, bo koleje wówczas były zanadto zrujnowane, gdy przychodzi rozkaz: "Zmienić kierunek, iść rozpraszać komunistów". I oto musieliśmy oblegać Paryż, jak Prusacy. Widać jeszcze było ich robotę na murach od kul porysowanych. — Byłem wtedy kapitanem. W ciągu trzech dni oddział mój stracił siedmiu ludzi. Wszyscy mieliśmy jedno pragnienie: przedostać się przez fortyfikacje, uderzyć na tę hołotę i bez miłosierdzia i litości nadziać na bagnety. Pewnego dnia, po wielu różnych utarczkach i usiłowaniach, pod ogromnym ogniem, weszliśmy do Paryża. Straszną jest taka walka w ulicach, gdzie wszystko jest groźbą dla człowieka: bramy, okna, dachy drzwi kościołów; kiedy przeciska się koło, murów z obawą śmiertelnego ciosu. A tu wokoło padają ludzie na wpół widoczni w obłokach szarego gryzącego dymu, w którym ostatnie ich ruchy nabierają kształtów strasznych, fantastycznych. Dodam, że wszyscy co się tam bili, czy to Wersalczycy, czy skonfederowani, spełniali swój obowiązek, lub uprawiali swoje rzemiosło. Komuniści ustępowali z placu pobici przez nasze szeregi. Wielu z nich czując, że dalszy opór jest daremny, chroniło się do piwnic lub rozpraszało się po domach. Mrok już zapadał, kiedy zbliżałem się z moim oddziałem do ulicy W. Wkoło grzmiały wciąż strzały i rozlegały się krzyki, odbijając się ponurym echem. Na końcu ulicy wznosiła się milcząca barykada bardzo wysoka, już pogrążona w mroku. Rozmieściwszy ludzi po rogach ulicy, usiłowałem mimo zapadającej ciemności, zdać sobie sprawę z siły barykady i liczby jej obrońców. Może jest już opuszczona — myślałem — bo jakoś nie daje żadnych oznak nieprzyjaznych, choć z miejsca, na którym stoi łatwo jest nas dostrzec. W końcu jednak, dzięki wytężonej uwadze i lunecie, zobaczyłam jakieś ruchome cienie, poruszające się we mgle wieczoru. A więc ta barykada jest zaludniona i będzie broniona. Naprzód! I oto ruszamy pełnym galopem. Po chwili słyszę wystrzał, obracam się — mój porucznik leżał na ziemi. Brzmią głosy: naprzód! naprzód! Nagle jakaś jasność bije na nas; tysiące iskier leci w górę; od morza płomieni niebo jakby krwią spłonęło; po prawej wkrótce i po lewej stronie bucha jasność ogromna, łotry wszędzie podłożyły ogień. Paryż się pali. I pędziliśmy na łeb na szyję, trąc, kłując, siekąc po drodze. Bronili się zaciekle, przynajmniej niektórzy, bo główni przywódcy tej bandy uciekli i przy blasku pożaru widać było mundury zdążające bezładnie w stronę Panteonu. Zanurzam szablę w piersi starca o siwych włosach, który dwa razy chybił do mnie z rewolweru, potoczył się na ziemie, bez żadnego jęku. Ręka mnie boli, nie zważając na to przedostaję się na drugą stronę barykady. Broniło się jeszcze kilku, otoczono ich; część zaś żołnierzy puszcza się w pogoń za uciekającymi. Wtem o jakieś sto kroków, szara istota, jakby o białych skrzydłach, zwraca moją uwagę. Co to być może? Przybliżam się nieufnie. Kapral z nabitą bronią postępuje za mną. Patrzę — przecieram oczy — ależ to niemożliwe. — Kapitanie — to Siostra Miłosierdzia — szepce kapral. — Co? chyba nie tu! — Tymczasem w istocie, zbliżaliśmy się do kobiecej postaci w habicie zakonnym. Rozwiązywała ona krawatkę, krepującą szyję młodego komunisty, a jego chwiejąca się głowa spoczywała na jej kolanach; Siostra jakby nie słyszała tych dzikich okrzyków, tych bluźnierstw, zmieszanych z hukiem wystrzałów, cicho i powoli
wymawiała słowa ginące w ogólnej wrzawie, a które drżące wargi młodego rannego zdawały się powtarzać. Pochwyciłem parę słów: "Przez zasługi męki i śmierci Zbawiciela..." — "Co tu robicie? Kto jesteście?" — zawołałem. Podniosła na mnie oczy. Nigdy, nigdy nie zapomnę tej postaci pełnej spokoju i pogody, w tej chwili oświetlonej odblaskiem ognia, tego uroku spojrzenia, słodyczy głosu, tak odmiennego od naszych okrzyków zwierzęcych. — Przyprowadzili mnie tu siłą dwie godziny temu — szepnęła. Zostałam ostatnia w Zgromadzeniu. Trzeba mi było czuwać nad wszystkiem do końca, bo jestem przełożoną. Broniłam się im, chcąc się połączyć z mojemi współsiostrami — one odjechały — mam w Bogu nadzieję, że są ocalone. Wkrótce bitwa doszła do tego miejsca, byli ranni — pielęgnować, opatrywać ich, wszak to moje zajęcie — więc pozostałam. — Nie mogłem wątpić, że prawdę mówiła. Odczułem na chwilę jak bohaterską była ta kobieta, ale złość i podniecenie wkrótce zwyciężyły to uczucie. — Trzeba mu było pozwolić zdechnąć! — zawołałem brutalnie. — Widzi Pan, jak się dużo różnych chwil przeżyje, dziwi się człowiek sam sobie, gdy zauważy, że nie zawsze jest takim, jakim go zna otoczenie, i że jest w nim też istota inna, zdolna kochać i rozczulać się! W tej chwili śmiertelny dreszcz wstrząsnął ciałem umierającego komunisty — skonał! Huk wystrzałów przycichał coraz więcej i zdawał się gasnąć. Nie może Siostra teraz odejść — rzekłem, zwracając się do zakonnicy. Byłoby to narażeniem się na niechybną śmierć lub powtórne wpadniecie w ręce jakiej bandy. A przede wszystkiem muszę się przekonać, czy nie jestem oszukany. Czy ma Siostra przy sobie papiery, stwierdzające jej osobistość i przynależność do Zgromadzenia? Proszę pójść za mną! — Weszliśmy do sklepiku, gdzie oprócz rzeczy porozrzucanych przy wejściu, zdawało się być wszystko w porządku. Kazałem zapalić świeczkę, usiadłem za stołem, położywszy obok siebie rewolwer, którego rzemień uciskał mi ramię. Rzuciłem kilka nieufnych spojrzeń na zakonnicę, spytałem ją jednak już grzeczniej o nazwisko, wiek, itd. Na twarzy jej widać było uśmiech, pełen smutku i spokoju. Tak daleko zdawała się być myślą od naszych krwawych bojów! — Maria Ludwika Ronville, w Zgromadzeniu Siostra Dominika, trzydzieści siedem lat. Odpowiadała głosem tak spokojnym, jakby w rozmównicy swego Zgromadzenia. Pamiętam wszystko i rzecz to dziwna, że wspomnienie tej historii odżywia we mnie pamięć tych różnych drobnych szczegółów. Podała mi też zniszczony, czarny woreczek, który zawierał kilka listów do niej adresowanych, obrazki święte i szkaplerz pożółkły. — Jesteś wolną. Siostro! — wyrzekłem z uszanowaniem i dodałem z naciskiem: — ale odjeżdżać teraz, gdy Paryż jest pełen niebezpieczeństwa, jest to narażać się niepotrzebnie na śmierć. A może zechciałaby Siostra pośród nas pełnić swe miłosierdzie? — Skinęła głową i skierowała się ku drzwiom, tym krokiem lekkim i cichym Szarytek, gdy są w pokoju chorego. Wtem straszne okrzyki, rozdzierające łkania, rozległy się w pobliżu. Zatrzymała się zdziwiona i ja instynktownie zerwałem się z miejsca. Jednocześnie prawie weszło kilku żołnierzy, pchając przed sobą kobietę obdartą, z włosami opadającemi w nieładzie na plecy. Pijana, próbując jeszcze się bronić, obrzucała żołnierzy gradem przekleństw i złorzeczeń. Z rozdrapanego policzka spływała krew po jej twarzy; spod krótkiej zaszarganej spódnicy widać było nogi nagie, obute tylko w za duże spadające chodaki. Okopcone ręce wydzielały silną woń spalonego oleju. Przyciągnęli ją do mnie. Zakonnica zbliżyła się i milcząc patrztła. — Kapitanie — mówił żołnierz salutując — obchodziłem patrole, wtem spostrzegłem te obywatelkę jak z dwiema innemi rozrzucała coś około domów, miała w ręku wiadro i rzuciła je uciekając — było napełnione do połowy naftą. Pobiegliśmy za nimi. W chwili, gdy jeden z żołnierzy chwytał ją, odwróciła się nagle i wystrzałem z rewolweru położyła go trupem na miejscu. — Nie przerywając ani słowem, oskarżona słuchała go w milczeniu. Podniecenie i szał pijacki zdawał się ją opuszczać. Ręką zasmoloną ścierała sobie raz po raz krew spływającą z policzka, tak, że cała jej twarz zmieniła się w jakąś maskę czerwono-brązową, w której świeciły tylko dzikie oczy. Rzeczywiście postać jej, w słabo oświeconym pokoju, wobec żołnierzy wściekłych na nią i rozgorączkowanych, wydawała się ohydną, a zarazem tragiczną. Spytałem się dla formy: "Słyszałaś, co mówił sierżant?" — Skinęła potakująco głową. — Czy przyznajesz się do winy? Są chwile, w których rozkaz staje się okrutnym. Powinniśmy byli rozstrzelać na miejscu każdego przeciwnika, prz tym wciąż rosnąca łuna pożaru nakazywała stracenie nafciarki. Przytaczam te wszystkie szczegóły, bo masz serce czułe na ludzką niedolę. Ja przede wszystkim byłem żołnierzem, dla którego każdy rozkaz to — obowiązek! Toteż nie namyślając się długo, kazałem zawołać adiutanta. — Rozstrzelać tę kobietę. Żołnierze przyjęli rozkaz radosnym okrzykiem; uciszyłem ich mówiąc, że ta kobieta ma teraz prawo do ich szacunku, skoro za chwilę umrze — spytali więc tylko: - Czy zaraz kapitanie? — Natychmiast. — W jakiem miejscu? — Gdzie chcecie; w drogę — Panie, Panie! - Był to okrzyk błagalny, pełen jednak przerażenia i mocy. Przede mną stanęła szarytka; wargi miała zbielałe i drżące, ale oczy błyszczące odwagą; w ręku trzymała krzyż swego różańca. Zaprawdę, że w tym zgiełku i zamieszaniu nie zauważyłem nawet, jak była piękną.
Żołnierze się zatrzymali, a ja sam wzruszony nawet, zwróciłem się z pytaniem: — Co się stało? — Z ust zakonnicy wyrwał się teraz potok słów łkających: — Ona ma duszę. . . panie, ty wiesz, co to jest dusza, ludzka, którą Bóg ma sądzić... a dusza jej jest tak skalana wszystkimi zbrodniami. Czy chcesz, aby była potępioną? Ach, śmierć jest niczym w porównaniu ... ja sama . . . — Poczekajcie przynajmniej aż kapłan ją rozgrzeszy... błagam cię o to, panie zaklinam w imię twej matki, twej... żony „w imię zbawienia nas wszystkich"! Mówiła wciąż; czułem w sobie wzrastające wzruszenie; żołnierze moi słuchali w milczeniu, jakby strwożeni, jeden tylko zadrwił głośno. W tejże samej chwili potężny wybuch wstrząsnął powietrzem, ponury huk odbił się kilkakrotnym echem, a złowrogie światło oblało horyzont. Prędko przyszedłem do siebie. — To, czego żądasz Siostro, jest niemożliwym. Ta kobieta jest morderczynią i podpalaczką. Musi umrzeć! Jak gdyby nie słyszała wybuchu i huku, Szarytka ciągnęła dalej głosem cichszym, lecz również przejmującym. — Umrzeć — to dla niej piekło na zawsze. — A czyż nie zapaliła piekła w Paryżu? — krzyknąłem, tracąc teraz cierpliwość — i ruchem ręki powtórzyłem mój rozkaz żołnierzom. — Tak, tak, musi, musi, — szepnęła widząc, że moje postanowienie jest niewzruszalne. Ależ jednej rzeczy nie odmówisz mi pan przecież. Jesteś chrześcijaninem, tak, jak i twoi żołnierze; przynajmniej byliście nimi kiedyś i będziecie w ostatniej waszej chwili. Poczekajcie godzinę, tylko jedną godzinę i zostawcie mnie z tą nieszczęśliwą tu obok. Cóż wam to szkodzi, jeśli macie całą noc przed sobą. Niech ona choć przez ten czas ukorzy się i przeprosi Boga ... jedna godzina, to taka krótka chwila. Ja pozostanę przy niej bez obawy: pielęgnowałam nieraz jeszcze niebezpieczniejszych chorych. A potem, rozstrzelajcie ją, jeśli tak chcecie. — To o co mię teraz prosiła Siostra, nie zdawało mi się nierozsądnym. Wszyscy bowiem zachowujemy w duszy, choćby w nas wiara wygasła, nieokreślone poczucie życia, które się zacznie, gdy wszystko zda się nam być skończone. Tak — tajemnica śmierci przenika nas głębiej niż myślimy. Toteż rzadko się zdarzy, by powołanie się na wieczność nieśmiertelną nie odbiło się echem potwierdzenia w głębi naszych serc, choćby wielką była w nich siła namiętności i złości. — Dobrze wiec — odrzekłem po chwili wahania — teraz jest jedenasta, o północy rozstrzelacie tę kobietę! Postawiwszy straż przy jedynych drzwiach pokoiku, do którego weszła zakonnica z okropną towarzyszką, zapaliłem cygaro i wyszedłszy, począłem szybkim krokiem przebiegać ulice jak była długą. Dotąd nie rozumiałem skąd na mnie przyszedł ten rodzaj lęku i niepokoju, jaki mię wtedy ogarnął. Zdarzenia bolesne lub tragiczne mają w nas swoich zwiastunów, niepochwytnych. Nazywają to ludzie przeczuciem; według mnie określenie, to nie jest dobrym. Nie wie się, z jakiego powodu się cierpi - ot i wszystko. Właściwie, nic mię nie uprzedziło o jakimś, mającym nastąpić szczególnym dramacie. Przyznać trzeba, że ta ciemna ulica, pełna tylko płomieni ognia i odgłosów dalekich, skarg i jęków, wydawała mi się jakąś przykrą zmorą. A przecież twarz, jakby w ramy białym kornetem ujęta, stawała mi chwilami przed oczyma i sprawiała w tym chaosie ludzi i zdarzeń, wrażenie pobożnego skupienia, rzecz dziwna, czasami jakby obawy. Myślałem też o tej sile wiary, która daje widzieć jaśniej i pewniej duszę nieśmiertelną, niż ciało.

Generał przestał mówić, przesunął ręką po czole, jak gdyby groza tej godziny, którą ze wspomnień wywołał, odżyła w nim na nowo. Po chwili dopiero ciągnął dalej z widocznym wysiłkiem. — Północ wybiła. — Dwanaście powolnych uderzeń, a jednocześnie huknęły strzały. Zadrżałem — ja, który je tyle razy -słyszałem. Krokiem przyśpieszonym zwróciłem się ku posterunkowi. — Rozstąpcie się! Ludzie się rozstąpili. Przy murze leżała czarna masa. Jakaś tajemnicza siła, jakiś nieokreślony niepokój popchnął mię do zbliżenia się do trupa i pochylenia się nad zwłokami. Nie wiem sam . . . Wiem tylko, że się wyprostowałem nagle, tak, że omal nie upadłem na wznak. Jak gdyby kula mnie samego trafiła między oczy ... bo zdawało mi się, że choć w ciemności, ale poznaję — tak poznałem ale niewykrzywioną, ohydną twarz komunistki, ale uśmiech pełen pokoju i smutku Szarytki, ten uśmiech, który mię uderzył, przy pierwszym na nią spojrzeniu . . . Przetrwał on widać aż do chwili wystrzałów. — Dawajcie pochodnię! — zawołałem. Nie znaleziono żadnej. — A więc świecę — cokolwiek. Chciałem zobaczyć jasno, by nie wątpić dłużej. A podczas tych chwil kilku, jakich wymacało spełnienie mego rozkazu, nieokreślony przestrach mną władał. Nie, to niemożliwe. Widocznie zdarzenia dnia zanadto nadszarpały mi nerwy. — Światła prędzej! Chyba nie ja, tylko szarytka, pozbawiona była rozumu, aby odważyć się na coś podobnego! Ależ nie — słowa te wydawały mi się potworną obelgą nawet w chaosie mych myśli! I przypomniałem sobie Siostrę, gdy powiewały białe skrzydła jej kornetu, a oczy miała pełne zachwytu, jakby przed męczeństwem, gdy wołała: "Ależ ona ma duszę. . . Czy pan wiesz, co to jest dusza, którą Bóg sądzi?" Tak, ta komunistka i podpalaczka nie miała duszy godnej, aby być ofiarowaną Bogu, wiedziałem o tym dobrze, podczas gdy dusza zakonnicy była dla nieba gotową i dojrzałą. Wszak i pan, jako katolik, tak myślisz i wierzysz? — A gdzież jest Siostra? — zapytałem jeszcze? Podczas gdy sierżant zasłaniał ręką od wiatru migocący płomyk świecy. —
Odeszła dziesięć minut temu, kapitanie. Myśleliśmy, że chce tylko odetchnąć świeżym powietrzem, gdy ona tymczasem znikła wkrótce za barykadą. Wyrwałem świece z rąk sierżanta; zbliżyłem ją do bladej twarzy zmarłej i podniosłem się oniemiały. — Tak, to była Siostra Miłosierdzia. W brudnej, podartej odzieży, leżała przebita trzema kulami. Ofiarowała Stwórcy swą duszę za nawrócenie tej drugiej. — Generał umilkł; wreszcie szepnął drżącym głosem: — Swoją drogą poznałem dnia tego, jak wielką jest cena duszy ludzkiej ...

Mili radiosłuchacze, jak często spotykacie ludzi, którzy nie tylko nie umieją ocenie wartości duszy ludzkiej, lecz wprost twierdzą, że ta dusza ludzka nie istnieje, że jej nie ma. Ileż to razy czytacie wywody ludzi niby to uczonych i postępowych, którzy wmawiają w umysły prostaków i bezkrytycznych, że ze śmiercią wszystko się kończy, bo człowiek to jak istota bezrozumna, po prostu jak pierwszy lepszy zwierz — bez duszy. Miast słuchać wywodów ludzkich, słuchajmy nauki Chrystusowej, a więc nauki Boskiej, że istnieje w człowieku — dusza, której ani śmierć nie złamie ani grób nie przerwie, lecz na wieki istnieć będzie!