A JEDNAK SĄ CUDA - pogadanka o. Justyna z 3.03.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Tu wśród naszego wychodźstwa kreci się szajka samozwańczych postępowców, którzy koniecznie pchają się na czoło naszego społeczeństwa. Chcą koniecznie nie tylko imponować, lecz rozkazywać i rządzić. Ponieważ niektórzy z nich mają pewne wykształcenie, przez rozmaite sztuczki i kruczki, nie tylko podejrzliwe, lecz przewrotne, wysuwają się na wyżyny w życiu politycznym i towarzyskim. Wilki to w owczej skórce. Niejeden z nich przekroczył prawo w kraju, czmychnął tu przed pałką władzy i z obawy przed kryminałem — stworzył z siebie postępowca. Drugi porzucił żonę i dzieci, uciekł z żoną drugiego i zamienił się w postępowca. Inny sprzeniewierzył pieniądze mu powierzone, ścigany przekleństwami naiwnych, nagle stał się — postępowcem. Niejeden, prowadząc życie nieuczciwe i niemoralne, utracił poczucie szlachetności i wiary w Boga, no i na tę zgniliznę moralną zarzuca płaszcz postępu, i tak bez końca. Posiew przewrotnej nauki — spaczonych zasad — brednie schorzałej mózgownicy, to wszystko — postęp. W rzeczywistości zaś, to nic innego jak umysłowa gangrena. Posłuchajcież tylko cytaty z bazgraniny pewnego karzełka umysłowego, który pluje od lat bezkarnie na Boga — Kościół i naukę Kościoła. Cytuję: "W Krakowie powstał komitet w celu przeprowadzenia beatyfikacji zmarłego w roku 1916 Brata Alberta. Jak piszą członkowie komitetu: "chodzi obecnie o modlitwy wszystkich rodaków, aby Pan Bóg nie skąpił cudów za przyczyną Brata Alberta." — Cudów im koniecznie potrzeba. Cudów jakich wyimaginowanych, bo prawdziwe nie chcą się dziać teraz. Ależ czyż to nie cud, że taki brat Albert uchował się w klerykalnym Krakowie i nie sprzeniewierzył się swojej idei?" — Koniec cytatu. Co za cudowna logika. W jednem zdaniu twierdzenie, że "prawdziwe cuda nie chcą się dziać teraz", a w drugiem pytanie "ale czyż to nie cud, że itd." — Jeśli artykuł ten nie był pisany po pijanemu, pochodzi z mózgu rozpalonego gorączką wściekłej nienawiści. Postępowemu pisarkowi przypominam koniec patrona i opiekuna wszystkich postępowych bluźnierców, Juliana Apostaty, który konając, porwał garść własnej krwi z przestrzelonego boku, a rzucając ją w niebiosa, wołał: "Galilejczyku, wreszcie zwyciężyłeś." I bluźniercze usta zamknął raz na zawsze! — Teraz, do mowy:

"A JEDNAK SĄ CUDA"

Utarte znaczenie cudu jest nie inne jak siła, talent i zdolności w nadzwyczajnym stopniu. I tak w potocznej mowie twierdzimy, że mowa jest cudowna, śpiew jest cudowny, muzyka jest cudowna! Św. Tomasz nazywa cudem to wszystko co wzbudza w nas podziw. Rzeczywiste znaczenie cudu zaś jest: fakt nadzwyczajny, podpadający pod zmysły, ponad prawa i siły natury, potęgą Boga zdziałany. Według tego określenia, cud posiada trzy cechy: 1) jest znakiem, czy faktem dokonanym w świecie zmysłowym, 2) jest zjawiskiem nadzwyczajnym i 3) jest nadprzyrodzonym. Dodaje, że cud jest zjawiskiem ponad, nie zaś przeciw naturze, dokonanym wszechmocną potęga Boga! Objaśniam to twierdzenie przykładem: Kamień rzucony w górę, spada ku ziemi. Czemu? Bo naturalny ciężar ciągnie go ku ziemi. Jeśli ręka ludzka uchwyci ten kamień spadający, lot się przerywa. Czemu? Bo sile naturalnego ciążenia przeciwdziała silniejsza moc ludzkiej ręki. Prawo ciążenia nie przestaje istnieć, ponieważ zaledwie usuniemy rękę ludzką, kamień spadnie na ziemię. Otóż podobne działanie mamy w cudach, jest to moc i działanie Boskie.

Miast jednak dysputować teologicznie i naukowo o możności cudów, przechodzę do zdarzenia, które zaszło w Polsce w roku 1934, w czasie powodzi, która wyrządziła ogromne szkody wśród wieśniaków. Zdarzenie opisane jest przez dziennikarza "Geriota" w gazetce "Tempa Dnia". Otóż opis: "O. Wojciech Koszubal. ksiądz kustosz klasztoru OO. Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej, opowiada nam w jaki sposób dowiedział się o cudownym ocaleniu rodziny Kusionów z wezbranych nurtów Smolnika w Klęczanach. W dniu 22go lipca, bawiąc w sprawach klasztornych w Krakowie, kupiłem numer "Tempa Dnia". Ze wzruszeniem odczytałem na czwartej stronie dużymi literami nagłówek: Izba z modlącymi się do Matki Boskiej Kalwaryjskiej cudownie ocalała z odmętów strasznej powodzi. Przeczytałem raz jeszcze treść, dotyczącą cudownego uratowania rodziny Kusionów. Wierzyłem, że skoro już świeckie osoby nazwały to cudownem ocaleniem, to ja muszę imię Tej Matki, która uciekających się pod Jej płaszczyk z wezbranych odmętów wywiodła zdrowo i cało, przypomnieć tym wszystkim, którzy wątpią i stają się obojętnymi na dźwięk Jej imienia. Powziąłem myśl, aby zabrać ze sobą artystę malarza Władysława Lisowskiego, który by wiernie zilustrował to, co przeżyła rodzina Kusionów."

Artysta-malarz Lisowski opowiada dalej: Dnia 3go sierpnia 1934 wyjechaliśmy do Klęczan, a w czwartek z Rabki. Pociąg w niektórych miejscach musiał zwalniać z powodu prac przy naprawie plantu kolejowego, uszkodzonego ostatnią powodzią, co było przyczyną znacznego opóźnienia. Po opuszczeniu pociągu, rzuciwszy okiem na krajobraz roztaczający się przed nami, widzieliśmy coś okropnego. Patrzyliśmy na szarożółty płat doliny potoku, urozmaicony miejscami brudną zielenią wałów, naniesionych przez powódź, drzew i stosami resztek zniszczonych domostw. O. Kustosz szybko skierował się ku najbliżej stojącej kobiecinie, która ciekawie nam się przyglądała i zapytał, czy nie wie, gdzie mieszka ta rodzina, która cudownym sposobem ocalała z powodzi. Przekonaliśmy się, że wiedziała o kogo nam chodzi i wskazała ręką grupkę ludzi pracujących, mówiąc, że wśród nich jest właśnie ojciec tej rodziny wraz z synem, a wszyscy po ocaleniu wyprowadzili się i mieszkają bardzo wysoko pod lasem, ale ona postara się, aby ich sprowadzono. Podczas gdy kobieta ta odeszła, aby zawołać Kusionów, my zbliżyliśmy się do dwu, opodal stojących, funkcjonariuszy kolejowych rozprawiających żywo. Skoro tylko zagadnęliśmy ich na temat powodzi, natychmiast jeden z nich rzekł, wskazując ręką na resztki chaty: — Tam stał się cud! Są ludzie, którzy mówią, że nie ma cudów, że to tak się złożyło, ale jeśli kto podejdzie ku tej ruinie bliżej, przekona się, że to co pozostało, jest właśnie widomym znakiem, boć to wystarczy nogą kopnąć, a natychmiast wszystko runie. A przecież te słabe ściany osłaniające cała rodzinę na blasze pieca się znajdujące, waliły się drzewa, belki, sprzęty niesione gwałtownym prądem wezbranego potoku... Nie! wątpić może tylko człowiek z gruntu zły, ale zapewniam pana, że i ten by uwierzył, gdyby to widział. Proszę pomyśleć, że tu, przed nędzną tą chatką, stały nowe, silnie zbudowane domostwa, i widzi pan, śladu z nich nie ma! Rozmowę naszą przerwało zbliżenie się starego Kusiona z synem. Niski, pochylony, z krzaczystemi wąsami, ojciec trzech synów i dwóch córek, rozpłakał się i począł — na naszą prośbę — opowiadać historie strasznych chwil, jakie przeżył z rodziną.

Było to 16go lipca, w dzień Matki Boskiej Szkaplerznej. Deszcz, który padał od kilkunastu dni, tego dnia lał jak z cebra. Chmury osiadły na górach. Potok wzbierał z każdą chwilą, ale nikt nie przypuszczał, żeby aż do chaty sięgnął. Nikt, nawet najstarsi tego nie pamiętali. Byliśmy wszyscy w domu, tylko Witek, najmłodszy, biegał z chłopcami po sztrece i patrzył na wezbrany potok. Naraz, koło godziny drugiej po południu, ogromna fala zalała nasz dom. Woda huczała dokoła. Radzili nam przedtem ludzie, aby dom zostawić i wynieść się na pagórki, ale nikt nie spodziewał się takiej wody. Jakże mogliśmy zostawić dwie krowy, jałówkę, konie, owce, sprzęty i ubrania? gdzie to wszystko zabrać? Nie myśleliśmy nawet o tym, by woda do nas doszła. Siedzieliśmy więc w izbie, która dopiero do chaty dobudowałem - była ładnie urządzona. Mieliśmy nowe meble, które sam robiłem i ładne obrazy. Przez okno ze strachem patrzyliśmy, jak fale niosły kłody, drzewa, belki, chałupy, bydło, kopy zboża, beczki z tej oto, w górze stojącej rafinerii i różne graty. W pewnej chwili, fala oderwała naszą stodole i stajnię od domu i poniosła. — Dzieci poczęły płakać i krzyczeć. Zdawało mi się, że widzę koniec świata. Niesione bydło ryczało żałośnie. Pelagia — moja żona — kazała mi zdjąć obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej ze ściany i przejść wszystkim z izby do kuchni, na piec. Usadowiliśmy się na blasze i, trzymając obraz, modliliśmy się. Woda tymczasem wpadała z siłą do kuchni przez okno i drzwi. Słyszeliśmy trzeszczące tramy, a potem fala porwała izbę, z której dopiero wyszliśmy- W odrętwieniu czekaliśmy już tylko chwili, gdy większa fala zawali ściany naszej izby, i nas pod nimi pogrzebie. Nie widzieliśmy już żadnego ratunku. Wszyscy odmawialiśmy głośno akty strzeliste za konających. Żal ściskał nam serca w trosce o dzieci, które były z nami — tylko Witek na sztrece wrzeszczał, patrząc w naszą stronę. Fale biły w ściany bez przerwy. Co chwila jakaś niesiona kłoda lub beczka tłukła o nie. Baran i owca, które były z nami w izbie pływały, wyciągając ku nam żałośnie głowy. Jużeśmy dusze nasze ofiarowali Matce Najświętszej i czekali na śmierć, trzymając się kurczowo obrazu, tej jedynej naszej ucieczki i to dodawało nam otuchy. Nie wiem jak długo pozostawaliśmy w tym odrętwieniu, gdy wody poczęły opadać, a fale stały się mniejsze i słabsze. Radość nas ogarnęła, chociaż wiedzieliśmy, że woda wszystko nam zabrała. Cieszyliśmy się, że Matka Boża od śmierci nas wybawiła. Z radości, nie wiedzieliśmy co robimy i każde z nas poczęło śpiewać inną pieśń nabożną." Przy tych słowach doszliśmy do szczątków chaty. Od nich podeszła ku nam kobieta około lat 50ciu, średniego wzrostu, o bladej, ascetycznej twarzy, okolonej szarą chustką, niosąc w rękach obraz Matki Boskiej Kalwaryjskiej, ten który ich osłaniał podczas powodzi. Milcząc podniosła go i ucałowała ze czcią. Obok niej postępowali trzej chłopcy, a do jej kolan tuliła się najmłodsza, złotowłosa Zosia. Oglądamy pozostałą cześć budynku. Ściany popaczone, tramy i belki pogniłe, piec, gdzie skupiła się w nieszczęściu rodzina, podmyty. Z uniesionej przez powódź nowej izby pozostała tylko strzecha, zwisająca ku ziemi. — Zabrałem się natychmiast do pracy. Wyciągnąłem szkicownik, i począłem zbierać materiał do obrazu. Podczas szkicowania przysłuchiwałem się opowiadaniu gospodyni, która pozując, wspominała, jak im to dobrze było, gdy mąż przywiózł zarobione w Ameryce pieniądze, jak zakupili 10 morgów pola, które teraz wygląda jak żwirowisko, jak zagospodarowali się powoli, ale ciągle dobudowując i powiększając dobytek. Kończąc westchnęła i rzekła: "Myśmy już, proszę pana, wcale o życiu nie myśleli, my chcieli tylko dusze ratować, to nie my, ale dobrzy ludzie wyprosili dla nas zbawienie." — Po chwili dodała: "Bogu dziękować, że dzieci mamy zdrowe i rozumne, dadzą sobie radę w świecie, chociaż nic nam nie zostało."

I tak powstał obraz o cudownem ocaleniu rodziny Kusionów w Klęczanach. Mimo więc uporczywego twierdzenia jakiegoś tam bluźniercy pisarka — i dziś dzieją się prawdziwe cuda. Kto zaprzecza istnieniu cudów, szydzi sobie z wszechmocy Bożej i zaprzecza istnieniu Boga. Co można powiedzieć o tych wszechwiedzących panach pisarzach, którzy swój rozum stawiają ponad świadectwa uczonych lekarzy — chemików — psychiatrów i profesorów, już niekatolików, lecz protestantów, żydów, a nawet otwartych niedowiarków, którzy dają zaprzysiężone świadectwa, że i w czasach naszych dzieją się prawdziwe cuda? Czemuż tacy arcyfilozofowie i arcyteologowie nie jadą do takiego Lourdes, gdzie od roku 1858 do dnia dzisiejszego dzieją się uzdrowienia, których nie można wytłumaczyć w sposób naturalny; które przechodzą pojęcia najbieglejszycb rozumów ludzkich! Czemu tacy bluźniercy, dodam płatni bluźniercy, bluźniercy dolarowi, nie jadą do Neapolu, gdzie rokrocznie ponawia się cud Św. Januarego. W kościele katedralnym w Neapolu przechowują czaszkę i w dwóch ampułkach krew św. Biskupa i Męczennika. Krew ta jest zeschnięta i zgęszczona, lecz gdy ampułkę przybliża do głowy Świętego, krew zaczyna się burzyć i staje się płynną. Gdy oddalą ampułkę od relikwji Męczennika, krew znów staje się gęsta i zasycha jak przedtem. Cud ten powtarza się corocznie i wszyscy mogą się przekonać o jego prawdziwości. W ciągu wieków protestanci nie śmieli zaprzeczyć cudowi, niewierzący i uprzedzeni przeciw cudowności faktu odchodzą zdumieni, wzruszeni, a często i przekonani. Niejednokrotnie usiłowano wytłumaczyć cud sposobami naturalnemi, ale na próżno; fakt pozostaje faktem, a cudowności jego w żaden sposób zaprzeczyć się nie da.

Do roku 1930 nazwisko Papiniego znane było światu całemu, jako człowieka pałającego nienawiścią ku Bogu i wierze. Pewnego dnia ten sam świat usłyszał o nawróceniu się owego słynnego pisarza. Dzieci Papiniego były od maleńkości wychowane bardzo religijnie przez matkę, a gdy podrosły, za zezwoleniem ojca niedowiarka i wroga Kościoła, oddane były zakonnicom katolickim, które miały je przygotować do Pierwszej Komunii Świętej. Bogobojna żona, pewnego dnia poprosiła męża, aby wysłuchał dzieci lekcji katechizmu. Papini gniewliwie odmówił; ale wreszcie z uśmiechem szyderczym wziął katechizm do ręki i zaczął dzieci przesłuchiwać. Zaczął się zastanawiać nad pytaniami i odpowiedziami; po kilku dniach rozpoczął czytać filozofię i dogmatykę. Mówi sam, że nieraz spędzał całe godziny w zadumaniu i rozmyślaniach. No wreszcie wyznał, że błądził, skłonił pyszną głowę i wraz ze swa córeczką, która przezwał widzialnym Aniołem Stróżem, przystąpił do Spowiedzi i Pierwszej Komunii św. Czy to nie cud prawdziwy?
Mimo zaprzeczeń niedowiarków i na przekór nauczaniu rozmaitych liberałów, i dziś cuda się dzieją. Specjalna komisja w Lourdes stwierdziła przeszło 4 tysiące cudów do roku 1912 za wstawiennictwem Matki Bożej. Komisja ta nie składa się z redaktorów, gazeciarzy, tłumaczy ogłoszeń, zecerów i linotyperów, lecz z fachowców medycyny, przyrody i nauki! Nawiasem przypominam, że przy kanonizacji świętych Kościół rzymsko-katolicki żąda przynajmniej dwóch cudów, które były zdziałane za wstawiennictwem danej osoby. Podobne procesy są bezustannie w toku. Kościół zaś postępuje ostrożnie, powoli i surowo. Dlatego mamy to utarte przysłowie, że Rzym jest wieczny! — Do jednego z Kardynałów przyszedł z wizytą pewien znajomy, niedowiarek. Kardynał zmuszony był wyjść na poprzednio umówione posiedzenie, a więc przepraszając gościa podał mu do ręki szczegóły procesu cudów zdziałanych za pośrednictwem Św. Franciszka Borgiasza. Niedowiarek zaczął czytać z zainteresowaniem opis cudów. Po swoim powrocie, Kardynał zapytał się co gość myśli o tych cudach. Ten odpowiedział: "Jeśli wszystkie cuda są tak dowiedzione i pewne jak te, to bym o nich nie miał najmniejszej wątpliwości." Kardynał mówił: "Wiedz, mój kochany, że komisja ani jednego z tych cudów nie uznała za dostateczny." — Wkońcu zwracam uwagę, że sam Kościół patrzy na nowe cuda z pewnem niedowierzaniem, osądza powoli i upływają lata zanim wydaje ostateczny wyrok. — Dwa tysiące lat temu, Chrystus mówił głosem żałosnym: "Jeśli znaków i cudów nie ujrzycie, nie uwierzycie."

Nieraz pytam się sam siebie, czemuż to ludzie bez sumienia walczą z nauką Boga - pomiatają zasadami wiary Chrystusowej, ośmieszają i poniżają Kościół, a nie tylko chętnie, lecz nawet najchętniej wierzą w rozmaite znaki spirytyzmu, hipnotyzmu, i w naukę okultystów? Dla tych wiara w Boga to — zacofaństwo; wiara w wymysły pysznego rozumu, to — postęp! Dobry przykład mamy z Paryża, miasta stołecznego Francji, które ma być i uważa się za środowisko cywilizacji, a w rzeczywistości jest gniazdem bezbożności, zepsucia i niemoralności. Tak w obrębie tego Paryża policja ma spis 35 tysięcy tak zwanych okultystów, a po polsku hipnotystów i wróżów, którzy zarabiają kolosalne majątki na głupocie ludzkiej! — Cudów nie ma, są jednak seanse spirytystyczne, w czasie których wywołują duchy — wirują stoliki i dzieją się inne dziwy, których świadkowie zapadają na rozstrojenie nerwów, dostają pomieszania zmysłów i szukają odpoczynku w brudnych nurtach Sekwany! Nic jednak nowego pod słońcem. Apostoł pisał:
"Przeto iż miłości prawdy nie przyjęli, aby byli zbawieni, dlatego pośle im Bóg skuteczność oszukania, aby wierzyli kłamstwu." — I "będzie czas, gdzie zdrowej nauki nie ścierpia, ale według swoich pożądliwości nagromadzą sobie nauczycieli, którzy uszy łechcą. Od słuchania prawdy się odwrócą, a ku baśniom się obrócą."
Kto ma oczy zdrowe, kto posiada rozum jeszcze całkowicie nie okryty chmurami czarnej zarozumiałości, a wolę chętną do uznania prawdy, przyznać musi, że i po dziś dzień dzieją się — cuda! — Powtarzam: Wierzmy w to co jest Boga i boskie, bo to prawda i pokój, a co ludzkie, to blaga i oszukaństwo!