MAŁŻEŃSTWA MIESZANE - pogadanka o. Justyna z 19.11.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Tydzień temu, mówiłem do Was o rozwodach; udowodniłem Wam, że rozwód czy to pomiędzy chrześcijanami czy pomiędzy innowiercami coraz to dalej się rozszerza i podkopuje fundamenty rodzin i społeczeństw, i że straszną czyni krzywdę niewinnym dzieciom. Wśród zaś nas katolików i Polaków zakorzenił się jeszcze drugi robak, nie mniej szkodliwy tak naszej wierze jak naszej narodowości. Powiedziałbym nawet, że szczególnie wśród młodzieży naszej, której ogromnie do gustu przypada, chociaż gryzie i zatruwa, rozszerza królestwo swoje, wyrządzając nam szkodę niepowetowaną; dziwne jednak, że w największej mierze padają nasze polskie panienki. Nie chcą korzystać z nieszczęścia współsióstr, lecz z otwartymi oczyma lecą ku przepaści. Często same dobrowolnemi stają się ofiarami. Na nic prośby i groźby. Daremne płacze i bezskuteczne modlitwy. Jedne zapominają, że polska panienka dumna być powinna ze swej narodowości i nie zatracać wiary swej, i wiary rodziców swoich. Drugie, otumanione powierzchownościami, uważają się za gorsze i podlejsze od koleżanek innego pochodzenia lub wyznania. Są nawet takie, które lekkomyślnie, szukając szczęścia, wpadają w sidła chytrze na nie zastawione. Wszystkie te popełniają mniejszy lub większy błąd, za który prędzej czy później żałować muszą i niestety gorzkimi łzami opłakują. Prawda, młodzież nasza pracuje, i bawi się wśród innonarodowców i innowierców; dziś już nawet modli się nie językiem ojca i matki, lecz obcym. Całe więc otoczenie, zatrudnienie, rozrywki, a nawet modlitwa, skłania do obcych a nie do swoich. Cóż wiec dziwnego, że to wszystko ma wpływ olbrzymi na umysły i na zapatrywania życiowe naszej młodzieży. Przecież głosi nam przysłowie, że "z jakim przestajesz, takim się stajesz". To odnosi się do każdej klasy społeczeństwa naszego, do biednych i zamożnych, do robotnika i do inteligencji naszej. Powiem nawet, że wykształceni i zamożniejsi większymi są w tej sprawie winowajcami, aniżeli inni. A że ryba od głowy cuchnie, a prostacy idą śladami tych, którzy pragną być świecznikami w naszym społeczeństwie, polskość jest poniewierana, a religia deptana. Ja wiem, że niejeden uśmiechnie się z politowaniem, drugi machnie ręką i powie mi, trzeba iść z prądem, a nie przeciw prądowi; i tak czy prędzej czy później stracimy naszą mowę, nasz język, i że mimo nawoływań zawsze będą odpadki od wiary, na cóż więc nawet mówić o tym! Czy dlatego, że lekarz widzi iż jego pacjent powoli kona, czy wolno mu stać bezczynnie? Czy wolno mu podać truciznę, aby zgon przyspieszyć? Nigdy, przenigdy. Czy kapłanowi wolno jest, patrząc jak ktoś schodzi na manowce, wskazać mu drogę do szybciejszego zatracenia, czy raczej nie jest jego obowiązkiem stanąć zbłąkanemu na drodze i otwarcie powiedzieć, a nawet natarczywie wołać: Nie tędy droga, i nie wolno! Tak, i otóż tytuł dzisiejszej mowy:

MAŁŻEŃSTWA MIESZANE

Mażeństwa mogą być mieszane co do religii, lub też co do narodowości. Dajmy na to, że katoliczka zawiera małżeństwo z anglikaninem, metodystą, baptystą lub innym, to jest ślub mieszany co do religi. Jeśli Polak ślubuje z Włoszką, Angielką lub Niemką, to jest ślub mieszany co narodowości. Weźmy pod rozwagę śluby mieszane co do religii. Jaka jest nauka Kościoła? Jest jasna, a zarazem surowa. Prawo kanoniczne uczy tak: "Kościół jak najsurowiej zakazuje zawierania gdziekolwiek małżeństwa osobom ochrzconym, z których jedna należy do religii katolickiej, a druga do sekty heretyckiej i schizmatyckiej. Takie małżeństwo zakazane jest również prawem Bożem, jeśli stronie katolickiej i potomstwu zagraża niebezpieczeństwo duszy". Z tego poznajemy, że Kościół katolicki nie tylko zawsze otwarcie ganił i jasno potępiał, wręcz i ostro zabraniał podobnych małżeństw. Kanon 1064 głosi: "Niech ordynariusze i inni duszpasterze odwodzą, o ile tylko mogą, wiernych od małżeństw mieszanych. Jeśli im przeszkodzić nie zdołają, niech starają się wszelkiemi sposobami, by wierni nie zawierali takich małżeństw przeciw prawom Bożym i kościelnym." W kanonie 1065 czytamy: "Niech także odwodzą wiernych od zawierania małżeństwa z tymi, którzy notorycznie odstąpili od wiary katolickiej, albo z tymi, którzy należą do sekt potępionych przez Kościół." — Kościół nigdy nie udziela dyspensy co do mieszanych małżeństw, chyba że są ważne i słuszne; jeśli strona niekatolicka da rękojmię, że strona katolicka nie będzie narażona na niebezpieczeństwo, i obydwie strony poręczą, że wszystkie dzieci będą po katolicku ochrzcone i wychowane. Niejeden słysząc to powie sobie: Kościół katolicki w tej nauce jest za ciasny i za jednostronny. Nie, Kościół katolicki jest troskliwy i dbający o dobro swych poddanych i stoi na straży szczęścia doczesnego i wiecznego swoich wyznawców. W małżeństwach mieszanych strona katolicka naraża się na zobojętnienie we wierze i na oziębienie w wypełnianiu obowiązków religijnych, jednem słowem, na całkowita utratę wiary świętej!

Niedawno temu rozmawiałem z pewnym wybitnym kapłanem katolickim, nie Polakiem, który twierdził, że osiemdziesiąt procent Irlandczyków katolików odpadło od wiary z powodu małżeństw mieszanych; a z tej samej przyczyny sześćdziesiąt procent Niemców-katolików wiarę straciło.

Już Leon XIII mówił, że mieszane małżeństwa prowadzą bardzo łatwo do obojętności, która jest jednem z największych nieszczęść naszego wieku. W jednej diecezji tu w Ameryce Biskup rozkazał proboszczom, aby pilnie śledzili skutki mieszanych małżeństw. Dostał raport, że 450 takich małżeństw: "czterysta stały się fatalną stratą wiary, a 90 procent dzieci z tych małżeństw nigdy nie przyznało się do Kościoła." Ks. Jan A.
Schmitt wskazuje na statystykę według której: "Kiedy jedna
strona jest katolicka, a druga akatolicka, około 66 procent dzieci z każdego nie wyznaje żadnej religji, czyli dwie trzecie giną dla Kościoła." Tu wśród nas z powodu tak wysoce chwalonej wolności, która często chowa za sobą swawole umysłu i dziwne wybryki mózgów szukających nowości, przez lata wpajana jest heretycka zasada, że jest obojetnym w co człowiek wierzy, że wsystkie wiary są równo dobre, i że z tą samą łatwością w każdej wierze człowiek zbawić się może. No, to jest pierwszy stopień do utraty wiary prawdziwej. Nie-katolik nie jest obowiązany do chodzenia w niedziele na Msze św.: nie ma obowiązku przystępowania do Sakramentów św., nie potrzebuje pościć.
Strona katolicka zacznie powątpiewać i pyta się: jeśli to jednym niepotrzebne, czemu ja musze tak czynić? Po cóż się umartwiać? Dlaczego się krepować? Czemu? Albo, może że żona katoliczka poprosi męża nie-katolika, aby szedł z nią do kościoła. On to uczyni. W zamian za tę łaskę, poprosi ją, aby szła z nim na wieczorne nabożeństwo do zboru: idzie, bo tu się rochodzi nie tylko o grzeczność, lecz zarazem o pokój w małżeństwie.
Tam spotyka się z towarzystwem grzecznem, wykształconem nawet może jej przychylnem. Zawiązują się przyjaźnie naturalnie wierze wrogie; idą zaproszenia na kawki, herbatki, gry w karty i inne zabawy; w ślad idzie gwałcenie postu, opuszczanie Mszy św., zaniedbywanie Sakramentów św. W końcu utrata - wiary! Jeśli zaś strona nie-katolicka staje otwarcie na
przeszkodzie stronie katolickiej w wypełnianiu obowiązków? Jeśli zuchwale szydzi sobie z praktyk wiary św.? Wtenczas co i to za pożycie? Ile scen kłótliwych a nawet zajść krwawych?
Może i w tym przesadzam? A więc posłuchajcie kilku listów, które udowadniają te twierdzenia.

Cleveland, Ohio.

Wielebny Księże:
Proszę mój list przeczytać, chociaż długi, bo muszę się pożalić, inaczej serce pęknie z bólu i żałości. Cztery lata temu mając lat ośmnaście wyszłam za młodzieńca nie-katolika. Poznałam się z nim we fabryce. Wszystko mi obiecywał. Ślub dał nam ksiądz parafii N. N. Z początku dobrze się ze mną obchodził; niczego mi nie zabraniał. Zaraz po przyjściu na świat pierwszego dziecka, zmienił się. Zakazał mi chodzić do kościoła, krzyczał na mnie i wyzywał. Ja to wszystko cierpiałam. Było jednak zawsze gorzej. Jak nieraz zaczęłam płakać, to wychodził z domu, a nawet na noc nie przychodził. Przez ostatnie dwa lata nie daje mi spokoju. Mamy troje dzieci, lecz on nie dba. Ja nawet modlić się muszę ukradkiem. Dzieci dałam ochrzcić po kryjomu. Do kościoła zabronił mi chodzić, u Spowiedzi św. też nie byłam od ślubu. Na to wszystko nie mam zdrowia, a kiedy mówię mu, czy mogę iść do doktora, to klnie na mnie aż strach; nieraz mówił, że czym prędzej zdechnę to lepiej, bo jest dosyć kobiet na świecie. Jego rodzina wcale do nas nie zajrzy, bo mówią, że ja nie jestem im równa, że się mnie wstydzą! Gdybym ja wiedziała co mnie spotka? Ale dziś zniechęcona i sponiewierana, ani prosto myśleć nie mogę. Może to kara Boska, żem nie usłuchała mego ojca, który się ślubowi sprzeciwiał i od tego czasu u nas jeszcze nie był ani razu!

Przytaczam tu wypadek opisany przez francuską gazetę "Croix" z Calais w roku 1897. Pewna francuska katoliczka wydała się za jakiegoś socjała. Pamiętać trzeba, że socjaliści francuscy to niedowiarkowie ziejący jadem nienawiści do Boga i Kościoła. Socjalista amerykański to baranek w porównaniu z tamtym! Francuzowi udało się po trzech latach starań przekonać swą żonę, że wiara katolicka to największe głupstwo pod słońcem. Niezmiernie ucieszony, że żonę przekonał i nawrócił, udał się do winiarni publicznej i tam popijając chwalił się ze swego zwycięstwa. Podpity, lecz zadowolony, ze śpiewką na ustach, powracał późno wieczorem do domu. Zdziwiony, ujrzał całą gromadę wokoło swego domu. Wpadł do mieszkania i zobaczył na podłodze swą żonę i troje dzieci — bez życia! Obok trupa małżonki leżała kartka z takim napisem: "Dopóki miałam religię, znosiłam cierpliwie wszystkie przykrości dla wiecznej nagrody. Lecz odkąd mię mój kat, mąż pozbawił wiary, stałam się nieszczęśliwa. Nie chcę, by dzieci moje były również nieszczęśliwe, dlatego wszystkie je strułam."

Kościół katolicki zakazuje małżeństw mieszanych, ponieważ w tych małżeństwach jest zagrożone wychowanie katolickie dzieci. Weźmy wypadek w którym katolik zaślubia niekatoliczkę. Jeśli na kim ciąży obowiązek dania dzieciom wychowania katolickiego, to fundamentalnie na matce. Ani Kościół ani szkoła matki nie zastąpi; uzupełnić braki i dalej prowadzić dzieło wychowania to zadanie Kościoła i szkoły. Czy matka niekatoliczka wychowa dzieci w duchu katolickim? Śmieszne to pytanie, ale nie śmieszna lecz bardzo smutna odpowiedź na nie. Albo może spodziewamy się, że ojciec katolik troszczyć się będzie o katolickie wychowanie swych dzieci, w mieszanych małżeństwach? Niech spróbuje. Trafi na opór, na łzy, często na gniew i kłótnie, dzieci pozostaną pod wpływami matki.

Wszystkim znane są zakłady poprawcze pod nazwą Dobrego Pasterza. Sądy wysyłają tam pewną klasę dziewcząt, które padają przy drodze życia. Siostry tych zakładów trzymają statystykę przestępczyń. Otóż w jednym z tych przytułków znajduje się sto dwadzieścia panienek, a z tych dziewięćdziesiąt, to dzieci — mieszanych małżeństw. Dopiero przed kilku miesiącami rozmawiałem z pewnym Polakiem, który około dwadzieścia lat temu ożenił się z niekatoliczką; mają dwoje dzieci, ośmnastoletniego syna i szesnastoletnią córkę. Dzieci nie ochrzcone! Ojciec powiedział mi bez ceremonii: "Jeśli chcą się dać ochrzcić, niech tam, to ich sprawa, a nie moja. Ja je nie będę zmuszał, aby w co wierzyły." — Smutne, a jednak z życia wzięte. Trzeci powód, czemu Kościół katolicki sprzeciwia się małżeństwom mieszanym, że z małymi wyjątkami w takich małżeństwach nie ma ani trwałego zadowolenia ani prawdziwego szczęścia. Szczęście małżeńskie zależy od jedności. Jeśli brak tej jedności w religii, cóż ją zastąpić może? Nic, absolutnie nic! Jeśli zaś nie ma jedności, nie będzie ani szczerości ani prawdziwej miłości. Znów uciekam się do listu, który potwierdza dosłownie ten zarzut Kościoła przeciw małżeństwom mieszanym:

Chicago, Ill.

Wielebny Ojcze:
Mam lat dwadzieścia siedem. Dwa lata temu ślubowałam z niekatolikiem. Poznałam się z nim na tańcu w hotelu N. Taniec urządzony był przez alumnów szkoły katolickiej. Rodzicom moim, a szczególnie mojej matce się nie podobał. Sprzeciwiała się i nie chciała, abym z nim chodziła; nie pozwalała mu przychodzić do naszego domu, wiec ja spotykałam się z nim kilka bloków od domu, bo przyjeżdżał po mnie automobilem. I to przyśpieszyło nasz ślub. Po ślubie poszłam mieszkać u jego rodziców. Zaraz od początku jego rodzice, a szczególnie dwie siostry patrzyły na mnie krzywem okiem. A on? Przed ślubem był grzeczny i wszystko mi obiecywał, a po ślubie to myślał, że ja to prawdziwa ścierka, w którą nie tylko ręce, ale i nogi mógi sobie ocierać. Poniewierał mną: patrzał na mnie z podełba, klął na mnie. Kiedy nieraz płakałam i zaczęłam się użalać — to mnie wypędzał do rodziców. Często nawet nie chciał usiąść do stołu, aby razem ze mną zjeść kolację. Rodzice jego pozwolili nam mieszkać u siebie na strychu. Wieczory spędzałam jak sierota, albo jak więzień. Jak nam Bóg dał dziecko, on odszedł ode mnie i do dziś go nie widziałam. Dziecko oddałam do sierocińca, a sama mieszkam w tanim apartamencie: chodzę do pracy, zarabiam zaledwie siedem dolarów na tydzień. Kiedy jem kawałek chleba, to płaczę nad mojem złamanym życiem; do domu boję i wstydzę się powrócić po tym wszystkiem.

A takich nieszczęśliwych istot, ile tuła się po tym świecie? Bogu wiadomo. Czwarty powód, dlaczego Kościół katolicki zakazuje małżeństw mieszanych, jest ten, że stronie katolickiej dzieje się rażąca niesprawiedliwość, ponieważ katolik lub katoliczka nie może uzyskać zwolnienia małżeństwa, kiedy strona niekatolicka może kiedykolwiek opuścić katolika lub katoliczkę i zawrzeć nowe małżeństwo. Widoczną więc sprawą, że w małżeństwach mieszanych prawa nie są równe, i strona katolicka bywa krzywdzona. Powtarzam, strona katolicka nie może nawet w razie rozwodu cywilnego zawrzeć nowego ślubu, jak długo żyje strona niekatolicka; strona zaś niekatolicka może postarać się o rozwód sądowy i ślubować bez żadnej przeszkody. Cóż dziwnego, że już tak św. Ambroży pouczał: "Strzeż się poślubić takiego, który obcym jest twej wierze."
Ja osobiście lata temu byłem świadkiem następującego zdarzenia. Przyszła do mnie kobiecina w średnim wieku z bardzo dziwną prośbą, ażeby jej córce dać "hamerykański" ślub. Ja udawałem, że nie zrozumiałem. Skutkiem czego odegrała się następująca scena:
— Nie wiem matko, co znaczy — mówiłem.
— Hm, przecież Ksiądz jest na to, aby wszystko wiedział.
— Ja wiem troszeczkę, ale nie wszystko. Może nawet lepiej, że wszystkiego nie wiem. Lecz co to jest ten amerykański ślub?
— To taki jak szeryf w Pensylwanii daje. Bo jak moja starsza córka ślubowała, to szeryf kazał im ręce sobie podać i mówić: "zo helf mi Gad. Twu dolers, pliz." I już po ślubie.

Po tej farsie dowiedziałem się, że ślub ma być na ofisie, bo narzeczony to niekatolik. Na nic moje odradzanie. Matka uparta się na tym ślubie amerykańskim, tłumacząc się, że starsza córka szczęśliwie trafiła i żyje sobie spokojnie. Wystarałem się o dyspensę i w dniu wyznaczonym odbył się ten amerykański ślub, jak to ktoś powiedział: "sine crux et sine lux", t. j. bez krzyża i bez świecy, tak po piątkowemu. Niespełna siedem czy
osiem miesięcy potem, wołany jestem do ofisu, patrzę, ktoś siedzi i płacze. Patrzę, oto patronka ślubu amerykańskiego. Zawodzi jakby obydwie nogi sobie złamała. Czekam. No, po długim zawodzeniu i zająkaniu opowiedziała, że obydwaj zięciowie zostawili swe żony, a jej córkom zabrali pieniądze i zwiali z Buffalo, bez pożegnania się i bez opowiedzenia o celu swej podróży. Po dziś dzień nikt nie wie gdzie i po co pojechali. Matka doczekała się dwóch słomianych wdów; obecnie nocami czyści rozmaite biura w śródmieściu, aby ofiary "amerykańskich ślubów" z głodu nie pomarły.

Raz jeszcze zwracam się do naszych polskich panienek. Już nie pamiętam gdzie, lecz czytałem ostrzeżenie przed małżeństwami mieszanemi, w którym autor tak zatytułował swój temat: "Chrystus czy Dyana". Tytuł ten wzięty jest z pewnego obrazu, w którym najgłówniejszą rolę odgrywa urodna dziewica rzymska, oskarżona, że potajemnie była wyznawczynią wiary Chrystusowej. Stoi w obecności sędziego i świadków. Obok niej z jednej strony stoi kadzidło na cześć bogini Dyany; z drugiej strony stoi zamożny z arystokracji rzymskiej pogański narzeczony, który mówi: "Rzuć tylko jedno ziarnko kadzidła na cześć bogini i pokaż, że nie wierzysz w Chrystusa. To ci da wolność, a potem ze mną szczęśliwe małżeństwo." Ja nie wiem, co ona wybrała, Chrystusa czy Dyanę! Nie wiem czy znalazła tortury i śmierć z Chrystusem, czy zaparła się wiary, wyrzekła się Chrystusa, i odzyskała wolność i obiecane szczęście w małżeństwie z poganinem, wiem jednak, że dziś tysiączne i nieszczęśliwe są ofiary, które Chrystusa się wyparły, zasadami Chrystusowemi co do małżeństwa wzgardziły i z innowiercami małżeństwa zawarły! Obok drogi życia, po której postępują małżeństwa mieszane, leżą liczne ofiary: mężowie, żony i dzieci. Z ust ich płynie skarga bólu i żalu za nieostrożność i nieroztropność tych, którzy lepiej wiedzieć powinni. Wołam więc do młodzieży naszej: jeśli kochacie Boga i wiarę waszą, jeśli chcecie być zadowoleni i szczęśliwi, strzeżcie się małżeństw mieszanych.

Mamy jeszcze jeden gatunek małżeństw mieszanych, co do narodowości. Naturalnie, że obydwie strony są katolickie. Polak z Niemką, Polka z Francuzem itd. W podobnych wypadkach nie ma żadnego zakazu Kościoła, bo jest jedna i ta sama wiara z obydwóch stron. Lecz wchodzi tu jednak sprawa narodowa. Nie wszyscy kapłani polscy jednakowo się na tę sprawę zapatrują, chociaż wszyscy przyznają, że małżeństwa mieszane narodowo, ogromne wyłomy czynią w przedmurzu polskości. Jedni twierdzą, że to rzecz naturalna, więc o co się martwić? Może by i to było racją, gdybyśmy nie mieli tak licznej młodzieży własnej, albo gdyby wśród tej młodzieży nie było chętnych kandydatów i kandydatek do stanu małżeńskiego. Można by się też na to zgodzić, gdyby nasza młodzież była moralnie zbankrutowana, lecz Bogu dzięki i to się nie sprawdza. Przecież młodzież ta, najzdrowsza moralnie i fizycznie, i stoi ponad poziomem młodzieży obconarodowej. Po cóż więc szukać poza własną narodowością? Sam Bóg Stwórca założył granice narodowościowe, czemuż więc człowiek wyciąga rękę, aby te granice stopniowo zatrzeć, a z czasem całkowicie zniszczyć? Farmer na swej roli nie sieje pszenicy razem ze żytem; nie sadzi kapusty razem z marchewką, lecz każde z osobna. I dlatego jego pole przedstawia obraz tak śliczny i tak piękny. Tak samo i Bóg czyni. Stworzył rozmaite narodowości; siejcie pszenice i żyto na tym samym kawałku roli, co będzie z tego? Zasadźcie kapustę i marchew w tych samych rządkach, co wyrośnie? — Czy prawo naturalne nie sprzeciwia się mieszaninie takiej? Inni twierdzą, że z małżeństw mieszanych narodowości rodzi się lepsze i doskonalsze pokolenie. I w tej sprawie jestem niedowiarkiem. Najlepszy dzisiaj przykład mamy z tak zwanej arystokracji nordyckiej, której krew mimo bredni anglo-saksońskiej, mieszana była z rozmaitemi narodowościami. Jakie jest to obecne pokolenie tak moralnie jak i fizycznie? Niedołęgi i karły moralne j fizyczne; dalsze tłumaczenie niepotrzebne. Są tacy którzy uczą, że Ameryka to "kocioł w którym przetapiać się mają wszelkie narodowości w jedność". Jaka ma ona być? Ja nie wiem! Zrozumieć nie mogę. Czy nie jesteśmy tak wzorowymi obywatelami, jak i inni ponieważ staramy się zachować język, zwyczaje i tradycje nam wyłącznie właściwe? Ameryka jest jakoby jednym wielkim tyglem, kotłem w którym się przetapiają i zlewają wszystkie plemiona i narody, tracąc swe cechy narodowościowe. Przecież człowiek to ani kruszec, ani zwierzę. Człowiek ma rozum, wolę i umysł. To, co się stało z kotłem prohibicyjnym, powinno stać się i z tym tyglem przetapiającym odnośnie do małżeństw mieszanych. Każda narodowość ma pewne zalety i wady, które nie tylko że się z drugą narodowością nie zgadzają, lecz owszem w otwartą kolizję wchodzą. Jak się w małżeństwie zgodzić może Polka z Francuzem: Niemiec z Polką; Polka z Anglikiem itd.? Ja nie mówię o wyjątkowych wypadkach. — Szczególnie Polka, wychodząc za innonarodowca naraża się na nieprzyjemności i niezgodę, które rozpoczynają się na przezwiskach, ubliżaniach i podejrzewaniach, a wreszcie kończą się — na sądach. Mówię z doświadczenia, bo ze wstydem przyznać muszę, że mam dobitny dowód tego na własnym bracie, który od kilku lat ciężko pokutuje, bo wziął sobie za żonę nie-Polkę! — Bo nieraz nawet zapłakałem sobie, kiedy mój ośmdziesieciodwuletni ojciec staruszek napisał do mnie, że innonarodowiec po prostu wykradł nam z naszej rodziny moją najmłodszą i najukochańszą siostrzyczkę, która przez ten postępek nie jest mi więcej siostrą! Naszej narodowości, tu w Ameryce, mieszane małżeństwa, tak religijne, jako też narodowościowe, krzywdę i szkodę wyrządzają. Przez nie traci Kościół i polskość: giną tradycje polskie: młodzież nasza wyzuwa się ze wszystkiego co polskością pachnie, a chętnie przyswaja sobie to, co obczyzną trąci. Bo tego wymagają czasy nasze, zasady, okoliczności i otoczenie. My tracimy, inni korzystają. Niech wejrzy w to duchowieństwo nasze; niech baczność dadzą rodzice nasi; młodzież zaś nasza niech szuka szczęścia: wśród swoich, a nie poza granicami, tak wiary jak i polskości.