OFIARY WILKÓW W OWCZEJ SKÓRZE - pogadanka o. Justyna z 30.04.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Od ubiegłej niedzieli odebrałem kilkaset listów, abym przynajmniej raz jeszcze mówił o agitatorach burzących umysły robotników, którzy pod płaszczykiem nauczania i niesienia pomocy masom zacnych i poczciwych robociarzy, prowadzą ich na bezdroża, przez wpajanie w ich serca i umysły zasad wywrotowych: narażają spokojnych i Bogu ducha winnych na więzienia i deportacje: na stratę pracy i chleba; często też na kalectwo, a nawet nieraz na śmierć! Otóż przytaczam jeden z takich listów:
"Słuchając mowy radiowej w zeszłą niedzielę, zdawało mi się, żem przeżywał na nowo to, co się działo w naszem miasteczku. W jednej z fabryk pracowała gromadka Polaków, wśród nich i ja. Prawda, zapłata nie zgorsza, chociaż praca ciężka i długie godziny. Przynajmniej chleba było dosyć dla mnie, żony i siedmiorga dzieci. Niektórzy mruczeli i narzekali. Pewnego dnia, kiedyśmy wychodzili z fabryki, dawano nam karteczki, że w pewnym salunie odbędzie się mityng robotników. Poszedłem. Było aż dwóch mówców, jeden Włoch, drugi Hiszpan. Siarczyście mówili. Zapisano nas do jakiegoś towarzystwa. Kiedy kompania się dowiedziała, że było to zebranie i żeśmy się zapisali i że domagać się będziemy większej zapłaty, fabrykę zamknięto. Przez dwanaście miesięcy żeśmy nie pracowali. Na zebranym i podarowanym chlebie żyłem z rodziną. Wreszcie nasz komitet przyszedł do ugody z kompanią. Fabrykę otworzono, pejde nam obcięto. Gdzie przedtem zarabialiśmy przynajmniej pięć dolarów codziennie, dano nam trzy i pół! Żeśmy usłuchali tych dwóch agitatorów, którzy nam obiecali większą zapłatę, mniej godzin pracy itd. Kiedy byli potrzebni do pomocy, zabrali złożone pieniądze i znikli, a myśmy zostali. To wszystko stanęło przede mną, kiedy żem słuchał Ojca mowy w niedziele!" A teraz do mowy:

OFIARY WILKÓW W OWCZEJ SKÓRZE

Cytuję urywki z powieści Józefa Przewłockiego: "Gdy się rozeszła po wsi wieść, że Niewiarski zamknął fabryki, na wielu robotników padł strach. Biedniejsi, których jedynym środkiem utrzymania były pieniądze zarobione w fabryce, z rozpaczą myśleli o przyszłości. Pocieszali ich jednak agitatorzy, że zamkniecie fabryk, to zwyczajny kruczek kapitalistyczny, aby robotników przerazić, odebrać im ducha i skłonić do uległości. Na samym krańcu wsi, gdzie stała karczma, zazwyczaj panował spokój. Dziś jednak wszystkie okna jarzyły się od świateł. W karczmie było rojno i gwarno, na narady zebrała się bowiem wszystka starszyzna strajkowa. W dniach ostatnich zjechała liczna gromada tajemniczych osobników, niewiadomego nazwiska i pochodzenia. Ludzie ci uwijali się po domach tych najbiedniejszych najgłodniejszych i najbardziej przygniecionych nędzą. Dawali zapomogi chleb, tytoń i papierosy, a nade wszystko agitowali przeciw kapitalistom, przeciw socjalistom, przeciw policji władzom i rządowi Rzeczypospolitej. Jakby od niechcenia, rzucali słowa pełne jadu, albo brzemienne obietnicami lepszej doli, która niebawem przyjdzie, jeżeli biedacy odważą się na wielki i potężny czyn i zrzucą z siebie jarzmo burżuazyjne. Spośród agitatorów wyróżniał się specjalnie mężczyzna średniego wzrostu chudy, smagły na twarzy, o małych przenikliwych oczkach, które niespokojnie, ale wnikliwie biegały we wszystkich kierunkach. Był to tajemniczy przywódca komunistów. Na dzisiejszem zebraniu w karczmie prócz socjalistycznych przywódców zebrali się także komuniści, aby plany tych pierwszych dokładnie podpatrzeć i w odpowiedniej chwili, gdy socjaliści masę roboczą podburzą i zaczną nad nią tracić kontrolę, oni komuniści, mogli ująć w swoje ręce i robotę przygotowaną przez agitatorów socjalistycznych, należycie dla siebie wyzyskać. Wśród robotników wycieńczonych trzymiesięcznym strajkiem rozsiadła się skrajna nędza. W każdej chałupie robociarskiej siedział na progu blado-trupi głód i kłapał głodnymi kielcami jak strzyga. Gromady robotnicze były zniechęcone do swoich przywódców. Śmielsi dopominali się szybkiego zakończenia strajku, gdyż do tego czasu nie dało się niczego uzyskać. Ojcowie licznych rodzin z rozpaczą myśleli o przyszłości. Starsi przypominali sobie te czasy, nie tak dalekie, gdy we wsi panował spokój i dobrobyt. Nikt nie był głodny i nikt nie chodził obdarty, a ludzie zadowoleni byli ze swojego losu i ze swojej pracy. Łapka wstał i w długiej przemowie wyjaśniał robotnikom, że nadszedł taki moment, iż trzeba wziąć decyzję: — "Towarzysze i bracia robotnicy! Nie widzę innej drogi na razie, jak konieczność zebrania wszystkich robotników z żonami i z dziećmi i pójścia przed fabryki i przed dom tego wyzyskiwacza Niewiarskiego. Tam pokażemy światu całemu naszą biedę i nędzę naszych dzieci. Będziemy się dopominać natychmiastowego otwarcia fabryk i podwyższenia zarobków." Chłopi poszli do domów, a przewodniczący poszli na narady do pewnego, któremu rozchodziło się o wyzyskanie tak robotników, jako i pracodawcy. Nastąpiła ugoda w "taki sposób". Stary wstał z ławy i poszedł do sąsiedniego alkierza po pieniądze. Po chwili wrócił i wyliczył Mańce tysiąc złotych na stół. Komunista zgarnął pieniądze, schował do kieszeni, skinął się właścicielowi karczmy na pożegnanie i wyszedł z karczmy. Za nim, jak cień szedł duch jego bratni: Józef Wyderka, zawodowy podpalacz, który się już wielokrotnie na taką "robotę" wynajmował. Około godziny piątej wszystkie drogi zaroiły się od gromad ludzkich. Szli prosto ku fabryce, a śpiew ich grzmiał groźbą odwetu:
Krew naszą długo leją katy.
Wciąż płyną ludu gorzkie łzy.
Nadejdzie jednak dzień zapłaty.

— Stać! — wołali policjanci. Ale tłum nie słuchał. Jak oszalały parł na podwórze. Rozchybotana gromada wdarła się przed ganek dworku. Z tłumu poczęły padać kamienie i kije w stronę policjantów. Przed bramą fabryczną zakotłowało się i do uszu komendanta posterunku doszedł przeciągły gwizd piszczałki policyjnej. To jeden z pozostawionych dwóch policjantów wzywał do pomocy. Spojrzał komendant policji w tę stronę, ale swoich podkomendnych już nie widział. Powalono ich na ziemię, odebrano karabiny i zaczęto zdobywać główną bramę. — W imieniu Rzeczypospolitej! — zawołał komendant, ale głos jego ginął w ogólnej wrzawie. — Ognia! — zawołał głosem strasznym i wypalił z karabinu w powietrze. Odpowiedziały mu trzy kolejne strzały posterunkowych. Uderzony kamieniem w usta, splunął krwią i jak nieprzytomny strzelał prosto w tłum. Kilka osób już wiło się na ziemi, lekko lub ciężko ranionych. Tłum zakłębił się i tchórzliwie począł uciekać w panicznym strachu. Prawie równocześnie rozległ się straszny krzyk: —- Gore, pali się! — Z olbrzymiej fabryki koszykarskiej buchnęły kłęby czarnego dymu i płomienne języki przebiwszy okna, zaczęły lizać okap dachu i ściany. Ogień szerzył się z niebywałą szybkością i w kilku minutach cała fabryka koszykarska stała w płomieniacb, jak pochodnia płonąca.

Po tych zdarzeniach, we wiosce zapanowało ciężkie przygnębienie, graniczące z rozpaczą. Ludzie zrozumieli dokładnie, że byli tylko narzędziem sprytnych agitatorów — że dzięki strajkowi niczego nie uzyskali, a w dodatku stracili możność zarobkowania. — Sala rozpraw dziś była przepełniona publicznością. Na ławic oskarżonych zasiedli: Icek Mendel, Józef Wyderka, Franciszek Mańka, Cianciara i Łapka. Akt oskarżenia zarzucał im wywołanie krwawych zaburzeń stawianie oporu władzy policyjnej oraz podpalenie fabryki. Powołano przeszło czterdziestu świadków. Rozprawa trwała pięć dni. Akt oskarżenia przygotował prokurator, w barwnych słowach przedstawił, w jaki sposób spokojna i pracowita wieś stała się żerowiskiem płatnych agitatorów, którzy lekkomyślnie wywołali strajk, doprowadzili robotników do nędzy, aby ich potem głodnych i zrozpaczonych rzucić na fabryki i wywołać rozlew krwi. Jako osobny punkt w akcie oskarżenia, figurowała sprawa Icka Mendla, Wyderki i Mańki o podpalenie fabryki za zapłatę. Icek Mendel zeznał, że nie on, ale zmarły M. S. wynajął Wyderkę i Mańkę, zapłacił im tysiąc złotych z góry, a drugi tysiąc po podpaleniu fabryki. Wyderce polecono podpalić, więc podpalił! — "To jest mój fach, panie sędzio. — zeznawał z cynicznym uśmiechem na ustach — zapłacą za "robotę", to robię co do mnie należy!" Sąd się zakończył skazaniem winowajców na karę pieniężną i więzienną!

Na trzeci dzień po ogłoszeniu wyroku, zjawiła się u Niewiarskiego delegacja robotników z prośbą, aby przyszedł na zebranie, które na dziś wieczór zwołali do szkoły. Delegacja oświadczyła następnie, że robotnicy pragną zgody i harmonijnej współpracy, a agitatorów przepędzili z wioski zupełnie i nigdy ich pośród siebie nie wpuszczą. — Widzicie moi drodzy — rzekł Niewiarski — czy to wszystko było potrzebne? Czy nie należało przyjść do mnie tak jak dziś przychodzicie, jeżeli zachodziła potrzeba pogadania ze mną? Przysłaliście obcych pędziwiatrów, ludzi bez sumienia, pospolitych opryszków. Posłuchajcie mnie. Jestem już stary i niejedno na świecie widziałem. Ruchy robotnicze znam nie gorzej od was i wiem tak dobrze, jak i wy, że na tych ruchach robotniczych żerują ostatniego rzędu kanalie i karierowicze. Tak jest we wszystkich krajach świata, więc i u nas nie lepiej, a może nawet gorzej, bowiem ciemnota wśród mas jest większa. Wiedziałem od początku, że i naszymi robotnikami zaopiekowali się łapichłopi, więc musiałem robotników bronić przed gangreną. Obronić ich mogłem tylko tym jednym sposobem, to jest przełamaniem naporu na mnie. Gdybym był uległ, robotnicy padliby ofiarą komunizmu. — Niewiarski zawołał do siebie Sobkowiaka i począł do niego mówić z wielką powagą i serdecznością: — Masz misję. Zorganizujesz wszystkich robotników, zatrudnionych u nas w jedną organizację oświatową. W pobliżu fabryki wybudujemy im dom robotniczy. Tam założysz dla nich czytelnię i bibljotekę oraz urządzisz salę do przedstawień amatorskich. Widziałeś takie towarzystwa za granicą i w Wielkopolsce, więc wiesz jak się do tego zabrać. Moja misja w tej wsi polegała na stworzeniu przemysłu, twoja polega na szczepieniu prawdziwej polskiej, narodowej kultury. Będziemy pracować razem, ręka w ręke!"

Jest to fakt, już dziś szeroko znany, że pomiędzy rokiem 1924 a 1926 przyjechało tak do Stanów Zjednoczonych, jako też do Kanady kilkaset wyćwiczonych i wyszkolonych spryciarzy-agitatorów. Na co? Aby prowadzić swoją rozwydrzoną i nieludzką propagandę wśród naszych współrodaków. Rozpoczęto agitacje w następujących miastach: Chicago, Detroit, Hamtramck, Buffalo, Pittsburgh, New York, Baltimore, Brooklyn, Erie, Syracuse, Passaic, Utica, Newark, Milwaukee, Providence, Cleveland, Wilkes-Barre, Philadelphia, Boston i St. Louis; a nawet w kilkunastu mniejszych osadach. Po zbadaniu tak terenu jak i też usposobienia robotników polskich, rozpoczęto organizować jakieś Rady Bezrobotnych. Zaczęto uwijać się w Pennsylwanii pomiędzy strajkującymi górnikami; tu i tam udzielano pewnych zapomóg; namawiali ludzi do wyjmowania depozytów itp. Agitowali z powodu pejdy, bo każdy z nich pobierał od $10 do $50 tygodniowo. To wszystko, wraz z nazwiskami agitatorów, wydrukował Dziennik Związkowy przy końcu ubiegłego roku. Zresztą, twierdzą, że tu bezrobocie i głód: nędza i niedostatek, kiedy w Sowietach jest praca, chleb i dostatki! Obiecują dać to samo robotnikowi w Ameryce. Obiecanki, cacanki, głupiemu radość! Wam nie potrzeba powiadać, że tu bezrobocie i niedostatki, lecz to jeszcze nic w porównaniu co się dzieje w granicach ich kraju. Jakie jest położenie robotników i rolników? Organ komunistyczny "Prawda" umieścił urzędowe sprawozdanie Centralnego Związku Związków Zawodowych, co do zarobków robotniczych w Sowietach. Posłuchajcie:
Przy budowie maszyn, miesięczna zapłata - 136 r. 08. kop.
W kopalniach, miesięczna zapłata - 122 r. 50 kop.
W szybach naftowych, miesięczna zapłata - 118 r. 90 kop.
W fabrykach obuwia, miesięczna zapłata - 103 r. 88 kop.
W papierniach, miesięczna zapłata - 88 r. 92 kop.
W zakładach krawieckich, miesięczna zapłata - 88 r. 60 kop.
I tak dalej. 136 rubli, to znaczy $4.50 miesięcznie. Cóż dziwnego, że robotnicy sowieccy spode łba patrzą na system, który żąda olbrzymich wysiłków z najmniejszem wynagrodzeniem, nie wystarczajacym na zakupno najpotrzebniejszej żywności! Na takie przywileje, na taką podłą wolność, robotnicy dziś plują i ją przeklinają. Zresztą, czy naprawdę w Sowietach rządzi tak zwany proletariat? Proletariat, to robotnicy i włościanie; robotników fabrycznych jest pomiędzy dwa i pół, a trzy miliony; rzemieślnicy albo wymarli z głodu, albo wynieśli się na wieś, tak że 77 na każde 100 gospodarstw chłopskich jest w ich rękach. Pamiętać trzeba, że w Rosji jest około 130 milionów ludności; z tych około 4 miliony należą do partii komunistycznej. W partii rządzą tak zwani "Działacze Odpowiedzialni". Tych jest osiem tysięcy! Ta garstka rządzi narodem. Śliczne i pyszne rządy proletariatu. Osiem tysięcy zbirów i katów zarzuciło zasłonę na oczy biednego narodu, otumaniło umysły, zatruło serca i dalej wyciąga swe krwią zbroczone łapy po nowe ofiary. Dalej. Płatni agenci twierdzą, że w Rosji nie ma bezrobocia, taka to prawda, jak i wszystkie inne. Przecież urzędowy komunikat przy końcu ubiegłego roku stwierdził, że w granicach Sowietów istniała armia bezrobotnych w liczbie ośmiu milionów. Komuniści walczą z kapitalizmem i z kapitalistami. Dlaczego więc zaprowadzają systemy kapitalistyczne? Dlaczego zapraszają do siebie magnatów finansowych, prosząc o pomoc i pożyczki? Dlaczego też miliardy wyrzucane są na propagandę, a wieśniacy, ich żony i dzieci z głodu umierają? Naprawdę, że to raj. Jeszcze, ich wysłannicy namawiają do strajków i zaburzeń, a u siebie podobne wybuchy uważają za rewolucje antyrządowe, a robotników wieszają lub strzelają? Jaka zaś jest moralna strona tej smutnej i żałobnej historii? Wyrwać e serc ludzkich Boga, wykorzenić i wyrugować nawet myśl o Bogu? Mężczyzna ateusz — kobieta niedowiarek — dziecko bezbożne. Naprawdę, że to raj na ziemi; jak się pewien amerykański reporter wyraził: "Bolszewicy stwarzając nowy system, obiecali, że ich rządy stworzą raj dla wszystkich obywateli w krótkim czasie, a wytworzyli w państwie rosyjskicm atmosferę, z którą pod względem smutku i przygnębienia nie może się równać żaden inny kraj na świecie." — Naga i straszna prawda! Czytając opisy uciekinierów z tego bagna wprost szatańskiego, zdaje mi się, że powracamy do czasów Neronów rzymskich. Jak długo Bóg pozwoli, aby podłość, pycha i okrucieństwo sowieckie dręczyły olbrzyma rosyjskiego, nie mogę prorokować! Padnie i padnąć musi. Bo budowany na fundamencie piaszczystym bezbożności i nienawiści ludzkiej; bo wznoszony na kałużach krwi niewinnych i bezbronnych!
Fatalne Mane Thecel-Phares już się pokazują nad olbrzymim państwem, które mogło się stać aniołem prawdziwej oświaty, kultury i cywilizacji, a stało się i jest bezczelnym Judaszem wszystkiego co święte i szlachetne. Te są powody, które mnie skłaniają do mówienia do was współrodacy, aby wam oczy otworzyć, abyście widzieli prawdziwą stronę, tego niby złotego medalu —sowieckiego; abyście nie słuchali tych niby waszych obrońców, adwokatów i orędowników; abyście nie pozwolili się obałamucić i otumanić! Powtarzam raz jeszcze, korzyści wasze byłyby niżej zera, a strata olbrzymia, bo dobrowolna niewola. Obecny kryzys ma się ku końcowi. Nadchodzą lepsze czasy; będzie praca i wszystko to co z pracą idzie. A więc dobrobyt i spokój. Wierzcie w dobroć Boską, ufajcie w pomoc Boską, miłujcie Boga i kochajcie bliźniego. Wtenczas też będziecie wzorowymi obywatelami kraju w którym mieszkacie.
Na zakończenie przeczytam wam, mili radiosłuchacze, list z Toronto:
"Przewielebny Ojcze Justynie:
"Mając sposobność przez ostatnich parę niedziel słyszeć program radiowy Godziny Różańcowej, jako też odpowiedzi na nadesłane pytania, myślę, że na miejscu będzie, jeżeli tą drogą podziękuje za tak trafną odpowiedź naszym niedorosłym torontońskim komunistom polskim, tej zarazie społecznej tu na
Wychodźstwie. Jest ich tu niewielu, lecz pod ich to przykrywką, różnymi paszkwilami, starają się hańbić imię Polski i Polaków na tym kontynencie. Proszę, chociaż sam w swoim imieniu, o ile podobne pytania zostaną nadesłane w przyszłości, dać porządną odprawę, a jestem tego pewny, że słowa Przew. Ojca, spotkają się z uznaniem ze strony zdrowo myślącej Polonii w Toronto, jako też i w całej Kanadzie. Życząc setnych
lat, pozostaje z uszanowaniem, J. C. z Toronto."

Dzień dzisiejszy w Stanach Zjednoczonych jest nazwany dniem Prezydenta, t. j., że obywatele powinni pomodlić się za prezydenta Roosevelta. Otóż jeśli kto, to my Katolicy, nie tylko dziś, lecz zawsze winniśmy w modlitwach pamiętać o tym, który stoi na czele naszego kraju w tym przełomowym czasie i który na swych barkach dźwiga ciężar najwyższego i najodpowiedzialniejszego urzędu w tym kraju.

Oto modlitwa:

MÓDLMY SIĘ
Boże Mocny, Boże Mądry i Boże Sprawiedliwy, w dniu dzisiejszym zanosimy do Ciebie pokorne modły, abyś łaskami Ducha św.. wspierał i oświecał tego sługę Twego, prezydenta Stanów Zjednoczonych. Obdarz go łaskami mądrości, męstwa i wytrwałości. Niechaj jego urzędowanie będzie oparte na zasadach prawości i sprawiedliwości, aby poddani jego skorzystali duchowo i materialnie; aby cnota i religia weszły w poszanowanie; aby sprawiedliwość i miłosierdzie kierowały jego rozporządzeniami. Niechaj światło Twej Boskiej mądrości przyświeca mu w prowadzeniu obywateli do lepszej, spokojniejszej i weselszej przyszłości; aby pod jego rządami znikło bezrobocie, zwiększyła się trzeźwość, wzrosła prawdziwa oświata: aby kraj nasz stał się światu całemu wzorem ładu i pokoju. O to Boże Mocny, Boże Mądry i Boże Sprawiedliwy, nie tylko dziś, lecz zawsze prosić Cię będziemy. Amen!