POLSKA DUSZA - pogadanka o. Justyna z 15.10.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki słowami: Niech będzie ochwalony Jezus Chrystus.

Chwila obecna jest dla mnie nadzwyczaj radosna. Powód jest jasny. Zmuszony brakiem finansów, do czasowego zawieszenia nadawanie Godziny Różańcowej przez łańcuch stacji radiofonicznych, wątpiłem czy kiedykolwiek nadarzy się sposobność odnowienia tego programu łańcuchowego. Lecz stało się jak często się dzieje. Człowiek powątpiewa i ręce opuszcza. Opatrzność Boska w międzyczasie czuwa i z pomocą przychodzi. Staje więc i dziś przy mikrofonie i za pośrednictwem tego, wśród cudownych najcudowniejszego wynalazku wszystkich czasów, przemawiam do rodaków i rodaczek, o kilka tysięcy mil ode mnie oddalonych. Spodziewam się, że nasz program niedzielny będzie Wam miłym gościem, oczekiwanym z tęsknotą i radością w progach waszych domków: nie tylko przez starszych lecz i młodszych, nie tylko przez rodaków w dalekiej Polsce urodzonych, lecz i przez młodzież amerykańską polskiego pochodzenia. Cele programu naszego już są wam dobrze znane. Nic innego jak: wiara i polskość; przywileje, nauka i prawa Kościoła katolickiego; prawa i obowiązki obywateli amerykańskich polskiego pochodzenia. Pragnę wam udowodnić, że Kościół katolicki to jedyny adwokat i obrońca biednych i uciemiężonych, który mimo dwudziestu wieków prześladowań i uciemiężeń, jedyny i po dziś dzień śmiało stawia czoło mocarzom potężnym i odważnie woła do nich słowami Zbawiciela: "Oto zapłata robotników, którzy żęli pola wasze, która jest zatrzymywana przez was, woła: i wołanie ich weszło do uszu Pana Zastępów" (List Św. Jakuba), i "wdowie i sierocie szkodzić nie będziecie: jeśli je obrazicie, będą wołać do mnie, a Ja wysłucham wołanie ich."

Będąc zaś dzieckiem polskich rodziców, często, aby podnieść was na duchu i dodać wam serca i otuchy, wśród szarzyzny codziennej i bezustannej walki o lepszy byt, przesuwać będę przed oczyma waszemi śliczne często nieomal przecudne obrazki z historii polskiej i z życia ojców i praojców naszych. Z tych poznacie czym byli oni, a czym winniśmy być i my! Bo przecież czas i wielki to czas, abyśmy zaprzestali wierzyć, żeśmy nic nie warci, do niczego niezdolni, jak niejedni chcieliby w nas wmówić i nas przekonać: bo powtarzam, że po dziś dzień nie ma tu w naszej przybranej ojczyźnie odłamu społeczeństwa tak zdrowego i zacnego: tak spokojnego i pracowitego, tak pobożnego i serdecznego, jak ten odłam, w którym bije serce polskie i płynie krew polska. Nie zamierzam komu ubliżyć, lub kogo obrazić, chociaż jestem przekonany, że wszystkim nie wygodzę, bo nauka i zasady Chrystusowe nigdy nie były i dziś nie są wszystkim zrozumiałe. W powody nie wchodzę. W przemówieniach moich nie szukajcie wytwornych zdań i eleganckiego stylu, uprzedzam was, że daremne będą wasze wysiłki. Mówić będę do rozumu i do serca słowami prostymi i łatwo zrozumiałymi, nie tylko aby pouczać o szczęściu wiecznem, lecz zarazem torować drogę do szczęścia doczesnego, przez polepszenie i ustalenie sobie bytu w życiu codziennym. Wreszcie Godzina Różańcowa jest nadawana za zezwoleniem Najprzew. Ks. Biskupa Diecezji Buffalowskiej. Jemu jestem wdzięczny za łaskawe zezwolenie, i tylko Jemu odpowiadam za te przemówienia, które starać się będę, aby zawsze zgadzały się z przykazaniem i duchem miłości bliźniego. Po tych uwagach, przystępuje do dzisiejszej mowy, której tytuł:

POLSKA DUSZA

W zbiorze powieści Prof. Ossendowskiego, czytamy tak: Robotnik z wielkiej fabryki metalurgicznej w Warszawie, Walenty Sosnowski, powrócił znużony wieczorem do domu. Był zły i trochę podpity. Właściwie podpił też ze złości, gdy dowiedział się, że towarzysze do fabrycznego socjalistycznego komitetu innego wybierają prezesa, na niego zaś nie chcą głosować. W domu czekano na Sosnowskigeo z kolacją. Syn - jedynak był tu również, już wymyty i przebrany. Ojciec czuł się dumnym z Władka, na zebraniach bowiem robotniczych wygłaszał on mowy, a o Marksie i Beblu prawił tak, jakby ich znał osobiście. Władek dużo czytał, i czytanie nie szło na marne. Teraz od razu zauważył, podobnie jak i pani Sosnowska, że ojciec był zły i "trącony". Przy kolacji stary robociarz opowiedział o swoim zawodzie i zakończył tak: - Teraz już ja dla nich niedobry, gdy przyjechał ten wyjadacz Kurkowski! A gdy trzeba było skakać do oczu dyrekcji i z policją się mitrężyć — to byłem dobry? - Władek uśmiechnął się i zauważył: — Kurkowski - szczekacz! Nic nie czyta! oprócz głupich broszurek niemieckiej fabrykacji. Długo się nie utrzyma, zasypie się! — Ja też niedużo czytałem - burknął ojciec. — No tak, zgodził się chłopak. - Ale ojciec - szczery socjał, śmiały i uczciwy, a Kurkowski karierę robi... gębą. A gdy do czego przyjdzie da nura! Widziałem ja takich szczekaczy! Sosnowski zamyślił się, a po chwili rzekł do syna: — Posiedzenie w sobotę, Władku. Pójdziemy razem, a ty nagadaj tam coś przeciwko Kurkowskiemu! Dobrze? Chłopak nagle drgnął i przybladł, jak gdyby miał coś do powiedzenia, lecz milczął. Po wieczerzy Sosnowski zauważył, że żona ma zapłakane oczy, a usta jej chwilami drgały. — Co ci jest matko? - zapytał mąż. Milczała, więc stary zajęty swymi myślami, więcej nie pytał. Rodzina zaczęła się już przygotować do spoczynku, gdy nagle, Władek schylony nad książka, podniósł głowę i rzekł, zwracając się do ojca: - Ojcze, chciałem ci powiedzieć, że wstąpiłem do Armji Ochotniczej. - Co? — wyszeptał z przerażeniem w głosie Sosnowski. - Ty? do armii? - Tak, wołają młodzież, bo inaczej Moskale wezmą Warszawę, a wtedy — koniec! — odparł chłopiec. Stary milczał. Przeszedł się po pokoju, usiadł, znowu się zerwał i zbliżył do syna. — Za ziemian, za inteligentów będziesz walczył? — pytał. — Za Polskę, ojcze! — odrzekł syn, podnosząc na niego oczy. - A socjalizm, a partia? - pyta! dalej Sosnowski. — Wszystko po staremu — uśmiechnął się syn. - Jakże to? — Musimy mieć najpierw kraj, w którym socjalizm mamy szerzyć — odpowiedział syn. — Jeżeli nie obronimy naszej Polski, to moskiewscy komuniści pokażą nam socjalizm! Zaśmiał się, a widząc, że ojciec słucha go uważnie, dodał: - Długo nam czekać, aż socjalizm polski będzie czynny. Nie można, ojcze, socjalizować nędzy. Trzeba się podnieść, wzbogacić się, a wtedy dopiero rozmawiać o sprawiedliwości w podziale bogactw. To jasne! — Ojciec milczał. Oczy spuścił, i usiadł gięboko zamyślony. Władek obszedł stół, zbliżył się do ojca i, położywszy mu rękę na ramieniu, począł mówić, coraz bardziej zapalając się: - Wszystko furda! Socjalizm, partia, walka klasy robotniczej, Marks, Kurkowski i my — sami! Wszystko nic niewarte wobec tego co się dzieje. Polska, dla której zginęło tylu i panów, i robotników, i narodowców i socjałów, Polska ginie, tonie, bo ją zalewa Moskwa swoimi bandami. A gdy zaleje, rzuci się na nas Niemiec, a wtedy — koniec, koniec i już na zawsze do końca wieków! Czy rozumiesz ojcze, czy rozumiesz? - Nie daj Boże! — wyszeptał stary. - A widzisz? - ucieszył się syn. — Teraz każdy Polak powinien iść, a porachunki pozostawić na potem, gdy nabijemy pyska Moskalom. Syn usiadł i zabrał się do książki, ojciec pozostał w głębokiej zadumie. Około pierwszej dopiero położył się stary do łóżka, ale nie spał, kręcił się do rana, wzdychał i myślał. Czasami mruczał: - Oni, psia mać. Sybir i więzienie naszymi Polakami przepełniali, a teraz im się znowu Warszawy zachciało! Zdrzemnął się dopiero o świcie. Gdy rodzina piła poranną kawę i ojciec wybierał się do fabryki, syn podszedł do niego i rzekł: - Dziś idę do koszar, ojcze, chcę cię pożegnać. Bądź zdrów! Stary objął syna i nagle oparł mu twarz na ramieniu, a szerokie bary zaczęły mu się trząść i drgać. Płakał, a przez łzy mówił: - W imię Boże idź! Idź! A bij się jak Polak. Daj im za znęcanie się, za krew i mękę naszą! Idź! Idź!

Władek Sosnowski, którego koledzy przezywali "Socjałem", bo lubił o Marksie prawić i o walce klasowej, od dawna już był w pułku. Bił się o głodzie i o chłodzie, a zawsze był wesół i drwił ze wszystkiego. — Jaśnie wielmożny panie — mówi żartobliwie do takiego samego ochotnika jak on, tylko że szlachcica. — Pamiętaj pan o konieczności socjalnej sprawiedliwości. — No, dalej? — pytał, uśmiechając się, kolega. — Bo to widzicie, okrutnie dziś strzelałem do Moskala i pozostało mi tylko 15 naboi. Widzę, że macie sporo tych orzechów — podzielcie się w imię socjalnej sprawiedliwości! — Kolega dał paczkę i rzekł: — A jak byście prosili bolszewików? W imię czego? Wesoły Wladek natychmiast odparł: — Tam prościej by poszło! Kolba w łeb w imię komunizmu: tobie nic, a mnie wszystko - zagarnąłbym pełną garścią! — Pod Radzyminem na takich żartach przechodził czas ochotnikom, a podczas bitew ciężkich i zażartych, młodzież, złożona z synów ziemian, wieśniaków i robotników, niczym się nie różniła. Robotnik przebijał bagnetem Moskala napadającego na ziemianina, szlachcic i przyszły dziedzic ratował życie synowi gospodarza wiejskiego, a z pola bitwy wynosił syna robotnika, partyjnego socjalisty. Nie było więc i nie mogło być różnicy, gdyż przed wszystkimi była jedna i ta sama ogólna mogiła. Władek pod Radzyminem w jednej potyczce odznaczył się szczególnie. Natłukł bolszewików, a dwóch lekko rannych wziął do niewoli i do obozu przypędził. — A toś się chłopcze napracował! — mówił do niego oficer, dowodzący całym oddziałem! — Za naszą mękę, poniewierkę i krew, panie kapitanie! — odrzekł robotnik. — Pamiętam jak mi ojciec to na pożegnanie powiedział. A przecież on — szczery socjalista, i jeżeli tak powiedział, znaczy że była wielka męka nasza. Niech więc zapłacę za nią Moskalowi! — Nie minie cię "Virtuti Militari", już ja w tym! — rzekł odchodząc oficer. W pół godziny później oddział rzucono do kontrataku. W pierwszym szeregu obok kapitana biegł z wesołą mmą Władek Sosnowski. — Niech żyje socjalizm — dochodziły okrzyki z rosyjskich szeregów. — Pokaże ja wam socjalizm! — odkrzyknął Wiadek. Wtem bolszewicy dali salwę. Kapitan zatoczył się i upadł na lewy bok. Żołnierze widząc to zatrzymali się i zaczęli się cofać. Moskale biegli naprzód, aby porwać rannego oficera, który z trudem podniósł się na nogi i wydobył rewolwer. — Stój! — rozległa się nagle głośna komenda. Cofając zatrzymali się, a Władek Sosnowski znowu krzyknął: — Naprzód! Nie oddamy dowódcy! I pomknął naprzód. Dobiegł w porę do rannego, bo już okrążali go Moskale. Bagnetem i kolba Władek odpędził kilku napastników, a wtedy właśnie nadbiegło jeszcze kilku ochotników. Zdawało się, że bitwa na nowo się zawiąże. Bolszewicy pchnęli świeżą kompanię. Polacy po rozpaczliwej obronie zmuszeni byli jednak do odwrotu. Odchodzili więc, unosząc ze sobą oficera i broniąc się przed ścigającymi ich wrogami. Lecz coraz to któryś z ochotników padał, i z każdym niemal krokiem kupka Polaków stawała się mniejsza i szczuplejsza. Upadło naraz dwóch ochotników, a ciężko ranny kapitan, dźwigany przez nich runął na ziemię. Podbiegł do niego Władek, podniósł i wziąwszy na plecy niósł, krzycząc: - Zasłaniajcie kapitana, chłopcy! Bolszewicy coraz częściej strzelali, szerząc zniszczenie wśród Polaków. Ci zaś uszli jeszcze kilkaset kroków, aż rozlega się salwa. I nagle jak wichrem zmiotło tę garstkę odważnych. Polegli wszyscy i pozostał tylko Władek Sosnowski. Zatrzymał się jak gdyby zdumiony, gdyż jakoś dziwnie zaciążył mu na plecach ranny kapitan. Ostrożnie opuścił go na ziemię i zdążył jeszcze zauważyć, że oficer miał czaszkę strzaskaną, ale w tej chwili sam upadł piersią na pierś kapitana i pozostał sztywny, wyprężony jak struna. Po chwili ciało Władka zaczęło się z lekka poruszać, jak gdyby płaszcząc się, wciskając w ziemię polską, którą ukochał więcej od socjalizmu, bo to była ziemia swoja — polska, ziemia ojców, ich krwią i męka napojona i wykarmiona do pięknej chwili odrodzenia."

Mili Radiołuchacze:
Raz jeszcze, i to z naciskiem, powtarzam słowa Władka: "Wszystko furda. Socjalizm, partia, walka klasy robotniczej, Marks, Kurkowski i my - sami. Wszystko nic niewarte wobec tego co się dzieje. Polska, dla której zginęło tylu panów i robotników, i narodowców, i socjałów. Polska ginie, tonie, bo ją zalewa Moskwa swojemi bandami. A gdy zaleje, rzuci się na nas Niemiec, a wtedy — koniec, koniec i już zawsze do końca wieków! Czy rozumiesz ojcze, czy rozumiesz? — Nie daj Boże — wyszeptał stary."

Czy cały ten powyższy obrazek, a szczególnie te mądre zapatrywania Władka, nie możemy zastosować do położenia i zachowania się wychodzstwa naszego? Wychodzstwo nasze zbudowane jest na fundamentach podejrzliwości — braku zaufania i otwartej nienawiści. Ojcowie nasi przyjechali tu z trzech zaborów: katował ich Moskal, prześladował Prusak, ciemiężył ich Austriak. Car rosyjski, cesarz niemiecki i cesarz austriacki zamienii rdzennego Polaka w Ruska, Prusaka i Galicjaka. Ta polska dusza, kiedyś pokorna, pracowita i bogobojna, przystroiła się w pióra zarozumiałości i arcymądrości. Przewiozła i przesadziła na terenie przybranej ojczyzny wady starokrajskie. Wychodzstwo tutejsze zapuściło korzenie rosyjskie, pruskie i austriackie. Jedni dmuchali w trąbę ruską, drudzy w pruską, a inni w galicyjską. Powstały całe osady ruskie, pruskie i galicyjskie. Poszło nawet dalej. Dzielono się na podobne parafie. Dziwne to zjawisko w historii naszej. Prawem naturalnym, niedola i nieszczęście ludzi zbliża ku sobie; a nawet nieprzyjaciół i wrogów kruszy i ku dobroci skłania. Nas i naszych
zaś widocznie dzieliła i dotychczas dzieli. Bogu tylko wiadomo jaką krzywdę przez to wyrządziliśmy sobie, i na jakie pośmiewisko i na jakie poniżenie wystawiliśmy siebie i sprawy nasze. — Te wady po dziś dzień pokutują wśród nas, albo może lepiej powiedzieć, że my pokutujemy za nie. Popatrzmy na nasze wychodzstwo. Słusznie gorzkie łzy lejemy nad sobą, jak kiedyś Żydzi nad spustoszonem miastem świętym. Liczebnie — olbrzymem jesteśmy. Olbrzym ten jednak bezsilny — moralnie zbankrutowany. Samson polski jest też bezradny, zamiast patrzeć w przyszłość z ufnością i z wiarą, opuścił bezwładnie ręce i czeka niby zmiłowania Boskiego. To nie sposób i nie tedy droga! Żadna jednostka wiele uczynić nie zdoła. Trzeba, aby naród się zbudził ze snu nieufności, podejrzliwości i bratniej nienawiści! Nie trzeba sobie oczu mydlić, i wmawać w siebie, że jesteśmy bezpieczni, że nam wrogowie nasi nie zaszkodzą. Nieprzyjaciel zewnętrzny to jeszcze pół biedy. Poradzić sobie możemy. Lecz wróg wewnętrzny, to gorsze zło i o wiele niebezpieczniejsze. — Toczy on całe jestestwo nasze. Praojcom naszym przebaczyć można niejedno. Mimo wad naturalnych, albo przez niewolę narzuconych, mieli jedną cnotę samozachowawczą. Mimo swarów, kłótni i nieporozumień, zrozumieli, że aby nie zatonąć w morzu zachłańczym, organizowali się i jednoczyli w towarzystwa, parafie i większe zrzeszenia. Szlachcic, profesor, uczony, robotnik i ksiądz podawali sobie ręce, szli razem, nie zważając na przeszkody i przykrości, bo rozchodziło się o sprawę lub sprawy polskie. Poświęcali zdolności i czas, aby obecne pokolenie stanęło nieco wyżej w społeczeństwie amerykańskim. Niejeden wysiłki swoje zdrowiem i życiem przypłacił. Mimo to, zdając sobie sprawę z obecnego położenia naszego wychodzstwa, musimy przyznać, że tonie w wodach niedbalstwa i oziębłości; że zalewa nas potop zwątpienia i braku wiary we własne siły i wysiłki. Jeśli tak daje, to co? "Wtedy koniec, koniec i już na zawsze do końca wieków." Słyszę ja niejedno westchnienie i niejedne szepty: "Nie daj Boże." — Ja wołam: Bóg to nie da; Bóg tego nie chce! Od nas samych i od naszej współpracy przyszłość nasza zależy. Po pierwsze, przestańmy się dzielić na partie i obozy w sprawach ogólnych. Rozchodzi się tu o nasz byt i życie nasze! Ręka w rękę, ramię przy ramieniu. Rozdwajając się, tracimy siły. Jednolita i zgodna armia zawsze pewna jest zwycięstwa. Po drugie, zaniechajmy swarów o politykę ojczyzny ojców naszych, to do nas nie należy. Polska nie żąda tego od nas. Interesujmy się jej sprawami, brońmy jej sławy i honoru, pamiętajmy jednak, że jesteśmy obywatelami wielkiej i szlachetnej Ameryki, tu żyjemy i tu spodziewamy się, że spoczną kości nasze. Po trzecie, chciejmy zrozumieć ważność balotu i nauczmy się rozumnie głosować. W balotach jest nasz atut. Niech to zrozumie każdy obywatel i każda obywatelka. Po czwarte, miejmy więcej ducha tolerancyjnego i nie bądźmy jednostronni. Pamiętam jak lata temu, jako młody kapłan, pełniłem obowiązki asystenta przy parafii św. Józafata, w Milwaukee, Wis. W jednym ze szpitali spotkałem młodego lekarza niedowiarka i socjała. Kiedy zobaczył mój rzymski kołnierzyk, zaczął mówić do mnie szorstko i nieprzystępnie. Na to dąsanie, grzecznie mu odpowiadałem. Nie wiedząc, że jestem Polakiem, często zaczął Polaków i polskie sprawy za surowo krytykować. Spokojnie odpowiadałem mu na zarzuty, tłumacząc mu jak umiałem najlepiej. Wkrótce stał się moim najszczerszym i bardzo serdecznym przyjacielem. Po przeszło dwóch latach przyjaźni, pewnego dnia powiedział mi: 'Reverend, I completely changed my opinion both about the Catholic Church and about the Poles, from my very first and interesting talk with you. Your kind and mild language made an everlasting impression upon me, and I am sorry indeed for my rude and perhaps cruel marks." — Pamiętać winniśmy, że wśród naszych są różnolite przekonania religijne jako też polityczne. Ludzie są w dobrej wierze. Miejmy względem nich zrozumienie a dla nich uwzględnienie. Kropelką miodu więcej much zwabimy jak beczułką octu! Wreszcie miejmy więcej zaufania do naszych, a okazujmy mniej zazdrości. Szczególnie względem kapłanów naszych. Lud z księdzem, a ksiądz z ludem! Potem popierajmy swoich na każdem polu, w każdej dziedzinie. Profesjonalista z chłopem, a chłop z profesjonalistą, wtenczas ożyje dusza polska na wychodzstwie i wtenczas nie doczekają się wymarcia naszego rozmaici prorocy, którzy od lat gotują się zaśpiewać nam ponure: "Requiescat", a miasto marszu pogrzebowego, cała Ameryka usłyszy jeden potężny i wesoły okrzyk: Alleluja, polski duch zmartwychwstan jest!