"RUINA RODZINY" - pogadanka o. Justyna z 12.11.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Tydzień temu, starałem się wam, słuchacze mili wytłumaczyć znaczenie chrześcijańskiego małżeństwa; że jest nie tylko kontraktem, lecz zarazem i sakramentem; że pochodzi z ustanowienia Boskiego, i że nosi cechy jedności i nierozerwalności. Nie jest to żadna nauka nowa i przedtem niesłyszana. Głosi ją Kościół od dwudziestu wieków i głosić będzie nadal, do końca świata. Inaczej by się sprzeniewierzył Bogu i nauce Boskiej. Naturalnie, że światu się to nie podoba. Dziwić się jednak nie trzeba. Tak zawsze było. Jasność być nie może ciemnością, ani też ciemność światłością. Za głoszenie prawdy, Chrystusa do krzyża przybili; za nauczanie prawdy, świat i dziś gotów Kościół ukrzyżować. Że poganie i niedowiarkowie naukę Boską odrzucają i Kościołem gardzą, to tylko naturalne; że nawet niektórzy chrześcijanie z tą nauką się nie zgadzają, a na wzmiankę o Kościele, cynicznie się uśmiechają, i to zrozumieć można. Kiedy jednak nawet katolicy i tak zwani wierni, z rozwaga odrzucają pewne prawdy wiary św., i w błędach uparcie trwają — zmusza to do głębokiego myślenia każdego, który dba o szczęście doczesne i wieczne ludzkości. Nic dziwnego, że obecny Ojciec św. Pius XI. w encyklice: "Czystego małżeństwa godność", tak się żali: "Tym bardziej boleć Nam wypada, gdy widzimy, że ta Boska instytucja, w naszym zwłaszcza wieku, jest często lekceważoną i prawie wszędzie odrzuconą. Albowiem już nie tajnie, ani nie w ciemnościach, lecz jawnie, z odrzuceniem poczucia wszelkiego wstydu, depce się nogami i wyśmiewa się świętość małżeństwa, słowem i pismem, przedstawieniami teatralnymi wszelkiego rodzaju, powieściami romansowemi, opowiadaniami lekkiemi i krotochwilnymi, wyświetlaniem obrazów w kinematografach, odczytami głoszonemi przez radio, słowem wszelkimi najnowszymi wynalazkami wiedzy. Przeciwnie wychwala się rozwody, cudzołóstwa, najhaniebniejsze występki, albo w takich przedstawia się je barwach, aby wydawały się wolnymi od wszelkiej winy i hańby. Nie brak również i książek, których nie waha się nazywać naukowymi, a które w rzeczywistości mają często tylko połysk wiedzy, by tym łatwiej móc sobie torować drogę. Nauki przez nie głoszone rozpowszechnia się jako zdobycze najnowszej wiedzy, to znaczy owego rozumu, szukającego, jak głoszą, wyłącznie prawdy i wolnego od wszelkich dawniejszych przesądów, który do tych przestarzałych poglądów zalicza i naukę przekazaną tradycją chrześcijańską o małżeństwie. I kropla po kropli, sączą się one we wszelkie warstwy ludzi: bogatych i biednych, robotników i pracodawców, uczonych i prostaczków, nieżonatych i żonatych, wierzących i bezbożnych, dojrzałych i młodych, ostatnim zwłaszcza, jako najłatwiejszym do zdobycia, zastawiają najniebezpieczniejsze zasadzki". Po tym wstępie, do mowy zatytułowanej:

"RUINA RODZINY"

Około sześć lat temu, tu w Buffalo, żyła sobie spokojnie i szczęśliwie pewna polska rodzina, w której było pięcioro małych dzieci. Najstarsze miało lat dziewięć, najmłodsze zaledwie roczek. Własny dom już wypłacony, dosyć głośno umeblowany. Mąż trzeźwy i pracowity, dbał o dobro tak żony jako też dzieci. Zdawało się, że to wzór dla innych rodzin polskich. Żona jednak chciała być na równej stopie postępu, co i jej niezamężna towarzyszka i znajoma, która polowała na męża, wcale nie przebierając w środkach. Ta dotychczas powierzchownie wzorowa matka, za namową przyjaciółki, rozpoczęła uczęszczać na kawki, herbatki i koleżańskie gry w karty. Naturalnie, zostawiała dzieci same; kiedy mąż powracał wieczorem od pracy, nie tylko że nie miał kolacji, lecz często żony w domu nie znajdował. Zwracał na to żonie uwagę na jej dziwne zachowanie; dostawał złośliwe i grubiańskie odpowiedzi, które kończyły się naiwnym zdaniem: "nie wyszłam za ciebie, aby przez całe życie być niewolnicą." Z czasem żona i wieczorami wychodzić rozpoczęła; już widocznie uczyła się nieźle, lecz nawet szybkie postępy czyniła w niedoskonałości małżeńskiej. Łaknęła jednak i pragnęła tego. Przy pewnej zabawie zapoznała się z niesumiennym człowiekiem, prawdziwym ludzkim krukiem, który też był nieszczęśliwy, bo już miał żonę i dzieci. Zwierzyli sobie wzajemne nieszczęście. On wyrażał swoją litość nad nią, ona naturalnie głębokie współczucie dla niego. Dziwnym trafem spotykali się coraz to częściej, tylko z litości i współczucia, które zamieniały się w coraz to głębszą życzliwość i przyjaźń. Już teraz wytworzyli nowy obrazek: zdrajczyni żona i Judasz mąż! A dwie rodziny stawały się grobem szczęścia i spokoju; grobem coraz to głębszym i ciemniejszym. Dwie zaś istoty zaślepione, niewierna żona i niewierny maż, rozpoczęły szukać wyjścia z prawowitych oków małżeńskich; długo szukać nie było trzeba. Oto rozwód. Przecież dziś wszyscy do tego śródka się uciekają. Powód podała: brutalność męża. Jej przyjaciel krzywoprzysięgał, że jego żona to niezgodliwa i dokuczwa kobieta. Sędzia mądrze zawyrokował, że rozwód na miejcu. W ten sam dzień ta dobrana para wyjechała do stolicy fabryk automobilowych — gdzie rozpoczęli życie na wiarę, bo nawet obeszli się bez ślubu cywilnego. Myślicie, że to już koniec tego obrazka kręconego nie w teatrze, lecz w życiu codziennem? Mylicie się! Nieszczęśliwą żonę owego myśliciela i postępowca w kilka miesięcy po owem zajściu zabił automobil. Biedactwo na wpółobłąkana szła ulicą, zamyślona rozpaczając
o losie swoim i dzieci, weszła pod koła zbliżającej się maszyny
i trup na miejscu. Pochowano ją na koszt miasta na miejscu niepoświęconem, a jej uwodziciel począł żerować gdzie indziej.

Nie lepszy los spotkał członków drugiej rodziny. Krewni zabrali dzieci do siebie: mąż zniechęcony, myślał o tym co być powinno, a co w rzeczywistości ze szczęścia pozostało — rozpoczął pić, przed kilku tygodniami dostałem list z pewnego domu obłąkanych, z którego listu dowiedziałem się, że ten obłąkaniec to ów nieszczęśliwy mąż, nieszczęśliwej rozwódki. Tak rozwody,
które są dziś tak modne i tak wychwalane jako najskuteczniejsze lekarstwo na cierpienia małżonków, są ruiną rodzin, podkopującą zdrowe i silne fundamenty społeczeństwa. Traci na rozwodach maż i żona, dzieci i narody. Posłuchajcież tylko. Dzień ślubu. Młodych trapi to natarczywe pytanie: jak długo będziemy żyli razem i "rok, dwa czy pięć?" Niepewność dręczy ślubujących. Czy może która z tych dwóch osób już nie czyni postanowienia, że wkrótce szukać rozpocznie szczęścia poza domem? — Na cóż ma mąż pracować, nawet narażać swe zdrowie, a nawet życie przy ciężkiej pracy, jeśli nie wie kiedy żona go porzuci, pod pierwszym lepszym pretekstem, i w świat z innym pójdzie? Jak może żona spokojnie i w zadowoleniu spełniać swe obowiązki domowe, chować i czuwać nad dziećmi, kiedy przed jej oczyma stoi czarny cień rozwodu i grozi rozbiciem jej
szczęścia? Któż może opisać, co się dzieje w umysłach i sercach
dzieci rozwodników? Rzucone pomiędzy krewnych i znajomych, częściej po przytułkach i ochronkach, to kaleki moralne,
za które przed Bogiem odpowiadać będą niesumienni rodzice,
rozwodnik i rozwódka. Cierpi i całe społeczeństwo. Popatrzcie się na te narody, które zrujnowały pojęcie rodziny i świętość małżeństwa, w co się zamieniły? W jaskinie łotrów, złodziei i rozbójników. Historia uczy nas, że Grecja stała na szczycie potęgi i chwały wtenczas, kiedy tam rozwodów nie znano.
Rzym tak długo panował nad Europa dopóki w cesarstwie rzymskiem nie uznawano rozwodów. Jedno i drugie mocarstwo upadło, kiedy węzły małżeńskie prawnie zostały rozluźnione. Po cóż jednak sięgać nam do czasów starożytnych. Mamy dziś najlepszy przykład z Francji, Rosji i naszych Stanów Zjednoczonych. Skąd się wziął rozwód? Uczeni stwierdzają, że już w starożytnych Atenach, około sześćset lat przed erą chrześcijańską mędrzec Solon ustanowił prawo na mocy którego, w kilku
wypadkach, tak mężowi, jak żonie, dana była możność otrzymania rozwodu.

Rzym nie znał rozwodów przez pierwsze pięćset dwadzieścia trzy lat swego istnienia. Przynieśli je z Aten do Rzymu posłowie komisarze rzymscy. Podobno pierwszy rozwód w Rzymie udzielony był pewnemu Spuryuszowi Ruga. Moda rozwodów tak się rozszerzyła w Rzymie, że matrony rzymskie rachowały swe lata, nie według liczby konsulów, lecz podług mężów których porzuciły. Osiemnasty wiek już widział łatwe rozwody: zalały one powierzchnię nieomal całego świata, jak kiedyś potop biblijny, zostawiając za sobą niezgody, nieporozumienia, a nawet morderstwa! O Francji tak wypowiedziała się pewne księżna: "Miłość w małżeństwie wyszła zupełnie z mody i naraża jedynie na śmieszność."

Zajrzyjmy jednak do statystyki federalnej, co się dzieje tu w naszych kochanych Stanach Zjednoczonych. Rządowa tabela wskazuje na przerażające cyfry. Od roku 1888 do roku 1952, w sądach tutejszych udzielono trzy miliony trzysta czterdzieści osiem tysięcy, osiemset i sześć rozwodów (3,348,806). To w czterdziestu latach, czyli przeciętnie siedemdziesiąt sześć tysięcy, sto dziewięć rozwodów rocznie. Lecz co jeszcze straszniejsze to fakt, że ta liczba wzrasta z roku na rok, tak w roku 1888 było 28,669 rowodów czyli na 100 małżeństw było 5.4, a w roku 1931 było 183,695 rozwodów, czyli 17.0 na każde 100 małżeństw. Statystyka dodaje, że rok rocznie z powodu rozwodów sto tysięcy dzieci traci ojca lub opiekę matki. Cóż wiec dziwnego, że pomiędzy nami kręcą się ludzie bez czci i bez honoru, którzy żyją z naciągania i oszukaństwa, z kradzieży i morderstw. Rodziny amerykańskie wiatry siały i sieją, a my burze zbieramy! Dzieci zamiast być chowane w kółku rodzinnem, pod surowym okiem ojca i staranną pieczą matki, —chowają się po przytuliskach i po ulicach naszych miast. Krówka więcej dba o dobro cielątka, jak ojciec rozwodnik, lub matka rozwódka o swe dzieci. Rosną jak dzikie drzewka w lesie. Nasze społeczeństwo prawdziwym haraczem opłaca skutki — rozwodów! A jednak, rozwód nazwany jest nie tylko znakiem cywilizacji, lecz prawdziwem błogosławieństwem dwudziestego wieku, mimo że jest zdrajcą rodzin i kraju, że jest wrogiem najnielitościwszym męża, żony i dzieci; że szeroko otwiera bramę do niezliczonych występków i nadużyć, na które zdobyć się może wyrafinowany umysł ludzki bez zasad moralności nie tylko chrześcijańskiej, lecz naturalnej! Jedna z naszych słuchaczek nadesłała list takiej treści: "Moje życie małżeńskie jest jednem piekłem na ziemi. Mam dziewięcioro dzieci i męża pijaka. Już pił kiedyśmy razem chodzili przed ślubem, lecz przyrzekł mi, że po ślubie się prawi. Tymczasem wcale obietnicy nie dotrzymał. Dziś gorzej pije jak kiedykolwiek. Nie jestem pewna życia i boje się o dzieci. Nieraz już zbił i skopał mnie bez litości i nad dziećmi się znęca. Czy ja muszę i dalej żyć z takim, który już nie jest człowiekiem, tylko bydlęciem? Czy mogę w kościele dostać rozwód?"

— Ciekawi mnie, czyś przed ślubem poradziła się twych rodziców lub twego spowiednika? Ileż to naszych panienek pozwala się otumanić tak szumnej ślepej miłości, a potem — kiedy już węzła małżeńskiego odwiązać nie można — płączą i lamentują. Kościół katolicki zna ludzi i dokładnie rozumie, że niejedne rodziny prowadzą życie nieszczęśliwe, mimo to i dziś uczy: rozwodzić się nie wolno! Trzeba jednak zrozumieć, że są wypadki, w których Kościół zezwala na separację czyli rozłączenie się, lecz tylko pod warunkiem, że za życia drugiej osoby nie można zawrzeć nowego małżeństwa, to na zasadzie słów św. Pawła apostoła w pierwszym liście do Koryntjan, w rozdziale ósmym, wierszu dziewiątym: "a tym którzy są w małżeństwie, rozkazuje nie ja, ale Pan: iżby żona od męża nie odchodziła, a jeśliby odeszła, żeby trwała bez męża, albo się z mężem pojednała." Powtarzam, to nie rozwód. Te wypadki jednak są nieliczne i można je tak streścić: jeśli pożycie wspólne naraża stronę niewinną na niebezpieczeństwo utraty życia,lub wystawia na stratę zbawienia duszy, albo niemożliwe się staje z powodu ciągłego okrutnego obchodzenia. Dodajmy jeszcze wykroczenie przeciwko wierności małżeńskiej, a mamy powody do separacji od stołu i łoża! W podobnych wypadkach strona niewinna ma obowiązek odnieść się do biskupa, który da sprawę zbadać, i pozwoli na separację albo dożywotnią, albo na jakiś czas. Gdy zaś powód jest pewny i niebezpieczeństwo nie pozwala na zwłokę, strona niewinna może natychmiast się separować, nie czekając na decyzją biskupa.

Mili Radiołuchacze: Rzeczą więc jasną jest, że Kościół katolicki nigdy rozwodów nie udzielał i dziś nie udziela. Zachodzi tu jedno pytanie, czy wolno katolikom starać się o rozwód cywilny? Pytanie to nasuwa mi następujący list:

Buffalo, N.Y.

Słuchałam programu w zeszłą niedzielę, więc przysyłam moje pytanie: Trzy lata temu ślubowałam na sądzie: nie ślubowałam w kościele, bo mój mąż nie chciał iść do Spowiedzi, a ja bałam się, że pójdzie precz ode mnie. Dziś żałuję. Mój mąż nie pracuje, tylko po ulicach chodzi i po narożnikach wystaje do późnych godzin. Ja muszę chodzić do roboty, na niego muszę pracować. On mnie wyzywa najgorszemi wyrazami, przy tym robi mi zarzuty, chociaż ja niewinna, kilka razy nawet pięścią mnie uderzył. Czy będę miała grzech jeśli go skarżyć będę o rozwód."

Nie jest moim zamiarem ganić cię za twój nierozsądny postępek. Obawiałaś się, że go stracisz? Teraz płacz i zgrzytanie zębów! Zamiast znaleźć szczęście, wdepnęłaś w bagno. Biorąc ślub na sądzie popełniłaś grzech! Twój ślub sądowy, jako katoliczki, w oczach Kościoła nie jest ślubem, tylko czystym związkiem cywilnym, i w takich wypadkach Kościół katolicki zezwala na rozwód cywilny! Może nawet strona katolicka starać się o rozwód cywilny, kiedy ślub był kościelny, lecz nigdy w zamiarze wstąpienia w nowe związki małżeńskie, gdy to konieczne jest do odwrócenia od siebie wielu szkód, których inaczej zażegnać nie może. Wynika to z odpowiedzi danej przez Św. Penitencjarnię 30 czerwca 1892 r. Aby być dobrze zrozumianym, powtarzam: Nigdy nie wolno katolikom starać się o rozwód w tej myśli, aby przezeń umożliwić sobie zawarcie nowego małżeństwa; nie wolno także godzić się na rozwód, kiedy tej zgody żąda druga strona w celu nowego małżeństwa!

Na zakończenie przytaczam słowa odezwy, zawarte w liście pasterskim polskich Biskupów o małżeństwie z roku 1921: "Wszyscy wierni znowu, święte, sakramentalne związki zwąc świętymi, z nie mniejszą otwartością i odwagą związki nieprawe nazywajcie nieprawymi. Katolików, którzy wystarali się u władzy świeckiej o rozwód cywilny i zawarli już to ślub czysto cywilny, już też w zborze lub w cerkwi, z niewiastą wolną albo nieprawą rozwódką, gdy z całą bezczelnością wciskają się do rodzin uczciwych, aby w ten sposób osłonić niejako swój niegodziwy czyn i otrzymać dlań towarzyskie uprawnienie, katolików takich w towarzystwa swoje, w domy nie przyjmujcie, albowiem wszelkie pobłażanie w tym względzie, mogłoby istotnie i nie bez słuszności być pojmowane w ten sposób, iż stawiacie na równi prawe małżeństwa katolickie ze zwyczajnymi konkubinatami. Nie wierzcie, gdy wam głosić będą, że cały naród chce ślubów i rozwodów cywilnych, że śluby świeckie i rozwody są postępem kultury, że inne cywilizowane narody już je wprowadziły w swoje ustawodawstwo. Ludzie, co takie u nas roznoszą hasła, to nie prawdziwi oświeciciele narodu, ale prorocy fałszywi w rodzaju tych, przed którymi prorok prawdziwy przestrzega swoich rodaków: "Mój ludu, którzy ci schlebiają i mówią, ze chcą cię uszczęśliwić, ci okłamują cię, rozkopują drogi pochodu twego, prowadzą cię w przepaść." Nie cały naród chce ślubów świeckich i rozwodów, jeno mała cząstka, a do tego jeszcze po części w błąd wprowadzona przez nielicznych, ale świadomych celów swoich przywódców, pragnących swym zmysłom zapewnić całkowite wyzwolenie spod prawa Bożego, zwierzęcą wolność. Śluby i rozwody cywilne postępem są w tym chyba znaczeniu, co i lichwa, że wychodzi na korzyść pewnej części osobników zwyrodniałych. Prawda, że niektóre narody wrowadziły u siebie śluby i rozwody cywilne, ale też prawda, że one na nich źle wychodzą. Nauczeni ich doświadczeniem, naśladujmy je w dobrym a nie w złym, bo łatwiej zarazy nie wpuścić, niż ją później wykorzenić."