STAŃ - POPATRZ - POSŁUCHAJ - pogadanka o. Justyna z 7.04.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Jeszcze tylko dwa tygodnie, a wielki post należeć będzie do historii. Ucichną żałosne pieśni: "Ach mój Jezu, jak Ty klęczysz, w Ogrójcu zakrwawiony" i "Jezu Chryste, Panie miły, Baranku bardzo cierpliwy, wzniosłeś na krzyż ręce swoje za niesprawiedliwość moją", oraz inne prześliczne i wzruszające i serca ludzkie kruszące piosnki, a lud wierzący, głosem radosnym da upust swym uczuciom, w pieśniach: "Chrystus Zmartwychwstan Jest" i "Wesoły nam dzień dziś nastał". — Zanim jednak rozważać będziemy Mękę Pańską, smutną i bolesną, w Niedzielę Palmową, zanim w Niedzielę Wielkanocną rozmyślać będziemy zwycięstwo prawdy nad kłamstwem, światłości nad ciemnościami, życia nad śmiercią, dziś, w Niedzielę Pasyjną, zatrzymajmy się na chwilę i zgrupujmy myśli nasze nad sobą. Każdy i każda niech wejrzy nieco głębiej w dusze swoją, w sumienie i w serce swoje, i zapyta się tak szczerze i na serio: czy u mnie wszystko w porządku? Bo tylko ten i ta mogą wesoło i w zadowoleniu obchodzić Wielką Noc, którzy czas Wielkiego Postu spędzili podporządkując siebie Bogu i zastosowując życie swoje nakazom Bożym. — Raz jeszcze mówię, że dziś nie ma na kuli ziemskiej ludu tak zacnego i uczciwego, jak nasz lud polski. Obejmuje to starszych, młodzież i dzieci nasze. Pobożność, spokój, miłosierdzie, pracowitość i zgoda to cnoty chwalebne, któremi nasi zawsze się odznaczali i dziś się odznaczają. Jednak nie wszyscy. Mamy ojców, którzy nie ze złośliwości, tylko z obojętności zaniedbali przystępować do Sakramentów św., albo nie chodzą do kościoła, albo lekceważą sobie posty; inni, ze zwątpienia i rozpaczy, aby polepszyć sobie byt życiowy, zapisali się do stowarzyszeń wolnomyślicieli lub komunistów; inni, poddali się zniechęceniu i oddali się pijaństwu; inni, dręczeni niepewnością jutra, popadli w nienawiść wszystkiego co nasuwa myśli o Bogu i prawdach Bożych: inni opuścili domy i rodziny i poszli w świat, prowadząc życie pełne obłudy i fałszu! Mamy matki i żony, które zapominają o swych zaszczytnych i świętych obowiązkach, porzuciły męża i dzieci i wybrały sobie drogę szeroką i luźną, przy końcu której znajdują niezadowolenie i zgryzoty. Są matki i żony, które mimo ślubów małżeńskich nie uznają żadnych praw Bożych nad sobą, porzucają uczciwość, wierność i nierozerwalność jako coś przeżytego i średniowiecznego. Mamy synów i córki, które zrzucają ze siebie, jak kajdany niewolnicze, wszelkie obowiązki względem Boga Stworzyciela i względem rodziców — żywicieli, radców i najlepszych i najdbalszych opiekunów na świecie. Mamy młodzieńców i panny, rzucających się na oślep w wir życia, bez względu z kim, obiecujących sobie wszystko, twierdzących, że ponieważ człowiek tylko raz żyje, a w dodatku życie ludzkie jest krótkie i niepewne, trzeba to wykorzystać. Wszystko to wyrażają w haśle życiowem; "Step on the gas". — Skutek tego amerykańskiego rozkazu, "step on the gas" — kalectwo umysłowe, niedołęstwo fizyczne, przedwczesne wypalenie sił i zdolności, a potem? No, a potem czasowe odpoczywanie w przytułku — więzieniu! A potem? Niespokojna i rozpaczliwa — śmierć! A potem? Szczególnie do tych i im podobnych zwracam się w mowie dzisiejszej, którą tytułuję:

STAŃ — POPATRZ — POSŁUCHAJ

Przy nieomal każdej krzyżówce kolejowej stoi ostrzeżenie, które zwraca uwagę przechodniów, aby mieli się na baczności, ponieważ nieostrożność i niedbałość mogą przypłacić nie tylko kalectwem i cierpieniami, lecz nawet — śmiercią. Mimo to, ile tysięcy ludzi rokrocznie pada ofiarami osobistego niedbalstwa, nieostrożności, zuchwalstwa i urojonej odwagi, która zamienia się w zarozumiałość i głupotę. To obrazek życia ludzi, którzy nie chcą przystanąć, nie dbają popatrzeć, i nie mają czasu posłuchać. Słowem, nie chcą uczyć się od drugich, bo myślą, że wszystko wiedzą. My pragniemy prowadzić własne życie, chcemy żyć jak się nam podoba. W następującym obrazku, nieznanego autora, może niejedni zobaczą odbitkę własnego życia!

Oto: "Kiedy była dzieckiem, ojciec nazywał ją swoją jutrzenką, a matka pociechą. Ukochaniem była wszystkich, bo wcześnie pozwolił Bóg rozwinąć się jej uczuciom. Od progu domu jej ojców nie odszedł ubogi bez datku i dobrego słowa, a na wsi, iść do panienki, użalić się przed panienką, poprosić panienki, znaczyło tyle, co otrzymać to wszystko, czego się potrzebowało od jej rodziców! Błogosławił każdy te jasnowłosą dziewczynę, a ona wzrastała pod promieniami tego błogosławieństwa, jak rośnie kwiat pod blaskiem słońca, i pełno było pogody w jej duszy, a miłości w sercu dla wszystkich, co żyli blisko niej i dla tego zakątka, w którym światło Boże ujrzała. Kochała stare sługi rodziców i bosą dziatwę wiejską i kaleki niedołężne w łachmanach i tego dziadka z białą brodą i nogą drewnianą, co o każdej porze dnia przy pochylonej kapliczce na rozdrożu szeptał swoje pacierze i pomarszczonemi palcami przesuwał ziarnka różańca. Kochała bardzo matkę i ojca, a najbardziej tego braciszka swego o czarnych włosach i oczach płomienistych. Byli szczęśliwi oboje. Od jutra żądali tylko, aby było podobne do dnia dzisiejszego, i ku odleglejszej przyszłości, którą ich wzrok przeczuwał tam, hen za mgłami i tumanami, wyciągali ręce z ufnością nieświadomych, a szczęśliwych. Czyż wiedzieli cokolwiek o burzach i gromach życia? O Bogu i ludziach, o tym co było przed wiekami i o tym, co niedawne, a nie przebrzmiało jeszcze, dowiadywali się z ust matki najpierw, później od ojca, a że ciekawi byli i niecierpliwi, więc dopełniali sobie tego każdą pochwyconą książką. Tak upływały lata dzieciństwa tym dwojgu. Później, jego odwieźli do miasta dalekiego, a ona rosła dalej pod kierunkiem matki dobrej i ojca, który zasobami swego umysłu dzielił się z dzieckiem ukochanem i nie przestawał je jutrzenką swą nazywać. Bo w samej rzeczy jutrzenka było jemu i ludziom to jasnowłose dziewczę. Brat przyjeżdżał trzy razy do roku. Dziewczyna czekała na niego, jak się czeka na szczęście; po odjeździe każdym płakała, jak po utracie szczęścia. A co oni tam przez te tygodnie i miesiące jego pobytu w domu naroili, wiele zamków na lodzie nabudowali — o tym wiedziało tylko ich dwoje. Nadszedł jednak czas, kiedy wszystko miało się odmienić w starym wioskowym dworku, ale zmiana ta zaszła niespodziewanie starych rodziców. Coś nie coś odgadywali, przeczuwali, ale jako dzieci innego wieku, niewiele zrozumieć mogli i tego, co im zagrażało. A młodzi? O, między młodymi szybko przeobrażało się teraz wszystko. Pora zachwytów młodzieńczych już minęła. Teraz on mówił inaczej, bo jemu ludzie, według słów jego własnych, rozświecili w głowie i zapragnął podzielić się i z siostrą tym, co uważał za zdobycz nieocenioną. Siostra wpatrywała się w niego jak dawniej, wierzyła mu zawsze jednakowo, ale zrazu trudno jej było zrozumieć go, a później czuła, że w miarę jak go rozumieć poczyna, ubywa jej szczęścia i spokoju. Chwytała się jak deski zbawienia tych mar swoich z ubiegłej niedawno przeszłości i chciała siebie i brata w tym raju zatrzymać, płakała i modliła się, ale za słabe były jej siły. Brat pociągał ją jak przeznaczenie, wahała się, oglądała, ale szła za nim. Już to nie słoneczne były te światy, w które on wiódł teraz za sobą to dziewczę jasnowłose, ale jakieś krainy ponure a zimne, gdzie zamiast świątyń spotykali gmachy surowe, a zamiast niebieskiego stropu tumany mgły i opary unosiły się nad niemi. Coraz posępniej było w starym, modrzewiowym dworku. Dusza jego - to dziewczę modrookie niby ptak raniony przestało snuć pieśni szczęścia dokoła siebie. Już jej tu nieswojo było. Ani ona do tych ludzi, ani ci ludzie do niej! Rodzice nieśmiało rzucali sobie nawzajem jakieś kłamliwe słowa pociechy, wmawiali w siebie, że tak zawsze bywa, gdy pisklętom wyrastają skrzydła do lotu, że to oni zapewne tacy zaspani, starzy i zgrzybiali... Ale przed sobą, każde z nich zosobna przyznawało, że szczęście spod ich strzechy uleciało na zawsze. Wkrótce chłopiec wyfrunął w świat daleki. Zostawił rodziców chylących się ku starości i to dziewczę, dojrzewające ze smutkiem w sercu, wielkim rozdźwigkiem myśli i znamienną zmarszczką zadumy i frasunku na pogodnym jeszcze niedawno czole. Jakże jej ciasno i duszno było teraz w tych ścianach ... wszystko, co cieszyło wczoraj, wstrętnym się teraz wydawało. Od niego listy przychodziły pełne jakichś nowych dla niej zleceń i rad, coraz więcej mówił o wielkich celach, coraz częściej powtarzał wyraz "ludzkość", coraz śmielej darzył pogardą stare "przesądy". Bolał przy tym nad siostrą, żałował jej, że taki duch, jak jej, zmarnieje tam, skazany na zagładę, jeżeli nie poczuje i ona w sobie siły potrzebnej do strząśnięcia pleśni przesądów. Dziewczę robiło, co mogło, by mu wierną pozostać. Myślała jak polecał, wczytywała się w to, co wskazywał i dla rodziców zachowywała spokojny uśmiech męczennicy. Tymczasem zaczęła coraz częstsze, coraz bardziej naglące listy odbierać; większej ich części nie pokazywała już teraz rodzicom, bo walka w niej coraz cięższa, coraz mozolniejsza była, pasowanie się z sobą z każdym dniem boleśniejsze. Aż dnia jednego, strasznego dla ojca i matki, wypowiedziała i ona nareszcie to, czego dłużej utaić nie mogła. Ona musi tam, za nim, za bratem, bo tam świat i spełnienie jej przeznaczeń, tam światło i życie czeka na nią, a tu grób, pustka i nicość, tu śmierć... Pytają się jej nieśmiało, jak ich tak samych starych zostawi — odpowiedziała, że ma do spełnienia obowiązek, że człowiek się w niej obudził. Dużo mówiła takich rzeczy, których starzy rodzice zrozumieć wcale nie mogli. . . Czuli tylko biedni, że im ból piersi rozrywa, ale przecież to ukochane ich dziecię powiada, że tu śmierć dla niej, jeśli jej nie puszczą. Puścili. Pojechała. Kilka wyrazów nieznaną ręką skreślonych odebrała po dwóch latach na obczyźnie ta, którą ojciec niegdyś jutrzenka swą nazywał. Jakiś dziwny powiew przyniosło ze sobą to pismo, a na szczególną chwilę przełomu, dokonywającego się w jej duszy, sądzono mu było dotrzeć do niej. Gdy je z chwilowym rumieńcem na wybladłej twarzy odczytuje, wstrząsa nią jakiś dreszcz nerwowy. Ona nie chce jeszcze sama nazwać się ofiarą, a jednak ofiarą jest prawdziwą. Narzucił jej ten brat ukochany swój sposób widzenia, postawił naukę na miejscu dawnych ołtarzów dzieciństwa i nie dopuścił nawet, by udoskonalenie własnego umysłu z pożytkiem dla ludzi połączyć mogła. Sucha wiedza, jakaś mieszanina przyrodoznawstwa i metafizyki dana na pokarm duchowi niewieściemu wzamian za zrezygnowanie ze wszystkich bożyszcz lat dziecięcych. A w dodatku sam brat! Cóż zrobił z siebie? Toż stał się dezerterem spod własnej chorągwi i ją w połowie drogi zostawił — on teraz już nie fanatyk wiedzy, za jakiego go miała, ale marzyciel nałogowy, niepoprawny. A ona? Ona przez poczucie godności, przez upór, miłość, własną, ona stoi przy swojem i powiada, że pójdzie do końca. Do końca . . . List nieznaną pisany ręką, mówił, że rodzice starzy i chorzy. List radził, żeby do nich zajrzeć, żeby ich zobaczyć i pocieszyć. Pojechała, i oto teraz zbliża się do granic posiadłości tych staruszków, których rysy czas niemal całkowicie zatarł w jej pamięci. Zawiadomiła ich o przybyciu swojem, bojąc się przerazić niespodzianką, a teraz żałuje, bo złą wybrała chwile. Toż to pojutrze Wielkanoc. .. Jak ona potrafi teraz przystosować się do dawnych obyczajów ? Jej to wszystko zmalało, zbladło, stało się śmieszne, a oni przecież z pewnością pozostali, jakimi dawniej byli. Nie chciałaby robić im przykrości swoją postawą, wyłączającą się od tradycyjnych obrzędów, wydających się jej przepotopowemi. Jakże sobie poradzi z takim zacofaniem.. . Gdyby przynajmniej ten brat był z nią, ale on tak jakoś poplątał losy swoje, że chyba już nigdy tu nie zajrzy, choćby nawet chciał jak najbardziej. Musiała jechać sama. Jak ich powitać? Co im powiedzieć? Przede wszystkim jak im oznajmić, że rychło znów wyjechać musi? Tyle tam przecież zaczęła pracy, pracy poważnej, która już uwagę powszechną zwracać poczęła... A przecież trzeba podtrzymywać honor kobiety, o której mówią, że w połowie drogi ustawać zwykła.
Stary Jan, który ją wiezie ze stacji, ciągle się ku niej zwraca i po raz setny usiłuje nawiązać rozmowę. Ale nie idzie... nie idzie wcale. Jemu dziwno, że to ta sama panienka, co jego dwie córki do chrztu trzymała i miała dla wszystkich dobre słowo, teraz . .. Teraz ona go słucha, przez grzeczność nawet zapytuje, ale Jan stary, choć prostak, potrafi rozróżnić przymus od skłonności serdecznej. Ona sama dziwi się, dlaczego to wszystko jest jej teraz tak rozpaczliwie obojętne, dlaczego po tych latach, przebytych poza domem rodzicielskim nie jest choćby ciekawsza wszystkiego, co się tu działo i dzieje. Czuje, że między dzieckiem urodzonem na tych równinach, w tym starym modrzewiowym dworku, a nią, kobietą uszlachetnioną przez naukę, jest przepaść ogromna. Dla niej droga powrotu jest już z pewnością zamknięta na zawsze. Przybyła. Powitali ją, jak skarby odzyskane, podawali sobie i odbierali sobie nawzajem. Jej samej serce uderzyło żywiej. Żal jakiś niezmierny mowę jej tamował. Boże, jacyż oni pochyleni, jacy starzy! Pytają o brata . . . Już się domyślają, że go nigdy nie zobaczą, więc łzy za straconym nazawsze wylewają. .. Jak spali jej rodzice tej pierwszej po jej przybyciu nocy? Ona nie spała wcale. Coś ją gniecie i przytłacza. Nie niechęć to, broń Boże, ani brak przywiązania. Ale jacy oni starzy, jacy nieszczęśliwi! . . . Kiedy myśleć o tym zacznie, zrywa się na łóżku, siada i na twarzy czuje płomień gorący. Sama nie wie, jak nazwać to uczucie, którego doświadcza. Nie uczyła się o tym. O, ty Jutrzenko
biedna, gdybyś nie była zapomniała tych prostych nauk, które ci w serce wpajała matka, wiedziałabyś, jak się to uczucie nazywa. Ale ty nie wiesz, bo ty już nic nie wiesz z tego, co stanowiło bogactwo i szczęście twego dzieciństwa... Jak cień przechodziła cały następny dzień. Rada by matkę staruszkę, z trudnością włóczącą nogi, w czymś wyręczyć, ale ta niczego jej się tknąć nie pozwoli. Pieści ją, całuje, ale często odwraca się i łzy ociera. Jest w tym obejściu się matki jakby skarga jakaś rzewna, jakby mówiła temu dziecku, co wczoraj zawitało pod rodzinną strzechę, że to nie dla niego takie zajęcia powszednie. Jakże to boli i drażni córkę. Gdyby chociaż matka zdrowiej i raźniej wyglądała. Ojciec co chwilę wchodzi do pokoju i wpatruje się w nią, a potem drży mu twarz jakoś dziwnie i wysuwa się cicho. Ona przecież wie, że wyjechać znów musi i oni zapewne rozumieją to równie dobrze, ale jak im to powiedzieć? Gdyby była przewidziała taką mękę, nie miałaby chyba siły siebie i ich na nią narażać. Zmierzchać się zaczyna. Już niedługo, a odpocznie. Może sen ulgę jej przyniesie. Jeszcze tylko cały szereg nużących starych zwyczajów, o których nieraz z bratem, w domu jeszcze, z taką niechęcią rozmawiali. Przypomina sobie teraz, ale to już nie niechęć, to trwoga i lęk jakiś chyba... Wszystko wreszcie skończyć się musi. Skończyło się więc i tradycyjne obchodzenie świętego wieczoru. Gwałt, jaki sobie przez cały czas zadawała, wyczerpał jej siły. Przeprasza rodziców, wymawia się utrudzeniem po podróży i prosi, by jej do pokoiku dla niej przeznaczonego odejść pozwolili. Oni śmieliby się jej sprzeciwić? Toż w całym ich obejściu się z nią tyle tylko widać przymusu, że nie wiedzą jak jej pobyt w domu uprzyjemnić. Oni tak małymi ludźmi wobec niej się czują... A przy tym lękają się o jej zdrowie. .. taka wybladla teraz, taka w niczym niepodobna do promyka światła, jakim dawniej była dla oczu ludzkich.
W swoim pokoiku rzuciła się w ubraniu na łóżko. Może w ten sposób prędzej zaśnie; ta noc wczorajsza taka była okropna, taka pełna mar i widziadeł strasznych. Nawet ją, kobietą światłą i trzeźwą, ścigają widziadła pod tym dachem omszałym. Wszak tam daleko wolną była od nich zupełnie. Tu zstąpił na nią niepokój, lek jakiś szczególny. Usnęła. Ale kresu męce, jak się zdaje, nie będzie. Czy to pożar? Te okna takim światłem płonące, te dziwne głosy jakieś! . . . To z czeladnej izby płynie to światło i ta fala głosów ludzkich tak gromkich, takich niesfornych, a takich znanych, takich znanych. . . Całą przeszłość wywołuje z zakątków pamięci ta pieśń szczególna. Słowa dochodzą do niej wyraźnie: Chrystus zmartwychwstan jest,
Nam na przykład dań jest,
Iż mamy zmartwychpowstać ...
Teraz już nie wie, co się z nią dzieje. Omackiem, z wyciągnietemi rękoma idzie ku tej pieśni i staje nareszcie na progu czeladnej, olśniona blaskiem świateł i widokiem tłumu ludzkiego, kluczącego, pokornego, rozśpiewanego... A tam na przedzie ta siwa głowa staruszki kochanej... Z boku wsparty na lasce ojciec, a łzy ciężkie, gorzkie płyną, mu na wąsy białe. Sama czuje, że łzy te muszą być gorzkie, jak skarga. Ta izba umajona. Toż to ona z bratem stroiła ją niegdyś na ten dzień uroczysty . .. Boże, gdzież te czasy!
— Panienka . .. panienka .. . zachorowała — słychać dokoła i w jednej chwili te dwie, troską i wiekiem pobielone głowy są obok niej i podnoszą ją staruszkowie i prowadzą do jej pokoiku dziecinnego, a wypytują co jej się stało, dlaczego nie powiedziała, że przyjdzie. Byliby blisko niej, nie byliby pozwolili, by padła na progu. . . Ona im nie odpowiada. Własnym tylko myślom odpowiada, jedno tylko powtarza zdanie: ja tu zostanę . .. zosranę .. . zostanę .. . Utulona przez tych biedaków dwoje, spoczywa teraz, jak niegdyś, na białych poduszkach ta główka jasnowłosa i śpi, a oddycha tak spokojnie, jak gdyby snu jej strzegły wszystkie dobre duchy tej omszałej strzechy. — Niedaleko na krześle siedzi na straży tego snu ojciec. Płacze i teraz starzec, ale to nie te same łzy, którymi się tak boleśnie skarży! Bogu przed paru godzinami, a tam, w pokoiku obok klęczy kobieta u stóp Chrystusa, który w dniu Zmartwychwstania swojego pozwolił jej dziecięciu powstać z grobu obojętności i oziębłości do życia wiary — dobrych uczynków — pokoju i zadowolenia!"

Mili radiosłuchacze, zanim zostawię was w rozmyślaniu nad tym obrazkiem, mam jedną prośbę do wszystkich, szczególnie zaś do tych, którzy zaniedbali się, albo opuścili się w swoich obowiązkach duchowych. Przypomnijcie sobie czasy dawniejsze. Sumienie wasze spokojne i serce zadowolone. Czemu dziś inaczej? Czy nie można odzyskać zdrowia umysłu, serca i ducha? Można i to takim tanim kosztem. Upokorzyć się i iść do Spowiedzi św. Ty ojcze, który nieraz jesteś pytany przez własne dziecko: "Tato, czemu nie idziecie z nami do kościoła i do Spowiedzi św.?" Porzuć twój nałóg pijaństwa lub zamiłowanie do gemblerki. Wyrzeknij się towarzyszy, którzy z uczciwości się wyśmiewają, z przykazań drwią i Bogu bluznią! Nie masz wyobrażenia jak Bóg ci to wynagrodzi. Staniesz się wzorowym mężem i przykładnym ojcem, dzieci twe błogosławić cię będą. Ty żono i matko, uprzytomnij sobie czym być powinnaś, a czym jesteś? Może cierpienia, krzyżyki i ciężary powołania zniechęciły cię do życia, stałaś się zgryźliwa i złośliwa? Przypomnij sobie czasy dawniejsze, wesołe i szczęśliwsze. Teraz jest czas odpowiedni, aby sobie zwrócić tę szczęśliwość i wesołość. Idźcie do Spowiedzi św. Synowie i córki, wy którzy jesteście przy rodzicach, na wasze szczęście, i wy, którym progi rodzicielskie się sprzykrzyły, rodziców opuściliście, na nieszczęście wasze, przypomnijcież sobie lata w domu spędzone. Spokój, radość i zadowolenie. I dziś tak być może, dziś tak być powinno. Idźcież do Spowiedzi św., przeproście najpierw waszego Boga i pojednajcie się z Nim. Potem przeproście i pojednajcie się z rodzicami waszymi. Wtenczas uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego będzie i zmartwychwstaniem waszym; z pomocą Bożą, odwalicie kamień zniechęcenia i niedbałości, powstaniecie z grobu oziębłości, niepokoju i rozpaczy, do prawdziwego życia światłości, wiary i szczęścia. Wyraz "Alleluja" będzie nie tylko na ustach, lecz w duszy, po wszystkie dni życia waszego.