STAROMODNE I NOWOMODNE - pogadanka o. Justyna z 3.02.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Słuchaczom programu Godziny Różańcowej nie potrzebuję tłumaczyć, że spośród wszystkich narodowości, naszych Polaków i nasze Polki uważałem zawsze i dziś uważam za najzacniejsze i najszlachetniejsze istoty na świecie. Gdzie mamy ojców i mężów pracowitszych, spokojniejszych i bogobojniejszych nad ojców naszych? Gdzie możemy znaleźć matki, dbalsze, wzorowsze, cnotliwsze nad matki-Polki? Jaki naród może poszczycić się młodzieżą zdrowszą, trzeźwiejszą i posłuszniejszą, aniżeli młodzieńcy i panny naszej narodowości? Ja osobiście znaleźć nie mogę. A jednak, szczególnie w ostatnich kilkunastu latach, zmuszeni jesteśmy być świadkami zajść i zdarzeń smutnych i bolesnych. Dziś nie jestem w humorze, aby bawić się wyobraźnią poetyczną. Zmuszony jestem trzymać się szarej rzeczywistości życia ludzkiego, które nie jest ani ideałem, ani dążeniem człowieka szlachetnego. Trudno. Człowiek nie ma skrzydeł, aby bujał po obłokach, ma tylko nogi na to, aby po ziemi chodził. Chodząc zaś po ziemi, trafia na rozmaitości. Ziemia bowiem pokryta jest nie tylko ostami i cierniami. No, zamiast być realistą, zamieniam się w marzyciela-poetę.

Przerywam więc moje myśli i cytuję urywki z pewnego listu z Mount Pleasant, Pa.: "Mam lat siedemnaście. Proszę nie starać się aby mnie nawrócić. Nie uda się to Ojcu Justynowł. Rodzice moi należą do typu starokrajskiego. Dom — fabryka i kościół. Dzieci — praca i modlitwa. Nic więcej nie znają. Mnie się wydaje, że to nie wystarczy. Przecież człowiek żyje - tylko jeden raz. Czemu więc nie wykorzystać czasu? Zresztą czy dziś opłaci się mieć dzieci? Na to, aby potem martwić się o nie? Czy całe moje życie mam pracować, kiedy tak łatwo mogę żyć bez kłopotu? Niech głupcy płacą na moje utrzymanie! Umiem wiele obiecywać, lecz nic im nie dam! W modlitwę dawno przestałam wierzyć. Moi rodzice mogą się modlić za siebie i za mnie, jeśli to im sprawia przyjemność, dla mnie zabawa, taniec, papierosy i "cock-tails", przyjemniejsze. Ja chcę być i jestem "modern" a nie "old-fashioned", jak moja matka. Zresztą na co kto ma się mieszać do mojego życia? Żyć będę - jak mi się podoba, a nie jak chce kto inny. "I am independent and I will show the world." Jeśli jest Bóg, a ja stanę przed Nim, nikt nie będzie za mnie odpowiadał, tylko ja sama. Co użyję to użyję, życie moje jednak musi być prowadzone według, naszych czasów, a nie według pojęcia ojca i matki, którzy wychowani byli w polu i przy stodole, i nie wiedzieli, że człowiek
żyje na to aby użył." — Tu kończę cytatę listu, który szczegółowo opisuje kilka zdarzeń z życia tej chłopczycy polsko-amerykańskiej, i przystępuję do mowy:

STAROMODNE I NOWOMODNE

Maria Czeska-Mączyńska przesuwa przed nami trzy obrazki: "Największem bohaterstwem jest bohaterstwo codziennego życia. Była kobiecina mała, drobna, o pospolitej, miłej twarzyczce. Trzynastu miała chłopaków ta mała kobiecina, czarnookich i czarnowłosych, pełnych życia i zdrowia. Z małej pensji męża trudno było gospodarstwo utrzymać, te wszystkie nogi obuć, żołądki napełnić i książki dać, tym bardziej, że mąż mało się troszczył o dom, a na swoje nocne pielgrzymki potrzebował wiele, troskę zaś o wyżywienie tej całej gromadki pozostawiał mamusi. Ale pani Marylka była to dzielna osoba. Oprócz swoich trzynastu chłopaków miała jeszcze na stancji sześciu obcych studencików, i z jedną służącą pracowały od rana do nocy, by to wszystko nakarmić, oprać i oprasować! Wieczorem nieraz długo paliło się światło, a mamusia pochylona nad robotą cerowała pończochy, łatała koszule! W niedzielę, z całym swoim szwadronem bywała w kościele i ta Msza św. była jedyną chwilą w jej pracowitem życiu, w której wypoczywała naprawdę. A tyle ciszy i dobroci było w jej łagodnej twarzy, tyle prośby gorącej w tych oczach ku ołtarzowi wzniesionych. Czasem smutek łzę z oczu wycisnął, cichą, szybko otartą, by dzieci nie widziały. Ale w tym sercu kobiecem był taki ogrom macierzyńskiej miłości, a w tym czynnym życiu taki nawał pracy, że czasu na smutek nie było. Dzieci wyrosły, na posadę poszły, przy rodzicach był jeszcze chłopiec czternastolatek, mamusia mogła wypocząć. Ale mamusię trzymała siła woli, poczucie obowiązku i z chwilą, gdy ten obowiązek odpadł, mamusia zaczęła gasnąć, zmęczyła się. Wkrótce była już w trumnie. Spała cicha, drobniutka, jak gdyby zdziwiona swoją nagłą bezczynnością, pogodna i spokojna, jak w życiu. I szło za trumną jej trzynastu ukochanych chłopaków i tak płakało, tak po dziecinnemu płakało!

Drugą bohaterką była pewna pani, która budziła we mnie zachwyt z jakimś równoczesnym żalem. Woziła swego sparaliżowanego męża na przechadzkę. Wysoka, smukła, bardzo piękna, chyląca się nad wózkiem wiozącym cień człowieka, żółty szkielet obciągnięty skórą, spod silnych powiek patrzyły na żonę oczy czarne, złe, namiętne, pełne nienawiści do całego świata, a chwilami do niej. Wystarczyło, aby się koc z kolan osunął, by wózek drgnął na wyboistej drodze, czarne oczy rozbłyskały żarem i potok słów gniewnych, zgryźliwych, jadowitych spływał z zaciśniętych zwykle ust. Chyliła się ona wtenczas nad wózkiem, uspokajała, miała na ustach uśmiech dobroci,
i cierpliwości niewyczerpanej, a w oczach wielki smutek, ale i wielką ciszę. Historia tego małżeństwa dziwna. Pan niegdyś bardzo wytworny i piękny, w tydzień po ślubie uległ postępowemu paraliżowi; był to skutek zbyt swobodnego życia. Ciężar jego grzechów mieli teraz dźwigać we dwoje. Ona dorodziców nie wróciła, pozostała przy nim, zarabiała lekcjami
muzyki na nich oboje. O, jakże silna musiała być dusza tej kobiety, jak wielkiem poczucie obowiązku w niej, gdy potrafiła przez dwadzieścia lat dźwigać ten ciężar niedoli. A niedola to była ciężka; wystarczyło gdy kilka minut spóźniła się z lekcji, by nieszczęśliwy chory witał ją gradem wyrzutów, podejrzeń, często nawet wyzwisk ... by potem płakać, przepraszać, po rękach całować i znów szaleć przy pierwszej sposobności. Schorowany, zgorzkniały, pamiętał kobiety tylko takie, jakie spotykał w swojem bujnem życiu kawalerskiem, ćmy i ... Był chory ciałem i duszą, a przy nim więdła niezrozumiana, niedoceniona, najpiękniejsza kobieta. Czy go kochała jeszcze? Czy go mogła kochać? Najprawdopodobniej spełniała tylko raz przyjęty obowiązek, dzieło miłosierdzia. Była nie tylko żywicielką tego chorego; była tkliwą, dobrą siostrą miłosierdzia, zawsze wyrozumiałą i cierpliwą, spełniała przy nim najniższe posługi, była prawdziwą kobietą . . .

Trzecia bohaterka, to praczka. Została wdową z trojgiem dzieci, co grosza zaoszczędzonego było, bo chłop był porządny i pracowity, to poszło na chorobę i pochówek — zostało tych dziecisków troje i nędza, że jak mówią "mur gryź". Kobieta była ambitna i pracowita. — "Nie będę robaków chować na takich nędzarzy, jako my byli, — mawiała — dałam im życie, to i los dać muszę." — Dzieci były zdolne i pracowite, takie, jak ta wyjątkowa matka. W nędznej suterenie, przy słabym świetle lampki naftowej, w tumanach pary, chowało się to na ludzi i — wychowało. Nędzarka potrafiła zaszczepić swoim dzieciom nie tylko miłość wiedzy, poszanowanie cudzej własności, ale i tę siłę, co z człowieka tworzy charakter. Jeden z synów został księdzem, drugi lekarzem, córka nauczycielką, a wychowały ich te dwie ręce matczyne ociekające mydlinami — niestrudzone nigdy ręce! — Przyszła wojna: poznałem bohaterki, co z bronią w ręce z mężczyznami broniły Ojczyzny, ale wierzcie mi: żadna z nich nie wywarła na mnie tak głębokiego i tak dodatniego wrażenia jak tamte trzy!" — Któż z nas, w jednej z tych trzech nie widzi własnej matki? Tej matki, która o sobie, i o wygodach zapomniała, a żyła tylko i wyłącznie dzieci? Tak to typ matki starodawnej i staromodnej!

Siedemnaście wiosen, szczęśliwych i słonecznych, liczyła Józia zdrowa, kwitnąca, pod opieką kochających rodziców. Tatuś pracował, oszczędzał: — dla Józi to — mówił. Mamusia od rana do nocy krzątała się po schludnym domku, nie pozwalając sobie na zasłużony wypoczynek: — dla naszej Józi — powiadała. — Dla kochanej Józi — powtarzali oboje codziennie. Bo Józia była promieniem słonecznym ich lat sędziwych. Od pewnego czasu zaczęła już zarabiać Józia. Była zatrudniona w wielkim domu handlowym. Rano o ósmej, po obfitym śniadaniu, dobrze ubrana w ciepłe sukienki, otulona w futro, śpieszy Józia do pracy. Wraca po południu; obiad już na stole, potrawy smaczne, zdrowe, na środku stołu wazonik świeżych kwiatów — powitanie na progu serdeczne. — Ach, to nasza córka — mówią rodzice. Takiej dziewczyny poszukać! Świeża jak róża, smukła jak lilia, twarzyczka jak jabłuszko! Czym wobec niej te dziewczyny z sąsiedztwa? Blade, wychudzone; sukienki i pończoszki najmodniejsze — a one biedne drętwieją przy każdym podmuchu nieco chłodniejszego wiatru. Twarze sine od mrozu, ale podmalowane; pod pudrem kryją się zwiędłe, wczesnemi zmarszczkami pokryte lica; wargi też zabarwione na czerwono; wszystko dokładnie tak, jak nakazuje moda. Przy tym chuderlaki, z własnej woli wychudzone, by zachować tak zwane linię. Biedaczki, istne męczenniczki w służbie wszechwładnej, bezlitosnej mody! Józia inaczej. A jaka zdrowa! Podczas, gdy jej nieszczęsne koleżanki raz po raz zapadają na grypy i migreny, i z ciemnymi plamami pod oczyma przychodzą do pracy — Józia tych chorób całkiem nie zna. Koleżanki miały również włosy krótko podcięte, fryzurę jak żaki szkolne, nawet karki wygolone, jak u zbrodniarzy, co ich prowadzą pod miecz katowski. — Józia inaczej. Bujne, czarne włosy jak aksamit nosiła długo. Cieszyła się zdrowiem i naturalnością! A jednak — właśnie w przeszłym tygodniu pochowano Józię! Tak. Rzeczywiście pochowano, pogrzebano na cmentarzu, mimo że do niedawna była zdrowiuśka, była jak ryba w wodzie, wesoła jak w powietrzu ptaszyna. Dlaczego więc umarła? kto temu winien? Posłuchajcie! Józia była inną niż wszystkie jej koleżanki, a to się tamtym nie podobało. — Taka ona zacofana, jak jej stara matka — mówiły. Jakie długie i ciężkie nosi sukienki! A zamiast fryzurki chłopięcej — warkocze! Przecież to wszystko ogromnie rażące. Jakże można? Gdzie postęp? Gdzie emancypacja? Hm, nowoczesna panienka! Tak dopowiadały i naśmiewały się z Józi koleżanki, a ona biedna — płonęła ze wstydu. — Jeszcze nic nie stracone -— pocieszały — jesteś młoda, upodobnić się do nas możesz, jeno badaj pilnie najnowsze paryskie mody. Badała. Codziennie przeglądała almanaki najnowszych mód paryskich, szykownych, eleganckich. Przypatrywała się koleżankom w swoim wieku, spotykanym na ulicy. Takie wszystkie smukłe! Twarze pokrywa jakaś bajeczna bladość, nie tak jak jej twarz - pełna jak jabłuszko, rumiana jak wiśnia. — Cóż tedy począć? Jest na wszystko rada. Przede wszystkim pokryła lica białym pudrem. Potem omalowała usta. Koleżanki chwaliły: — Bajecznie wygadasz! Ale ubranie zawsze jeszcze takie niemodne. Sprawiła nowe eleganckie. Warkocze zawadzają. Która zaś z panien dziś w warkoczach pokazuje się na ulicy? Nikt już ich nie lubi, precz z nimi! Józia powraca z salonu piękności. Wiosy ucięte, szyja ogolona. Rodzice własnej córki nie poznali. Ojciec się gniewa, matka ręce załamuje. Na co Józia po raz pierwszy, podniosłym głosem prawi morały rodzicom: - "Wyście jeszcze tacy zacofani. My młode kroczymy wciąż naprzód!" Jeszcze jedno, Józia za tęga. Nie ma linii prostej, smukłej, jak nakazuje moda. I na to jest sposób: dobrowolny i ścisły post, albo raczej długa i głupia głodówka. Na śniadanie -sok owocowy, albo jedna jedyna bułeczka bez masła i jedna szklaneczka herbaty. Nic więcej. Na obiad, wieczerzę — podobnie. Naturalnie wykurzyć trzeba pewną ilość papierosów, bo to pomaga na odchudnięcie. Mamusia mówi trwożliwie i nieśmiało: — Józia już nic nie je. Nic jej nie smakuje. Zachoruje nam pewnie. Józia na to, mędrkuje filozoficznie: — Co znów chce mama? Moda nie pozwala na otyłość. Linia prosta jest hasłem! I ostatecznie — łsię. Chudła w oczach, osiągnęła swoje. Koleżanki nie posiadały się z radości. — Fenomenalnie! Bajecznie! — wołały. Nastała jesień. Mama przygotowała cieplutkie ubranie, grube pończochy, podwójne swetry. Ale Józia wyśmiała się z tego, — Teraz inna moda — rzekła. Ojciec jej tłumaczy: — ale słuchaj, przecie nastaje zima, więc nawet zwierzątka Pan Jezus w cieplejsze futerka przyodziewa. — Zwierzątka nie wiedzą, co to moda, wiec niech się noszą jakkolwiek — odparła nieprzekonana. Druga połowa listopada. — Przeziębisz się, dziecko — lamentuje mama. — To świetnie! — woła rozradowana Józia — małe przeziębienie doskonale się nadaje do schudnięcia. Ostatecznie — Józia istotnie przeziębiła się, rozchorowała. Pewnego poranku nie wstała do pracy: pozostała w łóżku. Lekarz stwierdził zapalenia opłucnej, grożące zapaleniem płuc, początek gruźlicy! — Znów jedna ofiara więcej nowomodnych zapatrywań. Któż policzy te biedne istoty, które dla nieszczęsnej mody poświęcają swe zdrowie, a niekiedy i życie — mówił. — Nie wspomniał o cnocie, która na tym również niemało cierpi. — Lekarz odszedł, ubrany w ciepłe futro, bo wiatr listopadowy hulał po ulicach. Nastały trzy dni okropnych boleści, potem ciężkie konanie — wreszcie przyszła blada śmierć... Na pogrzeb sprawiły koleżanki wielki wieniec. O, gdyby wypisały na nim, że one to stały się powodem przedwczesnego zgonu Józi i okrutnego bólu idących za trumną jej rodziców! — Pochowali Józię, biedną ofiarę mody.

Tak, dziś,liczne są młode i nowomodne ofiary mody! Jednak które z nich chc4 słuchać głosu im przychylnego i życzliwego? Ile z nich zważa na prośby lub na groźby tych, którzy pragną tylko ich szczęścia? Ile upamieta się w czas i zatrzyma się tuż nad przepaścią? A ile zaś kroczy drogą mody, według zasad modnych, według nauki modnej, ku nieszczęściu, ku złamaniu — ku bankructwu fizycznemu i duchowemu!? Nieszczęsne ofiary nowej mody liczą się na legiony. Do tych wołam: "Stań — patrz — słuchaj!" Cierpień sobie zaoszczędzisz, życie przedłużysz, szczęśliwą będziesz!