SZANUJ DARY BOŻE - pogadanka o. Justyna z 10.03.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

W ostatnich trzech miesiącach podróżowałem po rozmaitych osiedlach polskich. Nie czyniłem tego dla rozrywki, lecz z obowiązku. Kosztowało to sporo wysiłku i nieco poświęcenia, czego jednak wcale nie żałuję. Spotykałem bowiem naszych — starszych i młodszych — mężczyzn i młodzieńców, niewiasty i panny, przemawiałem też i do dzieci. Niech wam rozmaici pogrzebowi naszego języka i wiary, prorokują, nie tylko pochmurną, lecz i czarną przyszłość, ja tych źle wróżących znaków nie zauważyłem, chociaż oczy miałem szeroko otwarte i pilnie baczyłem. Owszem, jeśli co, to spostrzegłem pewne obudzenie tak ducha religijnego, jako też i narodowego. Sprawdza się to szczególnie wśród naszej młodzieży. To znak pocieszający, bo w rękach młodzieży spoczywają losy wychodzstwa naszego. Naszym więc miłym obowiązkiem, powinna być jeszcze szczersza i sumienniejsza praca nad urabianiem dusz, serc i umysłów młodego pokolenia. Nie zważać na przeszkody i trudy; nie zniechęcać się walkami i prześladowaniami, lecz śmiało i stale kierować pługiem religijnym i narodowym, i pełną garścią siać ziarna prawdy i cnoty. Nie jest moim zamiarem głosić kazania, jestem jednak pewien, że nikt mi nie będzie miał za złe, że mówię z pełni i ciepłości serca, tym bardziej że to sprawa ogólna i nasza. Raz jeszcze powtarzam, zauważyłem pewne odrodzenie ducha i myśli. W pewnem miasteczku pensylwańskiem przyszły na plebanię, gdzie przebywałem, dwie panienki. Jedna, to sobie taka domowego chowu. Życie i zdrowie aż tryskało od niej. Druga, zmizerniała i schorowana. Uderzyło mnie jednak to, że pierwsza była skwaszona i zachmurzona, a ta druga w czasie rozmowy uśmiechała się, chociaż smutnie, jednak w zadowoleniu. Pomyślałem sobie, warto spędzić z nimi chwil kilka, a będzie temat na przemówienie radiowe. Ta zdrowa mówiła: "Proszę mi powiedzieć co to jest, mam dobrych rodziców, mam wolność i zdrowie, chodzę na tańce i zabawy, palę i pije, a jednak nie jestem zadowolona, ani spokojna. Dlaczego? Miałem jedno słowo odpowiedzi: Przesycenie!" — Ta druga mówiła spokojnie i po cichu: "Ja nikomu nie zazdroszczę, chociaż zdrowie mi nie pozwala na żadne zabawy. Zgadzam się z losem, bo nie wiem czym bym była, gdybym zdrowie miata." — Pomyślałem sobie, jedna ma wszystko co ludzie uważają za niezbędne do szczgścia, a jednak szczęścia nie zna i nie ma, i dary Boże marnuje. Druga, z krzyżem na ramionach, w cierpieniach znajduje pewne zadowolenie i szczęście. Chociaż ukryta, jednak prawdziwa bohaterka. Dzisiejsze przemówienie skierowane jest w sposób szczególny do naszej młodzieży.

SZANUJ DARY BOŻE

Rozpoczynam opowieścią Józefa Kraszewskiego: "Pewien bardzo zacny staruszek, który przepędził młodość z szablą, a późniejszy wiek przy uprawie roli, ciężko raz zaniemógł. W tej słabości uczynił ślub, że jeśli wyzdrowieje, już tylko o Bogu rozmyślać będzie i nauczać maluczkich. Wejrzał Bóg miłosiernym okiem na gorącą jego modlitwę i staruszek odzyskał zdrowie. Dopełniając uczynionego ślubu, wziął staruszek kij w rękę i powędrował od wioski do wioski. Gdzie tylko stanął, gromadził dziatwę około siebie i opowiadał jej różne ciekawe dzieje. Ale przychodziły nań takie dni, że jak się zamyślił, to i cały dzień przesiedział nieruchomy, słowa do nikogo nie mówiąc. Po każdym jednak takiem zachwyceniu wstawał daleko rzeźwiejszy i jakoby upojony szczęściem. Zdarzyło się, że podczas jednego takiego zachwycenia ujrzał się na drugim świecie i wcisnął się nawet do samego nieba. Trafił właśnie na chwilę, kiedy sam Pan Bóg wyprawiał stamtąd młodziuchne duszyczki na pielgrzymkę życia, zawieszał każdej torbeczkę na szyję i błogosławił jej na drogę. Co się tam jednak w tych torbeczkach znajdowało, tego staruszek nie dojrzął, bo oczyma świeżo z ziemi przyniesionymi nie potrafił jeszcze wszystkiego rozeznać. Szczęściem, stojący u drzwi jakiś mąż święty, widząc ciekawość staruszka, zbliżył się do niego i zapytał: — Chcesz zapewne wiedzieć, co się w tych torebkach znajduje? — O, i bardzo! — odpowiedział staruszek. — Wiedz więc — rzekł święty — że żadna duszyczka nie wychodzi stąd bez darów niebieskich, którymi je sam Pan Bóg szczodrą dłonią uposaża, ale wszystkie potem, powracając z ziemi, muszą ze skarbu im powierzonego ścisły zdawać rachunek. — Spojrzyj tylko — dodał po chwili — przez to okienko, przez które widać drogę ziemską i duszyczki po niej idące: co się z tymi niebieskimi torbeczkami dzieje! Staruszek, ponieważ był bardzo ciekawy tego, wychylił głowę przez okienko i patrzył. Gościńcem szły tysiące duszyczek, z torebkami pełnemi na piersiach. Nie rychło rozpatrzył się staruszek w tym tłumie. Ale gdy poszedł powoli okiem za jedną, potem za druga i trzecią duszą, dopiero zauważył, jak się to dary Boże marnują na ziemi. Jedni szli, wesoło śpiewając, i gubili je po ziemi przez nieuwagę: drudzy, upadali i rozsypywali je po ziemi; innym znowu zabiegali drogę filuci i za lada cacko wykpiwali od nich najdroższe zapasy życia; a tylko bardzo mało było takich, którzy donosili do mety to, co im Bóg dał, całe,lub pomnożone. Najczęściej obdarty i nagi przychodził człowiek do kresu pielgrzymki i dopiero u drzwi niebieskich spostrzegł, że próżną niesie torebkę. Byli czasem i tacy, co ochronili całą swa spuściznę, ale gdy przyszło do obrachunku, pytano się ich, czemu z darów Bożych nie korzystali i nie pomnożyli ich pracą. Niektórzy znów zamiast brylantów niebieskich nieśli z powrotem w torebce błoto i piasek. Inni wreszcie mieli ją napełnioną łzami gorzkimi i żalem, ale tych ostatnich Ojciec niebieski przytulał do serca, bo łzy i żal warte były drogich kamieni. — Patrzał się tak staruszek a patrzał; taki to był cudny widok tych ziemskich pielgrzymów w białych z początku sukienkach, które się brukały, prały we łzach, to znów świeciły i znowu czerniały. I byłby tam staruszek nie wiedzieć jak długo patrzał, gdyby go ów święty nie był odciągnął od okienka. Wtem zdało mu się, jakoby się ze snu przebudził, znalazł się bowiem na tym samym kamieniu, na którym usiadł przy drodze. Ale pamięć tego widzenia nie zatarła się w nim przez całe życie. Opowiadał je chętnie drugim, ale i sobie przypominał, z czym on to wyszedł na pielgrzymkę życia i z czym z niej powinien powrócić. Zbierał więc, co utracił, a co zebrał, pomnażał ciągle; toteż gdy przyszedł na końcu drogi do obrachunku, pewnie łzą żalu poczciwą resztki torebki dopełnił!"

Ile mądrości, przestrogi i nauki zawiera ta opowieść dla nas wszystkich. Niech każdy młodzieniec i każda panienka, stawi sobie pytanie: Używam darów Bożych? Czy może nadużywam ich? Daru zdrowia, na przykład! Ile to istot nieszczęśliwych w tej chwili jęczy, narzeka i płacze? Brak im zdrowia. Gruźlica, rak, febra, i inne choróbska, kalectwa straszne i szkaradne. Mimo to, młodzież nasza nie szanuje siebie, lecz naraża się dobrowolnie na utratę daru nad dary — zdrowia. Palenie i picie, zabawy nocne, towarzystwa mocno podejrzliwe, wycieczki automobilowe, no i takie biedne koło, które obraca się bezustannie we dnie i w nocy. bez przestanku, miażdży dusze i ciało bezmyślnej młodzieży. Czy może niejeden lub niejedna, nawet słuchając teraz mojego upomnienia nie musi sobie powiedzieć: Miałem lub miałam kiedyś zdrowie, dziś już go nie mam z winy mojej! Co zaś dalej mówić o tych innych darach Bożych? O szlachetności, wstrzemięźliwości, pracowitości, dobroci, miłosierdziu i tak bez końca. Młodzieży droga, jeszcze czas, aby zaoszczędzić sobie cierpień fizycznych i moralnych, lecz stań i posłuchaj głosu upomnienia i przestrogi. Korzystaj więc póki czas.

Miej jeszcze nieco cierpliwości ze mną. Posłuchaj prawdziwego zdarzenia. "Godzina piąta. Wieczór. Miejscowe fabryki hucza i świszczą — a brzmi to tak mile dla kilku tysięcy uszu robotników, którzy, jak lawa, wybiegają z warsztatów wielkiej frmy samochodowej. Wszystko śpieszy po całodziennej pracy. Jedni wsiadają do czekających specjalnie dla robotników tramwajów; drudzy, mieszkający bliżej, puszczają się do swych domów piechotą — inni wreszcie wpadają do sąsiednich "bat", "tylko na jednego — tylko na jedną szklankę piwa, a zaraz człek ożyje" pomrukując, zapełniają piwiarnie. Na rogu przedjednym z wyszynków — stoi gromadka młodzieńców i z zapałem przekonuje jednego o czymś — a wskazując na drzwi karczmy zaprasza go do wnętrza. — Tylko na jednego — woła ktoś. — Nie mogę, bo nie pije, — a zresztą to jest pierwszy mój zarobek, więc chciałbym jak najprędzej oddać go matusi", usprawiedliwiając się mówił szesnastoletni Janek. Ha! ha! ha! -— zabrzmiał szyderczy śmiech, jakby zdziczałej zgrai. — Matusi — powtarzano głośno. To zmieszało Janka i obraziło go. — Jak śmiesz naruszać to, co mam najświętszego — matkę — i rozgniewany, gotów był wydrzeć mu oczy. Towarzysze jednak złagodzili gniew uczciwego syna, a podstępny i chytry "durniczki" Michał rozpoczął: — Pierwsza to twoja pejda i nie zafundujesz? Przecie każdy z nas nie szczędził napitku przyjaciołom po pierwszej pejdzie. Chodź, wypijem po jednym i pójdziesz do domu. — To wzbudziło fałszywą dumę u Janka i poszedł. Po pierwszej zapłaconej kolejce chciał wyjść, lecz Andrzej, niby to nie chcąc być gorszym, zawołał o drugą. Po długich namowach, nie przyzwyczajony do trunków, a już nieco zaćmiony szklanką. Janek zgodził się. Potem pił, nie opierał się. Kolejki szły jedna za drugą: pijany chłopak pił, a sam płacił za wszystko, wołając: pierwsza pejda, to moje prawo płacić. To trwało do późna w noc. Chłopak nie miał już grosza, więc wesoła gromadka postanowiła pójść do domu. Janek był pijany i nie mógł iść. Gorliwi przyjaciele zawlekli go do domu, gdzie biedna i niecierpliwa matka czekała na swego syna. Położyli go na progu i odeszli. Matka wybiegła, bo hałas gromady pijanych wywołał ją. Co za boleść i żal w sercu postarzałej matki na widok nieprzytomnego dziecka! Z trudnością poprowadziła go do środka i położyła do łóżka. Nic nie mówił, ani słówka, był jak nierozumne stworzenie! Zasnął. Z płaczem uklęka matka przed obrazem Najświętszej Panny, pomodliła się, wzdychając żałośnie, i udała się na spoczynek. Nazajutrz rano budzi Janka do pracy — ten nieprzytomny. Jeszcze większa boleść i zmartwienie. Czym predzej wysyła po lekarza. Byto to zapalenie mózgu. Było potrzeba kompletnego spoczynku. Biedna wdowa z żałości prawie w rozpacz popadła. Wydatki na doktora i lekarstwa, a tu nie ma skąd. Kumoszki z ciekawości odwiedzały ją, patrząc z obrzydzeniem na chorego; niektóre nawet namawiały matkę, aby chorego wypędziła z domu. "Po co", mówiła jedna, "będziecie trzymać takiego gałgana. Ja swego Majka, kiedy sij upił. zaraz żem z domu wypędziła na cztery wiatry. On i tak wnet będzie wam chciał "bort" płacić, i tak z niego korzyści nie będziecie mieli." Chory i słaby Janek, choć przymkniętemi oczyma, słyszał to. Boleści jego były, ale serce bolało go gorzej. W duszy żałował za to i
wypłakał się. Otworzył oczy, popatrzył na swą matkę wzrokiem, który tylko ona zrozumieć mogła. "Nigdy syna mego domu nie wyrzucę", zawołała zrozpaczona i rzuciła się na kolana przy łóżku, ściskając ręce wybladłego dziecka. Minął miesiąc Janek powoli przychodził do zdrowia. Nie mógł
się nadziękować matce za taką miłość i poświęcenie. Po dwóch miesiącach nareszcie był dość silnym, aby powrócić do roboty. Mimo odradzania, mimo prośby matki, poszedł. Po dwóch tygodniach Janek znowu dostał płacę. Dawni jego przyjaciele znów czekali na niego, ale on nie zważał na ich dokuczliwe śmiechy i docinki, tylko śpieszył do matki, której tyle miał do zawdzięczenia. Każdy cencik oddał. "Znowu chcieli mnie skusić, ale nie poszedłem, matusiu", mówił chłopak z zadowoleniem. Janek miał nauczkę na całe życie. Słuchał matki, a nie słuchał namów tych, którzy stali się powodem pierwszego upicia i ciężkiej choroby. Dziś wyrósł, zmężniał, jest trzeźwym i pracowitym człowiekiem. Zdrów na ciele i na umyśle, dzięki — matce!" Gdyby młodzież nasza, tak panny jak młodzieńcy, słuchała rad i przestróg tych, którzy najwięcej o ich dobro i szczęście dbają, o ile przykładniejsza i szczęśliwsza byłaby młodzież nasza. Żal serce ściska, kiedy patrzy się na te miny skwaszone, na te czoła chmurkami niezadowolenia pokryte, na te oczy przepełnione niepokojem, z podełba podejrzliwie i czupurnie patrzące na świat i ludzi. Są to znaki bantu wewnętrznego przeciw wszelkiemu prawu nadprzyrodzonemu i naturalnemu; poznać z tego można niepokój i niezadowolenie. Nie tylko można, lecz trzeba to naprawić. Jak? Zerwać z tym i z tymi, którzy ten nieszczęsny stan na nas sprowadzili. Posłuchać głosu sumienia i rad o nas dbających. Konfesjonał i modlitwa otworzą nam oczy, i zobaczymy gdzie przyjaźń i szczęście, a gdzie też nieprzyjaciele i nieszczęście. Nie odwlekać więc.
Szanować dary Boże.

Niech młodzież też zawsze ma przed oczyma ten fakt, że Bóg nie pozostawia żadnego sprawiedliwego człowieka bez krzyżyków. Nie ma cnoty bez walki, nie ma dobrego dzieła bez przeszkód, nie ma nagrody wiecznej bez cierpienia. Dolegliwości ciała hartują ducha i urabiają cierpliwość, litość, współczucie i cały szereg cnót, o których człowiek w zdrowiu zapomina lub przynajmniej lekceważy. Krzyżykami nie powinniśmy się zniechęcać. Opatrzność Boska nigdy nie pozwoli, aby nas zmiażdżyły. Następujący opis doda nam otuchy wśród cierpień i dolegliwości. Pewien człowiek, który sporo przeszedł i wiele wycierpiał, żalił się przed innymi na niesprawiedliwość Boską i na swoje ciężkie położenie. Pewnego wieczora miał sen czy widzenie. Był w jakiejś ogromnej sali, w której były rozmaite krzyże. Zdawało mu się, że ktoś mówił mu: "wybierz sobie taki krzyż, który wydaje ci się najdogodniejszy". Obchodził więc powoli i uważnie oglądał krzyże. Jeden wydawał mu się za długi, inny za ciężki, trzeci za ostry, i tak nie mógł się zdecydować. Po długim poszukiwaniu i przebieraniu, zdawało mu się, że wreszcie odnalazł swój krzyż, sobie odpowiedni i nie tylko dogodny, lecz najwygodniejszy, tak co się tyczy ciężaru jako też i wielkości. "Ten to naprawdę już mój krzyż." Aż tu patrzy i patrzy, i oniemiał ze zdziwienia, bo wybrał ten sam krzyż, który dotąd nosił. Teraz dopiero zrozumiał, że Pan Bóg chciał nie tylko go zawstydzić i pouczyć, lecz i — pocieszyć!
Kończąc, zwracam się do słuchaczów i słuchaczek z tym upomnieniem, które zarazem jest prośbą: Nie marnujcie darów Bożych!