W GÓRĘ SERCA - pogadanka o. Justyna z 14.04.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Przed kilku tygodniami, będąc w innym mieście, spotkałem
się z młodym księdzem rzymskokatolickim. Widocznie dobry
to i zacny kapłan, lecz niestety, całkowicie zanglizowany. Proszę zauważyć, nie używam słowa zamerykanizowany, tylko
zanglizowany. Już prawie ani słówka po polsku. Wyłącznie po angielsku. Naturalnie, że pierwsze pytanie mi zadane było: "Czy warto jest nalegać aby młodzież nasza zachowała i używała języka polskiego, ponieważ z czasem ten język i tak zaginie?" — Ja też zamiast odpowiedzi stawiłem mu dwa pytania. Pierwsze, Ksiądz ma ogród. W tym ogrodzie pełno ślicznych kwiatków: są tam różyczki, lilijki, bratki, narcyzy, niezapominajki, goździki i bławatki. Ksiądz wie dobrze, że potrwają one tylko miesiąc, dwa lub trzy, czy ksiądz dla tego, sam je zaraz powyrywa lub każe zaorać, lub zezwoli aby je zielsko przydusiło? Nie. Jeśli te kwiatki kocha, dbać o nie będzie, aby trwały jak najdłużej. Sam je wyplewi — zielsko powyrywa, podleje, zbyteczne gałązki poobcina, a cieszyć się będzie z każdego świeżego kwiateczka, nawet z każdego pączka.
Te kwiatki, to nasza mowa, nasze staropolskie zwyczaje i obyczaje. Kwiatki zwiędną, opadną, znikną a jednak dobrzy ludzie o nie dbają i je pielęgnują. Chociażby kiedyś miały zaginąć zwyczaje, obyczaje i mowa nasza, czy to jest powód abyśmy sami i dobrowolnie je zaniedbali lub porzucili? Śmieszne to! Zresztą nasz język i zwyczaje są nie tylko uświęcone wiekowymi tradycjami, lecz skąpane krwią męczeńską! Co zaś krwią ludzką, a do tego niewinną ochrzcone, to nigdy nie zaginie! — Drugie pytanie: Ksiądz wie, że nie tylko umrze, lecz musi umrzeć, czy wiec dlatego, wolno mu zaniedbywać swe zdrowie, czy nie powinien wołać lekarza, albo czy to jest powód aby popełnić samobójstwo, lub dobrowolnie szukać okazji uśmiercenia siebie? Przecież to sprzeciwia się nie tylko przykazaniu Bożemu, prawu naturalnemu, lecz i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu! — Wobec tego zdarzenia i dzisiejszego
ogólnego lekceważenia siebie i spraw naszych, ze strony duchowieństwa, zakonnic nauczycielek, i naszych profesjonalistów, w ostatniej mowie tego sezonu, pragnę słuchaczom i słuchaczkom, dodać otuchy w tej sprawie. Tytuł:

W GÓRĘ SERCA

Przytaczam co pisał G. Morcinek w książce: "Wyrąbany Chodnik." — "Kościół ligocki był wezbrany tłumem. W ławach siedzieli co stateczniejsi gospodarze i górnicy: żony ich strojne w białe, wykrochmalone czepki, i starsze dziewczyny pstrym mrowiem, zasiadły drugi rząd ławek; a za ławami, pod pawlaczem, i przed ołtarzem, czerniła się gęstwa roboczego ludu, jarzyły płowe czupryny dzieci, barwiły niedzielne stroje dziewczyn. Spod zgarniętych brwi chłopów i robotników patrzyły zimne, szare oczy, na twarzach, pokreślonych w bruzdy, tężało skupienie zamyślenie, a serca gorzały utajonym płomieniem. Czekali wszyscy księdza proboszcza, skoro na ambonę wyjdzie i słowem Bożem zwycięstwo ich ogłosi. Teraz starowina ksiądz proboszcz w kruchcie ornat zdejmuje, a ręce mu się trzęsą, serce zaś dygoce ze wzruszenia. Został w białej korakli, jedwabistym sznurem przepasanej. Kościelny Witoszek, stułę zawiesza mu na ramiona, a jeden jej koniec z haftowanym krzyżem pod stare usta proboszczowe podnosi. Całują usta haftowany krzyż na stulę, a serce dygoce ze wzruszenia. Wyszedł. Podniosły się oczy na schyloną postać, wspierają z miłością jego znużone nogi, na ambonę prowadzą. Na ambonie złoconej, ponad głowy wyniesionej, rozsrebrzyły się siwe włosy proboszczowe, rozgorzały modre oczy dobrocią. Ukląkł, zakrył twarz białymi dłońmi i jął się w głos modlić, a ludzie mu odpowiadali. Potem odczytał ewangelię świętego Marka, rozdział 8, wiersz l — 9, o nasyceniu czterech tysięcy mężów. Powiódł oczyma po tłumie. W kościele odezwały się chrząkania, pokaszliwania, głośne wycieranie nosów i szeleszczące poprawiania się w ławach, wszystko po to, by wygodniej słuchać kazania. Wiedzieli, że kazanie będzie dzisiaj wielkie, niezwykłe, że ich ksiądz proboszcz, który sam na swych parafian wpływał i prosił, i zaklinał, by głos na swojego posła oddali, nie omieszka podzielić się wspólną radością ze wszystkimi, że kazanie dzisiejsze nie będzie się składało z dobieranych słówek, lecz szczere, prawdziwe, z serca dyktowane. Uciszyło się. A wtedy z ambony przyszły słowa łagodne, ciche, spokojne, jak uśmiech dziecka. "Żal mi ludu, iż oto już trzy dni trwają przy mnie, a nie mają, co by jedli." Najdrożsi Bracia i Siostry w Chrystusie! — Jako to słońce niebieskie, które Bóg w swej łaskawości na te ziemię ściele, jako ta radość przeogromna, która na jego widok w każdej duszy zakwita — bo raduje się człowiek mającym nadejść urodzajnym żniwom — tak i wasze zwycięstwo czwartkowe, bracia i siostry, niechaj będzie dzisiaj dla was, jak ono słonko, co mroki waszego zwątpienia precz odeżnie, a serca wasze stroskane uradowaniem po brzegi napełni, w przecudne kwiecie zamieni, w nadzieje źrałych żniw przeistoczy. "Żal Mi ludu, iż oto już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co by jedli." — I spojrzał Pan na lud swój w nieogarnionej dobroci, ulitował się nad nami biednymi i wzgardzonymi przez możnych tego świata. Bo jako tamci mężowie na pustyni głodni byli, tak i my głodni byliśmy, głodny byłeś, bracie Ślązaku i głodna byłaś, siostro Ślązaczko, głodna tego chleba, którego dusze wasze łakną. Głodni byliśmy sprawiedliwości dziejowej. "Rozmnożyli się nad włosy głowy mojej ci, którzy mię nienawidzą bez przyczyny. Zmogli się, nieprzyjaciele moi, którzy mię przesladują niesprawiedliwie. - Ach, chcieli bym stał się obcym dla braci mojej, cudzym dla synów matki mojej." Ileż to razy wyrywały się nam z duszy słowa psalmisty, ileż razy zwątpienie czarne ogarniało serca nasze, widząc się zewsząd otoczeni morzem nieprawości i wrogiej przemocy.

- Dobrze mówi nasz księżoszek — myśleli ludzie, słuchający z zapartym dechem proboszczowych słów. Nie były już one uśmiechnięte, zgasnął w nich uśmiech łagodności, co potrafi zło przebaczać. Stopniowo nabrzmiewały goryczą, pęczniały bólem, szły, jak łkająca skarga małej sieroty, której się krzywda niesłuszna dzieje, a politowania próżno u ludzi czeka. Zwierały się szczeki u chłopów i górników, jak wtenczas, gdy w ludzkiem sercu, gniew powoli się budzi, powlekały się oczy szarym mrozem, wspomnienie doznawanych krzywd rozpaloną smołą kapało w niezagojone rany. A tymczasem w proboszczowych oczach rozżegały się płomienie, zmarszczona twarz ożywiała, a słowa jego szły coraz większe, rosły, olbrzymiały, jak pożar: "rozwścieczone bałwany - zawieruchy germańskiej biją w wątłe przyciesie domostwa naszego, rozpętała się siła, ta siła, co przed prawem idzie, siła plugawa za poszeptem diabelskim zrodzona, rozpętała się nad wszelkie serca ludzkiego zrozumienia, by węgły ojcowizny naszej podważyć, by serca nasze polskie z piersi wyrwać, by języka zapomnieć, naszej Matki najmilszej, Polski, po wiekuiste czasy się wyrzec, by pamięci nie stało, że na piastowskiej ziemi piastowy lud włodarzył, ten sam lud, co pod Legnicą Europę chrześcijańską swoją piersią bronił, ten sam lud, co wrogów swej Macierzy na Psiem Polu z pomocą Boga poraził — zniszczyć nas pragnie, wytępić, wszelki ślad zatrzeć, jak uczynił z naszymi braćmi Słowianami w zaraniu wieków nad Łabą i Odrą! Przychodzi ten wróg odwieczny, jak ten szatan, co kąkol w noc ciemną w zboże siał. I w serca nasze i naszych dzieci sieje swój kąkol, truje swym jadem plugawym, odszczepieństwa od mowy swych przodków uczy, serca kazi pokusą judaszowskiej zapłaty. Przychodzi ten wróg odwieczny na ziemię naszą i braci naszych na poniewierkę wygania, z ojcowizny wyzuwa, dumny, odęty pychą szatańską, pieniący się złością." Załamał się głos siwego księdza. Dobiegł do najwyższego napięcia, uderzył ostatkiem siły, jak miot w dzwoniący spiż i załamał się. Brakło już serca na pomieszczenie goryczy. Stanęły przed oczyma zebranych wizerunki ubiegłych chwil, w których rozszalała się burza germańska. Patrzyły oczy zebranych po raz wtóry na chwile własnej udręki, jaką im zgotował żelazny kanclerz Bismarck, po raz wtóry posłyszeli jego słowa, pisane do swej siostry w roku 1861! — "Bijcie Polaków — pisał — ażeby aż o życiu zwątpili. Jeśli my chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić — "ausrotten" jak się wyraził. Tak. "Ausrotten!" Przyszły do nich wspomnienia walki kulturalnej, rozpoczętej od roku 1871, niemczenie szkół polskich, katowanie dzieci polskich, sięganie drapieżnej ręki po język polski w nauczaniu religii, w śpiewie kościelnym i w samym kościele, rugi Polaków w roku 1886, kiedy to 40 tysięcy braci wydalono z granic Górnego Śląska i Poznańskiego, aresztowania, kary, szykany w kopalniach i w hutach, wykoślawianie nazwisk w metrykach. Boże! Któżby to zliczył? — Lecz przypomniały się i księdza Damrota słowa, kiedy je napisał, gdy przyszła wieść, że uchwalono sto milionów marek na wywłaszczenie chłopa polskiego.
Sto milionów marek to nie fraszka. Można wykupić województwo całe. Lecz walka z ludem polskim nie igraszka. Aby go zniemczyć — i Niemcy za małe!
Tak, aby zniszczyć — i Niemcy za małe. I chociaż rugi powtórzyły się w roku 1898, nie złamali nas dotychczas. Lecz czy i nadal wydzierżymy? Boże, czy i nadal wydzierżymy? Serca nasze płakały: — skarżyły się słowa z ambony — serca nasze płakały: "Panie, jak mnodzy są ci, co mię cisną! Siła ich powstała przeciwko mnie. A mnóstwo jest tych, co mówią o mnie: Nie masz dlań ratunku w Bogu jego! — Lud nasz śląski, to jak ten Łazarz biedny, przez trzy dni w grobie złożony, kamieniem ciężkim przywalony, nie mający już nigdy powstać. A przyszedł Pan i kamień odwalić kazał i w ciemny grobowiec wstąpił i Łazarza wskrzesił. I Łazarz wstał, spętany powijakami, jako go w grób włożono umarłego. Wskrzesił nas Pan, nie pozwolił pozostać w ciemnicy grobu. A teraz tamte powijaki rozwiązujem, jeden po drugim, i precz odrzucamy, aby wstać i wyjść z ciemnicy na światło Boże. Lud nasz śląski — jako ta ruda twarda, skamieniała, którą ty bracie hutniku, na pożyteczny metal przetapiasz. I jako to dzisiaj czynisz, tak przyjdzie czas, że i swoje serce przetopisz do ostatka w ogniu umiłowania Ojczyzny swojej na szlachetny metal dzwoniący, z którego trzeba nam będzie jakoby miecze ukuć, wtedy, gdy przyjdzie ostatni znak Boży. A znak Boży zbliża się, o bracia moi! Lud nasz śląski — jako ta ziemia nasza, którą ty rolniku, bracie mój, pod przyszłe ziarno w trudzie uprawiasz. W mozole szarego dnia krajesz jej skiby pługiem myśli o Matce-Polsce, na przyjęcie ziarna przysposabiasz, a ziarno pszenne, które na nią padnie, rozpleni się, o bracie mój, w szumne łany złociste . . . "Ległem do snu i spałem twardo: i wstałem żyw, bo Pan mię ochraniał!" - śpiewa psalmista. I myśmy legli do snu i spaliśmy twardo. Dziś wstajemy żywi, bo Pan nas ochrania. Zdobyłeś się, bracie, na odwagę śmiałego spojrzenia w zbójeckie oczy swojego wroga, nie ulękłeś się jego gniewu srogiego, i wybrałeś pięciu posłów swoich wbrew jego przewidywaniom i pogróżkom. Pójdą twoi wybrańcy do Berlina, by razem z braćmi z Poznańskiego bronić twoich praw do życia, domagać się sprawiedliwości, całemu światu głosić twoją krzywdę i pohańbienie. Chwała ci za to i ty górniku, i ty hutniku i ty chłopie śląski, bracia wy moi najmilsi! Chwała i tobie matko-Ślązaczko, i tobie dziewczę śląskie, co w sercach swoich nie pozwolicie przygasnąć płomieniowi świętemu, a którym się serce twojego syna czy męża czy narzeczonego do umiłowania swej Macierzy rozpala! "Często uderzali na mnie, - woła psalmista — uderzali od młodości mojej. a przecież nie zmogli mię. Na grzbiecie moim młotami bili grzesznicy, długo wywierali złość swoją! Ale Pan sprawiedliwy połamał karki grzesznikom!" Tak, o bracia moi, i siostry moje! A przecież dotychczas nie zmogli nas! I nie zmogą! Wasze zwycięstwo, to znak Boży — jakom już powiedział — że ulitował się Pan nad nami i żal Mu nas było, bo od wieków serca nasze trwają przy Nim, a nie miały co jeść! Wasze zwycięstwo, to znak Boży, mocą którego budzi się rycerstwo Świętej Jadwigi, od wieków śpiące w czeluściach śląskich kopalń. I wasze zwycięstwo — to znak Boży, że przyjdzie czas, iż Pan sprawiedliwy połamie karki grzesznikom, co już tak długo wywierają złość na nas i nasze dzieci! To znak Boży, wypowiadający się w słowach szlachetnego Niemca, biskupa Bogadeina, kiedy oświadczył, że pragnie pozostać obywatelem niemieckim, bo jest zupełnie przekonanym o przyszłym odbudowaniu Polski i nie czuje w sobie powołania być czynnym świadkiem boleści rodzenia się, odnawiającego się narodu polskiego. I ten ci znak Boży, o patrzcie, bracia i siostry, na ołtarz, ten ci znak Boży w tamtej glorii słonecznej, co w tej chwili promieniami swymi złoci godło naszej Ojczyzny!" I wskazał dłonią na ołtarz, gdzie u szczytu jarzył się srebrem orzeł polski, uchodzący u władz niemieckich za symbol Ducha Świętego. Podniosły się oczy ludu pod malowany strop. Dojrzały rozpiętego orła białego na najwyższym gzymsie ołtarza, zawsze w mrokach przebywającego, a teraz oświetlonego zabłąkaną smugą promieni słonecznych. Cisza się stała wielka w kościele, taka przelękniona cisza, że nic nie było słychać, jeno te głębokie westchnienia, idące jak szum kłosów na wietrze, a gdzieniegdzie głośne chlipanie w tłumie kobiet. Proboszcz zaś stał siwy, nachylony, z wyciągnietem ramieniem ku ołtarzowi, w krasie słonecznego światła, ujmującego głowę jego w jaśniejące kolisko, jak na świętym obrazku.

A gdy znużone ramię opadło powoli, zwrócił się znowu do swego ludu i tak mówi. "Módlmy się, o bracia i siostry w Chrystusie, by Pan Bóg zastępów, wywiódł nas z niewoli babilońskiej i poprowadził do Jeruzalem naszego, do wolnej Macierzy naszej! Módlmy się, o bracia i siostry najmilsze "by wrogi nasze, co opadły nas zewsząd jako pszczoły, zapłonęły jako ogień w cierniu, byśmy mogli kiedyś powiedzieć: ja w imię Pańskie pomściłem się za nimi! Zbaw lud Twój, Panie, a błogosław dziedzictwu Twojemu: i rządź nimi i wywyższaj ich aż na wieki wieków. Amen." Amen, odpowiedziało echo z ostatnich wnęk i zapadło w cisze. "Panbóg zapłać" zaszemrał lud w podzięce i ucichł, zasłuchany jeszcze w wspomnienia słyszanych słów Bożych, jak górnik, gdy w zwisający obwał węgla uderzy i słucha. Pochyliły się głowy w modlitwie. Stary proboszcz zszedł z ambony, suwając dłonią po poręczy, przesunął się pomiędzy tłumem dzieci i zniknął w chłodnym cieniu kruchty. W kościele podniósł się rumor, stukot splatanych kroków skłębił się w ciszy, ludzie wstawali z klęczek i jęli się garnać do głównych dźwierzy, rzeka ich wynurzyła się powoli na przykościelne podwórze, rozrzedzała w słońcu, na drogę wyciekała. Ulgę wynosili ludzie w swych sercach na słońce, a każdy miał w sobie proboszczowe słowa, jak garść najpiękniejszej pszenicy w dłoni. I jako rolnik radujący się złocistemu ziarnu, przesypuje je z dłoni do dłoni i pod światło patrzy, i uśmiecha bezwolnie, gdy widzi, że słońce łuszczy się złotymi plewami na ziarnach, tak i ludzie, przystanąwszy w gromady radowali się tamtymi świętymi słowami, przesypywali je sobie ze serca do serca, sycili ich dźwiękiem, poili ich słonecznością. Szli teraz wszyscy jeden obok drugiego, już nie wiele mówiący. Każdy Z nich myślał o tym samym: o słyszanym kazaniu. Lecz każdy na swój sposób. Jeden przechodził w myślach tamtą litanię krzywd, jakie spotkały Górnoślązaka od niepamiętnych czasów, zaciskał zęby, przełykał ślinę, wydymającą się żłócią, i myślał. A myśli były podobne do ciemnych chmurzysk, idących w ciemnej nocy po niebie. Inny rozpamiętywał widok proboszcza na ambonie, gdy słońce jego siwe włosy złocistym kręgiem złociło, jego oczy widział i ramię, wyciągnięte w kierunku białego orła na ołtarzowym gzymsie, a równocześnie lęk go zdejmował, gdy pomyślał że władze nie podarują mu tamtego kazania. "Zamkną nieboka do haresztu i tela bydzie mioł, borek ksieżoszek!" martwił się. Inny zaś w duszy swej był podobny do zaognionej rany, którą niebacznie palcem uraził. Wzbierała w nim zaciekłość, bo mu przypomniano krzywdy niesłuszne. Jedno jedyne zdanie uchwycił w całości i powtarzał bezwiednie: — "a ja w imię Pańskie pomściłem się za nimi". — Podziwejcie się, chłopi — odezwał się wreszcie jeden, wskazując ręką na dolinę — co ludzie z tej ziemi uczynili. — To zrobił człowiek ze ziemią, a — podobnie chcą uczynić Niemcy z nami. — Wiecie — żebychmy byli tacy sami potulni, jak tamta ziemia, co se pozwoli ze sobą nagrować — żebychmy im dawali swoje zdrowie i swoje siły i wszystko — żebychmy żyli, jak te otroki, bici, katowani . . . Nie doczekają, rzucił jeden hardo. — Ale tego się nie doczekają, dodał drugi. — Jak żyw nigdy - dorzucił trzeci. Podali sobie dłonie, powiedzieli: — Z Panem Bogiem." —
— Te opowiastkę, proszę sobie spamiętać - często do niej powracać.