WALKA KLAS - pogadanka o. Justyna z 17.12.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

W całej histori świata nie było tak ogólnego niepokoju i niezadowolenia, jak w tym dwudziestym wieku. Do czasów naszych, ludność jakiego poszczególnego kraju cierpiała i płakała; czasami też obywatele kilku lub kilkunastu państw mieli ciężkie i trudne przejścia; jednakże, świat nigdy nie przedstawiał tak smutnego i przerażającego obrazu, jak dziś. Gdzie okiem rzucicie, wszędzie wre i gotuje się; nędza i bieda nie zna granic państwowych; bezrobocie i kryzysy zarzuciły pomost nad mieszkańcami krajów: podejrzliwość i nieufność zagnieździły się w umysłach ludzkich; nienawiść i niechęć wżarły się w serca ludzkie, a duszami ludzkimi rzuca i miota na wsze strony, chęć jakiejś zemsty krwiożerczej, niegodnej istoty rozumnej i wolnej. W tej chwili przed oczyma moimi przesuwa się wspaniałe, lecz zarówno przerażające widowisko. Płynie równo i spokojnie po wodach zatoki Neapolitańskiej olbrzymi okręt transatlantycki. Stoję na pokładzie, i zadumany patrzę na ten cudowny widok. Powoli podnoszę oczy i wzrok kieruję na majestatyczny Wezuwiusz. Widok przeraża mię. Otóż kłęby czarnego i gęstego dymu unoszą się ciężko i leniwie nad otwartą paszczą historycznego zbrodniarza, który tyle zniszczył i życia i mienia; od czasu do czasu z potwornej paszczy rzucają się ogniste płomienie, którym towarzyszą długie i złowrogie grzmoty podziemne. Przypominam sobie prorocze słowa św. Franciszka Salezego, który przemawiając do leniwych i obojętnych Neapolitańczyków, wolał: Pewnego poranka, świat się zbudzi, i powie: tu wczoraj był Neapol. Zaprawdę, że świat dzisiejszy to prawdziwy Wezuwiusz. W umysłach ludzkich kotłuje się i kipi. Ludzkość, zerwawszy łańcuch Boży, odrzuciwszy wiarę w Boga, pozbyła się zasad i fundamentów, bez których szczęścia nie znajduje i nigdy nie znajdzie. Nad ludzkością więc chmury czarnych niezadowoleń, a dosyć często i gęsto daje się słyszeć groźba przewrotu i krwawych zamiarów. Tak świadczą liczne listy nam nadsyłane, w których jak w zwierciadle, widzimy dzieje i przejścia dusz ludzkich. Przeczytam Wam jeden tylko.

Październik 31, 1933.

Wielebny Ojcze Justynie:
Proszę mi odpowiedzieć w najbliższą niedzielę jaką bronią robotnik ma walczyć o polepszenie bytu, przeciw nas gnębiących kapitalistów milionerów? Bo do tego czasu, ani modły ni różańce, ani unie lokalne, ni Federacja Pracy, ani N. R. A., dla robotnika nic nie uczyniła. Moim zdaniem, czy by nie było najlepiej zorganizować wszystkich robotników w centralę robotniczą, która już istnieje i z czerwonym sztandarem ruszyć na wroga jak w Rosji zrobili. Bo inakszego wyjścia nie ma, a po skończonej rzezi, wziąść różaniec do ręki i podziękować Bcgu za odniesione zwycięstwo.
Rasputin z Detroit, Mich.

Mili Radiosłuchacze:
Tak myśli dziś nie jeden, lecz tysiące. Cóżby jednak był za skutek, gdyby nastąpił krwawy przewrót obecnego ustroju gospodarczego i społecznego? Ucierpieliby nie tylko ci, którzy opływają w dobra doczesne, majątki i bogactwa, lecz dziś biedni popadliby w ostatnią i skrajną nędzę, a najlepszym dowodem tego dzisiejsze położenie chłopa rosyjskiego; ponieważ jak piszą dzienniki europejskie, w obecnie kończącym się roku, z głodu zginęło tam przeszło cztery miliony ludności.

WALKA KLAS

Walka klas to nic nowego. Już w starym testamencie miała miejsce, jak opisuje nam druga księga Ezdrasza w rozdziale szóstym: Żydzi powrócili z niewoli babilońskiej. Ojczysty kraj był zniszczony. Naród zabrał się do odbudowy kraju, a szczególnie Jerozolimy. Bieda i niedostatek na każdym kroku. Ciężka praca i poświęcenie czekało Żydów. Chociaż z początku z zapałem zabrano się do pracy, z czasem mała gromadka wybiła się na czoło, która zagrabiła majątki i gospodarstwa, oraz zaczęła gnębić masy i wykorzystywać biednych. Zamożni wzbogacali się z dnia na dzień, a biedni w międzyczasie jeszcze biedniejszymi się stawali. I rozpoczął się bunt brata przeciw bratu. Jedni wołali: "synów naszych i córek naszych jest bardzo wiele; nabierzmy za zapłatę ich zboża, a jedzmy i żyjmy", drudzy mówili: "Pola nasze i winnice nasze i domy nasze pozastawiamy, a nabierzmy zboża w głodzie." Inni znów: "Pożyczmy pieniędzy na podatki królewskie, a damy pola nasze i winnice." - W tak rozpaczliwych stosunkach, Ezdrasz rozgniewał się bardzo, zwołał wszystkich bogatych i biednych, a wysłuchawszy skargi i żale tłumu, tak mówił do bogatych: "A więc każdy z was lichwę wyciągacie od braci waszych? Wy sprzedawać będziecie braci waszych, a my odkupywać ich będziem? Niedobra to rzecz, którą czynicie! Czemu nie w bojaźni Boga naszego chodzicie, aby nam nie urągali poganie? Wróćcie im (ubogim) dziś pola ich i winnice ich, i olewnice ich, i domy ich! I owszem, i setną część pieniędzy, zboże i oliwy, którąście zwykli od nich wyciągać, dajcie za nie." — Bogacze zatrwożeni rozpaczą i błaganiem tłumu, oraz wzruszeni prośbą Ezdrasza, rzekli: "Wrócimy, a nic od nich wyciągać nie bedziemy".

— Czasy nasze, to odbitka wyraźna owych czasów biblijnych. Masowe bezrobocie, które powoduje zaburzenia w umysłach, a niepokój i gorycz w sercach. Bezrobocie, którego źródłem jest dotychczasowy błędny system kapitalistyczny, wynaleziony i podtrzymywany przez klikę, którym ten system wypakował kiebzę, ze szkodą i ukrzywdzeniem robotników, często nawet wdów i sierot. Nieodpowiednie wynagrodzenie i głodowe zapłaty; zamrożone cenciki biednych i najbiedniejszych: skonfiskowane domy; najrozmaitsze naciągania sławnych, a pozornie wybitnych i wpływowych przywódców w dziedzinie finansów, wskazuje na dwie rzeczy: po pierwsze na egoistyczny i samolubny system, sławetnej naszej cywilizacji, słusznie nazwanej przez Ernesta Hello "budową na piaskach ruchomych". Po drugie, stwierdza to, co już czterdzieści lat temu pisał nieśmiertelny Leon XIII, słusznie przezwany "obrońcą robotnika": "Najpierw trzeba wskrzesić obyczaje chrześcijańskie, ponieważ bez nich nie na wiele zdadzą się wynalazki roztropności ludzkiej." — Dobrze nam mówić o zgodzie wśród klas społecznych w czasie dobrobytu. Mam ja tu na myśli tylko dwie klasy: bogatych pracodawców i biednych robotników! Do klasy robotniczej zaliczam: rolnika, wyrobnika, urzędnika, rękodzielnika, oraz tak zwanego profesjonalistę, bądź to lekarza, adwokata, dentystę, aptekarza, itd. Bo chrześcijańskie pojęcie społeczeństwa, przyrównać możemy do organizmu ludzkiego, o którym trafnie pisze Św. Paweł Apostoł: "Acz wiele członków, lecz jedno ciało." Bez pomocy i współpracy ludzkiej, człowiek w pojedynkę żyć nie może. Współpraca i pomoc wyklucza walkę klasową. Tak farmer, nie może dać sobie rady bez robotnika, lekarza, adwokata lub sędziego. Robotnik nie mógłby żyć bez farmera, kupca, inżyniera itd. Lekarz umarłby z głodu bez robotnika, przemysłowca itp. Czym jest głowa, ręka, rozum, noga dla ciała, tym są rozmaite zawody w społeczeństwie. Nie myślcie, że twierdząc tak, mam jakieś zapatrywania socjalistyczne, które w dziewiętnastym wieku głosił międzynarodowy działacz niemiecko-żydowski Marks! Jego hasło było: Za pomocą gwałtu wywrócić cały porządek i ustrój tak państwowy, jak i religijny, a na zgliszczach i gruzach dawniejszego systemu wybudować nowy porządek! Ja twierdzę, że obecny ustrój jest wadliwy, nierozumny i niesprawiedliwy, który powoduje nieodpowiednie zarobki; dlatego złe są warunki klasy robotniczej, nie tylko złe, lecz rozpaczliwe, że robotnik ma prawo, w sposób legalny, spokojny, upominać się o prawa słusznie mu się należące. I raz jeszcze powracam do Leona XIII który pisał: "Bądź co bądź na to godzą się wszyscy, iż warstwom najniższym trzeba podać pomoc rychłą, a skuteczną, gdyż wskutek nieszczęśliwych stosunków, niezliczona liczba ludzi wiedzie żywot istotnie uciśniony i niegodny człowieka. W miarę zaś jak ustawy i urządzenia publiczne wyzbywały się ducha chrześcijańskiego, rękodzielnicy szli na pastwę nieludzkich kapitalistów i współzawodników niepohamowanych w chciwości. Stosunki pogorszyła nienasycona lichwa, potępiona niejednokrotnie wyrokiem Kościoła, zawsze ta sama lubo coraz pod inną występująca postacią, przynosi nieprawne dochody ludziom żądnym zysku. Produkcja i handel stały się niemal monopolem niewielu, a w ten sposób garstka bogaczów nałożyła jarzmo prawie niewolnicze stanowi pracującemu." Tak pisał Leon XIII w roku 1891 — cóżby mówił, gdyby żył w czasach obecnych? Rozumiem że dziś krążą pomiędzy masami pewni krętacze i wywrotowcy, którzy otwarcie namawiają do zbrojnego powstania, grając na strunach namiętności i nienawiści ludzkiej. To są blagierzy, którzy wszystko obiecują, a nic nie dadzą... To są kruki żerujące nieuczciwie na masach robotniczych, na ich kieszeniach, często nawet na ich trupach! Od takich czym dalej to lepiej, spokojniej i zdrowiej!

Powtarzam, w dzisiejszej przemowie mam na myśli tylko dwie klasy: bogatych i ubogich! — Póki ten robotnik miał pracę, dążył codziennie do miejsca zatrudnienia, zadowolony z życia i z tego co mu życie dawało, pod wrażeniem że takie stosunki trwać zawsze będą. Aż tu nagle, przed czterema latami, powiedziano mu: Siedź w domu, pracy nie ma. Tak mu powiedział fabrykant! Po niedługim czasie, bank w którym miał swe kilkunastoletnie i krwawo nieraz zapracowane pieniądze, zamknął z trzaskiem swe podwoje i bankier, powiedział mu: chłopie, nie masz po co więcej przychodzić, przepadły twoje oszczędności! Wreszcie nadszedł morgecista, który temu samemu chłopu zaśpiewał marsz ponury i żałobny: Wynoś się chłopie z chałupy, bo sumy i procentów spłacać nie możesz! I tak ten biedak został bez pracy, bez oszczędności, bez dachu nad głową, nieraz bez — chleba powszedniego! — Ten chłopek oczyma przez łzy zamglonymi patrzył i widział, postać żony ukochanej, która nieomal, że w oczach schła; widział dzieci obdarte i głodne, często niemowlęta z braku mleka i odpowiedniego odżywiania powoli konające. Jeśli szczęśliwy uszedł tego nieszczęścia, czytał w gazetach o takich licznych wypadkach.

Pozwolę sobie przytoczyć jeden z takich smutnych obrazków, według prasy detroickiej. Mieszkańcy z Trenton ulicy i okolicy są mocno oburzeni na los, jaki spotkał Zofię Bury. Mąż jej Wincenty, od kilku już lat przebywa w szpitalu Eloise, będąc nieuleczalnie chorym. W domu pozostało czworo dzieci: Stanisława, lat 18; Czesława, lat 13; Wanda, lat 10; oraz Floren-tyna, lat 4. Burowie nabyli w roku 1928 dwupiętrowy dom za $13,000. Zdołali przez cały czas spłacić $8,056. Skutkiem jednak choroby męża i ojca, jako też skutkiem depresji, rodzina nie była w stanie regularnie spłacać długu, ciążącego na domu. Dług ten razem z procentami obliczono na $6,209. Przejemca jednego z zamkniętych banków detroickich stanowczo zażądał spłaty długu i wniósł sprawę do sądu. Pani Bury, nie widząc innego ratunku, udała się do biura rządowej korporacji, udzielającej pożyczek właścicielom zagrożonych domów. Jej prośba została też przez wspomniane biuro zatwierdzona i przyjęta, i urzędnicy biura rządowego w dniu 23-go listopada b. r., zawiadomili przejemcę zamkniętego banku, żądającego spłaty długu, że korporacja "Home Owners Loan", zakupi całą hipotekę. Na nieszczęście list ten nie poskutkował, gdyż dnia następnego przybył konstabel z pomocnikami, zabrał biednej rodzinie dom, stanowiący dorobek całego życia, wyrzucił meble z domu i kazał matce i dzieciom wynosić się na ulicę! Płakać się chce, czytając podobne wypadki.
Począł więc chłop myśleć i zastanawiać się nad niedolą swoją i ogólną. Ci zaś którym Bóg dał o wiele więcej, którzy powinni być opiekunami i stróżami biednych i nieszczęśliwych, wzruszali ramionami, i mawiali: "Cóż tam mnie drudzy obchodzą." Ich synowie i córki szukając za tytułami milionowe majątki poza granicę wywozili i tam przepuszczali. Wytworne życie, bogate pałace, cesarskie przyjęcia, królewskie uczty! Nadużywanie tych darów Bożych, z których braku ginęli inni! Na konie, na psy i na koty były i są pieniądze; na chleb dla biednych nie ma ich. Z jednej strony lały się wódki, wina i szampany, z drugiej strugami płynęły ciepłe i gorzkie łzy z głodu przymierających! I ci i tacy, myślą że surowej sprawiedliwości Bożej unikną!

Niech wam, mili radiosłuchacze, przytoczę jedną z naszych polskich legend:
Przed wielu laty mieszkał pod Kościanem w spokojnej, cichej okolicy szczodrowskiej pewien bogaty, ale bardzo skąpy i zły młynarz. Nikt nie usłyszał z ust jego dobrego słowa, nikogo nie wsparł w biedzie, z nikim się nie kumał, a z ludźmi przestawał tylko tyle, ile potrzeba mu było dla interesów. Bali się go i unikali z nim rozmowy okoliczni wieśniacy. Żył samotnie, jak i samotnie sterczał jego młyn nad drogą polną, przecinającą pola Świakowa i Szczodrowa. Przyszła raz do niego pod wieczór jakaś staruszka, utrudzona wielce całodzienną pieszą podróżą, i jęła prosić gorąco o nocleg, choćby w chlewie na wiązce słomy. Ale młynarz zawrzał gniewem i wyszczuł ją z podwórza psami. Powlokła się biedaczka dalej, a łzy potoczyły się po żółtych policzkach jak groch. — Jezusinku! Tyle lat już żyję, tylem zniosła bólów, zmartwień, tyle już nabiedowała na tym świecie, ale nikt jeszcze nie postąpił z nią tak nielitościwie, jak młynarz! Tak sobie biadała nad swoją sierocą dolą kuśtykając zwolna o kijaszku, kiedy od strony wsi zbliżyła się do niej pewna młoda i piękna pani. A była to ci sama Matka Boska, zaglądająca pod strzechy kościańskich kmiotków i wspierająca ich w potrzebie, bo straszna bieda panoszyła się wtenczas w całym kraju. Spotkała w tej wędrówce staruszkę i wszczęła z nią rozmowę. Kobiecina opowiadała o niegościnnym młynarzu. — Znana jest wszystkim jego chciwość — odpada Matka Boska, nie dając po sobie poznać kim jest. — Oj, dużo on już łez wycisnął z oczu ludzi. Ale przebrała się już miarka. Jeśli się nie poprawi, poniesie zasłużoną karę. Ty zaś idź do tej oto wsi, którą nazywają Szczodrowem i tam w każdej chałupce przyjmą cię po chrześcijańsku. Po tych słowach piękna pani stanęła cała w promieniach, a nad głową zalśniła złota aureola. Uśmiechnęła się do staruszki i popłynęła przez pola do Kiełczewa, aby i tam siać te anielskie pociechy, i radość życia. A staruszka całując ślady Jej stóp na ziemi, chwaliła Tę, która przenika obłoki i świat cały i ujmuje się za pokrzywdzonymi biedakami. Jakoż tejże jeszcze nocy nieznana ręka — napisała na drzwiach skąpego młynarza te słowa: Miej serce dla nędzy! — Zmazał. Ale cóż kiedy nocą przychodził ktoś niepostrzężony i umieszczał ten sam zawsze napis na tym samem miejscu. Nie przeczuwając w tym nic nadziemskiego, czatował raz młynarz całą noc za węgłem z strzelbą w ręku, aby surowo ukarać nieznanego psotnika, ale nikt się nie zjawił. Wraca młynarz do domu, ale wtem staje zdumiony i własnym oczom nie wierzy.
— Miej serce dla nędzy! — czyta na drzwiach napisane zdanie. Jak to? Nikt w nocy nie wchodził do domu, a tu znów te tajemcze wyrazy! Ale machnął tylko ręką, i udał się do swoich codziennych zajęć we młynie. O poprawie nie myślał. Jeżeli ktokolwiek odważył się po proszonym przestąpić progi jego, wpadał — jak dawniej — w gniew i wypędzał go z próżnemi rękami, nie szczędząc nawet bata! Tak mijały dni i miesiące. Ale w pewne skwarne południe zapukał do chaty chciwca jakiś obdarty i wynędzniały żebrak, prosząc o kubek wody. Młynarz — starym swoim zwyczajem, pokazał mu drzwi i kazał iść precz. Żebrak jednak nie poruszał się z miejsca, ale spieczonemi wargami prosił dalej o krople bodaj wody. — Młynarzu, zwilż usta moje wodą — szeptał słabym głosem. Gdy nie pomagały
słowa, — przywołał skąpiec sforę psów. Już z rozkazu swego pana gotowały się do skoku, aby wbić kły w ciało nędznika, gdy ten podniósł nagle rękę w górę i psy znieruchomiały. Z oczu żebraka popłynęły łzy. — Miej serce dla nędzy! — rzekł. Skąpiec otworzył szeroko oczy. Tak — to te same słowa, które nieznana ręka wyryła na drzwiach. Utkwił swój dziki wzrok
w mówiącego i krzyknął: — Toś ty był! — Ha mam cię! — Mów, kim jesteś i jak do mnie przychodziłeś — niepostrzeżony! — Żebrak wyprostował się, podniósł w górę ręce i ukazując przebite dłonie, rzekł głosem wielkim: — Jam jest Pan Bóg twój. — I jasność wielka zaległa pokój. Gdzieś w dali — niby w czystym powietrzu — zajęczały przy wtórze lutni cicha i przejmującą pleśnią młodzieńcze głosy. — Gdzieś z zaświatów, mocą cudowną — szedł zwolna poprzez pokój olbrzymi krzyż drzewa i spoczął na barkach Wielkiego Żebraka, jak ongiś na drodze Golgoty. I krew splamiła twarz Jego, skrzywioną w strasznej boleści, i na głowie zaczerniała ostra korona cierniowa, wbita głęboko w ciemię. I ukazał zranione przez siepaczy ramiona, plecy, piersi. A upadłszy z jękiem pod krzyżem, zawołał: — Młynarzu! — oto Bóg Twój! Oto Bóg, który wziął ten krzyż na swoje ramiona i dał się dobrowolnie ukrzyżować — za ciebie — za twoje grzechy — za twoje skąpstwo — miłość złota — krzywdę jaką wyrządzasz nędzarzom. Czy podasz mi za to wszystko, co uczyniłem dla ciebie, choć krople wody?
Czy będziesz miłował braci, ze łzami proszących o pomoc? — Miłował? — pytam! — Jasność oślepiła młynarza. Padł na ziemię! Kiedy podniósł się, czując dotknięcie czyjejś ręki, widmo Golgoty już znikło! — Zamiast Chrystusa z krzyżem na barkach — stal przed nim ów wynędzniały żebrak. — Czy podasz mi choć krople wody? Czy będziesz miłował braci? — powtórzył nędzarz. — Precz z mego domu, zjawo, oszuście! — krzyknął młynarz. — Jam jest Pan Bóg twój! — Służę diabłu!
— Jam poniósł śmierć za ciebie! — Precz! — Wyszedł natychmiast rzekomy żebrak na drogę, i patrząc na młyn gorzko zapłakał. — Jam was stworzył. Jam wam dał dusze, serca do miłowania i wszystko, co posiadacie, a wy Mną dziś gardzicie i precz odrzucacie, jakoż i maluczkich braci moich, niewdzięcznicy? Młynarzu bez serca, nie chcę twojej śmierci, ale pokutować
będziesz na tym miejscu po wszystkie czasy, aż do skończenia świata! Rozwarły się niebiosa, hufiec aniołów spłynął na ziemię i uniósł w błękity Pana nad Pany, który zstąpił na ten padół, aby ratować dusze młynarza! W tejże samej chwili ziemia pękła z łoskotem, młyn się zapadł i zalany został wodą. Dziś jeszcze oglądać można opodal wsi Szczodrowa głęboki staw, na
którego dnie rysują się ruiny zatopionego młyna, a obok wije
się na młyńskim kole i strasznie jęczy o miłosierdzie nielitościwy młynarz. Ale z wyroku Pańskiego pokutować będzie aż do chwili, kiedy zagrzmią trąby archanielskie i wezwą wszystkich ludzi na sąd ostateczny!

Mili Radiołuchacze:
Powtarzam, to tylko legenda. Ile jednak nauki w sobie zawiera? Biednym i uciemiężonym na pociechę, bogaczom i bezlitosnym na groźbę i postrach. Dziś tu w naszym kraju bogactwa spoczywają w rękach kilkunastu tysięcy, a miliony żyją z dnia na dzień, z ręki do gęby. Miliony spokojnych i zacnych; chętnych do jakiejkolwiek pracy uczciwej. Ten tłum szarego ludu nie chce jałmużny, szuka jednak zajęcia i uczciwego zarobku. Pod kierownictwem przezornego i uczciwego prezydenta, który mimo upartości a nawet zuchwałości pewnych magnatów nie schodzi z drogi zasad sprawiedliwości, kraj nasz już rozpoczął się dźwigać z chaosu i depresji. Praca to uciążliwa i długa. Nie możemy się spodziewać, aby w kilkunastu miesiącach zagoiły się rany długoletnie. Współpraca i dobra wola wszystkich, bez najmniejszego wyjątku, jest nie tylko pożądana, lecz wymagana. Wstrzymujmy się nawet od czasowej krytyki, ponieważ w krytykowaniu gorączkujemy się zbytnio. Zapomnijmy na razie o klasach! Rząd z czasem doprowadzi wszystko do ładu. Że stara się o sprawiedliwsze obchodzenie się z robotnikami, nie ma najmniejszego wątpienia! Robotnicy też niech pamiętają, aby nie robić za wygórowanych wymagań, bo i w tym są granice.
Mają prawo organizowania się dla samoobrony; maja prawo zbiorowego umawiania się z pracodawcami. Niech tego prawa używają, zachowując się spokojnie i trzeźwo, bez żadnych awantur. Wtenczas i wtenczas tylko mogą się spodziewać, że sprawiedliwości zadość się stanie. Pamiętać też trzeba, że krwawe tarcia klas nigdy nikomu żadnej korzyści nie przyniosły. Wprowadziły tylko zamieszania i klęski długoletnie, na czym zawsze
najwięcej ucierpiała klasa robocza. Z dała więc od gwałtów i awantur, najlepsza broń robotnika to spokojne i wytrwałe dążenie do celu przez organizowanie sił swoich pod przewodnictwem i kierownictwem rozumnych i sumiennych przełożonych.

Z powodu, że od jutra za tydzień przypada uroczystość Bożego Narodzenia, liczni słuchacze zapytują się, czy w przyszłą niedzielę, jako we wigilię Bożego Narodzenia, trzeba pościć. Odpowiadam: że nie! Tak zawyrokowała komisja Kodeksu dnia 24go listopada, 1920. "Wigilii postnej nie przenosi się na inny dzień, jeżeli np. święto, mające postną wigilię wypada na poniedziałek, w takim razie post zupełnie odpada, gdyż nie przenosi się go na poprzedzającą sobotę; niedziela zaś i święta uroczyste, z wyjątkiem świąt przypadających we Wielkim Poście, postu nie przyjmują."