WIARA W BOGA CZY WIARA W LUDZI? - pogadanka o. Justyna z 24.02.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Człowiek ma dwie pochodnie, które swym blaskiem oświecają mu ścieżkę życia, aby zobaczył niebezpieczeństwa mu grożące i aby mógł je pominąć. Pierwsza pochodnia jest nadprzyrodzona to iest wiara! Druga pochodnia jest w porządku przyrodzonym czyli naturalnym, to jest nauka czyli wiedza. Blaski tych dwóch pochodni, nigdy się nie krzyżują, nigdy sobie nie szko¬dzą, nigdy sobie nie przeszkadzają, lecz owszem sobie pomagają i nawzajem się wzmacniają — bo mają tylko jeden cel — człowieka uszczęśliwić, tak czasowo jako też i wiecznie! Mimo faktu, że tak wiara jako też i wiedza, obfite promienia na człowieka rzucają, tylu jeszcze uparcie trwa w błędach — wierzy w zabobony — nie może wyzuć się z zacofaństwa! Ślepota, to wielkie nieszczęście i straszna klęska. Otóż wyjątki listów. Cytuje takowe, bo to wzięte z życia ludzi żyjących w tym wieku, niby tak oświeconym i postępowym, a w rzeczywistości, nie mniej ciemnym i ślepym, jak te niezrozumiane i wzgardą obrzucone wieki średnie. Lecz nie mam zamiaru tego dziś tłumaczyć. Otóż list: "Proszę Ojca Justyna, moja bratowa pogniewała się na mnie jedenaście lat temu i do dziś nie przemówiła do mnie ani słówka. Kiedy wkrótce potem jak się na mnie pogniewała, ciężko zachorowała, posłała po wróżkę. Wróżka powiedziała, że jej chorobie była winna jakaś kobieta. Bratowa zaraz rozpoczęła obgadywać, że ja ją oczarowałam. Z początku myślałam, że to ze złości, i że to ustnie. Lecz teraz to coraz więcej rozgłasza, tak że sąsiedzi i znajomi boją się nawet ze mną spotykać. Proszę Ojca, mąż mnie porzucił, zostawiając mnie z ósemka dzieci; potem byłam wdową cztery lata; ciężko mi było z tymi sierotami. Wyszłam drugi raz za mąż. Dzieci w domu, w zgodzie żyjemy. Mamy nowy dom, to bratowa mówi, żeśmy się wzbogacili z czarowania. Tak ode mnie ludzie stronią i czarownicą mnie przezywają, bo to słowo nie schodzi z ust mojej bratowej."

Otóż posłuchajcież jeszcze drugiego listu: "Proszę Ojca Justyna, aby kiedyś mówił coś o wróżkach. Nasza matka w nic na świecie nie wierzy jak tylko we wróżów i wróżki. Chodzi po rozmaitych: jedni jej wypowiadają z ręki, drudzy z kart, a jakaś przepowiada z listków herbaty. Nam się wydaje, że matka wariuje! Nocami nie śpi, tylko chodzi po podłodze i mruczy i wywija rękami; wyschła i wybladła nas we wszystkiem podejrzewa, a na ojca naszego gniewa się i klnie! Jest nas piecioro dzieci. My w niedziele do kościoła, a matka wykłada karty i czegoś szuka. Jak powraca od wróżki to zawsze w domu złość i kłótnie, bo nam opowiada co wróżka jej mówiła. Jak tak będzie dalej, to będziemy musieli oddać matkę do szpitala pod obserwację." — Bez dalszych komentarzy, przechodzę do mowy:

WIARA W BOGA CZY WIARA W LUDZI?

Wiara jest już naturalną zaletą każdego człowieka, a więc i całej ludzkości. Stąd nie możemy mieć człowieka bez jakiejś wiary. Taki filozof rzymski Cycero, pisał: "Nie ma narodu tak nieokrzesanego, który by, choć mu zbywa na prawdziwym pojęciu o Bogu, nie był przekonany o konieczności wierzenia w jakieś bóstwo." Jeśli zaś jest jedno prawdziwe Bóstwo, czyli jeden prawdziwy Bóg, może być tylko, i w rzeczywistości jest tylko jedna prawdziwa wiara, a więc tylko jeden prawdziwy kościół. Są rozmaite powody dla których ludzie tracą wiarę. W sposób pogański, znów tłumaczy nam ten sam filozof, kiedy mówi: "natura obdarzyła nas słabymi płomykami, które w krótkim czasie, zepsuci złymi obyczajami i opiniami, przygaszamy tak dalece, że nigdzie już nie widać światła naturalnego. Zaledwie przychodzimy na świat wśród wszelakiego rodzaju zepsucia i zdrożności sądów, tak iż niejako z mlekiem karmicielki błąd ssiemy. Gdy zaś oddają nas rodzicom, a potem powierzają nauczycielom, wtedy dopiero napawamy się rozmaitymi błędami do tego stopnia, że prawda ustępuje pozorowi, a sama natura ustępuje przesądom. Do tego czytamy poetów i rozmaitych autorów, których, zachwyceni fałszywą ogładą ich nauki i mądrości, słuchamy, czytamy, uczymy się i w nasz umysł wpajamy. Gdy w końcu dodamy tego głównego mistrza ludzkości, opinię publiczną z przesądami ogółu, wtenczas przesiąkamy fałszywymi zapatrywaniami i całkowicie odstępujemy od natury." —

Bez dalszego rozwodzenia się, kto nie wierzy w Boga prawdziwego, stawia własna świątynie — buduje własny ołtarz — stawia na nim bożka — którego szanuje, czci i uwielbia. Natura ludzka tego wymaga. I tu mamy wytłumaczenie, tych rozlicznych i dziwacznych sekt, w których ludzie szukają zadowolenia i upojenia moralnego, od pokornych sekciarzy tytułujących się "Myjący nogi" do umysłowo spaczonych, "czcicieli szatana". — Nie zamyślam jednak dziś mówić o tych i podobnych. Inny mam zamiar. Zanim to uczynię, zwracam uwagę zacnych słuchaczy i miłych słuchaczek, że nie dziw, iż pomiędzy wyznawcami rozmaitych sekt mamy takich, którzy kiedyś byli wyznawcami Kościoła prawdziwego. Czemu opuścili wiarę dziadów i pradziadów — ojców i matek? W krótkości te są powody: nieznajomość nauki Kościoła; zarozumiałość; przewrotne towarzystwo; złe czytanie; niecnotliwe życie! Rozwódnik i rozwódka, pijak i pijaczka; złodziej i złodziejka; niewierny mąż i niewierna żona; gorszyciel i gorszycielka, goniące wyłącznie za pochwałami i uwielbieniami, ci wszyscy i te wszystkie, wyrzucają wiarę z dusz swoich, a na fundamentach pychy, zmysłowości i nieznajomości celu życia ludzkiego, pobudowali gmachy niedowiarstwa, bałwochwalstwa i zabobonów!

Do zabobonów zaliczamy wróżbiarstwo. Zabobon to wiara w moc i siłę osób lub rzeczy, których nie posiadają ani z natury mi od Boga! Nawet pomiędzy chrześcijanami mamy zabobony. Najlepszy dowód to, tak zwane modlitwy łańcuchowe, czyli "chain prayers", które powinne być przezwane modlitwami łańczuszników czyli narwańców! Drugi dowód to ślepa wiara, że jeśli kto ma przy sobie karteczkę z jaką modlitwą, że nie utonie, piorun w niego nie uderzy, i automobil go nie przejedzie! Są też katolicy, którzy obawiają się trzynastki; nie siądą do stołu jeśli jest trzynaście osób; twierdzą, że jeśli trzynasty dzień miesiąca padnie na piątek, trzeba siedzieć w domu; że jeśli trzech używa jednej zapałki do zapalenia papierosa, trzeci jest pierwszym kandydatem na śmierć! Inni znów wierzą, że jeśli starsza kobieta spotka się z nimi z rana, lub czarny kot przeleci im przez drogę — to znak nieszczęścia. Tu znów garbusek, czteropłatkowa koniczyna, stara podkowa lub stary but — przyniesie powodzenie, bogactwo i szczęście. Jest też jeszcze jeden gatunek ludzi tak zacofanych i ciemnych, że wierzą w czary i czarownice! W mniemaniu ludzi zabobonnych, czarownice to kobiety posiadające moc nadziemską, z powodu łączności z szatanami. Mogą sprowadzić nieszczęścia nie tylko na osoby pojedyncze, lecz na narody całe i nawet na świat! Czarownice winne są nieurodzajom, chorobom zaraźliwym, oberwaniem chmur, pożarom, a nawet wojnom. Sławetna reformacja i wojna trzydziestoletnia widziała największy rozkwit wiary w czary i czarownice. Tu w Ameryce, w Nowej Anglii miała zwolenników wśród Purytanów. Wśród Polaków mamy ślady po dziś dzień w tak zwanych urokach. Urok według ludzi, jest to złe spojrzenie złego człowieka, który ma taką moc w oczach, że może zadać chorobę chwilową, długotrwałą, lub nawet śmiertelną. Stąd też powstała wiara w zażegnywanie. Do tej sztuki tez używano starsze wiekiem niewiasty. W Polsce przezwano je babami! Te obmywały pacjentów, na których był rzucony urok, wodą w której gaszono żarzące się węgle lub moczono kromki chleba. Do wycierania używano nadołki koszuli, przy czym odmawiano jakieś tajemnicze formułki. Naturalnie, że baby odżegniaczki, zarabiały wcale nieźle na urokach. Chłopcem będąc, byłem świadkiem takiej ceremonii. Szedłem pewnego dnia ze szkoły z Everson do McClure, Pa. Przy mnie dreptał mój przyjaciel. Pospieraliśmy się o coś, już nie pamiętam o co! Koniec końcem, spór zakończył się bitką. Ponieważ przyjaciel mój był z jakie dwie stopy wyższy ode mnie, a mój tatuś kiedyś mi powiedział: "Michałku sprawy twoje sam sobie załatwiaj. Tylko pamiętaj, abyś się nigdy nie poddawał," ja, pamiętny na ten rozkaz wojskowy, bez namysłu i dla pewności, zdjąłem torbę z pleców, i chociaż ważyła z piętnaście funtów, całą siłą strzeliłem nią pomiędzy oczy przeciwnika. Tak jak Dawid zrobił Goliatowi. I z tym samym skutkiem. Nie tylko, że mój przeciwnik wyciągnął się na ziemi jak długi, lecz na czole ukazał się prześliczny jasny guz! Kiedy powróciliśmy do domu, rodzice mego przeciwnika, a był on jedynakiem, popadli w popłoch. On bał się powiedzieć prawdę, a ja miałem strach. Obaj zachowaliśmy klasztorne milczenie. Rodzice jego zadecydowali, że ktoś rzucił urok na jedynaka, a nie wiedząc, że to była moja torba, zaprowadzili go do baby i ta zaczęła odżegnywanie. Najpierw na starej patelni spaliła koszule; nóż maczała w tym popiele, przykładała na guz i mruczała coś pod nosem. Mimo zażegnania, mój towarzysz miał tygodniowe wakacje. To zażegnanie tyle mu pomogło, co koci smalec na złamany palec!

Przytaczam tu dwa wypadki. Pierwszy miał miejsce w Debreczynie na Węgrzech. Sąd na śmierć skazał siedemdziesięciodwuletnią wróżkę, a u ludzi znaną czarownicę, bo sprzedawała truciznę kobietom, które chciały pozbyć się swych mężów. Dwie inne wróżki zostały skazane jedna na dożywotne więzienie, druga na piętnaście lat. Czarownice te otruły przeszło trzydziestu mężczyzn. Drugi wypadek zdarzył się bieżącego roku w Chicago. Był też i dosyć kosztownym, ponieważ łatwowierna ofiara straciła dwa tysiące dolarów! Scena odegrała się w sądzie. Jakaś Ewa Radvilasow, wytoczyła skargę Weronice Mitchell. Pani Ewunia zeznawała tak: "Jakiś czas temu, zdawało mi się, że maż mój nie kocha mnie już tak jak przedtem, i opowiedziałam o tym Mitchellowej. Ona powiedziała mi, że powód jest raczej psychicznej natury i spowodowany został głównie dlatego, że opętał mię mały czarny diabeł. -— Cóż ty możesz na to poradzić, zapytałam jej. — Musisz mi pozwolić na wypędzenie go, powiedziała Mitchellowa. "Będzie to kosztowało wiele pieniędzy, ale pomyśl tylko, ile to będzie dla ciebie warte, że Stasiu będzie cię kochał więcej jak przedtem." — Miałam $2,000 i Mitchellowa powiedziała, że to wystarczy. Pozwoliłam jej przeto na wypędzenie ze mnie diabła i dałam jej $2,000. Mitchellowa dała mi małego słonia, rzeźbionego z kości i powiedziała, że mam go nosić przywiązanego w pasie, co też zrobiłam. Prócz tego dawała mi leki. Leki wzięłam, ale nie zauważyłam, aby Staś się zmienił. Nie wiedziałam nawet, czy diabeł mnie opuścił, czy nie! Wszystko zdawało się tym samem, wobec czego zażądałam, aby mi oddała moje pieniądze. Nie chciała ona jednak pieniędzy oddać, wobec czego zaczęłam podejrzewać, że nie wszystko jest w porządku i wzięłam warant na jej aresztowanie. Doszłam do przekonania, że nigdy nie byłam opętana przez diabła i także, że mąż mój mnie bardzo kocha. Byłabym szczęśliwa, gdybym miała z powrotem moje dwa tysiące dolarów." — Takie to rzeczy dzieją się w dwudziestym wieku: są naiwni, którzy szyderczo średnie wieki nazywają wiekami ciemnymi!

Czasy nasze, słusznie nazwać możemy czasami wróżbiarstwa. Wróżbiarstwo jest to przepowiadanie różnych okoliczności, wypadków, zdarzeń mających się sprawdzić w przyszłości, za pomocą ludzi lub rzeczy, które ani ze siebie, ani z natury, ani z pomocy Boskiej nie mają mocy nam to przepowiedzieć! Jedni wróżą z gwiazd, drudzy z rąk, inni z kart, inni też z listków herbaty. Są tacy, którzy przepowiadają przyszłość ze snów, z numerów, z liter abecadła, i tak bez końca. Naprawdę, ze głupich siać nie potrzeba, bo sami się rodzą. Wiara we wróżki i wróżbiarstwa jest rozpowszechniona nie tylko pomiędzy szarym tłumem, lecz licznych ma zwolenników wśród naszej inteligencii. Św. Ambroży krótko lecz bardzo dobrze określił tak wróżów, jak im wierzących kiedy mówił: "Nie znają własnej przyszłości, a chcą zbadać innych. Głupiec, kto wierzy w coś podobnego." Wróżów radzi się szczególnie młodzież nasza. Jeśli nie wierzycie, słuchajcież rozmaitych "fakirów", którzy nawet za pomocą radia, nadużywają łatwowierności mas, i przepowiadają zainteresowanym co im przyszłość niesie. Nie warto nawet mówić o tym. Ofiary jednak są liczne i grubo przypłacają swą łatwowierność! — Nikt też nie ma wyobrażenia, jak straszne są skutki wiary we wróżbiarstwo: wróżki i wróże sieją ziarnka podejrzewania, zaszczepiają zazdrości, powodują nieprzyjaźnie, sprowadzają kłótnie, nienawiści a nawet samobójstwa i morderstwa. Przykładów żądacie? Nie trzeba nam szukać w księgach, lub cofać się wstecz dziesiątki lat. — Jesteśmy na strychu domu, w jednej z bocznych ulic, niedaleko od głównej ulicy Broadway na Polsce! Izba ślicznie umeblowana. Z jednej strony szerokiego stołu siedzi poważna madam, z drugiej młoda i przystojna mężatka. Przed napuszoną madam talia kart. Wróżka tnie talię, wykłada karty i mówi: "Mąż pani jest niewierny. Nie dba już o panią. Jest w dodatku oszukańcem. Nie wart też miłości i zaufania Pani. Na cóż dbać o niego, kiedy on nie dba. Pani ma przed sobą świetną przyszłość, lecz nie z nim." — Żona denerwuje się tym wyrokiem. Za kilka dni podaje skargę o rozwód. Po dwóch miesiącach sprawa w sądzie. Ona powraca do ojca wdowca, który ze wstydu unika nawet swych najbliższych przyjaciół. Mąż zrozpaczony wyjeżdża do innego miasta, gdzie zaniedbuje siebie i swoje obowiązki adwokackie. Obecnie spędza czas po ulicach, niejedną noc prześpi na stacji policyjnej, i kto wie czy wkrótce nie skończy w domu wariatów!

Proszę o łaskawe wysłuchanie listu: "Żona moja straciła wiarę w Boga, a wierzy teraz we wróżki. Regularnie raz albo dwa razy w tygodniu chodzi do swej znajomej, która stawia karty. Zostawia troje dzieci w domu bez opieki. Mnie się zdaje, że odchodzi od rozumu. Ja dzięki Bogu mam pracę i zdrowie, lecz z taką żoną życie mi stało się obrzydliwym. Kiedyś żona była dobra dla mnie i troskliwą o dzieci. Dziś jest tylko bortniczka, nic więcej. Wyśmiewa się ze mnie, kiedy odmawiam pacierze, do kościoła już od trzech lat nie chodzi. Sam nie wiem jak to się skończy, bo czasami i mnie dziwne myśli przychodzą do głowy."

Wyjątki z drugiego listu: "Nasz ojciec to dziwny człowiek. Chociaż ma dosyć pieniędzy i powodzi mu się dobrze, na dobre cele nigdy nie dał ani centa. Zawsze mówi, że co ma, to jego, a biednym ani centa. Bo to wszyscy żebracy, nygusy, którym lekarze powinni dać czarną pigułkę, aby na świecie nie zawadzali. A jednak w zeszłym roku chodził do wróżki, której dał dwanaście tysięcy dolarów na ulokowanie w jakichś kopalniach. Wszystko przepadło. Klnie on teraz na wszystkich, na Boga i na ludzi. To go jednak nie naprawiło. Chodzi teraz do takiego, który wróży z gwiazd. Nam czasem jest bardzo trudno, bo jak powróci od wróża to chodzi jak dziki. Robotnicy co u nas pracują, odgrażają się, że zemszczą się na nim, bo wyzywa ich od oszustów i złodziejów, bo tak mu mówi wróż".
Niech to wystarczy na dziś!

Mili radiosłuchacze, wiara w rozmaite gusła i zabobony, jest skutkiem braku wiary w prawdziwego Boga. Brak zaś wiary w prawdziwego Boga jest wynikiem niedobrego życia, szczególnie zaś niemoralnego prowadzenia się. W domu sławnego polityka i literata francuskiego Chalianbriand'a, zebrała się gromada uczonych, nieomal samych niedowiarków. Bluźnili oni haniebnie. Gospodarz domu, wysłuchawszy dowody i wywody elity francuskiej, mówił: "Panowie, miejcież odwagę powiedzieć prawdę. Czy nie prawda, że powodem waszego niedowiarstwa, jest wasza nieobyczajność?" Goście zamilkli. Ani jeden się nie odezwał. — Tak, jedyny i prawdziwy powód straty wiary prawdziwej jest — życie niemoralne. Tak też jedyny i prawdziwy powód wiary we wróżbiarstwo jest — prowadzenie się niecnotliwe! Skutkiem czego, ludzkość płaci, płaczem i narzekaniem. Bez wątpienia więc lepiej jest wierzyć Bogu jak ludziom.