ZDRAJCA SZCZĘŚCIA - pogadanka o. Justyna z 29.10.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Słuchaczom Godziny Różańcowej nie potrzebuję tłumaczyć, że nigdy nie byłem przyjacielem prohibicji; prywatnie i publicznie wskazywałem na nieszczęsne skutki forsowania rządowego, tak kosztownego, a zarazem bezskutecznego, dziwoląga umysłów reformatorskich, wąskich i jednostronnych. Po tylu latach niby sławnej posuchy biblijnej, a w rzeczywistości potopu trujących napitków, nasi obywatele zdobyli się na tyle szczerości i odwagi, że trzymając się platformy i idąc za wskazówkami prezydenta, chwycili szlachetny eksperyment za kościste bary, wyrzucając go za dziesiątą górę, a na odjezdne darząc go serdecznym i silnym kopniakiem. Bogu dzięki. Pozbyliśmy się źródła nawały występków i zbrodni. Pozostają jeszcze, i niestety na długo będą widzialne, nie tylko głębokie ślady lecz zarazem bolesne skutki z panowania prohibicji, która zasiadła na tronie narodowym i konstytucyjnym 16 stycznia, 1920 roku. Przez lata tułać się będą po szpitalach i po domach wariatów ślepcy, sparaliżowani i obłąkani, nieszczęśliwe ofiary urzędowej posuchy. Lecz to jeszcze nie całe nieszczęście. W tych ostatnich trzynastu latach nie tylko starsi i mgżczyźni nauczyli się nadużywać napojów wyskokowych i trujących; całe społeczeństwo amerykańskie przywykło do tego. Niewiasty, młodzież, chłopcy, dziewczęta, a często i dzieci nieletnie. Na oko i pozornie niby jeszcze nie tak źle. Pozory jednak mylne są. Społeczeństwo nasze, podobne jest trędowatemu, przyodzianemu w gustowny modny ubiór, którym pokrywa ciało schorzałe i owrzodzone. Te choroby to nie tylko brak miłości bliźniego, lecz otwarta nienawiść; brak litości, miłosierdzia i współczucia. Naprawdę, że dziś człowiek człowiekowi — wilkiem się stał. Te wrzody to pycha, obojętność i gonitwa za lśniącemi, a nieraz podłymi i obłudnemi wygodami i rozrywkami, które wszystko obiecują, a w rzeczywistości nic nie dają. Zostawmy jednak to wszystko po stronie. My Amerykanie polskiego pochodzenia, wstyd że trzeba się do tego przyznać, na naszym ciele społecznym mamy jeden wrzód, który coraz to więcej się rozszerza, a swą zgnilizną powietrze moralne wśród nas zatruwa. Cierpienia i narzekania sprowadza; niezgody sieje; domy rozbija; rodziny rujnuje; zdrowie podkopuje; nieoględne ofiary do przedwczesnego grobu prowadzi, tak że patrząc na to wszystko, nieraz trzeba ręce załamywać i głośno bardzo głośno wołać: Źle się dzieje pomigdzy nami! Pytacie się mnie, co to być może? Odpowiadam: nadużycie w piciu. I oto tytuł dzisiejszej mowy.

ZDRAJCA SZCZĘŚCIA

Ponieważ nic tak serdecznie do rozumu ludzkiego nie przemawia, jak zdarzenia wzięte z życia codziennego, otóż podaję kilka takich smutnych wypadków. Było to lata temu wstecz, kiedy chłopcem byłem. Mieszkaliśmy w maleńkiej wiosce McClure, w Pensylwanii, w zagłębiu kopalń miękkiego węgla blisko Pittsburga. W całej wiosce było najwięcej z pięćdziesiąt pałacyków kompanicznych. Pałace te, bez sklepów, bez trwałych fundamentów, zbudowane były z grubych i szorstkich desek. Przez szpary zaglądały ciekawe promienie wesołego słoneczka, wpadał często orzeźwiający deszczyk, wkradały się też nieraz zimne płatki śnieżne. Ściany tych kompanicznych pałacyków były niemymi świadkami rozmaitych zdarzeń, wzruszających i serdecznych; smutnych i żałosnych. Ludek poczciwy i zacny; zgodliwy i serdeczny, lecz nieokrzesany i ciemny. Dziwić się temu nie trzeba. Był to skutek niewoli starokrajskiej, gdzie hasłem otwartym brutalnych zaborców i bez serca ciemięzców było: trzymać resztki narodu polskiego w ciemnocie, bo człowiek ciemny, to jak stwór nierozumny, którym pierwszy lepszy kieruje i nim pojeżdża! Uczono tego polskiego chłopa, że w ciemnościach na świat przyszedł, i że ciemnota to jego królestwo, a wódka — to lekarz najdoskonalszy na wszystkie cierpienia duchowe i fizyczne — to zbawca od złej doli — to stwórca wszelkiego powodzenia i szczęścia. Tymczasem ten zacny, a krótkowidzący chłopek, czym częściej pił, tym więcej się upadlał, w głębszą niewolę wpadał, tym ciaśniej pętlicę wokoło szyi zaciskał i coraz to więcej nieszczęścia i większą biedę na siebie i na rodzinę sprowadzał! Prawda, dzień w dzień, od północy do południa, harował jak bydlę; często krwawy pot obficie się lał z niego; wycieńczony padał na ziemię wśród pośmiewiska i klątw, bryzgających z ust niemiłosiernych formanów i bossów. Tak było od poniedziałku do soboty. Lecz od soboty do poniedziałku, ci majnerzy spędzali czas na pijaństwie i na bitkach. Nieomal w każdym domu pito na zabój. Szyfkarty nie wypłacone, brak sprzętów domowych, nawet najpotrzebniejszych, bieda i nędza nie tylko krzyczała, lecz ryczała przez szpalty mieszkań robotników — trudno w sobotę i niedzielę trzeba nie tylko sobie popić, lecz ululać się i o wszystkiem zapomnieć. Oj dola, albo raczej opłakana niedola tych biednych chłopków, którzy przez pięć dni w tygodniu padali od uciążliwej roboty, a przez dwa dni leżeli nieprzytomni od pijaństwa.

Tu przytaczam spomiędzy innych z owych czasów tylko dwa wypadki, smutne i bolesne. Ofiarami padły dzieci pijaków, dzieci niewinne. Późno w sobotę, powraca majner do domu. Sobota to dzień zapłaty. Miał to być dzień radości dla całej rodziny. Stał się dniem płaczu i nieszczęścia. Powraca bowiem ojciec-pijak i mąż-brutal bez centa. Czworo małych dzieci już w łóżku. Nie wiem czy śpią. Wątpię. Prawdopodobnie szepcą modlitwy o opamiętanie taty. Przy stole siedzi niewiasta w sile wieku. Smutek okrył czoło; w rękach trzyma starą koszulinę i przyszywa guziki; od czasu do czasu, niespokojnie rzuca załzawionymi oczami w stronę drzwi. Przeczuwa, że znów dziś wieczór powtórzy się ta smutna scena z mężem-pijakiem. Krzyki, hałasy i przekleństwa. Nagle drzwi się otwierają, taczając się wchodzi ten, który powinien być wzorem i przykładem, a jest gorszycielem i zdrajcą własnej krwi i kości! Widać, że coś mu do gustu nie przypadło, bo rozpoczyna kłótnię. Na prośby i perswadowanie żony odpowiada brutalnie wyzwiskami i przekleństwami. Na gorzki płacz, znajduje szyderstwa i pięść. Chwyta żonę za włosy, rzuca na podłogę, znęcając się nad nią. Wystraszone dzieci lecą matce na ratunek. Cóż jej jednak pomóc mogą? Klękają przy niej, rzewliwie płacząc i całując jej ręce. Mąż kat i pijak, wymęczony pijaństwem i bijatyką, podnosząc się z podłogi i szukając podpory, uchwycił się końca stołu, a tracąc równowagę, wywrócił stół, na którym leżały nożyczki. Usłyszał jeden bolesny krzyk z ust swej siedmioletniej córeczki Rózi, która przy matce klęczała. Długie ostrza nożyc wpadły w oko dziewuszki i oko wypłynęło. Wtenczas pijak w mgnieniu oka — wytrzeźwiał. Za późno jednak. Oczka niewinnemu dziecku żadna moc ludzka powrócić nie mogła. Kaleka-dziecko, to żywy pomnik — ojca-pijaka.

Pamiętacie z pewnością dawniejsze saluny, nieprawdaż? Gdyby one mówić mogły, co by nam nie opowiedziały? Smutne i serca rozdzierające sceny często się tam odgrywały. O ile mogę opiszę wam jedną z takich.
W salunie rojno i gwarno. Oddychać nie można od cuchnących wyziewów zgromadzonych gości. Jedni siedzą przy stolikach, w karty się zabawiając. Drudzy, oparci o barek, raczą się trunkami. Ciepło im tu i przyjemnie. Spokojniej jak w domu. Zresztą co ich tam żona i dzieci obchodzą? Nic. Towarzysze-pijacy, karty, butelki i szklanki — to życie! Tam w domu, narzeka żona i płaczą dzieci. Ze strachem oczekują powrotu męża i ojca! Czekać możecie, jemu się nie spieszy. Nędza i głód na nim wrażenia nie robią. Dzieci bez ubrania i trzewików, żona od kłopotów i niedostatków zmizerowana, to fraszka w jego oczach. Zalać głowę — stępić rozum — zagłuszyć sumienie to cel życia pijaka. Oto jeden z takich, który tu jest gościem codziennym. Od lat nie pracuje. On nie głupi, aby robić. Społeczeństwo ma obowiązek względem niego. Kiedy więc nadchodzi tygodniowa zapomoga od miasta, on zabiera większą część na uprawianie pijaństwa. Tak mija dzień po dniu. Noce całe by tu spędził, gdyby nie jego dwunastoletnia córka. Wieczór po wieczorze, latem i zimą wychodziła z domu i szła od karczmy do karczmy, aż ojca znalazła, a mówiąc mu płaczliwie: "Tatusiu, pójdźcie ze mną do domu", brała spitego ojca za rękę i do domu prowadziła. Pewnego wieczora, kiedy ten mały Anioł Stróż wśród śnieżnej zawiei brutala-ojca szukał, stało się to, czego można było się spodziewać. Nieszczęście. Pijacy się bili. W chwili kiedy mała drzwi otwierała, jej ojciec rzucił szklanką w przeciwnika. Ten zdążył się usunąć. Wielka i ciężka szklanica uderzyła małą w skroń, oblewając jej bladą i wylęknioną twarzyczkę krwawym rumieńcem. Biedna padła na ziemię śmiertelnie raniona. Pijak-ojciec struchlał z przerażenia. Jednym susem był przy niej; rzucił się na kolana, rzewnie szlochając. Mała mówiła spokojnie: 'Idźcie do domu; ja już was więcej prowadzić nie będę. Ja moje życie za was ofiarowałam. Tato przestańcie pić, bo mama co wieczór płacze i za was się modli." Ta prośba małej rozrzewniła tego przepitego brutala. Gorące łzy zaczęły skulać się po twarzy, drżenie rzuciło nim raz jeden i drugi, aż wreszcie głośnym wybuchł płaczem; skrwawioną twarzyczkę całował i łzami obmywał. Spokojny uśmiech przebiegł po twarzy małej męczenniczki, usta zaczęły szeptać jakąś modlitwę i prośbę, i stary grzesznik chwycił szept błagalny: Tato nie upijajcie się więcej, nie, nie! Niewinne ciało wyprężyło się raz jeszcze, zwisły bezwładnie rączki, schyliła się rozbita główka. Stary pijak stał się zabójcą córeczki. — Ofiara jednak była skuteczna. Z leniucha pijaka stał się człowiek pracowity, trzeźwy i pobożny.

Czy myślicie, że dziś jest lud trzeźwiejszy niźli lata temu? Gdzie przedtem jedna gorzelnia wyrabiała czysty i zdrowotny towar, dziś setki prywatnych destylarni fabrykuje rozmaitego gatunku "śmierdziuchy". Nasi tym paskudztwem zalewają zdrowie i szczęście. Chrzciny — wesela — pogrzeby - nawet dzień Pierwszej Komunii św. jest okazją albo raczej uniewinnieniem i usprawiedliwieniem — pijaństwa. Upić się to dziś rzecz modna. Mózg, umysł, wola, pamięć i sumienie pijaka — wystawiają mu świadectwo — trupa żyjącego! Cały świat szuka dziś zmian i reformy. Jesteśmy świadkami przewrotu w każdej dziedzinie, na każdem polu. Upominamy się o zniesienie bezrobocia, o usunięcie biedy, o zabezpieczenie na starość, itp. Czy sami zabieramy się do dzieła? Czy bezczynnie siedzimy? Mędrkujemy i krytykujemy przy kwarcie, przy szklance i przy kieliszku. Wódka i pijaństwo nie da nam pracy
— biedy nie usunie — starości nam nie da się doczekać. Powracajmy do trzeźwości, do umiarkowania; ojcowie i matki, mężowie i żony, synowie i córki, to będzie "a new deal" dla wszystkich!

Posłuchajcie teraz kilku listów, z których poznać możecie bolesne skutki pijaństwa; zobaczycie, że niestety wżarło się niepostrzeżenie nie tylko w życie starszych, ale i młodszych; że opanowało nie tylko mężczyzn, ale i niewiasty. Otóż:

Buffalo, N. Y.

Drogi Ojcze,
Proszę o doradę. Mam lat 30. Jestem samotny i żyję z matką, którą nie tylko kocham, lecz uwielbiam. Mam pracę na ofisie, a z pieniędzy uskładanych kupiłem dom w niepolskiej dzielnicy. Otoczenie nasze, to Włosi i Irlandczycy. Matka moja ma 72 lata. Ojciec by mi nie uwierzył, że teraz mi się rozpija. Ja idę do pracy, sam muszę sobie śniadanie gotować! Matka, po dniu spędzonym u sąsiadek, śpi do południa. Kiedy przychodzę do domu wieczorem, w domu zimno i pusto. Matki nie ma. Muszę ją szukać u sąsiadów. Jak ja się wstydzę, że muszę ją podpitą do domu sprowadzać. Sąsiedzi gotują sobie munszajn i matkę częstują. Sam nie wiem co robić. Jestem niespokojny i zdenerwowany. Chciałem, aby matce dobrze było, a czego się doczekałem? Cóż więc mam zrobić?

Takich dobrych i przykładnych synów dziś mało na świecie, lecz takich matek-pijaczek coraz to więcej. Najpierw wyprowadź się z tego domu do innej dzielnicy. Usuń okazję i to gorszące otoczenie. To dopomoże. Potem, jeśliś matce oddawał pieniądze, od dziś zamknij szczególnie twój pugilares. Więcej ani centa. Jeśli to jeszcze nie pomoże, poradź się jakiego polskiego i zaufanego lekarza. On znajdzie na to lekarstwo i kurację. W całej sprawie kieruj się więcej rozumem, a mniej zważaj na serce.


Chicago, Ill.

Wielebny Ojcze,
Czemu Ojciec coś nie przepowie naszym żonom i matkom dzieci o ich prowadzeniu. Mamy troje dzieci, dom bez długu, a ja dzień w dzień pracuję. Lecz cóż mi z tego, kiedy życie mi niemiłe. Żona jest powodem. Nigdym się tego nie spodziewał. Zaraz po ślubie rozpoczęła z teatrami. Potem dodała card-parties. Od ostatnich zaś pięciu lat zakochała się w kieliszku. Nie dba ani o dzieci, ani o mnie. Bogu jeszcze dzięki, że moja stara matka żyje. Jak co żonie mówię, to mi odpowie, że nie jest niewolnicą. Przywożą ją do domu często w takim stanie, że aż wstyd patrzeć. Sąsiedzi też o wszystkiem wiedzą, z nas sobie szydzą. Jak długo mam tak cierpieć?

Sławetna prohibicja, obecna moda, teatry, tańce i najrozmaitszego kalibru zabawy, niejedną rodzinę rozbiły; niejedną młodą żonę zrujnowały i niejedną matkę w pijanicę zamieniły, pijak to obrzydliwy obraz, a pijanica matka i żona? Wyrazów brakuje na dostateczne określenie tej szlachetnej istoty
na obraz i podobieństwo Boskie stworzonej. Zaprowadź ją do waszego proboszcza, niech jej wyrżnie taki "Pater Noster", że ze wstydu się spali i do równowagi przyjdzie.


Detroit, Mich.

Drogi Ojcze,
Proszę się na mnie nie gniewać, że opisuję moją biedę i mój wstyd. Mam córkę, liczy osiemnaście lat. Nie mogę z nią sobie dać rady, ani też w domu utrzymać! Proszę i przepowiadam, nieraz zbiłam, nic nie pomoże. Co wieczór wychodzi z domu i powraca nad ranem. Nigdy nie jest trzeźwa. W ostatni poniedziałek przynieśli ją z automobila i wrzucili na werandę. Jak chodziła do szkoły, była dobra i posłuszna, a teraz jak jej co mówię, to mi pyskuje, że ona nie ze starego kraju, tylko Amerykanka. Czy mam ją z domu wyrzucić, czy co?

Kochana moja matko:
Niestety przyznać trzeba, i to z bólem serca, że podobne wypadki coraz to częstsze. Wiesz co to sprowadza? Szkoły bez Boga, zepsute, nieraz do szpiku kości, towarzystwo; czytanie zatruwające młodych; teatry i źle zrozumiana wolność. Ile z naszych panienek, tu w Buffalo, późnemi godzinami jedzie na miasto? A po co? Ile też wyjeżdża gdzieś do pokątnych i ogromnie podejrzliwych "speakeasies" i "road-houses"? Po co? z kim tam jadą? Gazety nam nieraz bardzo smutne zdarzenia opisują. Szkoda, wielka szkoda, że to są nasze dzieci; te dzieci kiedyś tak dobre i tak zacne, które były wzorem dla młodzieży innonarodowej! Ja bym jeszcze cierpliwie czekał i upominał. Potem jest skuteczne lekarstwo: Dom Dobrego Pasterza!


Buffalo, N. Y.

Wielebny Ojcze:
Po śmierci mego męża dałam synowi dwadzieścia dolarów, aby kupił nieboszczykowi ubranie. On poszedł i przywiózł sobie za te pieniądze dziesięć galonów munszajnu. Przez cały czas od śmierci męża aż po pogrzebie leżał pijany. Czy źle robię, że go w domu trzymam?

Co wy myślicie, mili radiosłuchacze, kiedy wam czytam te listy? Czy nie mam racji, kiedy wołam, że źle się dzieje między nami? Czy pijak, nałogowy pijak zasługuje sobie na jaką litość, kiedy sam tej litości nie ma względem siebie, ojca, matki, żony i dzieci? Czy nie rozumiecie, że ci nieszczęśliwcy
płacą nie tylko pieniędzmi, lecz również zdrowiem i szczęściem swoim i swoich: co gorsza, płacą cnotą i duszą! Jeśli zaś jakiemu narodowi pijaństwo krzywdę i szkodę wyrządziło, to nam Polakom. Przecież już kiedyś nieomal narodowym hymnem naszym była śpiewka: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Mamy oczy i widzimy to o czym śpiewał nasz polski chłopek:

Patrzmy bracia na pijaków.
Nie różnią się od łajdaków,
Dzień i noc zawsze piją
W domu żony, dzieci biją!

Wystawiła na żebraków
Zapamiętałych pijaków,
Teraz plączą, narzekają
Sami siebie przeklinają.

Gospodarstwa zmarnowała,
Rolę, łąki zastawiła,
Długów ludziom narobiła,
W biedzie naszych zostawiła.

Jednych trądem oszpeciła,
Drugim mózgi popaliła,
Innym karki połamała,
Wszystkim rozum odebrała.

Zrzeczmy się, zrzeczmy nałogu,
Obmierzłego ludziom, Bogu,
Porzućmy nałóg pijaństwa,
Co gubi domy i państwa.

Na zakończenie powtarzam: Koniec prohibicji wnet zobaczymy, lecz skutki prohibicji, szczególnie zwiększone pijaństwo, stać będzie między nami, nie można powiedzieć jak jeszcze długo. Trzeba nam pracować i wśród ludu naszego głosić i szerzyć zasady wstrzemięźliwości, bo:

Wstrzemięźliwość wzmocni siły
Sercu zwróci pokój miły,
Do dzieł szlachetnych pobudzi
W obliczu Boga i ludzi.