BOHATEROWIE CZY ZBRODNIARZE? - pogadanka o. Justyna z 3.11.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki, słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!
Około cztery tygodnie temu powracałem z Chicago. Byłem tam, aby załatwić pewne szczegóły ze stacją radjową. Wypadło mi więc podróżować w niedzielę. Pociąg był nabity sportowcami, miłośnikami gry piłki nożnej, po naszemu "foot-ball." Gromada przeciętnych Amerykanów; płochych powierzchowników, o płytkim i krótkim rozumie. Jednak, w ich mniemaniu, wszechmądrych i wszechwiedzących, najdoskonalszych ludzi pod słońcem. Prawdziwy typ zarozumiałych anglosaksonów, którzy swoją narodowość uważają za szczyt doskonałości, a innych z błotem mieszają i na nich plują. Usiadłem sobie w przedziale dla palących, i czytam sobie w pewnym miesięczniku, bardzo interesujący artykuł, zatytułowany: "Czy sądy kryminalne wypełniają swój obowiązek?" Przyłączyła się do mnie gromadka sportowców! Było ich pięciu. Z twarzy i z głosów, łatwo można było poznać, że widocznie popijali coś mocniejszego od mleka. Mniejsza o to. Wypić wolno każdemu. Byleby nie za wiele. Każdy z nich miał po kilka gazet. Czytają i zarazem robią komentarze. Ja czytam i przysłuchuję się. W trzech kwadransach wszystkie sprawy rozwiązali, nawet uporządkowali nieporozumienia dyplomatyczne pomiędzy Włochami a Etiopią. Jeden z nich zuchwalszy od drugich, mówił: "Gdyby w Ameryce byli tylko sami Amerykanie, a nie tyle "forejnerów," byłoby nam lepiej. Nie wiem czemu rząd się nie zabierze do zaprowadzenia porządku. Element obcojęzyczny to najpodatniejszy materiał na zbrodniarzy. W gazetach pełno opisów o morderstwach, rabunkach i napadach. Nazwiska zbrodniarzy, to nazwiska obconarodowe. W naszym Buffalo, w sądach tylko Polacy." Mimo żem dotychczas siedział cichuteńko jak zajączek pod miedzą, już dalej wytrzymać nie mogłem. Nie tylko wskoczyłem, ale wsiadłem na niego, i jechałem na nim, aż się pocił. Pomiędzy innymi mówiłem: "Słuchaj Pan, przez usta twoje nie mówi rozum, tylko wódka. Zresztą wy nie znacie sprawiedliwości i nie uznajecie zasługi w grupach innonarodowościowych. U was typ anglosaksoński ponad wszystko, a inne typy, nic nie warte. Czemu? Bo ich nie znacie, bo o nich nie macie najmniejszego pojęcia! Dlaczego w waszych oczach, wszyscy inni nie angielskiego pochodzenia, to jeszcze i zawsze "forejnerzy", chociaż najlepsi i najwzorowsi obywatele? Czemu?" I tak przez blisko trzy godziny. Pogadankę zakończyłem słowami: "Ja też w oczach panów należę do tej klasy znienawidzonych "forejnerów", bo moi rodzice to Polacy. I szczycę się z tego, bo obywatele amerykańscy polskiego pochodzenia, to dzieci bohaterów, a nie zbrodniarzy. Dodałem jeszcze: "Put that in your pipe and smoke it, and the next time you speak about us Americans of Polish descent, use brains and less bigotry". — Wcale się me obrazili. Każdy i podał rękę na znak zgody i pożegnania. Ta pogadanka, podaje mi tytuł do dzisiejszego przemówienia:
BOHATEROWIE CZY ZBRODNIARZE?
Zaraz tu, w pierwszych słowach, mówię i z naciskiem powtarzam, że nie uważam wszystkich naszych rodaków za jakiś wymarzony ideał, bez żadnych wad i braków; nie twierdzę że każdy z rodaków i każda rodaczka zasługuje sobie na szacunek i pochwałę we wszystkiem co czynią. Wiem lepiej. Mam oczy ku widzeniu, nie jestem ślepy na niedomagania i braki. Widzę to wszystko, bo gdzież pod słońcem jest jaki odłam narodowości, lub jaka gałęź społeczeństwa, gdzie by nie było złych i przewrotnych. Nie mówię już ułomnych, słabych i jak wiatr zmiennych, ale powtarzam złodziei,  morderców, opryszków i zbójów! Jednak ośmielam się twierdzić że tak nasi ojcowie, jako też my, ich dzieci, jako narodowościowa grupa, tu w Stanach Zjednoczonych, nie stanowimy grupy zbrodniarzy i kryminalistów. Więc nie zasługujemy na żadne poniżenia i wzgardę, i upokorzenia. Odwrotnie, tak nasi praojcowie, jako też my sami, tworzymy grupę spokojnych, pracowitych, pokój miłujących i spokój zachowujących obywateli amerykańskich; że nasi ojcowie, pracą, potem i krwią, pomagali do wzbogacenia tej przybranej Ojczyzny, która im wiele dała, lecz która zarazem i nie mniej od nich dostała; że obecne pokolenie, nie robi mniej od innych odłamów społeczeństwa amerykańskiego, dla naszego kraju, chociaż jeszcze po dziś dzień, zmuszone jest walczyć na każdym nieomal kroku, aby wywalczyć sobie równość i uznanie! Najpierw rzućmy okiem na dawnych przybyszy z Polski. Co za jedni oni byli? Czy rządy ich tu wywoziły, bo kradli, mordowali, lub gwałtów się dopuszczali? To sprawdzało się na innych narodowościach, lecz nie na naszych rodakach. Byli to wieśniacy i rzemieślnicy. Mało było z inteligencji. Przyjeżdżali za chlebem i wolnością. Prostacy, bez żadnej ogłady. Opuszczali co mieli, może to było mało, lecz zawsze coś, porzucali to, co człowiekowi jest najdroższe tu na świecie, i jechali te tysiące mil, w strony obce, do nieswoich, nieznanych, często nieprzyjaznych, a nieraz otwarcie wrogich! Czy aby to uczynić i tak postąpić, nie było potrzeba odwagi, poświecenia i innych cnót bohaterskich? A jednak?
Przyjeżdżali tu do Nowego Jorku. Szczęśliwi ci, którzy już mieli jakich krewnych lub znajomych. Biada było innym. Gromady agentów oczekiwały na przyjazd tych nowoczesnych niewolników. Pakowano ich do wagonów kolejowych i wysyłano ich do dalszych stanów na roboty. Biedacy nie wiedzieli, gdzie jadą, zresztą nie dbali, byleby do roboty, gdzie by mogli zarobić na chleb. Czy takich możemy zaliczyć do zbrodniarzy, czy raczej nie należy dać im miejsce w pierwszych szeregach bohaterów? A jednak? — Ojcowie nasi znaleźli się w majnach pennsylwańskich. W kopalniach rudy żelaznej w Illinois i Michigan. W rzezalniach chicagoskich i innych setki mil na zachód. W stalowniach, blachowniach i odlewarniach pittsburskich. W portach nowojorskich, buffaloskich, detroickich i chicagoskich. W lasach wisconsinskich. W papierowniach, trzewikarniach i kotonówkach Nowej Anglii. Słowem tam, gdzie było potrzeba chłopa do najgorszej, najbrudniejszej i najpodlejszej roboty. Czy ci, którzy do tej pracy szli chętnie i ochoczo, czy byli to jacy zbrodniarze? A jednak.

Kopalnie, fabryki, młyny, koleje, okręty, były nie tylko warsztatami pracy, ale w nie jednym, lecz w setnich wypadkach, zamieniły się w ołtarze ofiarne, na których ojcowie nasi złożyli swe zdrowie i życie w zamian za kawał chleba, obficie zroszonego ich krwią, a skropionego gorzkimi łzami wdów i licznych sierotek. Czy dl tego, mają po dziś dzień nosić miano zbrodniarzy? A jednak.

Z pewnością, że ciekawi jesteście jak już wtenczas się obchodzono z naszymi ojcami i matkami. Posłuchajcie. Wtenczas więcej dbano o muła, aniżeli o robotnika! Był niewolnikiem w całym i pełnym znaczeniu tego słowa. Mówię z doświadczenia i z osobistych przejść, nie czytam z żadnej książki. Moja pamięć sięga do czasów prezydenta Clevelanda. Byłem wtenczas tak wielki jak cholewa od ułańskiego buta. Liczyłem dziesięć lat. Mężom pomagały żony przy piecach koksowych. Dzieci też nie oszczędzano. Przy ciągnięciu koksu, pracowali wyłącznie Polacy i Słowianie. Wstawaliśmy o północy. Praca trwała często do drugiej popołudniu, nieraz dłużej. Ojciec przy pomocy matki i syna, był w stanie wyciągnąć trzy piece dziennie. Za to płacono mu od dolara pięć centów do dolara siedemdziesiąt centów. Widziałem jak z naszych lał się pot; jak omdlewali z wycieńczenia, patrzyłem na matki, które wraz z mężczyznami padały znużone, ciągnąc taczki, czyli "wilbary" z koksem; widziałem dzieci małoletnie, które miały ręce tak odbite od szufli lub wideł, że skórę ścinały scyzorykiem. Nieraz słyszałem jak te dzieci płakały nad swoją niedolą! Pytam się czy ci wszyscy i im podobni, mają być uważani za zbrodniarzy? A jednak.

Jeszcze nie koniec temu. Tym robotnikom rozkazywali rozmaitego pokroju "bossowie" i "superintendenci." — Czy myślicie, że który z nich miał szczyptę dobroci lub serdeczności dla tych biedaków? Brudne wyzwiska dla tych niewolnic, szka radne przezwiska dla tych wielkich i małych niewolników. Karmiono ich szyderstwami i przekleństwami. Nieraz w dodatku popychano i bito! — Czy ci zasługują sobie na przydomek zbrodniarzy? A jednak.
Ileż to razy byłem świadkiem scen tak bolesnych, że dziś jeszcze po tylu latach, na samo wspomnienie, oczy zachodzą łzami? Stoi taki biedus i słucha cierpliwie. Kiedy już "boss" skończył wyzywać i przeklinać tego biednego "Pollack", bo uczciwie pracuje na chleb ze smalcem, a ten uciera rękawem łzy z oczu płynące, robi znak Krzyża św., szepce Zdrowaśki, i na nowo zabiera się do roboty. Przy nim stoi i płacze, syn jedenasto lub dwunastoletni. W czym oni zawinili? Co złego uczynili? Zależą od woli i swawoli i chimerów, nieuczciwego i niesumiennego dozorcy, bossa, przełożonego i pana — robotników-niewolników. Czy tacy nie powinni być nazwani zbrodniarzami, a tamci? — A jednak.
Nasi ojcowie nie tylko ciężko pracowali na chleb materjalny. Przyjechali tu, aby robić nie tak na siebie i dla siebie. To nie była ich myśl przewodnia. Nie! Myśleli raczej aby ich dzieci, lepiej miały, jak oni sami. Żądali dla siebie roboty, a zarazem wolności. Dla dzieci więcej szczęścia. Myśleli o chlebie duchowym, o religii i o wykształceniu! Mimo lichych zarobków, umieli żyć skromnie i oszczędnie. Z oszczędzonego grosza, hojne rzucali ofiary na budowę kościołów i szkół parafjalnych. Kiedy w jakiej miejscowości kończono budowę kościoła lub szkoły, rodacy i rodaczki zjeżdżali się nie tylko z pobliskich, lecz, z dalekich stron. Były to dnie uroczyste, szczęśliwe, radości i ukontentowania, że oni jeszcze jedną cegiełkę dorzucili do budowania wiary i nauki. I dziś patrząc na nasze gmachy kościelne i szkolne, mamy odwagę i czelność, nazwać tych pionierów, zbrodniarzami? A jednak.
W naturze naszej polskiej tkwi jakiś pierwiastek, który ciągnie nas do stworzenia sobie własnego kącika domowego. Inne narodowości mają w sobie charakter niestały, poniekąd cygański. Narodowość polska jest odmienna. Nie lubi wędrować i przenosić się z miejsca na miejsce. Nasi ojcowie więc kupili kawałek gruntu i stawiali własne domki. Wypłacali jak mogli. Zawsze i regularnie płacili podatki często wygórowane i niesprawiedliwe. Dziś stosunkowo więcej polskich rodzin posiada własne domki, aniżeli jakakolwiek inna narodowość. Czy może dlatego popełnili zbrodnię i zasługują sobie na przezwę zbrodniarzy? A jednak.
Może jednak ich nazwiska widniały na rekordach policyjnych? Może włóczyli się po sądach? O tak, wyzywali się od Galonów - Prusaków i Rusków. Poczubili się nieraz na chrzcinach i weselach, lecz poza tym nic więcej. Polak za dobry, aby kogo ukrzywdzić; za wierzący, aby człowiekowi życie odebrać; za sumienny aby źle się z kim obchodzić, a za uczciwy, żeby coś skraść. Taka przynajmniej zawsze była moja opinia. Czy dlatego więc mamy ich przezwać zbrodniarzami, bo są spokojni, sprawiedliwi i uczciwi? A jednak.
Przychodzę do czasów obecnych, to znaczy, do ostatnich lat piętnastu. Czy rekord naszej narodowości, w stosunku do innych, jest gorszy? Zanim jednak pomówię o tym, właśnie przychodzą mi na myśl niektóre zdarzenia sprzed i w czasie wojny światowej. Młodzież polskiego pochodzenia nie czekała na musowy pobór. Szła dobrowolnie i raźno. Gdzie była stacja rekrutacyjna, tam pełno młodzieńców, ze ślicznie brzmiącemi stuprocentowymi nazwiskami, kończącemi się na czysto amerykańskie - "ski" i "wicz". Naszej młodzieży nikt nie zmuszał. Nie chowała się za spódnikami matek lub sukniami żon, nie wykupywała się, nie zastawiała się obowiązkami, nie prosiła o uwolnienie. Szła, bo rozchodziło się o honor sztandaru przybranej ojczyzny i o oddanie ślicznym za nadobne wrogowi ojczyzny praojców! Dwanaście procent padłych na polach bitwy spośród żołnierzy amerykańskich, nosiło szczytne amerykańskie nazwiska kończące się na "ski" i "wicz"! Czy ci zasłużyli sobie na tytuł zbrodniarzy? A jednak. — Czy wtenczas dbano jak się kończyły ich nazwiska? Czy nie było im wolno zapisywać się do marynarki, piechoty, artylerii i kawalerii, ponieważ byli polskiego pochodzenia? I za to że gnili w błotach bagnistych we Francji; że kołatali się we Flandrii wśród grzmotu armat i świstu kul i harczenia karabinów maszynowych i syku kulomiotów i warczenia granatów, padali jak muchy; za wylew obfity i ofiarny krwi polskiej, — w oczach pewnych samozwańczych patriotów — uważani są za zbrodniarzy. A jednak.
Jeśli mi nie wierzycie, idźcie do statystyki. Tam dowiecie się ile tysięcy naszej młodzieży poszło do szeregów armii amerykańskiej; ile tysięcy zapisało się tu do Armii Polskiej; jak nasi kupowali amerykańskie bondy każdej emisji; ile przyczynili się w pomaganiu Czerwonemu Krzyżowi; za ile zakupili w markach oszczędnościowych, i tak prawie że bez końca! Czemu więc naszych i nas piętnują jako zbrodniarzy? A jednak.
A nasze matki i nasze siostry. Co o nich mam mówić? Co? Czy nasze matki nie mogą służyć innym za wzór? Jeszcze dziś, jedźcie wieczorem na miasto i przejdźcie się po biurach i ofisach! Kto tam szoruje, zamiata i czyści? Nasze matki. We dnie pracują w domu, w nocy w budynkach na śródmieściu. Czy to są matki zbrodniarzy? A jednak.
Nasze siostry? Idźcie do fabryk. W jedwabiarniach, w rzezalniach, w innych, gdzie tylko jest praca uciążliwa i trudna do wykonania, nieomal przy każdym warsztacie stoi polskie dziewczę. Pracowita, spokojna, pobożna i uczciwa, we wszystkim przykładna. Ją też zaliczają w szeregi zbrodniarek, bo jej nazwisko kończy się na "ski". Niedawno temu rozmawiałem z pewnym Amerykaninem saksońskiego pochodzenia, który w swych ofisach zatrudnia około sto pięćdziesiąt panienek. Z tych dwie trzecie to amerykanki - polskiego pochodzenia. Nie pytany, dał mi przyczynę: "Ojcze, ja przekonałem się że nie ma pracowitszej dziewczyny nad polską panienkę. A w dodatku mają krótkie palce!" Tu w Buffalo znam Żyda, który w domu zatrudnia trzy kobiety, kucharkę, praczkę i piastunkę. Wszystkie trzy młode amerykanki polskiego pochodzenia. Przyczyna: "Ja i moja żona wiemy, że ze wszystkich narodowości, młode polki są najuczciwsze, w pracy nie potrzeba je pilnować i we wszystkiem możemy się na nie spuścić." Czy te mogą być siostrami zbrodniarzy? A jednak.
Zarzuci mi niejeden, że dziś więcej polskich nazwisk widnieje na stacjach policyjnych, na sądach, po więzieniach, po domach poprawy i Dobrego Pasterza? Przyznam się że to prawda, ale zwracam uwagę że nas jest coraz to więcej i więcej, a procentowo, co do liczby, właśnie że nie mamy tyle wypadków, co mają inne narodowości, a nie wykluczam żadnej czy to angielskiej, irlandzkiej, włoskiej czy żydowskiej! To samo sprawdza się co do przestępstw małoletnich. Tu w Buffalo, w polskiej dzielnicy, mamy od trzysta do pięćset dzieci w jednym bloku. Na stronie zachodniej w tej samej przestrzeni mają od 25 do 50 dzieci, a pięćset psów! Dziwić się nam trzeba, że mimo wszystko, mamy taki znikomy procent przestępstw u małoletnich. Czy dla tego jesteśmy zbrodniarzami? — Zresztą szukajmy też źródła złego wśród nas! Czyja wina jeśli jest gorzej jak kiedyś było? Pierwszy powód to nieposyłanie polskich dzieci do polskiej szkoły. Z takich dzieci wyrastają dziwolągi; takie dzieci najczęściej później dostają się w tarapaty. Przesiąkają zasadami, na których były wychowane, bez Boga i bez pojęcia cnót uczciwości. Jedna z tych zasad to; wszystko wolno dopóki cię nie uchwycą. Wykonanie tej zasady prędzej czy później kończy się katastrofą!

Przed kilku latami tu w Buffalo byłem obecnym na sprawie sądowej. Młodzieniec polskiego pochodzenia oskarżony był o morderstwo. Nigdy nie był w polskiej szkole. Po uczęszczaniu na prywatne lekcje katechizmu przystąpił do Pierwszej Komunii św.; do dwudziestego pierwszego roku, byt aresztowany 12 razy, a teraz za morderstwo. Po polsku już nie tylko że nie rozmawiał, ale już nie rozumiał. W rekordzie sądowym zapisano go:  rzymskokatolik i Polak!
Zwracam też uwagę słuchaczom na fakt, że dzienniki angielskie celowo prowadzą pewną propagandę. Jeśli prawo przekroczy obywatel którego nazwisko kończy się na "ski" lub "wicz", rozmazują to wielkiemi literami w szpaltach gazet! Niech będzie to najmniejsza rzecz, dajmy na to, kradzież jakiej drobnostki w składzie deparatmentowym. Inni mogą weksle fałszować, na tysiące okradać, to nic, przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Temu się nie tylko nikt nie dziwi, lecz owszem, takiego uważają za bohatera, za spryciarza i życiorys opisują w najmniejszych szczegółach! Polak, koszule skradnie, bochenek chleba lub butelkę mleka sobie przywłaszczy, to już kryminalista i zbrodniarz. Czy to słuszne i czy to sprawiedliwe?
Wreszcie i to jest ważne. Że nas inni lekceważą i poniżają, wińmy siebie samych, bo sami siebie lekceważymy i poniżamy. Ilu z nas ma odwagę stanąć i bronić swoich? Znane mi są wypadki, gdzie dla zyskania pochwały, dla pochlebienia się władzy, nasi denuncjują własnych przed innonarodowcami, kiedy dobrze wiedzą, że nie tylko nic nie lepiej, lecz gorzej się dzieje pośród nich aniżeli wśród nas! Mam przed sobą dziesiątki takich wypadków! I to wśród zawodów inteligencji polskiej! Czemu to? Czemu tak? — Pamiętam, jak dziś, kiedy dwadzieścia cztery lata temu, byłem wikarym w Milwaukee, u Św. Józafata. Wtenczas mój zapał i gorliwość były bezgraniczne. Ze szczególnym zapałem odwiedzałem chorych, po domach prywatnych i szpitalach. Milwaukee, słynie nie tylko z tego powodu, że posiada dwie najsławniejsze browarnie w Ameryce, lecz zarazem ze smutnego faktu, że jest gniazdem amerykańskiego socjalizmu. W szpitalu Panny Marii nad jeziorem, spotkałem pewnego dr. White. Nie poznając, że jestem Polakiem, zaczął naszych wymyślać. Ja nic. Po wysłuchaniu tyrady, mówiłem: "Panie doktorze, cieszę się że i ja jestem Polakiem, i mogę ci śmiało powiedzieć, że nie wiesz o czym mówisz." I zacząłem mu tłumaczyć. Teraz on słuchał, i słuchał z uwagą. Kiedy skończyłem, powiedział mi tak: "Po wysłuchaniu Księdza zmieniam moje zdanie o Polakach"! Z dwa lata temu, byłem obecnym na pewnym zebraniu. Było tam obecnych, mniej więcej z dwudziestu wybitnych obywateli. Robiono zarzuty rozmaitym grupom narodowościowym. Pito szczególnie w stronę Polaków. Czy myślicie, że powstał który z Polaków w obronie swoich? Ani jeden! Ja też słuchałem aż przewodniczący zapytał się mnie czy mam co do powiedzenia. Odpowiedziałem, że tak. Moja odpowiedź była taka: "Wyczyśćcie najpierw wasz ogródek, a wyczyszczenie naszego, zostawcie nam." Przewodniczący, w tej chwili posiedzenie odroczył. Łatwo jest nam narzekać, łatwiej jest nam wskazywać na braki, wady i błędy nasze, aniżeli stanąć w obronie naszych, którzy nie są ani zbrodniarzami, ani kryminalistami, lecz owszem, w porównaniu z innymi zasługują na miano i hołd bohaterów!
W czym i gdzie jest nasza obrona? O, wiem ja dobrze, może nawet za dobrze, że moja odpowiedź, nie trafi do rozumów jednych, a do serc drugich. Trudno. Nie tylko jest mi wolno wypowiedzieć się w tej sprawie, lecz jest to mus i obowiązek z mej strony. Pewien Francuz kanadyjski pisał tak: "Stamtąd, zza morza, przynieśliśmy nasze pieśni i nasze modlitwy. W piersiach naszych mamy serca ludzi z naszego kraju — serca żywe i dzielne, równie skłonne do współczucia, jak i do zabawy, serca najbardziej ludzkie ze wszystkich serc ludzkich. Wszystko co przynieśliśmy — nasz język, naszą kulturę, nasze cnoty, a nawet nasze słabostki - są dla nas święte, niezmienne, i takimi pozostaną na wieki. I dlatego mamy pozostać tu w tym kraju, gdzie Ojcowie nasi mieszkali; powinniśmy żyć jak
oni żyli, a myśli nasze i uczucia mamy przelać na dzieci nasze. Pomiędzy nami, nie ma nic zaginąć, nic nie może sic zmienić."
Jest to nam konieczne, niezbędnie potrzebne. Dopóki tego nie zrozumiemy, zostaniemy na miejscu, gdzie obecnie jesteśmy, w tyle za innymi! I nadal zaliczać nas będą do złoczyńców.
Nasza narodowość, ponad inne miłuje ten kraj, jak kiedyś wołał mistrz Jan Paderewski: "Świadomi swej wartości, w najwyższym stopniu lojalności i wdzięczności, w dalszym ciągu będą wypełniać wszystkie swoje obowiązki wobec Ameryki. Będą je spełniać w czasie wojny, w czasie pokoju i zawsze bez obawy i bez zarzutu." Do tego mogę dodać, że nasza narodowość chce żyć w zgodzie i porozumieniu z innymi grupami, lecz na zasadzie amerykańskiej równości, jako równi z równymi. Jeśli na równi spełniają obowiązki obywatelskie, maja też na równi prawo do przywilejów i uznania. Tymczasem co się dzieje? Sakson patrzy na nas z góry: Niemiec z podełba; tamten nas nienawidzi, tu ten gardzi, i tak bez końca, bo uważają nas za zbrodniarzy! O tak, przypomina im się od czasu do czasu, że istniejemy, jako obywatele. Tak, przed wyborami. Wtenczas wszyscy do nas lecą. Plotą nam jakieś koszały opały o jakimś "Kozyjusko" — "Polaski" — "Paderuski." itd.! Wtenczas wołają ze łzami w oczach, że my to, "gut polysz pyple", i inne smalone duby, aż do mdłości! Wtenczas nasza narodowość bywa stawiana na równi z drugimi blokami, lecz tylko wtenczas na czas wyborów, przestajemy być w ich oczach zbrodniarzami, a jesteśmy — obywatelami! Potem? Jak zwyczajnie. Każą nam czekać i oblizywać się! Ściągają z nas suknie obywatelskie, a zarzucają na plecy nasze łachmany - zbrodniarzy.
Mili radiosłuchacze! Chyba wyraźniej i zrozumiałej nie moge do was przemówić. Mimo uprzedzeń, poniżenia, pośmiewiska i urągania, często nawet otwartej nienawiści, nie wolno nam rąk opuszczać, nie wolno nam w pracy i staraniach usta­wać. Na dnie tego leży obawa i bojaźń, że nie zadługo Amery­kanie polskiego pochodzenia, na każdym polu i w każdej dzie­dzinie, zajmą stanowiska, im się należące, bo to potomkowie pionierów bohaterskich, a nie — zbrodniarzy!