BYĆ CZY NIE BYĆ - pogadanka o. Justyna z 27.10.1935 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Myślami i wyobraźnią cofamy się, słuchacze, kilkanaście lat wstecz, do czasów poprzedzających wybuch wojny światowej. Znajdujemy się w pierwszych miesiącach roku 1914! Świat spiskuje przeciw Bogu. Państwa uchwalają prawa na mocy których wypowiadają Bogu miejsce w granicach ich krajów. Już nie ma miejsca dla Boga w kościołach, szkołach i domach. To nie wystarcza. Samą myśl o Bogu rugują z umysłów i serc swych poddanych. I to nie dosyć. Zuchwali prawodawcy, z szyderczym uśmiechem na bezbożnych ustach, odgrażają się, że nawet na niebie wygaszą gwiazdki, i z tronu niebios raz na zawsze Boga usuną! Bluźnietstwa te i podobne, widocznie, cierpliwemu i miłosiernemu Bogu się sprzykrzyły! Nagle, buchty płomienie i pożar nie dał się wstrzymać. Biegł z kraju do kraju, paląc słupy graniczne, sięgając poza rzeki, jeziora i morza. Objął nieomal świat cały, szerząc głód, kalectwo i śmierć! Z winnymi cierpieli i niewinni. Żołnierze przekleństwami witali każdy nowy dzień. Żony i matki żałośnie rozpaczały. Dzieci niewinne opłakiwały swych ojców. W końcu, nie widząc ratunku dla siebie i dla swoich, wszystkie narody rzuciły się na kolana; dzieci w domach, niewiasty po kościołach, żołnierze na polu bitwy. I wzniósł się jeden okrzyk, jedna prośba, pomieszana z błaganiem i rozpaczą, zakropiona łzami i krwią, o litość i o miłosierdzie! Wołania ludzkie nie były bezskuteczne. Najpierw zawieszenie broni. Potem ugody i pokój. Zdawało się, że po tem wszystkiem ludzie oprzytomnieją. Że straszna ta i długoletnia kąpiel w łzach i krwi ludzkiej obmyje i oczyści ludzkość z brudów moralnych i umysłowych. Że życie ludzkie będzie spokojniejsze i pewniejsze. Że mocarstwa się upokorzą i dadzą Bogu pierwsze miejsce w swych granicach i prawach, a ludzie oddadzą Bogu co jest Boskiego, a cesarzowi co jest cesarskiego! — Byli wtenczas i nawet dziś są tacy, którzy prorokowali i jeszcze twierdzą, że dziś jest więcej wiary, więcej pobożności, jak wtenczas! Że ludzie czasów obecnych ofiarni, miłosierni, pełni poświecenia, miłujący bliźniego itd. — Tak piszą, tak głoszą i tak twierdzą.I to czynić mogą tylko tacy, którzy żyją na ustroniu i z ludem się nie mieszają. Aby lud poznać, trzeba wśród niego żyć i z nim przestawać. Wtenczas wyłoni się przed nami obraz prawdziwy i rzeczywisty! Nie jakieś życie idealne, poetyczne i lśniące. Bo naprawdę, życie ludzkie w czasach naszych jest nieco ciemne, ponure i niepewne. Pytacie się o powody? Jest ich wiele. Bóg, mało znany. Miłość bliźniego, nie uznana. Długie bezrobocie. Miłość pieniędzy i rzeczy światowych. Niezrozumienie celu życia ludzkiego, a wiec nadużycia i przesyt. Dzisiejsza mowa dopomoże nam do zrozumienia tego twierdzenia.

BYĆ CZY NIE BYĆ?

Zdawać się Wam może, że dziwny to tytuł mowy na naszym programie. Zapewniam was, że do takiej przemowy zmusiły mnie listy, przysłane mi pocztą pośpieszną i poleconą. Proszę cierpliwie wysłuchać skarg i zażaleń istot wątpiących, a nawet rozpaczających, które już zadecydowały, że dłużej żyć nie warto, że lepiej życie zakończyć i położyć kres niepewnościom, zwątpieniom i rozpaczy, a w końcu wysłuchajcie moich wywodów, że mimo to, że wbrew temu nie tylko lepiej, lecz warto być, jak nie być.

Chicago, Ill., 12go paźdz., 1935.

Drogi Ojcze Justynie:
Proszę na mnie się nie gniewać, że z moją przykrą sprawą ośmielam udać się do Ojca. Jestem Polakiem urodzonym tu, w Chicago. Będąc chłopcem, chodziłem do szkół. Zamierzałem zostać czymś więcej w życiu jak tylko prostym robotnikiem. Lecz miałem młodszego brata, którego matka więcej kochała jak mnie, chociaż nie chciał nic robić. Ja po szkole musiałem gazety sprzedawać i rychło co rano wstawać, aby gazety roznosić. Potem musiałem szkołę porzucić i iść do roboty. Mój brat po salunach i "pool-roomach" się wałęsał; późno do domu powracał. Zawsze jednak był dobrze ubrany i miał pieniądze. Matka mu je dawała. Jak ojciec mówił co matce, to w domu było piekło. Ja nie mogłem wytrzymać. Poszedłem z domu. Pracowałem ciężko. Pieniądze chowałem. Ożeniłem się. Kupiłem domek. Żona mi pomagała. Szło nam dobrze, aż robotę zgubiłem, żona mi się rozchorowała. Właściciel morgeczu zabrał nam dom, chociaż było tylko $750.00 długu! Teraz na ręku mam dwoje dzieci i żonę chorowitą, a roboty nie mogę dostać! Każą mi iść do miasta i prosić o pomoc. Ja się wstydzę, bo nie chcę żebrać tylko pracować. Nieraz jak wieczorem siedzę w domu, to zdaje mi się, że rozum gubię. Zawsze starałem się żyć uczciwie, a co mi z tego? Już nieraz zamierzałem albo rzucić się pod kolej, która tu przechodzi w pobliżu, albo wziąć kawał powroza i powiesić się, bo dalej wytrzymać nie mogę. Może wtenczas ludzie zlitują się nad wdową i sierotami, i będzie im lepiej beze mnie jak ze mną. —
Zanim usłyszysz moją radę, stawiam ci przed oczyma tablice z przykazaniami Boskimi, i wskazuję ci piąte przykazanie. Co tam czytasz? Nie zabijaj! Czy to tyczy się tylko życia drugich? Nie, odnosi się do ciebie! Posłuchaj głosu twego Stwórcy. Nie waż się targnąć na własne życie. Życia sobie sam nie dałeś, a więc nie masz prawa tego życia sobie skracać albo odbierać. Stwórca wypożyczył ci taki lub owaki przeciąg czasu. Do Niego należy powiedzieć tobie: Wystarczy i Koniec! Bądź mężem. Tylko tchórz zmyka z pola walki, żołnierz dobry staje oko w oko nieprzyjacielowi, nawet mocniejszemu, i walczy. Przyznam ci, że twoje położenie nie jest ani wesołe ani zadawalniające. Popatrz się jednak na innych! Ilu nie ma pracy? Ilom banki zabrały oszczędności wielu i wielu lat, niektórym ostatni cencik? Ilu potraciło domy? Ilu musiało zamknąć sklepy? Ilu zdrowie straciło? Jednak się nie poddali i nie upadli. Czy ty nie wiesz, że polski chłop nigdy i nikomu się nie poddaje? Przecież masz zdrowie, masz dobrą żonę, masz dzieci! Czy nie warto dla nich cierpieć, pracować i starać się? Jutro, to nowy dzień! Gdybyś zaś życie sobie odebrał? Co wtenczas? Polepszysz może swoją dolę, lub byt żony i dzieci? Staniesz przed Bogiem-Sędzią! Co Jemu powiesz? Jak się uniewinnisz i usprawiedliwisz? — Żonę napiętnujesz, że to wdowa po samobójcy, a dzieciom zostawisz znamię — ojca tchórza. Czy im to dopomoże? Dzieci, kiedy dorosną, zamiast cię błogosławić, imię twoje obsypią i przykryją przekleństwami. Taki pomnik ci wystawią. Nie pomyślałeś o tym, co? - Wiesz teraz co samobójstwo ci pomoże? Powiem ci, co masz robić. Posłuchaj. Musisz się złamać i upokorzyć. W tej chwili, klęknij i pomódl się! Przeproś Boga za te myśli, które chowałeś jak prawdziwy złodziej. Poproś Go o opiekę i błogosławieństwo. Jutro z rana idź do biura miastowego, przedstaw tam twoje położenie, nie wstydź się, bo nie masz czego. Pomagają innym, i tobie pomogą, dopóki nie znajdziesz jakiej roboty. Zobaczysz, że będziesz zadowolony, żona powoli do zdrowia powróci, dzieci będą cię błogosławiły. Ze względu na Boga, na siebie samego, na żonę i na dzieci, zrobisz tak a nie inaczej?
Treść drugiego listu jest znów taka:
Wielebny Ojcze:
Co dopiero odebrałam karteczkę z zawiadomieniem, że 20go października rozpoczyna się na nowo Godzina Różańcowa. Ile razy słuchałam tego programu, lepiej się czułam. W ostatnich kilku miesiącach straciłam chęć do życia. Rodziców nie mam, gdyby żyli może by tak nie było. Mąż siedzi w domu, bo roboty nie może dostać. Ja nie jestem zdolna do ciężkiej roboty. Mam dwoje dzieci, a trzeciego się spodziewam. — Miałam dobre wykształcenie i dobra robotę. Byłam stenografistką i sekretarką. Dobrze zarabiałam. Rodzice mi radzili, aby nie wychodzić za mąż. Nie słuchałam. Jedyne wyjście dla mnie i dzieci będzie odkręcić kurek gazowy przy piecu. Pójdę i zabiorę dzieci moje ze sobą, aby ich świat nie poniewierał, i aby nie cierpiały jak ja muszę cierpieć.
Słuchaj droga matko mojego głosu! Może coś wykorzystasz. W rzeczywistości, jeszcze nie jesteś w tak przykrym położeniu, jak sama sobie wyobrażasz. Są jeszcze inne istoty biedniejsze, mizerniejsze i nieszczęśliwsze od ciebie! Przecież masz zdrowie, to skarb nad skarby. Masz męża, masz dzieci. W porównaniu z wielu innymi jesteś szczęśliwa. Popatrz się trochę po ludziach. Nie potrzebujesz szukać daleko. Patrz tam: zobaczysz żonę, która ma męża pijaka, który nigdy jej nie da poczciwego słówka. Często bije ją i mści się na niej. W domu klnie i wyzywa, nie ma spokoju ani we dnie, ani w nocy. Czy ona nie cierpi więcej i gorzej od ciebie? Patrz tam: widzisz żonę, której maż leży od lat, częściowo sparaliżowany; co za męka z takim chorym. Nie ma dla niej odpoczynku ani na chwilę. Wszystkim się niecierpliwi, na wszystkich się gniewa, wszystkim wymyśla! Czy ty nie jesteś szczęśliwsza od niej? -  Patrz tam: Biedna wdowa, z gromadką dzieci. Mąż ją zostawił bez centa. Czy ona rozpaczała? Czy ręce opuściła? Nie ona! Zabrała się do roboty. W nocy czyści biura ofisowe i szoruje podłogi. We dnie, przez całe godziny, stoi przy wasce! Z dnia na dzień wystarczy na chleb, aby duszyczki utrzymać w małych ciałkach. Wszystko na jej głowie, o wszystkim tylko ona myśleć musi. Czasami to już nogi się pod nią uginają, a głowa pęka! Posłuchaj jak się modli: "Boże miłosierny daj mi moc i siłę, abym przetrzymała. Dla siebie o nic nie proszę, tylko dla moich dzieci. Daj mi łaskę, abym je wychowała na dobrych i uczciwych ludzi, abyś Ty, Boże, miał z nich chwałę, ludzi pożytek, a ja pociechę. Gotowam ręce urobić, byleby je razem utrzymać i od złego ochronić!"

Co ty na to powiesz? Patrz tam: Widzisz, przy łóżku szpitalnym stoi matka i płacze. Przywołano ją do szpitala, gdzie w tym zmiażdżonym ciele rozpoznała własną córkę, która mimo przestróg i upomnień wyszła wieczorem z towarzyszkami, no i przywieziono ją tu! Jeszcze kilka minut, wyniosą ja do trupiarni! Czy ta matka nie jest nieszcześliwszą od ciebie? I jeszcze nie koniec! Patrz tam: Przy kratach celi więziennej stoi matka i płacze. Żegna się ze synem, który za kilka godzin pójdzie na krzesło elektryczne. Syn, o którego tak dbała, dla którego tak pracowała. Obiecywała sobie wiele, tak i cóż z tego? Syn poszedł pomiędzy obcych: rozpił się i rozpuścił się, no i dziś zginie jako złodziej, zbrodniarz i morderca. Zostawi plamę na nazwisku rodzinnym. Teraz gdziekolwiek pokaże się ta matka bolesna, świat będzie ja wskazywał palcem, a ludzie stronić od niej będą, bo to matka złoczyńcy, matka zbrodniarza, matka - ginącego na krześle elektrycznym! Co ty powiesz na to? Czy tak cierpisz, czy tak możesz cierpieć jak ta matka? Patrz tam! Widzisz tę matkę staruszkę? Siedzi na krześle i płacze. Czemu? Wejrzyj do tamtej maleńkiej izdebki. Na łóżku czystym, ale biednym leży postać blada jak ta płachta, wycieńczona i chuda. To jej córka jedynaczka. Lekarz co dopiero oznajmił staruszce, że jeszcze tylko chwil kilka, a córka żyć przestanie. Co staruszka zrobi? Bez krewnych i znajomych, co się z nią stanie. Po tylu latach starań, cierpień, krzyżyków, łez i botów, zostaje sama na tym świecie. A teraz ty matko, która pisałaś ten list, czy boleść twoja może równać się z boleścią tej matki staruszki? Ja nie wątpię, lecz jestem przekonany, że nie. Po scenie tego świata posuwa się orszak żałobny, w którym biorą udział przeważnie matki bolesne, opuszczone, sponiewierane. Idą jedna za drugą, powolnie i smutnie, prawda: idą jednak odważnie, wytrwale, z krzyżem na zbolałych barkach, wiedząc, że przy końcu drogi życiowej oczekuje je nagroda zasłużona! Wobec tego orszaku, ty matko chcesz podnieść rękę i odebrać życie sobie i dzieciom, które Bóg tobie powierzył, abyś Mu je wychowała? Nie chcesz cierpieć! Powiedz mi czy na tym szerokim świecie jest bodaj jeden człowiek, który by nie musiał cierpieć? Jeszcze o takim nie słyszałem.

Bolesław Prus wkłada w usta pewnego studenta pytanie: na co w życiu ludzkiem cierpienie? Zaledwie to pomyślał, ujrzał kuźnię, gdzie olbrzym dął miechem w ognisko, z którego pryskały drobne iskierki, a chwytał je drugi olbrzym i zamykał w potężnych kulach granitu. - Iskry, to dusze ludzkie, granit to ciało. Trzeci wielkolud brał granitowe kule z iskierkami i strasznym stalowym kolcem przy pomocy młota dziurawił granit do środka. Za każdym ciosem granit jęczał i płakał krwawemi łzami, ale z głębi dobywała się łodyżka światła, która na powietrzu rosła i maiła się gałązkami lub więdła, a wtedy olbrzym znowu wbijał kolec do głębi kuli i znowu wypuszczał łodyżkę światła. Na pytanie co robi i kim jest? — odpowiedział: Pomagam rozwijać się duszom, a jestem cierpieniem. Gdyby nie ja, dusze wasze zostałyby do końca świata ziarnkami maku, które śpią w bryle materii. — Pytam się teraz matko droga, czy teraz nie porzucisz myśli szkaradnej i obrzydliwej, aby zdusić życie swoje i dziatek twoich? Ja myślę że tak! Chciej żyć, chciej, dla męża twego i dla dzieci twoich. Dni smutne i trudne miną tak jak mijają chmury czarne i złowrogie, zwiastujące burze, grzmoty i pioruny. Nadejdą dni lepsze, pogodniejsze i łagodniejsze. Okaż się matką prawdziwą, mężną i wytrzymałą. Bóg dopomoże!
Jeszcze jeden list:
Detroit, Mich., 12go paźdz., 1935.

Wielebny Ojcze:
Już od dziesięciu lat przechodzę piekło na ziemi. Obecnie mam 28 lat. Nie wiem co się ze mną stało i dziś jeszcze nie wiem co się dzieje. Przed dziesięciu latami, jednego dnia w październiku byłam w kościele. Wtenczas powrócił do domu mój brat. Kiedy przyszłam z kościoła, rozgniewany uderzył mnie kilka razy pięścią, a kiedym straciła przytomność i przewróciła się na podłogę, skopał mnie. Od tego czasu trzy razy byłam w szpitalu. Co przywiozą mnie do domu, to przez jakiś czas czuję się lepiej, a potem znów to samo. Bracia i siostry mnie nienawidzą, bo muszą płacić za szpital i lekarstwa. Jedynie matka dba o mnie i razem ze mną płacze. Mam tabletki na uspokojenie nerwów. Często kiedy w nocy nie mogę spać, myślę sobie, że lepiej by było wziąć kilka tabletek i zasnąć na zawsze -  na wieki.
Posłuchaj tylko, ty biedoto! A po zażyciu tabletek, co potem? Śmierć, odpowiesz mi! A po śmierci, co? Sąd! A potem, co? Nie umiesz, czy nie chcesz odpowiedzieć? Potem wieczne nieszczęście i wieczne cierpienie. Teraz, czym jest cierpienie czasowe: doczesne, fizyczne w porównaniu z cierpieniami wszystkie czasy trwającemi? Zażywając truciznę, stan rzeczy pogorszysz, a nie polepszysz! Mimo braku zdrowia, żyjesz. Pókiś zaś przy życiu, zawsze jest nadzieja odzyskania zdrowia! Osobiście mi są znane wypadki, gdzie osoby cierpiały od lat. Osoby, którym wydawało się  iż cierpią niewinnie i niesprawiedliwie. Jedne narzekały, drugie w cichości i ukryciu Opatrzności Boskiej ofiarowały swe cierpienia i bóle. W końcu, opatrznościowo czy przypadkowo nadeszły dni szczęścia i spokoju, bo Bóg zdrowie powrócił. Czy to jest niemożliwe w twoim wypadku? Kto może powiedzieć? Może dziś jeszcze, może jutro, może najpóźniej pojutrze, twoje cierpienia się skończą, Bóg zdrowie powróci i rozpoczniesz życie nowe i zadowolone! Tylko się nie zniechęcaj, rąk nie opuszczaj, nie rozpaczaj! Słoneczko lepszego i weselszego jutra tuż niedaleko! Klęknij w tej chwili, przeproś Boga za zezwolenie na myśli samobójcze, i poproś o łaski wytrwałości i ducha ofiarności, mówiąc: "Bez Ciebie, Boże, nic wytrzymać nie mogę, przy Twej jednak pomocy dźwigać będę krzyżyk życia codziennego." Zło minie, prędzej aniżeli myślisz.
Do powyższych, dodaję wyjątki z listu pisanego trzęsącą ręką staruszka. Przytaczam je, bo z jednej strony wskazują na smutne położenie starowiny, a z drugiej strony otwierają nam oczy na pogańskie i ohydne zapatrywanie wzrastającego pokolenia. Czytam:
Buffalo. N. Y.. 20go paźdz.. 1935.
Co Ojciec Justyn powie mi na to? Mam siedmioro dzieci. Synowie nie dają mi spokoju. Mam 68 lat i chciałbym umrzeć spokojnie. Dostaną wszystko po mojej śmierci. Synom żem się sprzykrzył, bo mówią, że lepie jby było, aby ich "old man" wziął trucizny, to by prędzej dostali to co im się należy. Mój ojciec miał więcej łaski u mnie, jak ja mam u synów. Nieraz myślę sobie, aby się im umknąć, bo wytrzymać nie mogę."
Staruszku drogi i strapiony, takie dzieci jak twoi synowie, bez uczucia, serca i sumienia, to wyjątek. Olbrzymia większość synów, to dzieci dobre, sumienne, wdzięczne i dbające o swoich staruszków rodziców. Dobry przykład mam pod ręką. Mój tatuś już jest w ośmdziesiątym piątym roku. Dwukrotnie padł ofiarą ataku paraliżu. Wiesz co to znaczy. Piersi i płuca zdrowe, umysł czysty i bystry, lecz cóż kiedy nogi bezwładne i zimne. Zrozumiesz lepiej, jeśli dodam, że mój tatuś jeszcze obecnie waży około dwieście funtów. Zawsze miał maniery wojskowe. Ostry, popędliwy i surowy. Teraz pod batem paraliżu zrobił się niecierpliwym i opryskliwym. Wiesz kto go pilnuje, kto go nosi, kto mu usługuje, kto się nim opiekuje? Nikt inny jak moi dwaj bracia, i to bracia dorośli, bo jeden z nich już liczy około 43 lata, a drugi 37. Nie opuszczają go ani we dnie ani w nocy. Stoją na straży przez 24 godziny. W lipcu, zawołany telegraficznie, pojechałem do domu na kilka dni. Widziałem na własne oczy przykład synowskiej wdzięczności i poświęcenia. Wzruszony do głębi serca, i ze łzami w oczach, słyszałem jak tatuś zdenerwowany i rozgniewany, dawał rozkazy, a bracia słuchali spokojnie. Sam podałem myśl oddania tatusia do szpitala, gdzie by dano mu lepszą opiekę lekarską i staranniejszy dogląd. Bracia nie chcieli zgodzić się na propozycję. Młodszy brat mówił: "Dotychczas daliśmy sobie rade, to damy i nadal. Tacie by serce pękło, i by umarł, gdybyśmy go przenieśli z domu do szpitala. Nie! Jeden z nas jest z nim do północy, drugi od północy do rana. We dnie to już siostry dadzą sobie radę. Naszemu staremu "Popsowi" krzywdy nie zrobimy!" — Ja na te słowa nie miałem odpowiedzi. Tylko oczy zapełniły się łzami, a za gardło chwyciła mnie jakaś garść niewidzialna, i przez chwile nie mogłem mówić! Wreszcie, wyksztusiłem pytanie: "A czy wam się to nie sprzykrzy?" "Nie mnie", mówił młodszy brat, "ja nigdy nie zapomnę, jak "Pops" się o nas starał przez wszystkie lata i co dla nas zrobił. Nie tylko nas wychował, ale nas kształcił. Pamiętam jak ciężko pracował, jak pieszo do roboty chodził i jak oszczędzał. Nieraz w peliku z powrotem kawałek "paja" przynosił dla nas. Nie, nasz "Pops" może na nas krzyczeć i na nas się gniewać, to nic! My będziemy się nim opiekować aż do śmierci. Do szpitala go nie wyślemy!" Co ty mój staruszku na to? Co wy dzieci mnie słuchające, a nie dbające o waszych rodziców, co za odpowiedź mi dać możecie? — Tobie staruszku daje radę. Jeśli w synach, w krótkim czasie, nie zajdzie zmiana, wiesz co możesz zrobić? Idź do jakiego zakładu pod opieką zakonnic, tam znajdziesz spokój i opiekę. Tam znajdziesz więcej serdeczności jak wśród własnych synów. I zrób testament. Synom zapisz po pięć dolarów, a w testamencie daj wypisać powody, aby twoja ostatnia wola była ważna i legalna. Pieniądze przepisz na zakład, który ci da opiekę, aby mógł nieść pomoc i pociechę takim ojcom jak ty! Będzie to najlepszą nauczką dla tych dzieci, które radzą staruszkom łyknąć pigułkę, aby się ich pozbyć, bv zagrabić to, do czego prawdopodobnie prawa nie mają!
W końcu na pytanie: Być czy nie być? Odpowiadam otwarcie. Zawsze lepiej być! Zapytacie się: nawet wśród cierpień, bólów, zwątpień, rozgoryczeń i rozpaczy? Tak, stanowczo: tak. Cierpienia i przejścia ostre i przykre wyrabiają w nas charakter i siłę woli! Pod ciężarami moralnemi wyrabiają się, jakoby muskuły duszy, tak jak atleta urabia siłę pod ćwiczeniami fizycznymi. Przejścia życiowe zwracają nas do Boga i bliźniego! Tylko nie zniechęcać się i nie upadać na duchu. Pisał ktoś, że "czym dla winnej latorośli nóż ogrodnika, tym dla człowieka cierpienie; czym młot dla złota, tym nędza i ucisk dla człowieka." To raz jeszcze stwierdza, że lepiej nam być, jak nie być!