CUD CZY ZŁUDZENIE - pogadanka o. Justyna z 8.12.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na wstępie, przytaczam list przysłany mi w ubiegły poniedziałek rano. Proszę posłuchać: "Cieszy mnie, że Ojciec poruszył sprawę posiedzeń spirytystycznych. Nasza sąsiadka też urządza takie posiedzenia, znajomi płacą po pięćdziesiąt centów, a inni po dolarze. Ma w domu, w sklepie małą salę, i dwa razy w tygodniu prowadzi nabożeństwa. Wywołuje duchy i bałamuci ludzi. Każe im jakieś pacierze odmawiać i świeczki palić. Mojemu staremu też się zachciało zajrzeć, ale przyszedł do domu wystraszony, bo mu jakiś duch powiedział, że po śmierci, jego dusza wstąpi w jakiegoś zwierza. Ja mu powiadam, że dusza takiego pijaka, będzie i tak już wymęczona jednym długim życiem, że nie będzie jej się chciało drugi raz pokutować. O. Justyn by się zadziwił ile ludzi schodzi się na te posiedzenia u sąsiadki. Mężczyźni i kobiety, nawet dziewczyny. Sąsiadka mówi, że duchy powiedzą jej wszystko. Czemu nie powiedziały jej duchy, kiedy jej maż miał uciec, i kiedy policja miała przyjechać i zabrać jej syna, który dostał od dziesięciu do piętnastu lat wiezienia? Ludzie jednak idą do niej jak do kościoła. Ona sama wygląda podejrzliwie. Innych leczy, a sama jeździ na miasto do doktora. Ja myślę, że kiedyś dostanie pomieszania zmysłów, bo jej matka też tak skończyła". — Koniec listu, a początek dzisiejszej mowy:

CUD CZY ZŁUDZENIE?

Rozum ludzki to największy pyszałek i zarozumialec na świecie! Nigdy nie był zadowolony z tego co od Boga dostał. Chciał więcej. Rozpoczął krytykować nie tylko prawdy i wskazówki przez Stwórcę dane, ale odważył się rzucić na samego Stwórcę, wypowiadając Mu posłuszeństwo. I rozum ludzki, odrzucając światło wiary, zatracił jedyną podporę swej słabości i ułomności. Zaślepł! Błąka się teraz w ciemnościach przesądów i zabobonów! Sprawdza się to, o czym już kiedyś pisat Apostoł narodów, do ulubionego ucznia, Tymoteusza: "Albowiem przyjdzie czas, gdy nowej nauki nie ścierpią, ale według swoich pożądliwości zgromadzą sobie sami nauczycieli, mając świerzbiące uszy. A odwrócą uszy od prawdy, a ku baśniom je zwrócą."

Dzisiejszy spirytyzm, miał początek w roku 1647, w wiosce Hydesville, w powiecie Wayne, niedaleko Utica, w stanie New York. Mieszkała tam rodzina niemieckiego pochodzenia, a metodyskiego wyznania, pod nazwiskiem Voss, które później zamieniono na Fox. Za małą Katherine Fox chodziły duchy! Nie
dawały jej spokoju ni we dnie ni w nocy. Mała zaczęła żartować z niewidzialnymi gośćmi. Zaczęła uderzać kilkakrotnie w ścianę, mówiąc: "Zrób i ty to samo". Rozpoczęło się stukanie. Duchy wystukały lata dzieci i dawały inne informacje. W ten sposób rodzina Foxów rozpoczęła urządzać seanse spirytystyczne i wywoływać dolary z kieszeni łatwowiernych. Prawdziwym jednak apostołem spirytyzmu jako religii i filozofii był jakiś Allen Kardek we Francji, który twierdził, że wywoływał duchy Św. Wincentego a Paulo, Św. Augustyna, Św. Ludwika i filozofów pogańskich Platona i Sokratesa! Nauka spirytyzmu jest taka: "Pan Bóg jest, ale ludziom się nie udziela; udzielają się tylko dusze zmarłych. Dusze te po śmierci się błąkają, przechodząc z jednego ciała w drugie. Otacza je rodzaj nadzwyczaj delikatnego eteru, za pomocą którego mogą komunikować się z żyjącymi i obcować z ludźmi. Piekła i nieba nie ma, lecz każdy człowiek powinien się udoskonalać. Chrystus nie jest Bogiem, tylko człowiekiem doskonałym, godnym naśladowania. Kościoła nie potrzeba słuchać, bo Bóg jest nie tylko wszędzie, lecz we wszystkich i we wszystkim. Rozwody są zezwolone; sakramenty są bezużyteczne," i tak bez końca. Dosyć jednak o nauce spirytystycznej, powracam do stwierdzenia konkretnych faktów skutkiem tej nauki. Są mniej więcej takie: sprzęty latające po pokojach, uderzenia lub kopania; błyskawice, grzmoty i szmery: obniżanie się ciepłoty ciała medium i jego naprężenie i sztywność; czytanie z zamkniętych książek, widzenie na odległość, mówienie obcymi, a nawet starożytnemi językami, i diagnozywanie chorób; wreszcie odpowiedzi przez pisanie, pukanie, a nawet pokazywanie się postaci tajemniczych. Czy można je wytłumaczyć? Zdziwicie się może, kiedy powiem wam, iż "The London Society for psychological Research" stwierdziło, że przeszło 90 procent nie cudownych, lecz cudacznych zjawisk na seansach spirytystycznych, to nic innego jak czysta blaga i proste oszustwo. Najpierw sam fakt, że posiedzenia te muszą odbywać się w ciemnościach, albo przynajmniej w bardzo słabo oświetlonym pokoju. Bo jak twierdzą spirytyści światło razi media i szkodzi ich zdrowiu. Pobożni spirytyści muszą być ludźmi sympatyzującymi z medium, inaczej duchy "kwitują"; może idą gdzieś na kawusię, herbatkę albo na "brydża"! — Ja nie wiem! Sympatycy muszą spokojnie siedzieć przy stole, aby nie zerwać łańcucha. Duchom podobno ogromnie przypada do gustu muzyka i śpiew, nie dziw, że pobożni spirytyści rozdzierają się jakby skórę z nich ściągano. Nie wolno się zbliżać do mediów, nie wolno ich się dotknąć. Czy to wszystko nie wygląda podejrzliwie? Zresztą najsłynniejsze media były złapane na oszustwie, a nawet karane sądownie. Jedni używają sztuczki kuglarskie, inni sprytnych fotografów a nawet maszyny magiczne. Lekarze stwierdzili że media spirytystyczne, to istoty nerwowe, histeryczne, nienormalne i patologiczne. Najpierw twierdzą i wmawiają w siebie i w drugich, że są pewnymi osobistościami, a potem po tylokrotnem powtarzaniu wierzą, że są niemi w rzeczywistości. Pamiętam jak dwadzieścia lat temu chodziłem do Wauwatosa, poza Milwaukee. Był tam szpital dla umysłowo chorych. Był tam młody Polak z parafii Św. Józafata, który lubił czytywać historie o Napoleonie Wielkim. Tak się rozczytał o swoim ulubieńcu, że w końcu zdawało mu się, a ewentualnie uwierzył, że duch Napoleona wstąpił w niego i że on sam był Napoleonem. Ubierał się w długie buty — wąskie i ciasne spodnie; nosił francuską kapotę i wielki kapelusz z szerokiemi skrzydłami. Przesiadywał na pieńku w lesie i wygrywał jakieś dziwaczne utwory na piszczałce. Chociaż zajączki wywijały koziołki w jego mózgownicy, on już święcie wierzył i stanowczo twierdził że on, to nikt inny, jak Napoleon Wielki. Był to typ nowoczesnego medium na posiedzeniach spirytystycznych!

Uczeni stwierdzili też drugie zjawisko, które daje wiele do myślenia, że wiedza duchów, nigdy nie przewyższa granic wiedzy, posiadanej przez osoby biorące udział w posiedzeniach spirytystycznych. Duchy wyjawiają wszystkim, to co ukryte jest gdzieś głęboko w komórce mózgowej jakiejś osoby obecnej. — Co zaś do faktu, że osoby prywatne i nieuczone posługują się obcymi językami, też da się wytłumaczyć w sposób naturalny. Weźmy taki przykład: Pewna chora dziewczyna popadła w malignę, czyli bardzo wysoką gorączkę. I dziw nad dziwy, zaczęła deklamować nie tylko małe urywki, ale całe teksty Pisma Św., w języku hebrajskim i komentować po aramejsku. Krewni klękali przy jej łóżku, a znajomi myśleli, że przez jej usta przemawia Duch Pański. I co się pokazało? Że ona kiedyś służyła u księdza, który był profesorem Pisma Św., i głośno przygotowywał się do wykładów, w tych dwóch językach. Utkwiło to w jej pamięci, i teraz odżyło w czasie gorączki. — Wcale też nie dziw, że zgromadzeni widzą duchy. Słyszeliście kiedy o halucynacji:"To nic innego jak omamienie czyli złudzenie umysłowe, albo dokładniej widzenie obrazów, albo też słyszenie wyrazów lub dźwięków, nie istniejących w danej chwili w otaczającem środowisku; halucynacje zdarzają się w całym szeregu chorób umysłowych, oraz w stanie majaczeniowym i w obłędzie. Kto z nas, będąc dzieckiem, nie słuchał z otwartą gębą i z podziwem, jak dziaduś lub babcia opowiadali nam, jak duch ich gonił, kiedy przechodzili obok cmentarza w starym kraju, lub kiedy w nocy szli do stodoły, aby bydełka dopilnować. Dziaduś i babcia przysięgali się, że był to prawdziwy duch. Czy
naprawdę był? Gdzie tam. Wyobraźnia, nic więcej. — Czy i dziś każdy mały chłopiec, nie pogwizduje sobie, kiedy powraca do domu wieczorem, aby odstraszyć od siebie ducha, którego widzi w swej wyobraźni. Czy widzi go w rzeczywistości? Chyba, że nie.

Jeszcze jeden przykład z mojego własnego przejścia. Będąc kleryczkiem w Rzymie, i przygotowując się do świeceń kapłańskich, zawsze modliłem się o odwagę przy łożu konających. O, jak się obawiałem tego! — Po powrocie do Ameryki, zatrzymany byłem przez jakiś czas w Buffalo, N. Y. Na szczęście nie byłem wyznaczony do chorych. Po dwóch miesiącach w Buffalo, zacny eks-prowincjał śp. O. Jacek Fudziński wysłał mnie za asystenta do Milwaukee, Wis. Zajechałem tam szczęśliwie, chociaż byłem bardzo niespokojny i zdenerwowany. Były to czasy nadzwyczaj trudne. Walki pomiędzy ludem; walki pomiędzy gazetami polskimi; nieporozumienia pomiędzy klerem polskim. Śp. Eks-Prowincjał powiedział mi: "Chodź do szkoły, bo przez dzieci pozyskasz rodziców; odwiedzaj chorych, zasłużysz sobie na wdzięczność; pilnuj konfesjonału, ludzie dadzą ci uznanie. Ludek nasz jest dobry, trzeba się z nim dobrze obchodzić, bo sobie na to zasługuje." - Nie wiem, czym wypełnił moje zadanie, niech powiedzą parafianie Św. Jozafata. Mogę jednak śmiało powiedzieć, żem się starał, i wyznam pokornie i publicznie, że, gdybym dziś był tak gorliwym i pełnym poświecenia jak wtenczas — szkoda, lecz dziś są to tylko wspomnienia miłe i serdeczne i nieodżałowane. Przepraszam słuchaczy, lecz proszę nie dziwić się, żem zgubił się we wspomnieniach pierwszych lat mego kapłaństwa. Powracam do tematu. Około 20-go października wylądowałem w mieście stołecznem amerykańskich Kaszubów, w Milwaukee. Na początku listopada zdarzył się wypadek, którego zawsze się obawiałem. W pewną sobótę wieczorem siedziałem w konfesjonale. Było to akuratnie przed kolacją, z kwadrans do szóstej. Przychodzi do mnie brat Serafin i raportuje, że proszą mnie do umierającej. Opuszczam konfesjonał. Idę, ale z jakim strachem. Zaopatrzyć konającego, i to po raz pierwszy w moim życiu. Chociaż już dosyć zimno, krople potu spływają mi po plecach. Klękam przed ołtarzem i odmawiam modlitewkę. Zabieram Wiatyk i Oleje św. Idę; chociaż spieszyłem się, zdawało mi się, że stałem na miejscu. Chora mieszkała na piątej avenue. Wchodzę do domu. Rodzeństwo i rodzice płaczą. Siostra prowadzi mnie do pokoju chorej. Jeszcze dziś kiedy sobie przypominam postać schorzałej, ciepło mi się robi. Dziewczę blade jak płachta, wyschłe jak szczypa. Trup żyjący, lecz szybko gasnący. Wysłuchałem Spawiedzi Św., dałem ostatnie namaszczenie i odmówiłem modlitwy za konających. Byłem zdenerwowany i wystraszony. Moja wyobraźnia pracowała bez ustanku. Musiałem opuścić konającą, bo w kościele cała gromada czekała na Spowiedź świętą. Ze strachu odechciało mi się jeść i o kolacji zapomniałem. Spojrzałem raz jeszcze na umierająca, nakreśliłem nad nią znak Krzyża św. i wyszedłem. Zdawało mi się, że konająca idzie tuż za mną. Od czasu do czasu, co kilka kroków, obróciłem się, aby się przekonać czy naprawdę postępuje za mną. Gdzież tam. Jednak już własnym oczom nie dowierzałem, zawsze przekonany, że ona tuż za mną. Akuratnie przechodziłem obok alei, patrzę i o zgrozo, coś ogromnego i białego pędzi wprost na mnie. Teraz, już tchu mi zabrakło. Coś mi szepnęło: Chora skonała i jej duch idzie ku tobie. Na tę myśl ja w nogi. Uleciałem z dwa bloki, ledwo na nogach się trzymając. W międzyczasie w mojej wyobraźni widziałem nie jednego, lecz setki duchów. Obejrzałem się raz, dwa i trzy — nic. Oprzytomniałem. Powracam do zaułka, gdzie pędził na mnie ów duch, patrzę i widzę — starą gazetę. Wiatr podniósł ją, akurat kiedym przechodził, i niósł ją ku mnie, nic więcej. Ze starej gazety, moja wyobraźnia bujna i wystraszona wyrobiła sobie ducha, który mnie ścigał i mnie straszył. Czemu? Bo byłem zdenerwowany: w siebie samego wmówiłem, że to nic innego jak duch konającej, przy której łożu spędziłem chwil kilka. Od wtenczas do dziś byłem przy kilku tysiącach umierających, lecz nigdy nie miałem strachu i duchy mi dały spokój. — Czemu? Bo już moja wyobraźnia nie była ku temu odpowiednio nakręcona i nastawiona przez osobistą namowę, którą uczeni nazywają, autosugestią. Wyobraźnia moja pracowała pod parciem strachu, przerażenia i poniekąd nieświadomego pragnienia, aby zobaczyć ducha, co dopiero przed chwilą zaopatrzonej na wieczna wędrówkę. I wyobraźnia moja ze starej gazety, stworzyła sobie ducha. To, co zdarzało się naszym dziadusiom lub babusiom przechodzącym około cmentarzy nocnymi godzinami, to co stało się mnie, powracającemu od chorej, zdarza się często zebranym po salach i na seansach spirytystycznych; mają oni wyobraźnie odpowiednio nastrojone, aby zobaczyć duchy, a więc duchy — widzą, ponieważ głodnemu chleb na myśli aż się nie naje i nasyci.

— Przyznaje otwarcie, że są pewne zjawiska spirytystyczne, które jednak nie dają się wytłumaczyć ani oszustwem, ani wrażliwością, ani chorobą wyobraźni. — Na tłumaczenie tych uczeni podają nam trzy hipotezy czyli przypuszczenia, oparte na prawdopodobieństwie, ale nie dowiedzione. 1/ Na mocy sił duszy, dotychczas nie wytłumaczonych, albo nawet sił elektrycznych lub płynnych ciała ludzkiego, człowiek zdolny jest do czytania na odległość, do przeczucia pewnych zdarzeń, nawet do czytania myśli, do poruszania ciężkich przedmiotów itp. 2/ To właśnie hipoteza samych spirytystów, którzy uczą, że Chrystus nie był Synem Bożym lecz duchem jakiegoś męża uczonego, zmaterializował się, przeszedł w ciało ludzkie, głosił podwójną wiarę, jedną dla ogółu, drugą dla garstki wybranych, właśnie spirytystów. Hipoteza ta, zamieniła się w wiarę, ponieważ spirytyści twierdzą, iż duchy nie tylko się zjawiają lecz obcują z ludźmi. Nie ma życia pozagrobowego w sensie chrześcijańskim, lecz dusze odbywają wędrówki pokutnicze przez różne ciała, aż się oczyszczą; człowiek składa się nie tylko z duszy i ciała, ale i z cząstki gwiezdnej czyli astralnej, która nigdy się nie odłącza od duszy i czyni ją nieraz widzialną. Co można powiedzieć o tym systemie? Pachnie pogaństwem. Zresztą posłuchajcie samego Daniela Douglas Home, który w oczach spirytystów był półbogiem. Mówił tak: "Ostatecznie prawda to, że mnóstwo duchów przed którymi klękają zbyt pochopni do wierzenia i zabobonne dusze, nigdy nie istniało. Ja przynajmniej nie napotkałem ich nigdy na mej drodze. Posługiwałem się tylko nimi, by nadać mym występom pozór tajemniczości, który zawsze podobał się tłumom, a zwłaszcza kobietom, lecz nie wierzyłem w ich wdawanie się w zjawiska, których dokonywałem, a które wszyscy przypisywali wpływom zagrobowym. Jakżebym mógł im wierzyć? Ja nakazywałem zawsze przedmiotom, na które wpływałem mym fluidem, mówić co mnie się podobało. Nie, żadne medium nie może wierzyć w duchy. Owszem medium jedynie nie może im wierzyć. Jak starodawny druid, który ukrywał się w dębie, by wydawać przestrach budzące glosy Teutonów, tak medium nie może wierzyć w byty, które istnieją, jedynie dzięki jego woli." 3/ Hipoteza tłumaczy, że we wszystkich zjawiskach spirytystycznych, pewien czarny dżentelmen macza swoje palce. — Czego mamy się więc trzymać? Tego, czego uczy Kościół Katolicki. A to jest: "tak długo należy wszystkie zjawiska, nawet bardzo niezwykłe, tłumaczyć przyczynami przyrodzonemi, jak długo tylko można. Dopiero, gdy przyczyny naturalne okażą się niewystarczającymi wtedy wolno, a nieraz trzeba uciekać się do przyczyn nadprzyrodzonych". Filozofia nie tylko katolicka, ale zdrowa filozofia uczy, że człowiek składa się z duszy i ciała: wyklucza wszelki czynnik astralny czyli gwiezdny, który łączyłby duszę z ciałem. To istnieje tylko i wyłącznie w wyobraźniach spirytystów. Pokutne zaś wędrówki dusz ludzkich z ciała w ciało, czyli, reinkarnacja sprzeciwiają się nie tylko mądrości Bożej, ale nawet samej moralności. Kościół katolicki nie zaprzecza, ze mogą objawić się dusze zmarłych, prosząc o modlitwy, lub wynagrodzenie krzywd uczynionych, albo z przestrogami dla żyjących; Kościół Katolicki nie przeczy, że mogą zdarzyć się wypadki nadzwyczajne jak unoszenie się w powietrze, obecność w dwóch miejscach, poznanie rzeczy przeszłych lub przyszłych, ale uczy zarazem, że te rzeczy nie dzieją się ani dla naszej zabawki, ani według naszej woli, ani na nasze zawołanie, ani na nasz rozkaz. Kościół Katolicki nawet nie przeczy możliwości opętania ludzi przez anioła ciemności; Kościół Katolicki przeczy możliwości zjawiania się dusz zmarłych na seansach spirytystycznych, i rzuca klątwę na katolików, którzy zapisują się do sekty spirytystów, i zakazuje z całą surowością, wszelkiego brania udziału w seansach spirytystycznych. Spirytyzm albowiem jak dziś praktykowany to nic innego jak starożytny zabobon, ubrany w szaty nowoczesnej magii. Spirytyści trudniąc się wywoływaniem duchów, chcą się dowiedzieć czegoś, co Bóg zakrył przed oczyma ludzkimi; wiara nasza święta uczy nas, że w takich sprawach nie mogą brać udziału, ani aniołowie, ani dusze doskonałych, ani dusze w czyścu, inaczej spirytysta miałby moc nieograniczoną; nie wiemy też czy Bóg zezwala duszom potępionym, aby zabawiały się z żyjącemi, ale wiemy na pewno, że złe duchy błąkają się po ziemi na zgubę dusz, jak pisze Św. Piotr w pierwszym liście: "Trzeźwymi bądźcie, a czuwajcie, bo przeciwnik wasz diabeł, jako lew ryczący krąży kogo by pożarł".

Jeśli z dopuszczenia Bożego, zły duch bacznie śledzi nas i sprawy nasze, cóż dopiero mówić, co się stanie, jeśli my sami zapraszać go będziemy do pomocy i do współpracy nad odkrywaniem tajemnic, ukrytych przed oczyma naszemi, przez Opatrzność? Ilu jest takich, którzy dostali nie tylko rozstrojenia nerwów, lecz nawet pomieszania zmysłów przez branie udziału w seansach spirytystycznych? Ilu też seanse przyprowadziły do rozpaczy, do szału i którzy życie sobie odebrali? — Czy jest wam wiadomo, że niektórzy podpisują pakty z szatanem, byle by im pomagał w seansach?

Dziewięć lat temu byłem w Rzymie. Przebywałem w naszym kolegium. Właśnie wtenczas umarł brat jednego z naszych kleryczków. Rodzice jego mieszkali w wiosce oddalonej o jakie dziesięć mil amerykańskich od Rzymu. Byli to biedni wieśniacy, którzy ani czytać ani pisać nie umieli. Dzieciom jednak starali się dać wykształcenie. Syn, który im zmarł, uczęszczał na uniwersytet rzymski, gdzie profesorowie byli sami moderniści. Powoli przesiąkł zasadami modernizmu i wiarę stracił. Należał jednak do kółka studentów-spirytystów. Los, czy raczej Opatrzność tak chciała, że młodzieniec — umarł. Po pogrzebie rodzice odnaleźli cały stos rękopisów swego syna. Przynieśli to do młodszego syna, a naszego kleryczka, aby przejrzał, co nieboszczyk napisał. Były tam wypracowania — tezy i notatki. Pomiędzy innymi karteczka, pisana czerwonym atramentem, po włosku. Spisałem to dosłownie, chociaż oryginał był mi ofiarowany. Obawiałem się go wziąść. Czemu? Zrozumiecie kiedy przeczytam wam treść tego pisma: "Ja w Boga żadnego nie wierzę. Żaden z moich profesorów nie wierzy, czemu ja uczeń miałbym wierzyć? Wierze jednak, że jest sposób porozumiewania się z zaświatem. Następujący kontrakt podpisuje własną krwią na dowód, że dotrzymam słowa. Duszę moją zapisuje szatanowi na wieczną własność, pod warunkiem że dziś o północy, kiedy będziemy mieli nasze posiedzenie studenckie, na mój rozkaz, książę ciemności, przyoblecze się w postać młodej dziewczyny, pokaże się zebranym i powie mi moją przyszłość." Kontrakt ten był podpisany krwią zuchwałego młodzieńca.

Rozmowy z duchami, prowadzą najpierw do osłabienia wiary, i tak zwyczajnie bardzo niestałej i poniekąd powierzchownej, a w końcu do całkowitej utraty nauki Chrystusowej! Kościół Katolicki badał i jeszcze bada sprawę spirytystów, nie tylko przez ludzi pobożnych i cnotliwych, ale zarazem przez uczonych i fachowców. Zawsze nalegał na oddawanie czci należnej Bogu, według przykazania: "Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną". — I dlatego kardynałowie Świętego Officjum t. j. kongregacji czuwającej nad czystością wiary i obyczajów, odpowiedzieli dnia 26-go kwietnia 1917, że nie wolno jest brać udziału w posiedzeniach spirytystycznych. Dekret ten był potwierdzony przez Ojca Św. Benedykta XV. Dla większej dokładności przytaczam całe pytanie, które brzmi tak: "Czy wolno brać udział w seansach spirytystycznych jakichkolwiek, odbywanych przy pomocy tak zwanego medium, lub bez niego, przy użyciu hipnotyzmu lub bez niego, przy zapytywaniach i zjawianiach się duchów, i to odbywanych nawet pod pozorem cnoty i pobożności - czy to zapytując dusze albo duchy, czy to słuchając odpowiedzi, czy to przypatrując się tylko — nawet choćby się protestowało otwarcie czy skrycie, że się nie chce mieć wcale do czynienia ze złymi duchami?" Na to pytanie kongregacja świętego officjum odpowiedziała: "Odmownie we wszystkim, czyli, zupełnie nie wolno." — Dekret ten nie zabrania jednak badań naukowych nad spirytyzmem. Prawdziwi bowiem uczeni, pragną jedynie zbadać, jak daleko sięga natura i siły przyrody, nic więcej. Już w roku 1899, ta sama kongregacja Św. Officjum wydała takie rozporządzenie: "Jeśli chodzi o zjawiska, które na pewno przekraczają siły przyrody, nie wolno ich wywoływać. Jeśli się ma wątpliwość, trzeba nasamprzód zaprotestować, że się nie chce mieszać w fakta nadnaturalne; pod tym warunkiem wolno czynić doświadczenia, byle nie dać komu zgorszenia."

Nauka wiec Kościoła Katolickiego jest jasna i zrozumiała. Rzym przemówił, wydał rozkaz — nam wypada słuchać. Rodacy i Rodaczki! Dziwna to rzecz, że w ostatnich dwudziestu pięciu latach, zjawiło się tylu apostołów, pasterzy i nauczycieli sekciarskich wśród naszego ludu polskiego. Jedni wygrywają na strunach jakiegoś zdziczałego arcypatriotyzmu, rozbijają jedność nie tylko religijną lecz społeczną: drudzy biją w dzwony postępu i oświaty, sami ślepcy duchowi i moralni, prowadzą naiwnych po moczarach niedowiarstwa i po bagnach niemoralności: inni pod hasłem nauki i wiedzy, pragną rozedrzeć zasłonę, która zakrywa przed nami wyroki Opatrzności, słowem, idąc śladami samego księcia ciemności, wołają: "Będziemy równi Bogu samemu!" Wreszcie, są i tacy, którzy pochlebiają się zarozumiałości i pysze rozumu ludzkiego, i uczą: "Kto jest Pan i Bóg wasz? My Go nie znamy i służyć Mu nie chcemy!"

Rodacy i Rodaczki! Jesteśmy w okresie adwentowym. Czas to przygotowania się na odpowiednie obchodzenie uroczystości Bożego Narodzenia. Jeden Bóg Ojciec przysłał na świat jedynego Syna swojego, który nauczał jednej prawdy i jednej wiary: "Panu Bogu twojemu kłaniać się będziesz i Jemu Samemu służyć będziesz" i założył jeden Kościół prawdziwy, a "kto nie słucha Kościoła, niech będzie jako poganin i celnik."