CZY TO MAŁŻEŃSTWO? - pogadanka o. Justyna z 10.11.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Będzie to około dwadzieścia cztery lata temu, kiedy po czteroletnim pobycie w Rzymie powracałem do Ameryki. Okręt, którym podróżowałem, zatrzymał się w Tunisie. Tunis jest stolicą i głównym portem krainy pod tą samą nazwą. Leży nad morzem Śródziemnym. Miasto liczy około 170,000 ludności. Podzielone jest na dwie części, albo raczej na dwie dzielnice, europejską i mahometańską. Kiedy na nasz okręt wnoszono baryłki wina i pudła owoców, szczególnie cytryn i cytrynek, pojechałem aby oglądać miasto. Dorożkarz zawiózł mnie poza miasto, aby mi pokazać ruiny starożytnej Kartaginy. Oprócz ruin widziałem scenę, która jeszcze dziś stoi mi przed oczyma, i której nie zapomnę do końca życia. Odbywał się targ publiczny. Stały naprzeciw sobie dwie platformy. Na jednej platformie stały kozy, owce i barany. Na drugiej stało ze sto młodych kobiet i dziewcząt pod bacznym okiem zbirów-dozorców! Kupcy chciwie oglądali półobnażone niewiasty, które stały wystraszone i na poły skamieniałe ze wstydu. Kupcy dotykali muskułów u rąk i nóg. O upatrzoną ofiarę rozpoczął się handel. Na znak ugody podawali sobie rekę i klepał jeden drugiego po ramieniu. Sprzedawano kobietę lub dziewczynę za kozę, owcę lub barana! Sprzedane niewolnice szły bez płaczu i oporu, lecz w oczach ich widać było smutek, żal i boleść. Szły nie wiedząc z kim, gdzie i po co! Jaki będzie ich los? Co je spotka? Wiedziały tylko, że od tej chwili nabył je nowy właściciel, który będzie panem wszechmocnym ich życia i śmierci. Że prawdopodobnie będzie je bił, katował i nad nimi się znęcał, i może znów kiedyś wystawi je na publiczną sprzedaż lub wymianę za bezrozumnego i bezdusznego zwierza. Po tym wstępie, kieruje wasz wzrok na obrazki wzięte nie setki, nie dziesiątki lat temu, lecz dziś, z życia naszych. Posłuchajcie:

CZY TO MAŁŻEŃSTWO?

Nie obawiajcie się, słuchacze, bo morałów prawić wam nie będę. Niech sami interesowani wam przedstawią prawdziwy stan rzeczy i swoje przykre położenie życiowe. Dla ważnych przyczyn, pomijam tak miejscowość skąd ten list pochodzi, jako też litery nazwiska piszącej. Oto treść listu:

21go października, 1935 r.

Wielebny Ojcze Justynie:
Słyszałam wczorajszy program Godziny Różańcowej, za co serdecznie dziękuję. A teraz udaje się do Wielebnego Ojca z prośbą o poradę względem mojego nieszczęśliwego pożycia małżeńskiego. Mając lat dwadzieścia wyszłam za mąż za młodzieńca który liczył lat dwadzieścia dwa. Ślubowaliśmy w kościele katolickim. Przed naszym ślubem, mój mąż zgodził się, że będziemy mieszkali razem z moimi rodzicami. W trzy tygodnie po naszym ślubie, on zaczął grymasić i mi opowiadać, że jego matka nalega na niego, że ma wrócić nazad do domu, bo ona go bardzo kocha i tęskni za nim! I że zarazem tłumaczy mu, że matkę ma tylko jedną, a żon może mieć z dziesięć; więc on słuchając namowy matki, mnie opuścił i wrócił z powrotem do niej. Był z nią dwa miesiące, nie pokazując mi się wcale na oczy. W czasie tych dwóch miesięcy, kiedy przebywał u matki, obydwoje zaczęli mnie oczerniać. Wyrażała się o mnie w bardzo nieprzyzwoity sposób, mówiąc, że jej syn należy do niej, a nie do żadnej dziewki. Nasi rodzice należą do jednej i tej samej parafii, więc jego matka ile razy wyjdzie z kościoła, szuka oczami naszych znajomych, i przed nimi mnie oczernia. Po dwóch miesiącach nieobecności, mój mąż powrócił do mnie, prosząc żebym mu darowała, i że on chce ze mną mieszkać pod warunkiem, że się przeniesiemy do jego matki. Ja jako dobra katoliczka, i rozumiejąc co znaczy sakrament małżeństwa, zgodziłam się na to i poszłam z nim. Po dwóch tygodniach, namówili mnie, żeby z nimi jechać do ich znajomych, do dosyć dalekiego miasta. W czasie naszej podróży, byliśmy w wypadku automobilowym. Byłam wyrzucona przez okno automobilu i boleśnie pokaleczona na całem ciele. Twarz moja była bardzo zeszpecona, lekarz musiał dać pięć sztychów, aby zaszyć rany. Byłam wewnętrznie uszkodzona. Doktorzy do dziś mnie leczą i twierdzą, że klatka piersiowa jest nadwyrężona, i że już nigdy nie będę zdolna do ciężkiej roboty. Mój mąż kierował automobilem. Oprócz mnie z maszyny był wyrzucony i zabity na miejscu krewny męża. Rodzice i siostry mego męża byli tylko lekko poranieni, mąż wcale nie był pokaleczony. Mnie wzięto do szpitala, w którym byłam przez cały tydzień. Maż mój z innymi zaraz wrócił do domu, zostawiając mnie samą w szpitalu. Moim rodzicom też zaraz nie dał znać, tylko dopiero na drugi dzień po powrocie w obiad. Ja jeszcze dziś nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego ja biedna nieszczęśliwa mam zdrowie zrujnowane aż do śmierci. Mąż mój powrócił z rodzicami na śledztwo. Wracając zabrali mnie ze sobą, chociaż lekarze szpitalni mnie nie chcieli puścić, bo mówili, że to za rychło. Kiedyśmy powrócili, jego matka radziła mężowi, aby mnie zawiózł do mojej matki z powodu tego, że ja jeszcze potrzebowałam opieki lekarskiej, więc moi rodzice powinni pokryć koszta, a nie jej syn. Mąż mój w wypadku potłukł maszynę. Potrzebny mu byt automobil, bo praca jego wymagała tego. Został więc bez pracy. Przebył ze mną u moich rodziców trzy tygodnie. Ojciec mój kupił mu nową maszynę, mówiąc: idź do pracy i dorabiaj się, abyś mógł jak najprędzej iść na Twoje mieszkanie, a ja wam dopomogę, ile tylko będę mógł. Dalej mój ojciec mu powiedział, że może twoja matka cię więcej od żony nie zabierze, gdy będziesz na swoim mieszkaniu. Po nie całych dwóch tygodniach po zakupie maszyny, gdy nadchodziła męża pejda, matka jego znów telefonuje, aby syn jej powrócił do domu. On bez żadnej przyczyny opuścił mnie po raz drugi. Odchodząc ode mnie zażądał, abym mu oddała pierścionek zaręczynowy, bo chciał go podarować swej siostrze; również zażądał obrączki ślubnej. Ja słysząc to dostałam bicie serca i rozstrojenie nerwów ze żalu nad moim losem. Mama widząc, że ze mną źle, zawołała lekarza, który musiał dać mi zastrzyki na uspokojenie nerwów. Lekarz orzekł, że groziło mi niebezpieczeństwo śmierci z powodu, że niedostatecznie byłam wyleczona z ran w wypadku automobilowym. Gdy lekarz jeszcze był przy mnie, mój mąż porozmawiał z matką przez telefon, i zaraz mnie opuścił zabierając ze sobą automobil, który mu kupił ojciec. Od tej pory nie widziałam go, wiem tylko, że mieszka u swej matki. W zeszłą niedzielę jego matka tłumaczyła moim znajomym, że ja mam wielką chorobę, i że dlatego jej syn nie może mieszkać ze mną; lecz że ona mu poszuka innej, zdrowej żony. Dodała też, że może jej syn zgodziłby się do mnie powrócić, gdyby moi rodzice dali mu $500 na spłacenie hipoteki na jej domu! Rozprawia do tego, że ona mu się postara o rozwód na korcie i o unieważnienie ślubu w kościele, a poszuka mu żony bogatej, lub takiej, która będzie pracowała na jej syna. Przez te kilka miesięcy, od naszego ślubu, on nie dał mi ani centa na utrzymanie, tylko cały swój zarobek oddawał swej matce. Zanim go poślubiłam, chodził do mnie przez trzy lata, a rodzice jego przestawali u nas godzinami i prosili moich rodziców o moją rękę dla ich syna. A on powiedział mi kilkakrotnie, że gdyby mnie zobaczył z kim innym, to by sobie i mnie życie odebrał! Wyszłam za niego, bo myślałam, że to ludzie bogobojni i że on naprawdę mnie kochał; bo przecież tak przysięgał! Więc teraz ja nie mogę zrozumieć czemu taki los spotkał mnie. Tak srogi, ciężki i niesprawiedliwy! Czemu akurat ja jestem rzucona na pastwy losu? Czemu sponiewierany jest mój honor i szarpana moja sława? I to przez język mojej teściowej? Czy skromna i uczciwa dziewczyna tylko taką otrzymuje nagrodę? Ja nigdy po nocach i po balach nie latałam. Zawsze byłam skromną w ubiorze i w zachowaniu, a dziś padłam ofiarą ludzkich języków i ciężarem mego ojca, który tak ciężko musi sam jeden pracować na utrzymanie rodziny. Proszę teraz usilnie Wielebnego Ojcamego biednego i udręczonego serca, aby łaskaw przemówić na radio na temat mego nieszczęśliwego pożycia małżeńskiego. Być może, że po przemowie Wielebnego Ojca zostaną wzruszone ich kamienne serca. Bo cóż warte jest teraz życie moje? Zdrowie straciłam nie z mojej winy: w dodatku straciłam sławę i dobre imię przez ludzkie języki; a w końcu nie jestem już ani panną ani jeszcze wdową. Więc raz jeszcze proszę o poradę, co mam dalej czynić. Bardzo przepraszam, że tak dużo piszę, ale do kogo ja biedna się udam, jeśli nie do O. Justyna, bo tylko tam otrzymam szczerą i sumienną poradę i pociechę. To jest tylko cześć mego życia, bo całość moich cierpień zabrałaby całą książkę. Z podzięką i szacunkiem .

Najpierw ja nie zamierzam potępić ani ciebie, ani męża, ani twej teściowej, czyli pani matki. Stwierdzam jednak dwa fakty. 1/ Są rodzice tacy, którzy myślą, że jeśli już nie mają prawa by synowi wybierać żonę, albo córce męża, zamieniają się w zawodowych stręczycieli, którzy tak manipulują lub manewrują, chociaż dzieci nie wiedzą, aż młodych skojarzą. Nie zważają na odmienność i niezgodność charakterów i skłonności. Tak pracowite dziewczę dostaje — leniucha! Wzorowa i skromna, bierze lizusia i "szika", który potem poluje po salach tanecznych; wstrzemięźliwa dostaje się pijakowi a skromna i pobożna idzie za rozwiązłego rozpustnika i niedowiarka; oszczędna dostaje rozrzutnika, a spokojna i łagodna złapie złośliwego i okrutnego grzechotnika. Rodzice młodej żonie przypisują dary i mocy nadprzyrodzone twierdząc, że ona mu oczy otworzy i że on się poprawi; tymczasem co się dzieje? On jej oczy podbije, a sam zuchwale się prowadzi i z dnia na dzień więcej się rozpuszcza. Ona płacze i narzeka, a on przeklina i złorzeczy. 2/ Za często rodzice się za wiele mieszają do młodych i wtykają się w ich sprawy. 3/ Młodzi uważają małżeństwo za "sport" a nie za powołanie, i 4/ W oczach młodych dziś nie istnieje "dom"! — Tak jak kiedyś twój mąż ślubował ci uroczyście miłość, wiarę i uczciwość małżeńską, i że nie opuści cię aż do śmierci, tak i ty żeś mu ślubowała. Upletliście tymi słowy łańcuch nierozerwalny, bo co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozłącza i nie rozłączy! I dlatego już sam Bóg zaraz po stworzeniu Ewy, kiedy przyprowadził ją do Adama, mówił: "Przetoż opuści człowiek ojca swego i matkę, a przyłączy się do żony swej, i będą dwoje w jednem ciele." — Mąż, który twierdzi zuchwale, że ma kochać matkę więcej aniżeli żonę, ponieważ ma tylko jedna matkę a żon może mieć więcej, nie zasługuje sobie na miano przykładnego męża, ani na nazwę uczciwego i rozumnego człowieka! Prawda, Bóg nakazuje miłość rodziców, lecz matkę kochamy inną miłością, a mąż żonę też inną. Są jednak pewne matki samolubne, które miłość siebie stawiają na pierwszem miejscu. Takich matek serca są pełne zazdrości, usta obfitują w mowy oszczercze, a umysł wymyśla nowe sposoby prześladowania przeciw tej, która zagrodziła im drogę do miłości synowskiej. Są wreszcie matki, które w synku widzą treść doskonałości ludzkiej. Chcą aby ich synowi kłaniała się żona, aby go obsługiwała i aby na niego pracowała. Syn, którego matka tak chowała takie zasady w jego umysł wpajała, taki syn nigdy nie będzie ani dobrym mężem ani dbałym ojcem! Przytoczę tu pewien wypadek.

Lata temu, zdaje się około 17 lub 18, chodziłem po domowej kolekcie i spisie parafian. Wchodzę do pewnego domu, gdzie mieszkała rodzina, której ojciec ciężko pracował godzinami nocnymi. Matki laluś miał za delikatne paluszki. Pracować mu się nie chciało. Stary do roboty, a młody do łóżka. Wyspał się porządnie i najadł porządniej. Zawsze czysto ubrany, wylizany i wyczesany. Wszystko kosztem starego ojca. Wchodzę do tego domu. Fircyk siedzi sobie za stołem z czapką na głowie. Patrzy na mnie jak stare kocisko na księżyc. Mimo, że dobrze znałem całą historję, mówię do matki: "Co to, syn wasz nie pracuje?" "Nie," odpowiedziała, "bo nie potrzebuje póki stary robi. Zresztą szkoda by była, aby taki szykowny i zgrabny chłopak miał się ciężką robotą brudzić." I on się później ożenił z dobrą i pracowitą żoną. Ona pracowała, on w domu przesiadywał. I cicho nie siedział, ale jeszcze wymyślał i sponiewierał. W końcu ona do swoich, a on do ukochanej mamusi.

Po tym wiesz co ci poradzę. Najpierw udaj się do proboszcza. Opowiedz mu sprawę. Niech do siebie zawoła twego męża i jego matkę. Ja wierzę, że proboszcz załatwi sprawę pomyślnie. Potem idźcie na własne gospodarstwo. Niech będzie najbiedniejsze, byleby było wasze. I żyjcie własnem życiem. Owszem niech rodzice was wspomagają radą i pieniędzmi, lecz nie dalej. Będziecie zadowoleni i szczęśliwi.

Drogi i Wielebny Ojcze:
Ojciec Justyn mnie nie zna, lecz ja go znam dobrze, jak znają tysiące innych. Proszę przeczytać mój list cały. Czytać go na radio. Ja wiem że odpowiedź pomoże mnie i tym "who are in the same boat." Jestem żonaty od dwudziestu lat, a najnieszczęśliwszy człowiek od dziewiętnastu lat! Mam jedną córkę, skończyła osiemnaście lat. Kiedy chodziłem do obecnej mej żony, a wtenczas panny, mój ojciec zwracał mi uwagę, że ta dziewczyna nie dla mnie. Tłumaczył i przepowiadał, ja nie chciałem usłuchać jego rady. Muszę powiedzieć, że mi nie zabraniał żeniaczki, tylko powtarzał: "chłopcze masz rozum, tylko pamiętaj żebyś kiedy nie żałował. Żenisz się ty, nie ja. Patrz dobrze i poczekaj." Nie usłuchałem. Poślubiłem dziewczynę, w której widziałem wszystko dobre. I zrobiłem "mis-step" jak może niewielu robi. Była leniwa, pyszna, a o mnie dbała mniej jak szewc dba o kopyto. Gotować nie umiała i nauczyć się nie chciała. Ona była panią, a ja niewolnikiem. Ja zawsze pracowałem, nigdy nie opuściłem roboty, chyba że byłem chory. Sam musiałem sobie śniadanie przygotować. Żonka spała. Przyszedłem od roboty, żona już się posiliła, ja sam przy stole; w piątki i posty jajecznica lub placki kartoflane, albo ryż z mlekiem, albo dwa śledzie i suche, a często zimne pyrki. Ze mną nigdy nie jadła. Mało co kiedy do mnie mówiła. Oddawałem, jej cała pejde, to nawet na papierosy mi nie chciała dać. Już dwa razy poszła ode mnie do swej siostry, a ja musiałem długi płacić. Zdarzy się, że czasem z jeden dzień w miesiącu, nie mam roboty, w ten dzień żona mi nie daje jedzenia, bo mówi że kto nie robi, to nie je. Wtenczas musze iść do mojej matki, przed którą się użalam, abym mógł co zjeść. Matka mię namawia, aby starać się i żyć w zgodzie, lecz jak ja mogę? Chociaż mamy własny domek, nie wolno mi nic w nim robić, nawet papierosa spalić. Może O. Justyn myśli, że ja jaki pijak albo co? Piwa wypiję, a jeśli czasem idę do przyjaciół i sobie podpije, to ze złości i z rozpaczy, bo w domu wytrzymać nie mogę! Żona mnie do tego pcha!

Szkoda, mój kochany, żeś zapomniał mi napisać, gdzie i jak żeś spotkał twoją żonę? Może to by nam dało wyraźniejszy obrazek, a może by nawet częściowo wytłumaczyło twoje smutne i nieszczęśliwe położenie. Chociaż miłość jest ślepa i głucha, prędzej czy później przychodzi do przebudzenia i przytomności, a wtenczas łuski spadają z oczu, a uszy odzyskują słuch. Potem miłość zamienia się w nienawiść. Czemu młodzi nie uważają więcej na zalety umysłu i serca, jak na piękności zewnętrzne: "Uroda, zgrabność i zdolność do gier i sportów, to się stawia na pierwszym miejscu. Wszystko inne w kąt. Czy więc dziw, że dziś panna na wydaniu nie umie wody zagotować? Nie miała czasu nauczyć się gotować? Szorować jej się nie chciało, prać było za trudno. Co ona wie o pożyciu małżeńskim? Tak, wie wiele. Nauczyła się po teatrach, w obrazkach migawkowych. Wyczytała w magazynach. Bóg ją stworzył na panią, nie na matkę, nie na żonę. Nie umie gospodarować za złamany cent. Leniwa, niegospodarna, niedbała i niecierpliwa, narzeka na wszystko i na wszystkich. Stąd kłótnie, nieporozumienia, nienawiści, wzajemne obrzydzenie! Mężowi, zmęczonemu całodzienną pracą, to się nie podoba. On chce ładu, spokoju i odrobinkę współczucia oraz iskierkę miłości! Trafia zaś na wyrzuty i zarzuty! Ze złości ucieka z domu i szuka pociechy w butelce, kieliszku i szklankach. Złośliwa żona, nigdy nie udobrucha męża; niedbała i samolubna żona jest powodem zobojętnienia i niezgody, które aż za często prowadzą do rozbicia
rodzin, do uciekania się do sądów, do kar więziennych, a czasami nawet do samobójstwa i zabójstwa. W końcu, ty mój kochany miej wiele cierpliwości. Dobrocią i miłością, może złamiesz upartość i niedbałość twej żony. Może pożałuje przeszłych złości i niedbałości, a wasz dom z gniazda szerszeni zamieni się w gniazdko gołąbków!

Jeszcze jeden obrazek z życia, tym razem, skreślony ręką trzynastoletniej dziewczyny, która tak się użala:

Detroit, 22-go października, 1935.

Wielebny Ojcze:

Niech O. Justyn mi odpowie, czy można kochać takich rodziców jak są nasi. Mama i Tata kilka razy w tygodniu upijają się razem, kłócą się razem i biją się razem. Ja i mój brat często musimy uciekać z domu, nieraz nawet w nocy. Tata zawsze się upijał, mama zaczęta pić, bo chodziła po mityngach, aby z ludźmi się rozpoznać, i biznes powiększyć, bo rodzice mieli sztor. Tata stracił sztor, bank odebrał dom, teraz siedzimy na rencie. Byliśmy na welfare. Teraz jednak tata robi, ale pije więcej jak przedtem. Jak mama nie jest pijana, to dostaniemy jeść; jak jest podpita to jemy nasze łzy. Mogę ja kochać takich rodziców?

Posłuchaj dziecko kochane! Rodziców miłować i szanować powinniśmy, bez względu na to, jacy oni są. Rozkaz Boży nie robi wyjątków, i my ich robić nie możemy. Twoim obowiązkiem jest modlić się o nawrócenie twoich rodziców. Swoją drogą, ja nie myślę, że możemy znaleść biedniejszą i więcej politowania godna istotę, jak jest matka pijanica. Co to za dom, gdzie nie tylko ojciec, lecz i matka, przepijają i marnują swoje zdrowie, a zarazem zdrowie tych biednych nikomu nic niewinnych istot. Tacy ojcowie i takie matki powinni być wysłani do zakładów leczniczych. Kiedy o kiedy, nasi rodacy i nasze rodaczki, przyjdą do siebie, i przestaną nadużywać w piciu! Kto dziś policzyć może pomniki cmentarne, na których mimo widzialnych napisów, są i inne nakreślone ręką niewidzialną: Tu spoczywa ojciec-pijak: tu leży matka-pijanica! Na ile dzieci, dziś wskazują palce ludzkich rąk, a ludzkie usta szepcą: To są dzieci rodziców pijaków.

Dodam jeszcze, tylko wyjątki, z listu takiego:

0eveland, 23-go października, 1935.

Wielebny Ojcze:
Już od sześciu miesięcy, do nas zachodzi mężczyzna, który liczy około 55 lat. Chce się ze mną ożenić. Ja mam dwadzieścia lat. Był on butlegerem. Ma domy, dwa automobile i pieniądze. Ja nie mogę na niego patrzeć, bo mu źle patrzy z oczu. Matka jednak namawia mnie do żeniaczki, bo mówi, że będę miała wszystko, a jak mi się nie będzie podobało, mogę wziąść rozwód, a z nim nie potrzebuje siedzieć. Z matką to jeszcze bym mogła poradzić, ale z ojcem to nie. Wyzywa mnie i grozi, że wyrzuci mnie z domu!

Tacy rodzice to naprawdę handlarze żywego towaru i zabójcy życia i szczęścia własnego dziecka. Za pieniądz, za dom, za samochód wymieniają córkę. Czy to nie handel praktykowany w dzikich krajach? Zresztą co za różnica w wieku? Prawda, maż powinien być starszy od żony przy zawarciu małżeństwa. Powody są liczne, rozumne i zrozumiałe. Lecz różnica nie powinna być tak wielka jak w tym wypadku. Dziadek bierze sobie dziecko za żonę! Sprzeciwia się to nie tylko prawu naturalnemu, lecz zasługuje na politowanie każdego rozumnego człowieka. Co zaś to za matka, która córkę-dziecko wypożycza mężczyźnie starcowi, pocieszając dziecko, że i tak każdej chwili znajdzie drzwiczki otwarte przez separację lub rozwód? Ojciec zaś który córce, nie chcącej sprzedać się z duszą i ciałem grozi wydaleniem z domu, zasługuje sobie, aby go wystawiono w miejscu publicznym i wymierzono z dwadzieścia pięć batów — surowcem!

W jakiej rodzinie znajdujemy szczęście, spokój i zadowolenie? W takiej gdzie małżonkowie dzielą się szczęściem i nieszczęściem. Gdzie jest dwoje w jednym ciele. Gdzie on jest Kajus ona Kają i odwrotnie. Obopólna praca i pomoc: wspólna radość i smutek, podział wszystkiego co codzienne i szare życie ludzkie przyniesie, małżonkom dobrej woli. ścieżkę życia małżeńskiego wygładzi i ułatwi. I takie, a nie inne być powinny małżeństwa naszych. Na takich małżeństwach spocznie błogosławieństwo Boże i z takich małżeństw wyrośnie pokolenie zdrowe i pożyteczne. Inaczej, wśród nas wyrośnie pokolenie -— karłów umysłowych i duchowych!