CZY TO OSTATNI ROK? - pogadanka o . Justyna z 29.12.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Przed kilku tygodniami pochowaliśmy tu w Buffalo, na cmentarzu Św. Stanisława, brata Serafina. Umarł zacny ten, pracowity i sumienny braciszek, po ciężkiej operacji. Dzień przed operacją dał znać, że chciałby się ze mną zobaczyć. Pojechałem. Przywitał mnie z uśmiechem i zaczął mówić: "Mam jakieś dziwne przeczucie, że operacji nie przetrzymam, i nowego roku się nie doczekam. Jako zakonnik chciałbym zdać sprawozdanie z mego życia, aby uspokoić moje sumienie; wolę teraz tłumaczyć się mojemu przełożonemu, aniżeli usprawiedliwiać się przed Bogiem. Tu to łatwo, ale tam będzie trudniej. Jako chłopiec, za zawód wybrałem sobie — krawiectwo. Po wyuczeniu się fachu, ciekawość ciągnęła mnie w świat. Mając zaoszczędzony grosz w kieszeni, wyjechałem do obcych krajów. Zwiedziłem Niemcy, Saksonię, Bawarię, Szwajcarię, Francję i Włochy. Świat się do mnie uśmiechał, lecz ja na to nie zważałem. Brakowało mi zawsze czegoś. Los rzucał mnie pomiędzy rozmaitych ludzi. Obcowałem z zamożnymi i biedakami; kręciłem się pomiędzy anarchistami, socjalistami i wolnomyślicielami. Słuchałem co mieli do mówienia. Żem wiary nie utracił, w takim otoczeniu, to muszę zawdzięczać mojej ukochanej matce, która to umiała tak religijnie wychować swoje dzieci. W roku 1894, zajechałem do Rzymu, gdzie na drugi dzień, w bazylice Św. Piotra, trafiłem na O. Fudzińskiego, który wtenczas był przełożonym naszych Ojców spowiedników. Po dosyć długiej rozmowie, poznałem, że jedyne moje szczęście to w życiu zakonnym. W roku 1896 przyjechałem do Ameryki, już w habicie zakonnym. I od tego dnia do dziś, gdziekolwiek posłuszeństwo mnie powołało, zawsze starałem się wiernie i sumiennie obowiązki spełniać. Chociaż często były niektóre chwile ciężkie, Bóg jednak zawsze jakoś pomagał, ponieważ Mu zawsze ufałem. Z ludźmi też często miałem nieporozumienia; ponieważ chciałem wypełnić rozkazy przełożonych, a pierwszemu lepszemu nie chciałem ustąpić. Obowiązki braciszka zakonnego, wypełniałem wedle sił, zdolności i sumienia. To jest moje sprawozdanie, całe i szczere, mojego życia w zakonie. Po tym śmierci się nie boję, jeśli taka jest wola Boża, ale coś mi powiada, że moje dni na ziemi są już policzone. Pracowałem jak umiałem i jak rozumiałem, i proszę Boga o spokojną śmierć." Słuchałem tej publicznej spowiedzi, brata Serafina, i myślałem sobie: "dałby Bóg, żebym i ja mógł powiedzieć to samo przy schyłku mojej pielgrzymki doczesnej!" Pocieszyłem go jak mogłem, i pożegnałem. Musiałem wyjechać na dni kilka do Scranton. Gdy powróciłem w piątek rano, w drzwiach klasztornych, jeden z Ojców powitał mnie słowami: "Dziś rano kwadrans po piątej skonał brat Serafin." — Tak, to był jego ostatni rachunek sumienia i ostatnia spowiedź za życia. To zdarzenie, zdawało mi się, że jest najdopowiedniejszym wstępem, do dzisiejszej przemowy, ostatniej w tym starym roku.

CZY TO OSTATNI ROK?

Czas i życie. Dwa krótkie i to bardzo krótkie słowa. Życie mierzymy czasem, a czas mierzymy życiem. Gdzie się nic nie dzieje, nie ma czasu, i nie ma też życia.
Snem — jedną chwilą — jest życie człowieka,
Dnie mkną jak strzała, - jak wody strumyka,
I rok za rokiem w cieniach wieków znika; —
Śmierć się przybliża, — sąd i wieczność czeka!

Każda godzina — każda chwila droga.
Czas zmarnowany — nigdy nie powróci!
Z chwilą, gdy dusza, więzy ciała zrzuci.
Nic już nie zdoła, uczynić dla Boga!

Czemuż — ach, czemuż, człowiek w dumnym szale.
Wartości czasu, nie ocenia wcale,
W uciechach świata, marnie życie trwoni,
Dzień za dniem mija — rok za rokiem płynie.
Śmierć bezlitosna w ostatniej godzinie.
To złudne szczęście, wytrąci mu z dłoni.

Jeszcze tylko pozostają nam dwa dni do końca starego roku. Liczy on dziś zaledwie 362 dni, a już zaliczamy go do staruszka ze siwą brodą, uginającego się pod ciężarami tych dni ubiegłych. O północy z wtorku na środę, bicie dzwonów i świst gwizdawek oznajmi ludziom, że skończył się rok stary 1935, a rozpoczął się rok nowy 1936. Te ostatnie kilka dni tego roku, są ważne, nader ważne dla nas, bo Bóg dobry dał nam coś, czego odmówił nie setkom, lecz tysiącom i tysiącom, — bo dał nam łaskę zastanawiania się, może to po raz ostatni, nad sobą i nad życiem naszym. Nad rzeką Niagarą, nieomal nad wodospadem, przeciągnięty jest słaby most łączący Stany Zjednoczone z Kanadą. Pod mostem, przez koryto trzysta stóp szerokości i sześćdziesiąt pięć stóp głębokości, piętrzą się wzburzone i rozhukane fale rzeki, skąd rwią z szaloną szybkością aż do krawędzi, poza którą z hukiem i trzaskiem i rykiem, spadają we wąwóz głęboki i skalisty. Kilkakrotnie stałem na tym moście, kruchym, wątłym i słabym, który lada chwila mógł się zarwać i ciekawych widzów, zrzucić do rozbujanych fal, które w mgnieniu oka, przeniosłyby ich rozbite ciała przez brzeg wodospadu i zatopiłyby w rozhukanym wirze wąwozu.
Jeden z tych brzegów, to rok który się kończy i wszystkie inne lata, które już przeżyliśmy, które nam się już nigdy nie powrócą; w wyobraźni mojej, nad tym brzegiem minionych lat, widzę groby, cały szereg grobów, a nad każdym z nich krzyżyk, na którym wypisane są lata 20, 30, 50, 70, 80! Drugi z tych brzegów, przedstawia mi - przyszłość. Jaką? Nie wiem, bo to miłosierna tajemnica! Może tam kryje się wiele radości, może też niemało boleści. Jedno jest pewne — krzyżyków nie zabraknie. Pomiędzy brzegami przeszłości i przyszłości, most teraźniejszości. Na nim stoję i patrzę. Pod mostem płyną sekundy, minuty, godziny i dni, wreszcie uderzają o skały i padają w przepaść wieczności. — Co za myśli, w tej chwili, biją mi do głowy; co za obrazki wypadkowe snują się w wyobraźni; co za uczucia rzucają sercem. Nawet sumienie, ten stróż i sędzia, odzywa się nieco dobitniej, może nawet surowiej, w tej chwili. Za mną, lata minione — bóle, cierpienia i krzyże. Przede mną, może więcej spokoju i szczęścia? Może, lecz prawdopodobnie — nie! Przecież życie człowieka "bojowaniem jest na ziemi!" A człowiek sam "napełniony bywa nędzą; wychodzi jako kwiat i skruszony bywa, krótkie są dni jego, liczba miesięcy bywa policzona, zmierzone granice jego i nigdy nie będą mogły być przestąpione." Rok temu, niejedni, w ten sam dzień i o tej samej godzinie cieszyli się, że minął dla nich czas próby i cierpienia, może nawet biedy i nędzy; rok temu patrzyli w zbliżający się rok nowy, jak na ziemię obiecaną, która miała im dać miód i mleko, w postaci powodzenia i obfitości, spokoju i zdrowia. Próżne obietnice i bolesne złudzenia. Rok obecny, a wtenczas nowy podwoił rany, powiększył krzyże i z dnia na dzień do kielicha obietnicy, dolewał gorzkie krople rzeczywistości przejść życiowych, do tego stopnia, że dziś pozostały — usta spragnione, serca złamane, sumienia niespokojne i dusze zbolałe! Rok temu jedni prosili o zdrowie — Bóg zesłał im chorobę. Drudzy błagali o powodzenie, a uprosili jeden łańcuch cierpień. Inni zanosili modły o spokój — nowy rok przyniósł im niezadowolenia i nieporozumienia. Te i podobne prośby powtarzają się rokrocznie, powtórzą się też i dziś, a w roku następnym dadzą się usłyszeć te same płacze, żale i narzekania.

Dwanaście miesięcy temu, świat żegnał rok stary z wesołym śpiewem na ustach; staruszka składał do grobu. Nad kolebką roku nowego składał życzenia światlejszej i lepszej przyszłości, i — zawiódł się! Dziś posypią się setne i tysiączne życzenia ustne, olbrzymia część ich, niestety, nigdy się nie spełni!

My w tej chwili, aby na sposób chrześcijański pożegnać rok stary, zastanówmy się nad pytaniem, jak spędziliśmy te dwanaście miesięcy? Czy żeśmy w sposób należyty wykorzystali czas nam dany? Naturalnie mam na myśli, w sprawach duchowych i co do wieczności. Czy Anioł Stróż zapisał nam stronice książki życia, zgłoskami złotymi, czy raczej zostały one puste? Czy w tym czasie zasłużyliśmy na pochwałę, czy też na naganę? Czy ostatnie 52 tygodnie posłużą nam na nagrodę, czy może raczej na karę? Czy szliśmy stale i wytrwale ścieżką wysłaną cierniem i krzyżami umartwienia i zaparcia siebie, czy też posuwaliśmy się szerokim gościńcem wygody, uciechy i pozwolenia sobie na wszystko? Szliśmy w koronie, cierniem przeplatanej, czy z wieńcem lekkim i miłym z kwiecia uwitym? Wiele, bardzo wiele, zależy od odpowiedzi, szczerych i prawdziwych, które my i tylko my dać możemy.

W tej chwili, znów przypomina mi się zdarzenie z lat spędzonych w domu rodzinnym. Jestem przekonany, że słuchacze przebaczą mi, że raz jeszcze wspomnę mego, dziś już tak wiekiem i pracą steranego Tatusia. Uważam go bowiem po dziś dzień, nie tylko za wzorowego ojca, lecz zarazem za wzorowego gospodarza. Biedaczysko rachował się z każdym cencikiem. Dla siebie był sknerą bez miłosierdzia, dla nas był szczodrym bez granic. Miał on małą książeczkę, chowa ją jeszcze i dziś. Na jednej stronicy zapisywał codzienny zarobek, na drugiej codzienny rozchód. Co miesiąc regularnie i skrupulatnie robił obrachunki. Wiedział przy końcu każdego miesiąca jaki był dochód, a jaki rozchód. Powtarzało się to miesięcznie i rocznie. W ostatni dzień roku, wieczorem po pracy, zapalał cygaro po kolacji, szedł na osobność, aby jak mówił "zrachować roczny inwentarz"! — Rachunki trwały długo. W końcu jednak mój Tatuś wiedział, jaki był jego roczny dochód i rozchód. Poznał skąd przyszły i gdzie poszły pieniądze. Wiedział komu i ile był winien. Tę książeczkę, w której tak wiernie spisywał to wszystko, widziałem w miesiącu lipcu br., kiedy kilka godzin spędziłem w domu moich rodziców! — Tak czynić powinien, każdy przebiegły i staranny gospodarz, w sprawach czasowych! Czyśmy szcególnie dziś, nie powinni naśladować ten system? Czyśmy nie powinni porachować nasze dobra duchowe, ciekawi, czyśmy coś zarobili, czy też stracili? Nie da to nam żadnej trudności. Taki rachunek sumienia będzie łatwy, jeśli szczerze i dokładnie, powiemy sobie jak prowadziliśmy się względem Boga, jak zachowaliśmy się względem bliźniego, i jak obchodziliśmy się sami z sobą! O jedno proszę, i o jedno tylko. Nie starajcie się sumienia waszego oszukać i siebie samych uniewinnić; proszę Was, zwrócić myśli wasze o dwanaście miesięcy temu wstecz. Jak i dzisiaj, przemawiałem do tysięcy słuchaczy. Pomiędzy nimi, byli starzy i młodzi; mężczyźni i niewiasty, byli ojcowie i matki, byli synowie i córki, były dzieci szkolne, nawet i młodsze. I wtenczas wszyscyśmy robili rachunek sumienia. Teraz powiem wam jedną prawdę, która szczególnie powinna nastroić serca nasze, aby mówić otwarcie i szczerze. Dla niejednego i dla niejednej — Był To Ostatni Rachunek Za Życia! — Ilu z tych, brakuje dziś, ilu z nich dziś tu nie ma? Pomarli, i dziś w zimnym i głębokim grobie, na cichym cmentarzu! — Rodziny się przetrzebiły, niektóre nawet zdziesiątkowały. Ilu rok temu było z nami i pomiędzy nami, a dzisiaj daremnie się oglądamy za nimi? Poszli w zaświaty, tam gdzie i my prędzej czy później, zmuszeni iść będziemy. Całe szeregi stają dziś przed oczyma naszymi, i wołają głosem uroczystym: "Nie zapominajcież, że i myśmy niedawno temu, byli tym, czym wy jesteście dziś, i pamiętajcież, że czym my jesteśmy dzisiaj, wy będziecie jutro!" — Ten ojciec, pracowity i poniekąd tak surowy, a jednak tak dbały i sprawiedliwy, rok temu modlił się tak gorliwie o łaski dla siebie i swoich — znikł, a na cmentarzu usypano nową mogiłę! Ta matka, która przez lata krzątała się i zabiegała, aby rodzinie dogadzać, rok temu szeptała prośby serdeczne, aby niebiosa łaskawym skrzydłem otoczyły jej gromadkę, dziś, gdzież ona? Ukryta na cmentarzu, a nad nią nowy krzyż. Ten syn, po którym rodzice sobie tyle obiecywali, co się z nim stało? Wśród płaczu i narzekania, wynieśli go, do miasta umarłych, i przykryli darniną. Ta córka, do rodziców przywiązana i posłuszna, dla rodzeństwa dobrotliwa i łagodna, gdzie ona się podziała? Zwiędła i skonała. Poszła na odpoczynek wieczny. Jej mogiłę skropiono łzami, żalu i tęsknoty. A ile dzieci, rok temu w zdrowiu i radości, uśmiechało się do rodziców, obłapując ciepluteńkiemi rączkami szyje ojcowskie, lub tuląc się do łona macierzyńskiego? Dziś puste kolebki i pustki w domach. Na cmentarzu zaś świeże mogiłki, a w niebie nowe aniołki. — Te i podobne wspomnienia, powinny nas przekonać i zmusić, abyśmy bez wymówek i bez usprawiedliwień, odpowiedzieli sobie na pytanie: Jakie było nasze zachowanie się względem Boga? — Obowiązki nasze względem Boga są jasne i łatwo zrozumiałe. Są te same, jakie mają dzieci względem rodziców, lub słudzy dla swych panów. Spamiętać nam jednak trzeba, że Bóg jest nie tylko Stwórcą, lecz, zarazem i Zbawicielem, Panem i Dobroczyńcą. Obowiązki nasze są: miłować, dziękować, służyć, prosić i przebłagać. Dobre dziecko tak jak wierny sługa, nie tylko wypełnia rozkazy, lecz stara się odgadnąć nawet myśli ojca lub pana. My jako chrześcijanie, zobowiązani jesteśmy zachować przykazania Boskie, i jako katolicy, przykazania kościelne. Wypełniliśmy je w tych ostatnich dwunastu miesiącach? Ja nie jestem ani oskarżycielem, ani sędzia. Muszę jednak stwierdzić ten fakt smutny i gorzki, że często może za często nie tylko świadomie ale i złośliwie łamaliśmy te prawa, przekroczyliśmy granice ręką Pańską nam nakreślone i jedliśmy owoc zakazany. Nie usprawiedliwiajmy się! To się nie popłaca. Rozum nam mówił, że to złe i niebezpieczne, wola nas od tego odciągała, sumienie nas upominało, daremne to wszystko. Nie tylko żeśmy nie unikali okazji, aleśmy jej szukali, a kiedy nam łuski zaślepienia z oczu spadły, zobaczyliśmy skutki wcale nie miłe, jakiegoś trądu który rzucił się na zdrowie tak ciała, jak i duszy. Kiedy Bóg używał lekarstwa nieco gorzkiego, aby nam zdrowie powrócić, gorączkę zmniejszyć, wtenczas nawet szemrać i bluźnić Bogu żeśmy się ośmielili. Czy taka nie była nasza służba Panu i miłość Boga? Umieliśmy przynajmniej prosić Stwórcę o potrzeby doczesne i duchowe? Wątpię. Prośby nasze były bez pokory i bez ufności. Raczej były to nieraz groźby i rozkazy. Żądaliśmy, aby Bóg zastosował się do nas, a nie my do Boga. Myśmy chcieli być panami, a Boga chcieliśmy zamienić w sługę; zamiast o dobro, modliliśmy się nieraz o rzeczy nam szkodliwe. Ileż to razy, ufni we własne siły i zdolności, odsunęliśmy pomocną rekę Pana, od siebie, o Bogu żeśmy zapomnieli, albo może nawet przemocą ze sumień i serc naszych, całkowicie wyrzucili? Spytajmy własnego sumienia, lepiej nam bez Boga? Bez wiary? Raz jeszcze wątpię!

Ciekawym też co nam sumienie powie co do naszych bliźnich? Najpierw co do kółka rodzinnego. Czy zawsze panowała zgoda pomiędzy mężem i żoną? Czy dzieci okazywały wdzięczność, szacunek i posłuszeństwo rodzicom? Czy rodzice dawali przykład dbałości i miłości swym dzieciom? Czy bracia i siostry żyli sobie w zgodzie i porozumieniu, jak na rodzeństwu przystoi? Rachunek sumienia wcale nie zaszkodzi. Pierwszy idzie mąż i ojciec. Mężu, czy dla żony byłeś prawdziwym mężem? Czy może uważałeś ją nie za towarzyszkę tylko za niewolnicę? Kochałeś ją i szanowałeś? Czy też może poniewierałeś nią i krzywdziłeś? Dla dzieci byłeś wzorowym, trzeźwym i pracowitym ojcem? Czy może gorszycielem, pijakiem, złośnikiem i oklętnikiem? Licz się i rachuj!
— Żono i matko, kolej na ciebie. Czy mężowi okazywałaś miłość i wierność kiedyś zaprzysiężoną? Czy byłaś mu podporą i pocieszycielką, czy może zawadą i trucicielką ? Czy dla dzieci byłaś opiekunką i aniołem stróżem, czy może bez serca i bez uczucia, taką sobie nowomodną matką, która woli nosić psa pod pachą, aniżeli dziecko na ręku? Taką matką, która kocha się w pozadomowych zabawach i rozrywkach, a zaniedbuje maleństwa, własną krew i własną kość? Powtarzam, ja nikogo nie posądzam, nikogo nie oskarżam, tylko pomagam do sumiennego rachunku sumienia!

A teraz wy dzieci, synowie i córki, wejrzyjcie w zakątki waszego sumienia. Ile łez, i to łez gorzkich, prawie że krwawych wylali rodzice nad synami swoimi? Ile próśb nie usłuchanych, ile ostrzeżeń zlekceważonych, i ile przyrzeczeń złamanych? Ile przekleństw i złorzeczeń, zamiast błogosławieństw posypało się z ust rodziców? Dzieci nieroztropne, dzieci nieposłuszne, dzieci zarozumiałe, dzieci niewdzięczne, dzieci krzywdzące siebie i hańbiące nazwisko rodzinne. Nad tym smutnym zjawiskiem, nie chcę się dłużej zatrzymywać. Rzucam na nie zasłonę miłosiernego milczenia. Jednak, wy synowie i córki, dokładnie się porachujcie, i kogo się należy przeproście. Rodzice nie tylko przebaczą, lecz i zapomną.

Jak też tam sprawa z bliźnimi? Czy może w sercach chowamy ten gniew, nieludzki i głęboki, z którego rodzi się zemsta i nienawiść? Może zagnieździło się uczucie zazdrości i podejrzliwości, które powoduje złe życzenia, niezgody i zemsty, która nie jest czym innym jak ową zasadą tak starożytnych, jak i też nowoczesnych pogan "oko za oko, ząb za ząb"? Może mamy na sumieniu, oszukaństwa w interesie czy w pracy, które wymagają sprawiedliwego wynagrodzenia? Może jakie niesprawiedliwości, wołające o pomstę do nieba? Może posądzenia, którym dawaliśmy upust, przez obmowy i oszczerstwa, przez które bliźni zgubił dobre imię, sławę lub honor? Czy nie lepiej teraz, dziś nie tylko dokładnie, lecz nawet surowo obliczać się ze sumieniem, kiedy można jeszcze wszystko naprawić, oddać i zwrócić, aniżeli odkładać do tej chwili, kiedy przyjdzie nam zdać rachunek już nie sobie samym, lecz Stwórcy i Sędziemu naszemu, nie z jednego roku, ani z kilkunastu lat, lecz z całego życia?

Teraz względem siebie samych. Prawo naturalne wymaga od każdego z nas, aby szanował i miłował siebie samego. Sumienie też mówi nam, abyśmy unikali zła moralnego i fizycznego, abyśmy nie narażali się ani na cierpienia duszy, ani ciała. Wypełniamy to prawo i obowiązek, kiedy według sił i zdolności, pracujemy w trzeźwości i żyjemy w granicach pewnego umartwienia, nie pozwalając sobie na wszystkie zachcianki. Słowem, kiedy żyjemy po chrześcijańsku, nie krzywdząc siebie. Czy tak spędziliśmy ten cały rok? Niech stawię znów kilka dobitnych pytań! Ilu zmarnowało, nie tylko długie godziny, lecz nawet całe dni na pijaństwie, które pociągało za sobą stratę krwawo zapracowanego grosza, za które można by było zakupić chleba i lepszej odzieży dla dzieci, i nieco dalej od drzwi wilka odpędzić? Ilu przez nadużywanie w trunkach, naraziło się na chorobę, a może nawet na śmierć? Ile z tego powodu niezadowolenia, niezgody, przekleństwa i płaczu? Ilu spędzało całe wieczory i noce przy zielonych stolikach, lub na zabawach, w podejrzliwem otoczeniu i w miejscach gorszących? Czy to wszystko można nazwać miłością siebie i okazywaniem szacunku dla siebie?

Raz jeszcze zwracani się do młodzieży naszej. Ileż to czasu zmarnowałaś przesiadując po teatrach? Jak zaszkodziłaś sobie na zdrowiu spędzając całe godziny przy papierosach, kieliszkach i szklankach? Ile nocy, po prostu wykradzionych na zabawy i tańce, poniżające i demoralizujące? Ile młodzieńców i panienek, z takich zabaw powróciło z sercem zmiażdżonym, z sumieniem zduszonym i z cnotą skalaną? Ja nie będę was ani straszył, ani groził. Będę jednak serdecznie prosił: "Młodzieży nasza, szanuj siebie!" Nie uśmiechaj się i nie mów butnie, tak jak głoszą niejedni: "Zgrzeszyliśmy, a jednak nic złego się nam nie stało!" — Tak, nad nami jest Bóg, a ten Bóg jest naszym Panem, a my Jego sługami! On jest naszym Ojcem, a my Jego dziećmi. Nie mówmy też, że w przyszłości będziemy lepsi. Naiwne to. Kto nam obiecuje lub gwarantuje przyszłość? To nie nasza, tak samo jak przeszłość. Teraźniejszość tylko do nas należy. Skorzystajmy wiec z niej!

Zdaje mi się, że rachunek sumienia już ukończony. Powtarzam, za kilka dni, z wtorku na środę o północy, rozpoczniemy rok nowy. Czy się go doczekamy? Nikt nie wie. Czy go przeżyjemy? Nikt nie może nam powiedzieć! Czy go dokończymy? Nikt nie może nas zapewnić! A co nam przyniesie rok nowy? Tylko Bogu wiadomo. Wiem jedno tylko, że z nowym rokiem, nadejdą, nowe krzyże, nowe zmartwienia i nowe walki. Czy damy sobie radę i czy przezwyciężymy? Czy mimo utrapień i cierpień, i ciężarów posuniemy się naprzód, czy też upadniemy? Lepiej, że nie wiemy, lepiej że to jest dla nas tajemnicą. Mimo ciężarów życia codziennego, mimo cierpień i bólów przeżytych, mimo smutków i przykrości doznanych, w ostatnich dwunastu miesiącach, jakieś dziwne u kiedyś uczucie smutku i żalu chwyta za me serce. Jakoś żal mi tego roku starego. Może nie był on za dobrym, mógłby jednak być gorszym. Przecież przyniósł mi zdrowie, a to łaska nad łaskami. Doznałem tyle łask i błogosławieństw Boskich, za co Opatrzności dziękuję. I tak bez końca. Wiem teraz co rok staruszek mi przyniósł, nie wiem co rok dzieciątko mi przyniesie. Pozostaje nam więc co uczynić, w dniu dzisiejszym? Pokornie, Boga przeprosić, ze sumieniem własnym się uregulować, z bliźnimi się pogodzić, urazy zapomnieć, krzywdy wynagrodzić, a ze swej strony przebaczyć. Słowem, zawrzeć i podpisać ugodę i pokój z Bogiem, własnem sumieniem i bliźnim! A kontrakt ten, czyli ugoda ta, niech trwa nie tylko na teraz, lub na rok, lecz do chwili skonania naszego, abyśmy mogli spokojnie i w zadowoleniu stanąć przed Stwórcą naszym, i śmiało i sumiennie powiedzieć kiedyś Sędziemu naszemu: "Panie byłem słabym i ułomnym, lecz nigdy zapalczywym, złośliwym i upartym". - Wtorek wieczór to ostatni dzień starego roku. Poganie, niedowiarkowie i inni, pójdą do hoteli i bankierami żegnać będą stary, a witac nowy rok. My wszyscy idźmy do kościołów naszych. Powtarzam, idźmy wszyscy bez wyjątku. Kończmy rok stary z Bogiem - rozpoczynajmy rok nowy z Bogiem. Zamykajmy stronice księgi starego roku modlitwą, rozpoczynajmy pierwsze zdanie na pierwszej stronicy życia nowego roku - modlitwą. Polecajcie Opatrzności siebie, dziatki wasze, całe rodziny wasze. Proście o pomoc w potrzebach - o umiarkowanie w dostatkach - o cierpliwość w cierpieniach - o opiekę w niebezpieczeństwach, słowem o łaski dla duszy i dla ciała. Kończac wtorek z Bogiem - rozpoczynajcie środę z Bogiem, abyście życie doczesne mogli skończyć z Bogiem, a wieczne rozpocząć w Bogu!