CZY TRZEBA WIERZYĆ? - pogadanka o. Justyna z 24.11.1935 r.

Witam Was, zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Świat czasów obecnych, z całą słusznością przyrównać możemy do kotła wrzącego i kipiącego. Państwa czają się jak dzikie zwierzęta do skoku w lasach, aby przy najbliższej sposobności rzucić się na sąsiada i zdusić go doszczętnie, a potem pastwić się nad zwłokami. Wszędzie gdziekolwiek okiem rzucicie, brak wzajemnego zaufania: miłość bliźniego, nawet już nie tylko nieznana, lecz nawet z ksiąg wykreślona. Niezadowolenie, niepokój, podejrzliwość, zazdrość i nienawiść, maszerują otwarcie, obok armat, samolotów, czołgów, kulomiotów, maszyn karabinowych i setnych innych narzędzi okrutnych i niemiłosiernych, szatańskich wynalazków szumnej cywilizacji dwudziestego wieku. Naturalnie, że to co dzieje się otwarcie w narodach, ma fundament i podwalinę w duszach pojedynczych osób. Weźmy członków naszych rodzin. Czy w tych małych państewkach, jest wszystko w porządku? Rodzina to kociołek, z którego bucha gorąca para nieporozumienia, niechęci i nienawiści: lekceważenia, niedbałości, nieposłuszeństwa i buntu! Gdzie i w czym szukać powinniśmy powodu tego dziwacznego zachowania się ludzkości? Niech uczeni, którzy od lat badają i ogłaszają źródło i powody tego choróbska zaraźliwego, niech uczeni podają lekarstwa i środki zapobiegawcze tej zarazie, prawdziwy powód jest jeden: brak wiary. Jest jedno prawdziwe lekarstwo: powrót do Boga! Wszystkie inne zastrzyki ludzkiej mądrości nic nie poradzą i nic nie pomogą. Świat choruje. Ludzkość przybiera wygląd trupa. W międzyczasie umysły ludzkie coraz to chwiejniejsze. Pseudouczeni, fałszywi apostołowie, głoszą nauki, które są niczym innym jak stekiem kłamstwa, błędu, fałszu i obłudy. Sami nie uznają, bo uznać nie chcą, że istnieje jakaś istota wieczna i twórcza, która jest Alfą i Omegą tak świata widzialnego, jak niewidzialnego. Boga zastępują jakąś naturą, którą ubierają w moc i siłę, której nie ma i mieć nie może. Dla nich nie ma życia poza grobowego, a więc nie ma też ani nagrody ani kary. Dla nich dusza ludzka nie istnieje, bo kto ją kiedy widział, spotkał lub na nią natrafił? Oni nie uznają żadnej cnoty i uczciwości! Początek człowieka przypisują trafowi lub przypadkowi, wyłącznie zależącemu od woli albo raczej popędliwości ludzkich skłonności. Cel życia pouczają, jest nic innego, jak opływać w rzeczy materialne, używać ich do syta! Ci kpią sobie z wierzących, dobrych, trzeźwych, pracowitych i zacnych! Głoszą na całe gardło, że chociaż w Boga nie wierzą, powodzi im się lepiej jak tym, którzyj wierzą! Chociaż do kościoła nie chodzą, mają więcej od tych, co chodzą! Chociaż się nie modlą, mają więcej od tych, którzy paciorki rachują i tak bez końca! Maluczcy i słabej wiary, czytają te wywody niby uczonych i mędrców, i rozpoczynają czytają powątpiewać! Powoli wiara słabnieje, kurczy się, a w ostateczności zanika. Gorzej jeszcze jeśli tacy, którzy zewnętrznie i na oko tylko wierzą, dla osobistej korzyści, a na zewnątrz, w "życiu codziennem, wcale życia swego nie mierzą calówką wiary. Prostacy, wtenczas, i to słusznie, gorszą się, zaniedbują praktyki religijne i porzucają wiarę pradziadów. Biada tym i takim! Lecz na cóż mi się dłużej rozwodzić? Dzisiejsza przemowa nie jest dogmatyczna, lecz raczej serdeczna i łatwo zrozumiała pogawędka, którą tytułuję:

CZY TRZEBA WIERZYĆ?

Ubiegłego roku spotkałem dwóch Polaków, którzy imię Polski wsławili na cały świat, bohaterstwem, wytrzymałością i niezwyczajną skromnością. Naprawdę że ci zasłużyli sobie tak na cześć jako też na szacunek. Jeden z nich, mniejsza o nazwisko, zrobił na mnie wrażenie nadzwyczajne. Był na wskroś religijnym. Nie było nawet mowy o porównaniu pomiędzy nim, a tylu innymi, którzy po wojnie przybywali do nas z Polski. Czemu? Bo przyjeżdżali tu tacy, którzy czy to pod płaszczykiem wiary, czy pod płaszczykiem polityki, zabierali dolarki, a po powrocie do Polski, tak w mowie jak w druku, wyśmiewali się z nas, żeśmy tu niekulturalni, prostacy i materialiści. Przyjeżdżali też niedowiarkowie i ateusze, którzy później kpili sobie z naszego ludu wierzącego! -— Zdziwiłem się więc, kiedy nasz bohater, przy przedstawianiu mu pewnego obywatela, mówił bez ogródek: "Co to? Polak, a nie katolik?" — Pytałem się więc o powód jego wyrażenia. "Proszę Ojca, ja już próbowałem wszystko. Byłem liberałem i w nic nie wierzącym. Studiowałem rozmaite książki, nic mnie jednak nie zadowoliło. Szukałem rozumem i sercem. Zawsze coś mi brakowało. Nigdy nie miałem spokoju. Brałem udział w dysputach uczonych, bo przecież nie jestem bez wykształcenia, ba nawet książkę napisałem, a jednak nie mogłem sobie dać rady. Przyszedłem do przekonania, że człowiek musi wierzyć w coś wyższego i deskowego od siebie, od ludzkości i od natury. I dlatego po latach zwątpienia, niepewności i poszukiwania, powróciłem do wiary moich przodków. W tej wierze i z tą wiarą znajduję pociechę, otuchę, zachętę i wytrwałość. Cośmy uczynili zawdzięczamy wierze i Bogu". Proszę was słuchacze, zauważyć, że nie mówił tego żaden ksiądz ani jaki świętoszek i prostak, ale tak się wyraził człowiek inteligentny, wykształcony i światowiec, który wiarę zgubił i bez wiary był zgubiony, a dopiero siebie odnalazł i żyć na nowo rozpoczął, kiedy wiarę odzyskał i powiedział: wierzę bo wierzyć każdy musi! Jeśli nie wierzy w Boga, będzie wierzył w ludzi; jeśli nie da wiary nauce Boskiej, uwierzy poglądom ludzkim; jeśli nie pójdzie za Bogiem, przylgnie do jakiegoś proroka lub nauczyciela fałszywego, a może nawet przewrotnego. Zawsze jednak komuś i w coś wierzyć musi!

Przeczytam teraz słuchaczom list, który w tych dniach przysłał mi jakiś biedak, którego dusza szamoce się jak ptaszek w klatce. Szuka wyjścia jakiegoś z niepewności i powątpiewaj co do wiary.

Wielebny Ojcze:

Po wysłuchaniu pierwszej w tym sezonie audycji radjowej Wielebnego Ojca na temat: "Wierzyć lub nie wierzyć"? Niej mogłem się powstrzymać od próby usunięcia zarzutu czynionego pod adresem "niedowiarków", jakoby nie chcieli wierzyć. Ponieważ nie ma reguły bez wyjątku, wiec i w tym względzie są wyjątki. Do takich wyjątków należę również i ja. Mimo szczerej chęci wierzenia w jakiekolwiek dogmaty, którejkolwiek religii i pomimo, iż bardzo dotkliwie odczuwam brak wiary, nie mogę wierzyć. Dlaczego? Ponieważ nikt nie jest w stanie kontrolować ani swych wierzeń, ani przekonań, ani uczuć! Zyskuje się je przez działanie wpływów zewnętrznych, i w ten sam sposób się je utracą, niezależnie od woli własnej, a częstokroć i nawet bezwiednie. Możliwym natomiast jest kontrolować okazywanie swych wierzeń, przekonań, pojęć lub uczuć! Znam pewną osobę kościelną, która jest niewierzącą, a jednak sprawuje swoje obowiązki wzorowo. Kontroluje się znakomicie, aby swego sceptycyzmu nie okazać, kiedy nie należy. Ja po utraceniu wiary (nie z mej woli) w doktryny kościoła katolickiego, zacząłem studiować inne główne religie i kierunki filozoficzne w poszukiwaniu za jakimś punktem oparcia. Przetrząsnąłem setki tomów przez ostatnie trzydzieści lat, nie pominąłem nawet teozofii i okultyzmu, z tym rezultatem, że teraz jestem rozbity beznadziejnie. A żal mi za tą utraconą wiarą, bez względu na to, czy była racjonalną czy nie! Przypuszczam, że Wielebny Ojciec poradziłby mi tak jak wielu innych mi radziło, że trzeba się modlić o wiarę. Lecz przecież jasną rzeczą jest, że kto jest w stanie modlić się o coś i do kogoś, to już ma wiarę, chociaż to uczucie może jeszcze nie być skrystalizowane i na odwrót, nie można sobie wyobrazić, aby niewierzący mógł się modlić. Ktoś powinien sobie wziąć za temat do powieści lub rozprawy psychologicznej tragizm człowieka, który pół życia spędził na studiowaniu w celu zapoznania się ze zdobyczami nowoczesnej wiedzy, z różnymi religijnymi kierunkami filozoficznemi i w rezultacie musi się przyznać z rozpaczą, że nic nie wie poza tym co może udowodnić, tak zwana nauka ścisła. Określony przez francuskiego pisarza E. Zolę, typ wątpiącego księdza katolickiego nie daje dostatecznego obrazu stanu duchowego, który można by porównać z moim stanem. Ksiądz Piotr "Zoli" nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie jest w stanie kontrolować swych wierzeń i uczuć. On stwierdza fakt, iż gmach jego wiary zaczyna się walić. Wątpi w to wszystko na czym oparł swoje posłannictwo, i to go przeraża. U mnie prócz wątpienia, jest straszna pustka, pragnienie wiary w coś i żal za jej utratą. Czy można mię winić za to, że nie wierzę? Jestem bezsilny wobec faktu że: "Nobody is able to control his beliefs, his convictions and his feelings", pomimo że zgadzam się z Wielebnym Ojcem, że lepiej jest wierzyć." Tyle list!

W dysputę teologiczną, nie zamierzam się wdawać. Nigdy nie twierdziłem, że żaden z niedowiarków nie chce wierzyć. Broń Boże, bo w pamięci zawsze mam słowa Zbawiciela, który wołał: "Niech ten, który stoi, baczy by nie upadł."
Słowo wierzyć znaczy uważać i mieć za prawdę coś, ponieważ to pochodzi z ust wiarygodnych. W ten sposób dzieci wierzą rodzicom, uczniowie wierzą nauczycielowi itd. Życie nasze codzienne obraca się na wierze. Wiara jest osią życia ludzkiego; wiara jest fundamentem handlu, interesów, umów, kontraktów, paktów i tak bez końca! Nawet w dziedzinie naukowej jest spora doza wiary. Zasady arytmetyki, astronomii, chemji i biologii, stoją na wierze! Czy nie wierzysz, że siedem razy siedem jest czterdzieści dziewięć: że pięć i dwa jest siedem? Czy nie wierzysz, że słońce jest od nas oddalone o 92,897,416 mil?, że zaś księżyc patrzy na nas z odległości 238,857 mil? Wierzysz! Czemu? Bo tak uczą ludzie, którzy zasługują sobie na nasza wiarę! Wiara zaś chrześcijańska jest cnotą nadprzyrodzoną, przez którą natchnieni i wsparci łaską Bożą, w to co Bóg objawił, wierzymy jako w prawdę, nie dla prawdziwości wewnętrznej rzeczy, poznanej światłem przyrodzenym rozumu, lecz dla powagi Boga objawiającego, który nie może ani się mylić, ani w błąd wprowadzać! Z tego wynika, że wiara nie żadnym poszukiwaniem, ale już silnym i trwałym przekonaniem o czemś i w coś, czego się nie widzi! Taka wiara właśnie zależy od rozumu i woli wierzącego! Teoria zaś, że człowiek nie jest w stanie kontrolować swych wierzeń, przekonań i uczuć, zakrawa na fatalizm, czyli na zasadę starożytnych Greków, Chaldejczyków i Mahometan, według której czyny i los człowieka, niezależnie od niego, podlegają niezmiennemu przeznaczeniu. Sam Bóg wymaga, aby wiara nasza była "rozumną służbą". Musimy jednak zarazem pamiętać, że pozostaje nam rola, która tej rozumnej wierze może się oprzeć, lub ją całkowicie odrzucić, czyli jak kiedyś pisał Św. Augustyn, "nikt nie potrzebuje wierzyć, jeśli nie chce".

— Powinniśmy też pamiętać, że jest różnica pomiędzy tym co widzimy, słyszymy, dotykamy itp., a tym co jest zmysłami nietykalne, nieobjęte i niepojęte. Pierwsze należy do wiedzy, drugie do wiary, o której mówił kiedyś Chrystus: "Błogosławieni którzy nie widzieli, a uwierzyli." Tak łatwo spuszczamy się na własny rozum i polegamy na naszych zmysłach; wierzymy wywodom liczonych biegłych. Ileż to razy myli nas rozum, zmysły nas mogą zawieść, uczeni mogą nas oszukać! Bóg zaś jako źródło wiary, ani nas oszukać, ani pomylić nie może, inaczej już nie byłby Bogiem! Jeśli więc wierzymy sobie i drugim, mimo to że jesteśmy zmienni, chwiejni i niepewni, czemu nie powinniśmy wierzyć Bogu nieomylnemu i prawdomównemu?

Wiara chrześcijańska jest darem Bożym, wlana w serca nasze przy Chrzcie świętym, bo "żaden nie może przyjść do Chrystusa, jeżeli mu nie jest dane przez Ojca." Tak jak przy urodzeniu, dziecko ma zdolność widzenia, tak przez Chrzest bywa mu udzielona zdolność wierzenia! Zawsze jednak, proszę was, człowiek posiada wolną wolę, której nawet łaska Boża nie zniesie, nie osłabi i nie zniszczy! Ta zaś wolna wola często zachowuje się jak nierozumny i swawolny dzieciak; czasami bryka, jak niedoświadczony a zarozumiały młodzik; często popisuje się jako mędrzec odziany w płaszcz dumy i pychy; nieraz też skłania się do buntu i rewolucji. Co się wtenczas dzieje? Dar wiary, nie tylko nie szacowany, lecz znieważony i znienawidzony, niknie jak warstwa mgły! Zanim się spostrzeżemy ogarnia nas nie tylko pustka, lecz pustynia, w której krążymy jak w błędnym kółku, bez wyjścia! Otaczają nas czarne chmury niepewności, zwątpienia i prawdziwej rozpaczy. Ślepniemy na duszy. Czy wtenczas już wszystko stracone? Nie! "I stało się, gdy się przybliżał do Jerycha, ślepy pewien siedział przy drodze żebrząc. A usłyszawszy rzesze przechodząca, pytał, co by to było? I powiedziano mu, iż Jezus Nazareński mimo idzie! I zawołał, mówiąc: Jezusie Synu Dawidów zmiłuj się nade mną. A którzy szli naprzód, upominali, aby milczał. Lecz on tym więcej wołał: Synu Dawidów, zmiłuj się nade mną. A Jezus stanąwszy, rozkazał go przywieść do siebie. A gdy się przybliżył, pytał go, mówiąc: Co chcesz, abym ci uczynił? A on powiedział: Panie, abym przejrzał. A Jezus mu rzekł: Przejrzyj, wiara twoja ciebie uzdrowiła. I natychmiast przejrzał. I szedł za nim, wielbiąc Boga. A lud wszystek widząc, dawał chwałę Bogu." A na innym miejscu w Piśmie św. czytamy: "Będziecie Mię szukać i znajdziecie, gdy Mię szukać będziecie wszystkim sercem waszym."

Ponieważ wiara jest darem Bożym i ponieważ człowiek obdarzony jest wolną wolą, nierzadko zdarza się, że człowiek traci wiarę. Powody są rozmaite, jako te: złe towarzystwo; czytanie złych i przewrotnych pism; zły i gorszący przykład; zarorumiałość, niedbalstwo i niesumienność w zastosowaniu życia codziennego do zasad wiary. Biorę w krótkości jedno po drugim.

l/ Złe towarzystwo. Prawo natury głosi nam, że z jakim przestajesz, takim też się stajesz. Umysł ludzki to jak gąbka, przesiąka tym, z czym się styka. Temu zapobiec me można. Zepsucie i zgnilizna moralna, to wcale nie podatny grunt, aby na nich wzrastała i rozwijała się wiara. Niedawno temu odebrał sobie życie młodzieniec polski. Miał zacnych rodziców. Matka szczególnie, to wzór dla każdej kobiety. Chłopak miał w domu dostatek i wygodę nadzwyczajną. To mu jednak nie wystarczało. Chciał używać. W czasie niecnej prohibicji wdał się w grono butlegerów. Rozpoczął zapijać się. Powoli pod naciskiem i namowami opryszków zaczął zaniedbywać praktyki religijne; potem sam zaczął się wyśmiewać z wiary; słyszałem jednego razu, kiedym go odwiedził w więzieniu i prosiłem go, aby się opamietał i poprawił, tak mówił: "Ja jestem zadowolony. Czy O. Justyn chce, abym był tak pobożnym jak moja matka? I co ma z tego?" — Tak był biedaczysko zadowolony w swej niewierze, że pewnego dnia chwycił kawał powroza i na nim się powiesił! Towarzystwo, w którym przy szklance i kieliszku prowadzą dysputy teologiczne, krytykują prawa Boskie, roztrząsają przykazania kościelne, rozbierają kanony prawa i reformują rozporządzenia Stolicy Apostolskiej, to nie pomaga do zachowania skarbu wiary!

Wy mężczyźni, którzy pracujecie po fabrykach, ile byście mogli mi powiedzieć na ten temat. Jak się z was naśmiewają, ponieważ w piątki pościcie, do kościoła w niedziele idziecie, do Sakramentów świętych przystępujecie, i pacierze ranne i wieczorne odmawiacie? Jeśli z takimi chętnie przestajecie i chciwie w ich argumenty się wsłuchujecie, na jak długo zachowacie wiarę waszych ojców?

2/ Czytanie złych i przewrotnych pism. Tak jak z jednej strony nie ma człowiek lepszego przyjaciela na świecie jak dobre pismo, które podaje mu zdrową umysłową strawę, tak też z drugiej strony nie ma człowiek gorszego nieprzyjaciela jak jest książa czy gazeta siejąca poglądy ateuszowskie lub komunistyczne. To bodaj najgorsza trucizna na świecie. Trucizny materalne mozna wypompować ze systemu fizycznego; trucizny jednak moralnej nigdy nie można kompletnie wyrzucić ze systemu umysłowego. Zarazki pozostaną ukryte w komórkach mózgowych. Trudno jest ludziom wytłumaczyć, co za wpływ dodatni wywiera na nich dobre pismo, a co za szkodę nieobliczalną i nieprzewidzianą wyrządza pismo złe, zasadniczo zwalczające wiarę i cnotę. Naturalnie, że autorzy i pisarkowie twierdzą, że oni walczą, w obronie uciemiężonego i nieoświeconego ludu, że tępią ciemnotę i szerzą oświatę itp. W rzeczywistości to nic innego jak moralni paskarze i butlegerzy, przemycający brud, kłamstwo, fałsz, niedowiarstwo i luźność obyczajów: pełnymi garściami rzucają kąkol pomiędzy ziarnka pszenicy. Zastrzykują obfite dozy zwątpienia i podejrzliwości w umysły bezkrytycznych i słabej wiary. I te kruki, bezustannie krążące nad ofiarami bredni umysłów złośliwych i spaczonych, ośmielają się twierdzić, że są filarami oświaty, postępu i wolności! Oj, przyjdzie czas porachunku, kiedy zmuszeni będą wytłumaczyć się, nie przed trybunałem ziemskim, lecz przed samym Stwórcą ilu sprowadzili na bezdroża, ilu wykradli wiarę i zatamowali drogę do szczęścia!

3. Zły i gorszący przykład. Nic tak nie przemawia do utrzymania ludu przy wierze jak wzajemny dobry przykład wierzących, i znów nic tak nie zabija i nie tępi wiary, jak zły przykład. Słowa uczą, przykłady pociągają, czyli jak mawiali nasi dziadowie, "lepszy przykład, niżli rada". Jak ja mogę uczyć aby drudzy byli mili i łagodni, kiedy sam jestem cięty jak osa lub dokuczliwy jak szerszeń? Jak mogę nalegać, aby ludzie okazywali miłość bliźniego, jeśli sam patrzę na drugich jak pies na muchę, i przy każdej okazji kłapie zębami na wszystkich? Jak mogę tłumaczyć ludziom, aby byli cisi, spokojni i łagodni, a sam nie umiem kontrolować własnych uczuć, i przy każdej okazji wybucham nie tylko gniewem i złością, ale w dodatku z ust moich płyną rynsztokowe wyzwiska i przekleństwa? I tak bez końca. Powiedzmy też sobie chociaż gorzką, lecz szczerą prawdę; często my sami jesteśmy winni, że niejedni tracą wiarę. Nie rozchodzi się tu o rozmaitych przewrotników i nieuczciwych, tych pomijam, ale o te dusze prostacze i słabe, które chwieją przy pierwszym lepszym podmuchu nieprzyjaznym. Niedawno
temu, na Broadwaju spotkałem młodzieńca, który uczęszczał do naszej szkoły parafjalnej i służył do Mszy św.. Młodzik serdecznie się ze mną przywitał i aż oczy mu się szkliły z radości, że mnie spotkał. Po wypytaniu się o powodzenie, zdrowie i pracę, mówiłem: "gdzie teraz należycie?" "Nigdzie", odpowiedział. "Czemu?" "Po śmierci matki, mój ojciec się rozpił, na
Boga wygadywał, na księży przeklinał. Powiedział, że kościół mu niepotrzebny, bo mu nic nie da. Ja mu powiedziałem, że jeśli kościół nie jest potrzebny ojcu, to nie jest potrzebny synowi. I do kościoła nie chodzę." — Naprawdę, dobry przykład skłania do dobrego, a zły przykład ciągnie do złego!

4. Zarozumiałość, niedbalstwo i niesumienność w zastosowaniu życia codziennego do zasad wiary! Osobista pycha najpierw powoduje oziębłość, potem sprowadza powolne zaniedbanie obowiązków, później pcha do otwartego chwalenia się niedowiarstwem, a wreszcie kończy się na zaciętej i zażartej walce wierze! Pycha zawsze idzie ręka w rękę z głupotą. Zauważył to już Apostoł narodów, kiedy pisał do Rzymian, "nikczemnieli w myślach i zaćmione jest bezruzumne serce ich, albowiem powiadając się być mądrymi, głupimi się stali". Święty Augustyn w dziele o "Słowie Bożem" pisze - "wiara nie jest dla pysznych, ale dla pokornych". - Pomiędzy dziwolągami religijnymi mamy na przykład katolickich eks-księży którzy wyobrażali sobie, że są mądrzejsi od Papieża i od wszystkich Ojców Kościoła, wypowiedzieli posłuszeństwo Biskupowi, któremu złożyli przysięgę przed święceniami kapłańskimi, i pod płaszczem reformacji sprzedają naiwnym i prostakom okazy mądrości spróchniałych mózgownic, przysolonych i przypieprzonych zarozumiałą i schorzałą wyobraźnią! — Tu w Buffalo, do niedawna temu, mieliśmy jakiegoś kaznodzieję, który, według rekordów policyjnych, odsiadywał karę za kratami w instytucji stanowej. Zanim poszedł na zasłużony odpoczynek, przyznał się do wiary katolickiej, ponieważ kiedyś uczył się katechizmu w szkole parafialnej. Po odsiedzeniu kary więziennej, powrócił do grodu bawolego i zaczął głosić słowo Boże. Cudownie, w kilku latach w celi więziennej ukończył kurs teologiczny. I znalazł słuchaczy!

Obecnie mamy też jeszcze jakaś gromadę "braci i sióstr", którzy kiedyś, i to do niedawna temu, czytać i pisać nie umieli. Wtenczas do kościoła chodzili, pacierze mówili i posty zachowali. Nagle, oświecił ich Duch Pański: rzucił na tę wybrana gromadkę promienie jakiejś niebiańskiej mądrości i zarozumiałości, znaleźli sobie jakiegoś nowego Boga, i wymyślili jakąś nową wiarę. Ci "japostołowie" wszystko rozumieją, wszystkie tajemnice tłumaczą, nawet koniec świata przepowiadają. Wiarę prawdziwą porzucili, a czepili się jakiegoś Jehovah i partaczą znaczenie słów biblijnych, według własnego upodobania. Powodów tej zmiany w zapatrywaniach religijnych nie zamierzam tłumaczyć! Naprawdę, że głupich nie sieją, tylko sami się rodzą. Po bruku grodu bawolego włóczy się jakiś jegomość, który w polskiej dzielnicy nosi kołnierzyk rzymski: kiedy zaś ukończy "pryczowanie", zwija sztandar gwiaździsty, zdejmuje kołnierzyk rzvmski, pakuje go do kieszeni, i zakłada kołnierz świecki. I on kiedvś był katolikiem. I na niego nagle i niespodzieie zstąpił Duch Pański w postaci miesięcznej peidy ze strony innowierców; paszport jego posłannictwa, to dyplom jakieiś loży masońskiej w Filadelfii. Po polsku mówi jak Bartek Powsinoga z Pipidówki, a po anaielsku rżnie jak Antek Siekiera z Rymanowa. I chłopi go słuchają! O takich i im podobnych już św. Cyprian pisał: "Niech nikt nie myśli, że dobry katolik odpada od kościoła. Wiatr nie unosi ze sobą pełnych ziaren. tylko plewę".

Następujące zdarzenie jest wzięte z życia pewnego niemieckiego robotnika. Urodził się z rodziców katolickich. Opuścił wioskę, udając się do Berlina, aby wyuczyć się rzemiosła. Przy odjeździe, stary ojciec tak go żegnał: "Synu pamiętaj, aby nie wdawać się z robotnikami niewierzącymi, bo gdy raz wiarę stracisz, na nic ci się przyda twa praca. Zabraknie ci wiary, to zabraknie ci wszystkiego." Syn wyjechał i zapomniał o przestrodze ojcowskiej! Z grzeczności wszędzie szedł, wszystko czytał, ze wszystkimi dysputował. Koniec końcem stracił wiarę. Hulał przez klika lat i zyskał sobie poklask i pochwale u niedowiarków i bluźnierców! Wreszcie powrócił do wioski rodzinnej, jako postępowiec, który wyzuł się z Boga i wiary. Rodzice już wymarli. Jakaś znajoma dopomogła mu do założenia własnego warsztatu. Nie ocenił jednakże dobroci ludzkiej. Sprawa oparła się o sąd. Kiedy sędzia wezwał go do powtórzenia słów przysięgi, zawołał zuchwale i głośno: "Nie wierze w tego tam na krzyżu i nie bedę na niego przysięgał." — Niedługo potem umarło mu jedno dziecko, później drugie, a w dwa lata po tym publicznem wyznaniu niedowiarstwa, żona zamknęła oczy! W końcu sam padł ofiarą paraliżu. Codziennie sąsiedzi wynosili go i sadzali pod starym wiejskim krzyżem, by uzbierał kilka cencików na życie. Taki los spotkał mędrka, który Chrystusa się wyrzekł, a jednak w cieniu ukrzyżowanego ostatnie dni życia na żebrocie spędzić musiał!

Masz wiarę, miej się na baczności, abyś jej nie utracił. Bo to łatwo! Jeśli utraciłeś wiarę, wejrzyj w swe serce. Usuń przeszkody, jakiekolwiek one są. Ponieważ wiara jest darem Ducha św., musisz się modlić o wiarę słowami nieszczęśliwego ojca, który wołał do Zbawiciela: "Wierzę Panie, ratuj niedowiarstwa mego."