NA CO SPOWIEDŹ? - pogadanka o. Justyna z 5.1.1936 r.

Witam Was, zacni Rodacy i miłe Rodaczki, słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pierwsza niedziela Nowego Roku 1936! Stoimy w progu dwunastu miesięcy, nowych i tajemniczych. Ciężka i gruba zasłona zakrywa przyszłość przed naszymi oczami. Co będzie, co przyjdzie, co nam czas przyniesie, co na nas Opatrzność dopuści, nie wiemy. Tydzień temu, robiliśmy rachunek sumienia. Jaki był nasz bilans? Dodatni czy ujemny? Odpowiedź zależy od każdego i każdej z osobna. Spomiędzy setek listów odebranych w ostatnich dniach, wyszczególniam jeden, z maleńkiej wioski pensylwańskiej, ponieważ nadaje się do dzisiejszego programu. "O. Justyn nie wie jak mnie zmieniły te dwie mowy przed Bożem Narodzeniem i Nowym Rokiem. Słuchając, popłakałem się po raz pierwszy od wielu lat. Złym nigdy nie byłem, ale dobrym też nie. Włóczyłem się po całej Ameryce i przebywałem z rozmaitymi ludźmi. Zapomniałem o Bogu; pacierze czasami zmówiłem, do kościoła też zajrzałem na Święta, ale u Spowiedzi byłem 28 lat temu. Tu jestem kilkanaście lat i nieźle mi się powodzi. Przez ostatnie dwie niedziele, siedząc z żoną i dziećmi przy radio i słuchają mów radiowych, przypomniały mi się dawne czasy świąteczne w Polsce, kiedy jeszcze żyli moi rodzice. Nigdy tak wyraźnie nie stała przede mną kolacja wigilijna, łamanie się opłatkiem i pasterka. Nasza chata na wsi, wigilia i rodzice, to tak do mnie przemówiło, że zanim się spostrzegłem, rozpłakałem się na dobre. To mi pomogło. Myślałem sobie dalej, co żem przeżył, gdzie żem podróżował, i co dziś mam. Uczułem się taki mały jak moje dziecko. Bóg mi dawał wszystko, zdrowie, prace, żonę i dzieci. Ja zaś Bogu tak mało oddawałem. W ten sam wieczór pierwszy raz klęczałem ze żoną i dziećmi i wspólny pacierz mówiłem. I tak będę robił co dzień. W sobotę, 28-go grudnia, poszedłem się wyspowiadać. Znów po spowiedzi popłakałem się. Jestem teraz spokojny i zadowolony, jak nigdy. Zdaje mi się, że teraz mam coś więcej, jak dotychczas. Święta też były weselsze w domu. Był opłatek i co wieczór przy choince śpiewamy polskie kolędy." Z powodu tego listu, zdawało mi się, iż następna mowa, w pierwszą niedzielę Nowego Roku, będzie odpowiednia i korzystna.

NA CO SPOWIEDŹ?

Na Nowy Rok, nieomal wszyscy bez wyjątku, tak starsi jak młodsi, ubierają się w nowe szaty od stóp do głowy. Rzeczy przenoszone, wytarte i zdarte, bywają wyrzucane do beczki, palone w piecach, lub sprzedane handlarzom starzyzny. Każdy myśli i chce, aby na zewnątrz, przed okiem ludzkim, wyglądał jak najlepiej i najschludniej! I to zasługuje na pochwalę. Lecz człowiek oprócz ciała ma drugi składnik, duszę nieśmiertelną. Każda istota ludzka ma w sobie pierwiastek Boży, tchnienie Stwórcy, iskierkę, której żadna siła nie wygasi, bo wygasić nie może, ponieważ będąc cząstką samego Boga, musi być i jest wiecznie żyjącą i nieśmiertelną. Czemu jednak tak mało ludzi dba, aby przy rozpoczęciu roku dusze obmyć z brudów i naleciałości, i ubrać ją w szaty świeże i suknie nowe? Łatwiej jest nam i taniej ubrać duszę, aniżeli stroić ciało. Cóż nam pomoże zewnętrzny strój, jeśli w sumieniu robak, w sercu trucizna, w umyśle upiór utrapienia? Cóż za korzyść przyozdabiać się oku ludzkiemu, a zaniedbywać się przed okiem Stwórcy! Prawda, obowiązkiem naszym jest nie opuszczać się co do ciała, lecz to nie znaczy, aby zapominać o duszy. Ciało to tylko domek albo lepianka, krucha, słaba i nietrwała, dusza zaś — wieczna. Norwegowie mają śliczną przepowieść, w której określają życie ludzkie. Pewnego dnia, kiedy różnobarwne ptaszki leśne naśpiewały się aż do znużenia, usiadły cicho na gałązkach. Milczenie przerwała uczona zięba i zapytała podniesionym głosem: — Powiedzcie mi co to jest właściwie życie? — Nie namyślając się ani chwili, odpowiedział skowronek: — Życie to śpiew. — Nie, zauważył kret aksamitny, który co dopiero czarny nos wysunął z ziemi. — Życie to walka w ciemności. — Ja sądzę, że życie to rozwój — szepnęła rozkwitająca róża — do motylka, który właśnie krążył nad nią. Motylek ucałował różę i rzekł: — Życie nie jest niczym innym, tylko radością. Wtem dał się słyszeć głos kruka: — Życie jest tylko smutkiem. — Jakaś melancholijna muszka zabrzęczała: — Życie to tylko krótkie lato. — Ach, ono jest pracą i trudem — westchnęła mrówka, wlokąc źdźbło słomy. Ale pliszka, zatrzepotawszy skrzydłami zawołała: — Życie to żart! — Wtem zaczął padać deszcz, a kropelki jego mówiły: — Życie to dolina łez. Zaczął mrok zapadać i mały wróbelek odezwał się: — Wszyscy razem nic nie wiecie. Idźmy lepiej spać! Ale wietrzyk wieczorny zaszumiał wśród drzew szepcząc: — Życie to tylko sen. Potem wszystko ucichło i wszystko śniło. A kiedy poranek zaświtał, wietrzyk dziwnie zaczął świstać, wołając: — Ach! życie jest właściwą wieczną tajemnicą. Coraz jaśniej robiło się na ziemi, słońce wstało i ozłociło wszystko promieniami swymi. Cała zaś przyroda zdawała się mówić: — Życie, to dopiero początek. Tak czytamy w baśniach norweskich. Myśmy zaś powinni mówić: "Życie jest to jedna bezustanna praca, za którą otrzymamy zapłatę w wieczności. Życie tu, to wstęp do życia tam. — Życie zaś tamtejsze zależy od życia tutejszego. Czemu więc nie wyrzucić z duszy wszelkiego brudu, i nie wyplewić wszystkiego chwastu, nie wyrwać wszelkiego kąkolu, i nie wytoczyć wszystkiej trucizny? Jak? Przez szczerą, pełną i skruszoną Spowiedź świętą! Po co? Korzyści spowiadania się są liczne i rozmaite. Spowiadający się poznaje lepiej, co prowadzi do upokorzenia siebie, a przez to do okazywania zrozumiałości i wyrozumiałości naszych bliźnich. Nieraz zmusi nas do zawstydzenia, że sami jesteśmy tak słabi i chwiejni, a od drugich wymagamy wszelkich cnót, a nawet doskonałości. Spowiadający się wyrabia w sobie siłę charakteru i woli, bo zwycięża siebie samego i walczy ze swymi skłonościami, upodobaniami, i zachciankami. Św. Augustyn pisał: "Początkiem dobrych czynów jest wyznanie złych czynów." — Ponad wszystko, każdemu dodaje nowej otuchy, wlewa świeżą ufność, wzmacnia wiarę i zwraca zadowolenie pełne i pokój bezgraniczny i nadprzyrodzony. —

Posłuchajcie zdarzenia z życia naszego chłopa. Od lat nie chodził do Spowiedzi św. Chodził zamknięty w sobie, ponury, mało co do kogo się odzywający. Unikał ludzi, a jeśli który z krewnych przyszedł do niego, milczał, lub półsłówkami zbywał. Kiedyś był to człowiek przystępny, rozmowny i uczynny. Teraz zaciął się. Dziwili się krewni. Wreszcie pewnego wieczora przed świętami, przyszedł do niego stary przyjaciel, i tak z nim rozumował: — Wiesz co? Jak ci sumienie dolega, to idź do księżoszka naszego, do spowiedzi. Powiedz mu wszystko, a jak. Pięknie mu powiedz. To jest człowiek stary, wyrozumiały i mądry. On ci to samo rzeknie, co jo ci padoł! Idź ty jeno do niego do spowiedzi, a uwidzisz wszystko będzie dobrze! Pochwolić, to on cię tam nie pochwoli, bo od tego jest księdzem, żeby ludziom prawić o przeboczeniu wszelijakich krzywd. Na to już nima rady! Ale dyćki ci pięknie wszystko to z głowy wybije, i to samo ci powie, że inakszy nie było można robić. Toż idź jeno do ksieżoszka, polutuj się pięknie, a uwidzisz, że ci ulży. Do ci jaką pokutę, koże ci rzekać! No to będziesz rzekać aż ci wargi spuchną. A koże ci iść na pąć, no to i pójdziesz! Pójdziesz do naszej Częstochowskiej Panienki Marii, tam się jej ze wszystkiego polutujesz pięknie i uwidzisz, że ci ulży. Bo to jest dobro Panienka. A nasza. — Polsko. — A tyś też jest Polok! — Widzisz! Przeboczy ci wszystko, wstawi się do Ponbóczka za tobą i fertik. No idź przody do ksieżoszka, a wyspowiadej się." Chłop usłuchał prostych słów starego przyjaciela. Poszedł do księdza proboszcza jeszcze w ten sam wieczór. Długo tam był, bo wrócił przed północą. Co z sobą mówili, miły Bóg raczy wiedzieć. Po ciemku siedzieli, w cichym pokoju i szeptali w mroki swoje słowa. Proboszcz umyślnie nie rożnął światła. Wiedział, że biedakowi łacniej będzie po ciemku wyspowiadać się ze swoich bóli i krzywd, i wszystkiego co złe. Są słowa, których człowiek wstydzi się w świetle powiedzieć. Bo i one wstydzą się światła. Są bowiem albo takie zbiedniałe, żebracze lub nieśmiałe, albo też takie umorusana i troską zgryzione, wlokące ze sobą ciężar grzechu, jak biedak w łachmanach, przesyconych duszącym czadem z gorejących hałd, niosący z wysiłkiem brzemię uzbieranej opuki, że nie sposób ich po widoku wyjawić. Człowiek wstydzi się za nie! Długo więc szeptali słowa w ciche mroki, co raz przegradzali je westchnieniem, a nawet zduszonym łkaniem, jedne z nich wlokły się jak ptaki ozłamanych skrzydłach, zdrożone, z wszelkiej radości wyzute, a drugie zasię podchodziły jak spojrzenie miłującej matki, wspierały je, brały do siebie i całowały. — Po izbie siały się mrące blaski dalekich łun znad huty, a nad głowami dwóch nachylonych postaci jaśniał z lekka duży Chrystus na krzyżu. Ze ściany patrzał, taki sam cichy i słodki, jak ciche i słodkie proboszczowe słowa były. A kiedy już chłop wstał i starą dłoń proboszczową uścisnął, a proboszcz znowu wziął jego schyloną głowę i ucałował w czoło, i przeżegnał, wtedy tam ten duży Chrystus na krzyżu uśmiechnął się. Jak dziecko we śnie. Tak się rozpłakanemu chłopu wydawało! Wyszedł, z głową podniesioną i z czołem rozweselonym i spokojnym. Ksiądz jednak jeszcze klęczał przed Chrystusem, z twarzą ukrytą w dłoniach, i rozmawiał z Nim. Skarżył się i prosił pocieszenia. Przerażało go owe morze nienawiści, jakie z dniem każdym rosło i wznosiło się i zalewało serca jego ludu. Toć on tutaj znajduje się, jak opuszczona sierota, bezsilnie patrzący, jak przeklęty posiew złości ludzkiej znieprawia je, w ugór nieurodzajny zamienia, na którym jakoby więdną i schną kwiaty, które on od tylu lat sieje i sieje, niezmordowany, niestrudzony, a wyrastają kąkole i osty plugawe, zielska trujące rozpleniają się coraz mocniej, że aż żal przeogromny kąsa! Nienawiść a miłość! Jak daleko, daleko między tymi dwoma światami, jaka głęboka przepaść między nimi! Słuchając chłopskiej skargi, przejrzał wszystko, co się znajduje w jego sercu i w sercach tysięcy, tysięcy innych, jemu podobnych, broniących się resztkami sił. Nie masz w nich miejsca na miłość, na zdolność przebaczenia, na zapomnienie krzywdy! Nie masz! Strute są ich serca do dna, strute nienawiścią, za którą ponoszą winę, tamci, wrogowie!! — Boże, przebacz im! — łkało w cichości proboszczowe serce zafrasowane — przebacz tym biednym, nieszczęsnym, że tacy! Oni niewinni! — Wejrzyj w Swej łaskawości na ich udrękę, wspomóż ich, daj im tę siłę, żeby wytrwali mimo tyle zła, co im nie dozwala dzisiaj wrogom swym przebaczyć! Oni się tylko bronią! Każde zwierzątko najdrobniejsze, każdy robaczek najlichszy broni się, bo Ty tak chciałeś! Oni to samo czynią! I długo jeszcze błąkały się w mroku proboszczowe słowa, szeptane, ciche, na palcach stąpające, do Panajezusowych nóżek przenajświętszych podchodzące i żebrzące Jego politowania!
— Chłop od owego wieczora zmienił się. Poweselał jakoby. Raczej oczy jego poweselały. Widać, kamień przewielki spadł mu z serca. Sąsiedzi przeczuwali bezwiednie, że stało się z nim coś wielkiego. Ale co, tego nikt nie umiał owiedzieć! — Z tego zdarzenia poznajemy, na co się spowiadać!

Przytaczam tu wyjątki z listu pisanego przez poetę Juliusza Słowackiego dnia 14-go czerwca 1837 r. Powracał właśnie ze Ziemi św., gdzie na 45 dni zamknął się w górach libańskich na odludnem miejscu, w klasztorze zwanym Spoczynek Umarłych! "Przepędzałem — pisze Słowacki — dnie całe na dumaniu; wyjeżdżając z klasztoru uczułem dziwną tęsknotę. Dziwnie zazdrościłem zakonnikom jednostajności życia. Obejrzałem się, byłem na dole, klasztor rysował się na niebie, a na dachu klasztornym płaskim, stały małe czarne figurki. Byli to księża, którzy mnie oczyma przeprowadzali. Dzień Wielkiej Nocy przepędziłem w klasztorze. Wyspowiadałem się ze wszystkich grzechów mego życia. Ale kiedy w szarej godzinie poranku uklęknąłem przed nim (spowiednikiem), chcąc wymówić pierwsze słowo, rozpłakałem się jak dziecię, tak mi to przypomniało dawne lata, dawną niewinność — wszystko, od czego mnie potem długie lata oddzieliły. Po skończonej spowiedzi, ksiądz wstał, uderzył mię po ramieniu i rzekł: "Idź w pokoju! wiara twoja zbawiła cię!" — Tu mamy odpowiedź na pytanie po co się spowiadać!

Co dopiero przed chwilą przyniesiono mi list nadesłany z Chicago. Pochodzi on od człowieka wykształconego, który pisze tak: "Jestem weteranem polskiego wojska. Wojna napełniła moje serce zawziętością i nienawiścią przeciw wszystkim. Wiarę w Boga zgubiłem doszczętnie. Ja nie mogłem zrozumieć, że Bóg mógł pozwolić, aby ludzie mogli się nawzajem mordować, a w dodatku modlić się o zwycięstwo. Powróciłem do domu, po wojnie, już bez wiary. Powodziło mi się nieźle. Z niedowiarstwa mego się nigdy nie chwaliłem, bo jestem o tyle tolerancyjnym, że umiem uszanować przekonania religijne drugich. Nie byłem jednak zadowolony sam ze siebie. Brakowało mi czegoś. Szczególnie jak nadchodziły jakie święta. Tego roku, w niedzielę przed Bożem Narodzeniem, wraz z żoną siedziałem przy radio, i słuchając przemówienia, zgubiłem się w myślach. Słowa przeniosły mnie do rodzinnej wioski Mielca. Siedziałem przy stole obok rodziców, z braćmi i siostrami. Obraz był jak żywy. Łamaliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia. Słyszałem jak mój biedny, a poczciwy ojciec, ze łzami w oczach mówił do nas: "Dzieci dorastacie, nie wiem jak długo będziemy razem. Gdziekolwiek jednak was los zapędzi, pamiętajcie, aby zawsze zachować wiarę i polskość, bo to są dwa dary niebios, które szanować powinniście." Kiedy ojciec nas tak upominał, miał oczy zwrócone na mnie. A te oczy błyszczały jakimś blaskiem dziwnym. Jeszcze go widzę w tej chwili, kiedy piszę ten list. Potem przypomniał mi się wyjazd i pożegnanie z rodzicami i rodzeństwem. Później gwiazdki w okopach, kiedy z braku opłatka dzieliliśmy się zwyczajnym chlebuszkiem. To mnie tak rozrzewniło, że już nie mogłem się wstrzymać od płaczu. W wigilię rano poszedłem wyspowiadać się z tych wszystkich lat. Po Komunii świętej znów coś mnie chwyciło za gardło, nie wiem czy to przypomnienie przeszłości, czy też zadowolenie i pokój żem odzyskał wiarę i powrócił do modlitwy i Boga, dosyć że klęcząc w kościele, rozbeczałem się jak dzieciak. Powiem prawdę i przyznam się, żem od długiego czasu nie miał tak spokojnych i zadowolonych Świąt, jak tegoroczne! O. Justyn ma moje pozwolenie, aby użyć mój list, w całości lub części, może to pomoże nawrócić z drogi niedbalstwa i niewiary niejednego, któremu się zdaje się, że lepiej mu bez modlitwy i bez Boga, aniżeli modlić się i wierzyć, jak to czynili przed laty." — I tu mamy praktyczną odpowiedź na pytanie: po co się spowiadać?

Każdy człowiek szuka szczęścia. To już jest prawo naturalne. Gdzie jednak jest ono? Gdzie? I odpowiadam słowami Kraszewskiego:

Szukałem oczyma, szukałem po świecie,
Nigdzie szczęścia nie ma, — gdzież ono jest przecie?
Drży i płacze brzoza, dąb się silny żali;
Zetną nas, powiozą, człek zrąbie i spali.
Trawka mi mówiła, że ją zdepce zwierzę.
Woda się skarżyła, że ją ziemia bierze.
Ptaszek mi powiada, że go jastrząb goni,
Ryczą wołów stada, rżą tabuny koni.
Pytałem obłoku, czy mu dobrze w niebie?
Ale łzy miał w oku, piorun zrzucał z siebie.
Pytałem i ludzi, nikt nie widział doli:
Każdy z nas się trudzi, każdego coś boli!

Taka jest dola każdego człowieka na świecie. W trudach i cierpieniach są stopnie. Jeden ma mniej przykrości, drugi trafia na nie w każdym miejscu i na każdym kroku. Jeden niesie mały krzyżyk, drugi upada pod olbrzymim krzyżem. Każdy jednak z nas może swoje trudności ułatwić i swoje krzyże zmniejszyć. Jak? Przez pokorne i skruszone wyspowiadanie się! Jeden jest warunek, aby uczynić to zaraz i natychmiast!

W roku 1859 sławny i uczony protestant Naville, w ciągu dysputy na uniwersytecie genewskim, mówił z zapałem: "Któż z nas protestantów przynajmniej raz nie zwrócił oczu do trybunału pokuty, i nie poczuł w swym sercu tęsknoty, albo nawet zazdrości? Któż z nas trapiony wyrzutami sumienia wobec niepewności, czy otrzymał przebaczenie — nie czułby się szczęśliwym, gdyby mógł usłyszeć mocą Chrystusową brzemienne słowa: "Idź w pokoju! Grzechy twoje są ci odpuszczone." — Co do mnie, gdybym wierzył, że jest na ziemi człowiek, którego słowo taką moc posiada, nieraz bym się do niego udawał z największą radością, z największą ochotą zrzekając się swobody badania, które dla mego ducha jest częściej ciężarem, niż przywilejem." Tak publicznie wyraził się uczony i zacny protestant, i dlatego też, a nie z innej przyczyny, my chodzimy do Spowiedzi św., która wlewa w serca nasze ufność, otuchę i siłę!

Lata temu, będąc wikarym przy Bazylice Św. Józafata, w Milwaukee, chodziłem spowiadać więźniów w domu poprawy. Zacni Kaszubi znali to miejsce jako "koreczny" od "correction house". — Ta wyższa uczelnia obywatelstwa amerykańskiego stała wtenczas zaraz obok Kościuszko parku. W ostatnich latach ten pomnik postępu amerykańskiego przeniesiony był na inną miejscowość. Co sobotę wieczór regularnie byłem w kaplicy domu karnego. Pomiędzy innymi, zawsze przychodziła Indianka. Przyznała się, że chociaż niekatoliczka, chciała wypowiedzieć się ze swoich kłopotów i utrapień, ponieważ nie mogła się przed innymi użalić i że zawsze lepiej się czuła potem, aniżeli przedtem. Zresztą wstydziłaby się przed kim innym powiedzieć to, co księdzu katolickiemu chętnie wyznaje. — Na co więc my się spowiadamy?

Franciszek Coppee był nie tylko sławnym poetą i dramaturgiem francuskim, lecz zarazem na świat cały głośnym niedowiarkiem. Pewnego dnia, nagle bez żadnej przepowiedzi, świat literacki usłyszał o nawróceniu swego ulubieńca na wiarę katolicką. Mała wzmianka przyjaciela, że idzie do spowiedzi, była okazją debat, skutkiem których ateusz-poeta zamienił się w adwokata-pisarza, sprawnie i dzielnie broniącego nauki Kościoła przed napaściami najzapalczywszych nieprzyjaciół. Z ust tego konwertyty płynęły takie słowa: "Jeśli chcesz się pozbyć ciężaru, który twe sumienie przygniata, przystąp śmiało do konfesjonału, ale pamiętaj że idąc tam, masz przede wszystkiem podeptać bożyszcze tego świata, któremu na imię "wzgląd ludzki". Tu nie ma dlań miejsca. Ten, przed którym masz odkryć najgłębsze tajniki twego sumienia, ciebie nie zna, on słuchał zeznań straszniejszych niż twoje. On ciebie ani się przestraszy, ani ze wstrętem od ciebie odwróci. - On nawet twej twarzy nie ujrzy, która rumieńcem wstydu zapłonie. Serce zaś jego, pełne miłości i miłosierdzia, to, co mu powierzysz, zostawi pod strażą tajemnicy sakramentalnej, jakiej mu nigdy, pod żadnym warunkiem pod żadną grozą zdradzić nikomu nie będzie wolno. Więc zdobądź się na odwagę! Wyznaj przed nim twą nędzę. CZemu się boisz? CZemu się wstydzisz? On cię przyjmie jak ojciec ewangeliczny przyjął marnotrawnego syna i będzie cię pocieszał, uspokajał, powróci ci utracony spokój. On ci nałoży pokutę - tak! ale za twoje winy. Czymże jednak ostatecznie jest ona w porównaniu do twoich grzechów? Zazwyczaj poleci ci odmówić jaką miłą i pełną pociechy modlitwę, albo spełnić jaką drobną ofiarę, zdobyć się na drobne umartwienia. A za to, podniósłszy nad tobą swą rękę, wymówi kilka słów potężnych, ukrytą w nich moc Bożą i stanie się w tobie coś dziwnego. Kiedy ci oświadczy, że obdarza cię pokojem, odejdziesz od niego uspokojony, podniesiony na duchu, pokrzepiony - inny... Czy doprawdy zaszedłeś tak daleko, że nie czujesz w sobie już ani jednej kropelki krwi chrześcijańskiej, która od tylu wieków ożywiała całe pokolenia twoich przodków? Biedny! Nie, nie wierz tym, co ci powiadają, że wiara już wymarła i że ludzkość od stu lat się otrząsła z więzów krępujących ją w wiekach poprzednich! Nie wierz im: kłamią, bo, żeby te nowe ich prawa - prawa człowieka z czasów rewolucji francuskiej ogłosić i wprowadzić w życie, trzeba było Francję okryć siecią szubienic, a Europę zalać krwią milionów! Biedny człowieku. Wiem, jak bardzo się dręczysz. Wiem, bo długo, ach, długo byłem takim jak ty grzesznikiem i z pewnością więcej winnym, niż Ty. Instynktem wiedziony szukałem i ja kogoś pełnego łagodności i serca, przed którym mógłbym się wywnętrznyć. I znalazłem. Idź w moje ślady. Idź do Trybunału Pokuty, kędy rządzi i panuje przewyższające miłosierdzie. Spieszmy wtedy, aby odzyskać pokój serca przez zasługi Chrystusa, co łotrowi na krzyżu przebaczył i otworzył bramy raju". - Oto mamy odpowiedź uczonego, na nasze pytanie: "Po co się spowiadać?".