PO CO SIĘ MODLIĆ? - pogadanka o. Justyna z 15.12.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

W roku 1924, po kapitule generalnej w Rzymie, pojechałem do Polski. Po raz pierwszy widziałem Ojczyznę moich ojców. Polaków zawsze kochałem, bo przecież i w moich żyłach płynie krew Polan; kochałem ich też, ponieważ mój tatuś opowiadał mi nieraz o tym narodzie, który tyle zniósł i tyle wycierpiał, dlatego tylko, że Bogu służył i Ojczyznę miłował. Bo nie chciał Bogu się sprzeniewierzyć, i nie umiał kraju zaprzedać. Patrząc zaś z bliska na ten ludek prostaczy, lecz uczciwy i pobożny, jak żaden inny naród pod słońcem, zostawiłem jedną cząstkę mego serca w Krakowie, drugą w Poznaniu, a trzecią w Warszawie. Poznałem jak nigdy że naród Polski, składa się z ludu pracującego i modlącego się. Nigdy nie zapomnę dnia 28-go czerwca. Było to w sobotę, w która odprawiłem Msze Św. w Częstochowie, przed cudownym obrazem Matki Boskiej. Akurat przybyły tam jakieś pielgrzymki. Jedna składała się ze studentów i studentek. Były tam nauczycielki i profesorowie. Druga przybyła z jakiejś wioski; sami wieśniacy, wieśniaczki i ich dzieci. W oczach moich te dwie pielgrzymki wyobrażały całą Polskę. Kiedy zaczęła się podnosić zasłona przed cudownym obrazem, nagle wybuchły w kościele płacze i prośby. Tak jak nie było różnicy stanów, nie było różnicy w prośbach i modlitwach. Wszystko to zbiło się w jedną prośbę błagalną, proszącą o miłosierdzie, litość i zmiłowanie. Ja cały drżałem ze wzruszenia, tak że musiałem się trzymać ołtarza, aby nie upaść. Serce waliło jak młotem, ze wzruszenia; łzy z oczu kapały obficie, a myśl biegła het, het wysoko gdzieś przed tron Stwórcy i Pana, i do stóp Tej, którą nasi tytułują Królową Korony Polskiej. Ta żywa wiara naszego ludu podbiła i u-jarzmiła mnie! I w ten dzień modliłem się jak może nigdy przedtem, i nigdy potem! Zaś w pamiętniku moim nakreśliłem takie zdanie: "Patrząc na naszych klęczących w kościele i modlących się zdaje się, że człowiekowi skrzydła odrastają, i wiara potężnieje. Bo naród polski umie się modlić serdecznie i wzruszająco. Nie dziw, że Bóg dobrotliwy takie modlitwy wyłuchuje." Wtenczas po raz pierwszy zrozumiałem wołanie modlitewne naszego Mickiewicza, kiedy w imieniu Polaków błagał: "Panie, Boże Wszechmogący! Dzieci narodu wojennego wznoszą ku Tobie ręce bezbronne z różnych końców świata. Wołają do Ciebie z głębi kopalń syberyjskich i ze śniegów kamczackich, ze stepów Algieru i z Francji ziemi cudnej — zlituj się nad Ojczyzną naszą. Przez męczeństwo trzydziestu tysięcy rycerzy barskich, poległych za wiarę i wolność, wybaw nas Panie. Przez męczeństwo dwudziestu tysięcy obywateli Pragi, wyrżniętych za wiarę i wolność, wybaw nas Panie. O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej prosimy Cię Panie . . ." — Tak modlił się poeta w imieniu naszego ludu, a nasz lud modlił się przez usta poety. Zacni i mili radiosłuchacze, pytam się was w dzisiejszej mowie radjowej:

PO CO SIĘ MODLIĆ?

Czytam wyjątki z listów: "Wasz Bóg musi być albo bardzo słaby, albo bardzo niedbały. Czy pracował tylko przez sześć dni przy stworzeniu świata, a od tego czasu odpoczywa i już więcej nic nie robi? Modlić się? Po co? Modliłam się i cóż mi pomogło? Jestem dziś uważana za nic, nawet przez moich rodziców. Czemu? Bo żem upadła jeden raz. Czy Pan Bóg tak sądzi, jak sądzą ludzie? Czy dlatego, że ludzie mnie potępili to i Bóg mnie potępia? Ludzie dziś są okrutni i bez serca. Czemu Bóg ich nie karze? Złodzieje i nieuczciwi są poważani, mają pracę, wszyscy im się kłaniają, bo mają pieniądze, a za pieniądze mogą wszystko kupić; a ja biedna, chociaż chciałabym żyć uczciwie, nie mogę. Widocznie szatan więcej dba o swoich, jak Bóg o swoich. Dziś nie wierzę w moc modlitwy. Mówię z własnego doświadczenia, że Bóg albo nie może, albo nie chce dopomóc. Na co więc się modlić?" — Drugi znów pisze tak: "Chociaż modliłem się, Bóg mi dał tylko nieszczęścia. Dom zgubiłem — żona mi choruje — chłopca posłali do więzienia — ja jestem bez roboty. Mój brat w nic nie wierzy, a ma wszystko pod dostatkiem. Jeśli mnie tak Bóg opuścił, nic mi więcej nie pozostaje, jak wszystko rzucić, i niech Bóg sobie weźmie moje życie z powrotem."

Na te dwa listy, napisane nie atramentem, lecz łzami, krwią i żółcią, mam odpowiedź w postaci opowieści historycznej i biblijnej. Za czasów patriarchów, żył w Arabii mąż imieniem Job. Miał siedmiu synów i trzy córki. Gospodarstwo jego było jedno z największych, a z dobroci i bogobojności słynął u swoich i obcych. Razu jednego rzekł Stwórca do anioła ciemności: "Czy przypatrzyłeś się memu słudze Jobowi?" Szatan odpowiedział sprytnie: "Zaprawdę, nie darmo Ci służy! Pobłogosławiłeś dziełom rąk jego i pomnożyłeś jego dobytek. Ale weź mu tylko, co ma, a zobaczysz, jeśli Ci złorzeczyć nie będzie i nie opuści Cię!" Pan rzekł: "wszystko, co posiada, jest w twojej ręce; tylko nie szkodź jemu samemu!"

Niedługo potem, szatan rozpoczął wywierać swą zemstę na bogobojnym słudze Bożym. Nieprzyjaciele napadli pasterzy, czuwających nad trzodami. Pasterzy wybili, trzody zagarnęli. Z nieba padł deszcz ognisty i wypalił stada i sługi i służące. Wichry i burze zrujnowały dom, w którym znajdowały się dzieci Jobowe, a w ruinach zginęły dzieci od najstarszego do najmłodszego. Job odebrawszy tę najsmutniejszą ze wszystkich smutnych wiadomości, powstał i na znak żalu, rozdarł na sobie szaty swoje. W okamgnieniu jednak opamiętał się, padł na kolana i wołał głosem pokornym i skruszonym: "Pan dał, Pan wziął, jako się Panu podobało, tak się stało. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!" Nie na tym jednak jeszcze koniec! — Szatan zuchwale twierdził przed Bogiem: "Człowiek odda chętnie swe bogactwa za życie i zdrowie. Dotknij się tylko ciała jego, a będzie Ci złorzeczył i opuści Cię." Na ten zarzut, odpowiedział Bóg: "Oto jest w twojej ręce, tylko życie jego zachowaj." — Szatan nie czekał długo. Pobożnego Joba objął ropą trądu! Job, według przepisu, musiał trzymać się z dala od ludzi. Na szyi miał zawieszony dzwonek na znak, że cierpi na zaraźliwą chorobę trądu. Jego własna żona wołała do niego z dala: "Jeszcze zawsze trwasz w twojej pobożności? Zbluźnij! Opuść Boga, a umrzyj!" - Job odpowiadał spokojnie: "Mówisz jak niezbożna niewiasta. Przyjęliśmy z ręki Boga dobre, dlaczegóż nie mielibyśmy chętnie przyjąć i złego." — I powracał do modlitwy. Za namową żony, przychodzili też jego krewni, znajomi i przyjaciele. Boleli i płakali nad nim, zawsze — z daleka. Wyrzucali mu nawet gorzko: "Bóg ukarał cię tak ciężko z powodu twych grzechów". Myśleli bowiem nieroztropnie, że Bóg nawiedza nędzą i cierpieniami, tylko bezbożnych! Zapomnieli, że Stwórca doświadcza sprawiedliwych i najsprawiedliwszych, krzyżykami i cierpieniami, aby ich cnotę wypróbować, dla większej zasługi i hojniejszej nagrody. Że Bóg już tu za życia wynagradza tych, którzy w cierpliwości i poddaniu się na wolę Jego, bez szemrania i narzekania, znoszą dolegliwości na nich zesłane przez Opatrzność Boską. Znów więc Job modlił się: "W niebie jest mój świadek, że nic złego nie uczyniłem. Choćby mnie Bóg nawet zabił, to jednak w Nim nadzieję pokładać będę. Wiem bowiem, że Odkupiciel mój żyje, a w dzień ostateczny powstanę z ziemi i w ciele moim będę oglądał Boga mego"! — I nie zawiódł się w swej pokornej i ufnej prośbie. Wkrótce Bóg powrócił mu zdrowie w pełności, a dobra doczesne w dwójnasób. Dla nas Job jest żywotnym pomnikiem cierpliwości, poddania się Opatrzności i wytrwałej modlitwy!

Po co i na co się modlić? Po co i na co powinien biedny prosić o pomoc dla siebie i swoich? Prawda, Bóg zna nasze potrzeby i mógłby nam sam przyjść z pomocą, w każdym wypadku i w każdej potrzebie. Chce jednak i żąda abyśmy Go prosili, abyśmy Jego dary uważali za dobrodziejstwa i w ten sposób uznali naszą zależność od Opatrzności! Bóg postępuje z nami, tak jak starożytni Spartanie postępowali ze swoimi dziećmi. Rodzice powinni, dbać aby dzieci z głodu nie przymierały. Dzieciom należy się pokarm i napój; rodzice przyznają się do tego obowiązku, a jednak uczą dzieci, aby o to wszystko prosiły i w ten sposób wyznawały, że są zależne od ojca i matki. Czym szczerzej i natarczywiej proszą, tym smaczniejsze kęsy otrzymują. Spartanie w dodatku postępowali tak: przez dzień lub dwa nie dawali dzieciom jeść. Potem kładli chleb i mięsiwo na wysoki słup; dzieciom do ręki dawali łuk, i dzieci zmuszone były strącać sobie pokarm strzałami. Bóg daje nam do rąk łuk modlitwy, mamy zasyłać do Niego błagania, z prośbą w naszych potrzebach i brakach. — Nieraz Bóg nie wysłuchuje od razu naszych próśb. Trzeba nie raz, lecz często pukać do drzwi Pana. Trzeba pukać szczerze i pokornie i chociaż pozornie wydaje się nam, że modlitwy nasze są daremne, wołać winniśmy: "Jezusie, Synu Dawidów, zmiłuj się nade mną"! Często też Pan Bóg wcale nie wysłuchuje modlitwy naszej, bo albo to o co prosimy, wyszłoby nam na szkodę, albo jesteśmy niegodni wysłuchania. "Jeśli modlisz się, a nie jesteś wysłuchanym, nie przypisuj niespełnienia twych próśb nigdy Bogu, lecz albo nienależytemu sprawowaniu modlitwy, albo tej okoliczności, iż z wysłuchania prośby niewielki miałbyś pożytek. W tym wypadku sprawi twa modlitwa, iż Bóg udzieli ci łaski innej i to lepszej, niż ta, o którą prosiłeś."

Tu przytaczam nie tylko niesmaczny, lecz wprost gorszący przykład. W Neapolu istniał przed laty związek fachowych opryszków, czyli tak zwanych złodziei kieszonkowych. Nie wiem czy jeszcze dziś istnieje. Cała ta szajka, przychodziła codziennie do naszego kościoła; klękała przed ołtarzem Św. Antoniego. Złodzieje spędzali około kwadrans, na skupionej modlitwie i zapalali świeczki na cześć wielkiego cudotwórcy. W jakiej intencji? Aby im się udały kradzieże i rabunki. Gdy jednak który ze szajki wpadł w ręce policji, nie tylko przestał się modlić, ale odgrażał się zemstą Świętemu Antoniemu. A ilu z nas w modlitwach naszych, jeśli nie zupełnie to przynajmniej częściowo, naśladuje przykład "lazzaronów" neapolitańskich. Nie mówimy "niech się stanie wola Twoja", ale nalegamy: "musi się stać wola nasza." Koniecznie upieramy się przy swoiem nie wiedząc, że narażamy się nie tylko na stratę doczesną, lecz co gorsza na szkody duchowe i wieczne!

Jak się mamy modlić? Oto przykład i wzór: "W domku, przylepionym do skały, w górach, maleńkim i ubogim, prawie mizernym, mieszkała staruszka ze synem, jedynakiem. Syn jak syn, wychowany w lasach, mimo starań i zabiegów matki, mało przynosił jej pociechy, a wiele zmartwienia. Łamał prawa Boże i krajowe. Szkodził drugim i sobie. Matka prosiła i przepowiadała. Ani błagania, ani łzy serca synowskiego nie wzruszyły. Nigdy się nie modlił — do kościoła nie chodził. Na wzmiankę o Bogu, uśmiechał się cynicznie, a nieraz szyderczo się odzywał: "Starym niedołęgom, kobietom i dzieciom, Bóg może być potrzebny, nie mnie!" Martwiło to matkę staruszkę, która prawie nigdy nie wypuszczała różańca z rąk. Modliła się o opamiętanie i nawrócenie syna - niedowiarka. Pewnego dnia, przylatuje do starowiny sąsiad ze smutną nowiną, że jej syn leży w dosyć dalekim wąwozie. Pierś ma przestrzeloną i nogę złamaną. "Już go w domu żywego nie zobaczycie!" — Staruszka, dygocąc ze wzruszenia i strachu, prosiła aby zawezwał ludzi z pomocą i oznajmił proboszczowi o strasznym wypadku, który spotkał syna bezbożnika. "Po co mu księdza" - pytał się zadziwiony sąsiad "przecież kiedy mu o tym wspominałem, wśród słów przekleństwa wolał: "co mi ksiądz dopomoże, dotychczas go nie chciałem widzieć, po co mi go teraz sprowadzać! Nie chcę go na oczy widzieć!" Matka z rozpaczy ręce załamała. Żal i rozpacz chwyciły ją za gardło. Po chwili, połykając własne łzy, prosiła dalej, aby zawiadomił księdza o wypadku i wskazał mu miejsce, gdzie leżał syn w kałuży krwi, oczekując ratunku ludzkiego! Sąsiad wzruszony płaczem staruszki, odszedł, aby spełnić jej życzenie. Starowina chwilę stała przed figurką Matki Bolesnej, myśląc co ma począć. W końcu tak się żaliła: "Matko wszystkich ludzi, a więc i Matko moja, miej litość nade mną i nad moim synem marnotrawnym. Zmiłuj się nad tą duszą zbłąkaną, a ja będę za niego pokutowała aż do śmierci. Dopomóż mi, aby moja ofiara i moje modlitwy uprosiły mu nawrócenie przed skonaniem." Otuliła się w starą, wytartą chustę, i ruszyła, aby nieść pomoc i ratunek temu, który w zdrowiu, porzucił Boga, nie chciał się modlić, bo to wszystko uważał za zbyteczne, nie stosujące się z rozumnym i zdrowym mężczyzną. Ruszyła po ścieżce leśnej, wydeptanej stopami ludzkimi i kopytami zwierzątek. Nie uszła daleko, a rozpoczęły się krwawić nie tylko jej nogi lecz i ręce! Potykała się co krok, i coraz to głębiej raniła stopy na kamyczkach ostrych jak noże. Oddychała całą wymęczoną i dychawiczną piersią, a spocone czoło i zapłakane oczy ocierała zakrwawioną dłonią. Nogi odmawiały dalszego posłuszeństwa, a tu do opuszczonego i konającego syna jeszcze daleko. W lewej ręce dalej trzymała stary różaniec, który od czasu do czasu przyciskała do ust. A każdy pocałunek, ozdabiał różaniec czerwoną plamą — krwi macierzyńskiej. "To wszystko za niego. Matka niebiańska, uprosi mu nawrócenie, gdy zobaczy różaniec skropiony krwią ziemskiej
matki!" I znów z nową siłą parła naprzód. W końcu stanęła nad synem, który przeklinał myśliwego-dozorcę, który go postrzelił. Przeklinał też Boga i świat cały, a przeciw kapłanowi, który klęczał obok rannego, rzucał obelgi i bluźnierstwa. Posłyszał jednak i rozpoznał głos matki. Staruszka wśród jęku i wzdychania, modliła się: "Boże, o Boże, wszystko to dla mego syna. Każda kropla potu i każda kropla krwi! Każda rana i każdy ból, za nawrócenie syna mojego!" W międzyczasie łzy i krew matki staruszki, rosiły kamienie i ziemie w pobliżu umierającego, a jemu zdawało się, że pod nim ziemia się paliła. Wydawało mu się, jakoby bolesne błagania matki, aż ku niebu się wznosiły i stamtąd spadały na jego serce jak ciężkie kamienie. Nad sobą widzi jakby przez mgłę skuloną postać matki bolesnej. — "O mój synu!" Nic więcej! Jednak w tych słowach kryło się całe morze, goryczy, żalu, boleści i miłości! Słowa te jak strzała przeszyły, dotychczas skamieniałe serce, syna marnotrawnego. Nagle łzy puściły się strumieniem z oczu zakrwawionych, a z piersi wyrwał mu się krótki okrzyk: "O — Moja — Matko"! — Potem objął matkę za szyję, i płakał jakby mu serce pękło z boleści i żalu. Słyszy jak matka żali się nad nim. "Synu, myślałam zawsze, że ty mnie odprowadzisz na cmentarz, zdaje mi się jednak, że jeszcze ja wkrótce będę musiała płakać na twoim grobie; niech się jednak dzieje wola Boga. Obyś umarł w Jego łasce." Staruszka złożyła głowę syna na swoje kolana i zaczęła mu przypominać o jego pierwszej spowiedzi, o pierwszej Komunii Św. Słuchał i jakoś błogo i miło robiło mu się na sercu. "Ale potem", ciągnęła dalej starowina, "ale potem przyszedł czas kiedy nawet modlić się nie chciałeś, aż do tej chwili; módl się teraz synu wraz z matką." - Usłuchał, skinął na kapłana aby się do niego zbliżył i szepnął głosem - prawie już nieuchwytalnym: "Spowiadać się będę." I wyspowiadał się. Po ukończonej spowiedzi świętej mówił: "Modlitwy matki mojej, mnie uratowały. Śmierć dla mnie teraz jest słodsza, niż życie bez Boga!" Raz jeszcze wyjąknął tylko jedno słówko: "Matko" — i zasnął, znużony i wyczerpany.

Po pogrzebie nawróconego syna niedługo żyła matka staruszka. Umarła tak cicho i spokojnie jak żyła. Pochowano ją na cmentarzu obok syna. Wystawiono matce pomnik granitowy, na którym widniały imiona tak matki jak syna. Imiona te otaczał różaniec, różaniec czerwony, na znak i pamiątkę, że zbroczony był we krwi macierzyńskiej." - Po co więc modliła się tak ufnie i wytrwale staruszka? Pytam się, was wszystkich słuchacze moi, czy nam wszystkim nie opłaci się modlić? Człowiek bez modlitwy, to jak ptak bez skrzydeł. Zgubiony i zbłąkany, nie da sobie rady. Zgubi się i zmarnieje na czas i na wieki!

Jeszcze jeden przykład po co powinniśmy się modlić! Posłuchajmy opowieści z ust pewnego sodalisa mariańskiego, bo to zdarzenie czasów naszych: "W czasie studiów uniwersyteckich zamieszkałem dziwnym zbiegiem okoliczności z kolegą, który z pewną chełpliwością podkreślał wszędzie swą bezwyznaniowość. Gdy na początku roku szkolnego zawieszałem na ścianie obrazek Matki Najśw. patrzył na mnie z drwiącym uśmieszkiem i z politowaniem kiwał głową. Dni płynęły szybko. Zajęcia uniwersyteckie pochłaniały nas tak intensywnie, że na rozmowy w domu mało pozostawało nam czasu. Ilekroć życie przygniatało nas troskami, kolega mój, podparłszy głowę rękami, patrzył tępym wzrokiem przed siebie i powtarzał: "tak mi ciężko!" — Ja zaś klękałem przed obrazkiem Matki Bożej i w modlitwie zawsze znajdowałem ukojenie. Dzięki też pomocy Boskiej egzaminy szły mi dobrze i wszystkie zamierzenia życiowe udawały mi się. Pewnego wieczora wróciłem do domu i jak zwykle zastałem kolegę przy stole. Wzrok pałał mu dziwnie gorączkowo. Chwycił mnie za obydwie ręce, kurczowo ścisnął me dłonie i wyszeptał: "Czy ty naprawdę wierzysz w pomoc Matki Boskiej?" — "Tak" — odrzekłem zdziwiony jego zachowaniem się. "Tak mi ciężko!" - rzekł jak zwykle. "Nie mam rodziców tak jak i ty, lecz ty masz Matkę Boską, która cię pociesza i sił ci dodaje w pracy." — "Matka Najświętsza jest dla wszystkich Pocieszycielką i Wspomożeniem" — odrzekłem wzruszony. Od tego wieczora stale obydwaj rano i wieczór klękaliśmy przed obrazkiem Matki Najświętszej, a kolega mój nigdy już nie powtarzał: "tak mi ciężko"!

Ilu z nas, szczególnie przez ostatnie kilka lat, nie raz, lecz setki razy, powtarzało codziennie: "tak mi ciężko?" — Ile w tej chwili, słuchając głosu mojego, wzdycha i przyznaje się sumieniu własnemu: "O jak mi ciężko!" Ot tam siedzi ojciec stary. Życie całe poświecił swej rodzinie. Siły stargał i zdrowie stracił. Dziś własne dzieci skąpią mu kromki chleba. Biedaczysko siedzi w zadumie, a łzy kulają się po zmarszczonych policzkach: "O jak mi ciężko na świecie!" — Rozumie jednak że nie warto żalić się przed ludźmi. Co czyni? Ucieka się do Boga. W modlitwie znajduje pociechę! Tam, widzimy matkę. Jakaś nieswoja i smutna. Trapi się o dzieci, które nie chcą słuchać ani jej rad życzliwych ani przestróg praktycznych! Nie warto dalej ust do nich otwierać. Co robi? Wyciąga z kieszeni różaniec i rachuje paciorki, przekonana, że z pomocą Boską dalej zajdzie, jak o własnych siłach! Modlitwa ją pociesza. Tu siedzi młody ojciec rodziny. Pochmurny i posępny. Już od dłuższego czasu bez roboty. O, temu naprawdę ciężko. Zdrowy, silny i do pracy chętny, nie ma jednak dla niego zajęcia uczciwego. W tej
chwili jednak przypomina mu się przestroga rodziców: "Synu, nie zapominaj o Bogu, tam zawsze znajdziesz pomoc i opiekę." Prawie bezwiednie usta jego szepcą słowa modlitwy Pańskiej: "Ojcze nasz któryś jest w niebiesiech". — Czoło się wypogadza, nowa otucha wstępuje w jego serce i mówi: Jutro jest nowy dzień, i z pomcoą Boską jakoś to będzie!

— Tam przy stole, siedzi młoda żona i płacze. Ma męża pijaka, nic nie wartego. Życie jej też nie tylko smutne, ale ciężkie. W domu pustki i nędza. Nieraz chleba brakuje. W dodatku ludzie z niej się wyśmiewają. Lecz wierzy jednak, że nad nią jest Bóg sprawiedliwy. Do Niego się udaje, prosi i błaga, o łaskę aby mąż się opamietał i ustatkował. Modlitwa jej krzyże i cierpienia — osładza.

Jeszcze tam w ciemnej izdebce klęczy kilkoro dzieci. Modlą się o zdrowie rodziców, o powodzenie całej rodziny. Ich aniołowie stróżowie zbierają te perełki modlitewne, i niosą wprost do tronu Boga. Sami błagają: "Panie, jeśli starsi nie zasługują na wysłuchanie, jeśli starsi są niegodni łask Twoich, to Panie miej przynajmniej wzgląd na prośby dziatek niewinnych; nie zatykaj uszu Twoich na ich prośby, błogosław im, a przez nich, ich rodzicom i rodzeństwu! I jak pisze nasz Sienkiewicz: "I z dusz polskich natężonych ze wszystkich sił ku Bogu płynie wiara spokojnym i głębokim strumieniem; wszyscy ją piją pełnymi usty, a kto miał duszę chorą, ten ozdrowiał. A Bóg słucha tej pieśni, tego wylania serc, tego uciekania się spod ucisków ziemskich pod jedyną ochronę skrzydeł Bożych."

Po co więc się modlić? Ponieważ modlitwa zbliża Boga do nas, a nas do Boga, a gdy tak blisko Boga jesteśmy, wtenczas trudy i ciężary życia, jeśli już nie znikają, to przynajmniej maleją. Bez modlitwy zaś wszystko cieżkim jest. Modlitwa odgrywa ważną rolę w życiu ludzkim. Módlmy się więc wszyscy. Nie zważajmy na drwiny lub uszczypliwe uwagi niedowiarków i bezbożników, pamiętni na radę Chrystusową: "Proście, a będzie wam dane! Wszystko, o cobyście prosili w modlitwie, wierząc, weźmiecie."