SERCA NOWOCZESNE - pogadanka o. Justyna z 14.02.1937 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki Słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Mowa wygłoszcna w zeszłoniedzielnym programie wywołała silny, bardzo pożądany oddźwięk czyli reakcję. Cieszy mnie to! Pokazuje to, że słowa trafiły do rozumów, serc i sumień, tak słuchaczy, jako też słuchaczek. Ja nie myślę że kiedykolwiek w historii świata, panował taki chaos, zamęt i zaburzenie umysłowe, moralne i społeczne jak w czasach naszych. Zdrowo i trzeźwo patrzącym na życie ludzkie, to ani nowina, ani żaden dziw! Ludzkość wyrzekła się miłości Boga i miłości bliźniego. Zawaliły się więc podwaliny szczęścia ludzkiego! Człowiek, z natury, kochać powinien swego Stwórcę, jak sługa swego pana, albo jak dziecko swego rodzica. Bez tej miłości, człowiek jest zgubiony, życie jego nie ma celu! Człowiek też powinien kochać swego bliźniego, nie ponad siebie, ale i nie mniej od siebie, ponieważ Bóg przebija przez każde stworzenie, ale szczególnie przez bliźniego, bo jest on stworzony na obraz i podobieństwo Boskie! Zresztą człowiek to istota towarzyska, przeznaczona do życia społecznego. Brak miłości bliźniego powoduje otwarte lekceważenie obowiązków społecznych. Pomiędzy rozmaitymi i licznymi skutkami mamy biednych wśród bogatych, i mamy biedę skrajną i niedostatek wśród mas. Rozumiem aż nadto, że jedni mają więcej, drudzy mniej. Prawo jednak naturalne przyznaje każdemu człowiekowi nie tylko prawo do życia głodowego, niepewnego, ale do życia pełnego i szczęśliwego, do życia odpowiadającego szlachetności i godności rozumnej istoty, jak pisze Ojciec Św. Leon XIII. Rozumiem, że biedy całkowicie, żaden porządek i ustrój społeczny nie usunie. Pewna ilość biednych zawsze będzie na świecie: biednych albo z własnej winy, albo z winy pewnych niesumiennych i chciwych jednostek, albo też z winy systemu wyciskającego nie tylko pot i łzy, ale nawet ssącego krew upośledzonych i pokrzywdzonych! Mimo tej prawdy, obowiązkiem społeczeństwa jest czuwać aby prawdziwie biednych było jak najmniej. Bóg Stwórca i natura, służebniczka Boża, świat upiększyli i obdarzyli niezmiernymi bogactwami. Ukryte są one w powietrzu, na ziemi, w ziemi i pod wodami. Obowiązkiem rządzących jest dopilnować, aby zysk i podział był równiejszy i sprawiedliwszy aniżeli dotychczas! Wtenczas życie ludzkie nie tylko się wypogodzi, ale zajaśnieje w całej pełni i piękności i będzie tym, czym Bóg chce aby było! Bez dalszego rozwodzenia przystępuje do mowy:

SERCA NOWOCZESNE

Przy końcu ubiegłego roku, kilka dni przed Bożym Narodzeniem dostałem list następującej treści. Dał mi tytuł dzisiejszej mowy. Posłuchajcie: "Zdaje się, że ty jeszcze wierzysz w szatanów i aniołów, i pragniesz wmówić w nas, abyśmy prowadzili życie purytańskie, tak jak nasze matki. Wiadomo ci przecie, że małżeństwo, to instytucja wynaleziona przez mężczyzn, na to tylko, aby gnębić i w niewoli trzymać nas kobiety. Obecne pokolenie to nie gromada niemych kwok. Kościół, dzieci i kuchnia, dla nas to słowa nic nie znaczące. My nowoczesne jesteśmy tu, aby wypić do dna kielich życia." — Do tego wynurzenia się umysłu płytkiego i serca lodowatego dodam, i zdziwiona na dnie tego kielicha ujrzysz co? Gorzkość. A potem? Rozczarowanie i pustki! A potem? Otworzysz szeroko oczy i ujrzysz jakby przez mgłę, kościstą rękę śmierci. Co wtenczas zrobisz? Rzucisz za siebie okiem na te lata zmarnowane, stracone poza Kościołem, bez życia rodzinnego, poza domem. Gdybyś serce twoje Bogu oddała, dzieciom poświęciła, z mężem się nim podzieliła, byś była arystokratką, milionerką, aniołem stróżem szczęścia domowego, a tak jesteś tylko zimną egoistką, samolubną, nowoczesną!

Najlepiej aby w tej sprawie, zajęły głos matki. Przecież macierzyństwo to ich powołanie. Słuchajcie więc: "Jestem zamężna od czterech lat. Pierwsze dziecko umarło nam przy urodzeniu. Mąż namówił mnie do pozbycia się drugiego. Ja nie chciałam się zgodzić na zabójstwo. Mąż zagroził mi, że jeśli nie zrobię tego co robią w takich wypadkach inne kobiety, to zostawi mnie i pójdzie w świat. Wystraszona poddałam się operacji. Zostałam też kaleką na całe życie. Chodzę teraz po lekarzach, tracę pieniądze, jestem niezdrowa. Męża nienawidzę. W domu mamy niezgodę. Ja nie wiem czy jest więcej takich brutali na świecie jak mój mąż. Gdybym ja wiedziała co mnie czeka. Proszę kiedy przemówić do mężów, aby mieli więcej serca i względu dla swych żon, aby nie dbali tylko o swoją wygodę i aby żonami nie poniewierali."

Inna znów tak pisze: "Co Księdzu do tego co my robimy i jak żyjemy? Ani ja, ani mój mąż nie chcemy dzieci i ich nie będzie. Nie mamy czasu, aby nam dzieci zawadzały w naszym życiu. Mój mąż zarabia tylko trzy tysiące dolarów rocznie. Nam trzeba się odpowiednio okryć i odżywiać. I tak musimy ciągnąc, aby jakoś żyć z małymi wygodami. Gdyby były dzieci, musielibyśmy sobie nawet tego odmówić. Wtenczas, po co by żyć? Żeby się prędzej marnować i przed czasem umrzeć?

Albo tak: "Mąż i ja pracujemy. On w biurze, a ja w sklepie. Mamy własny dom bez długu i automobil. Życie towarzyskie wymaga od nas, abyśmy czas spędzali, tak jak nasz stan wymaga. Dzieci więc nie mamy i nie możemy mieć! Zresztą na co? Abym ja się marnowała dniami i nocami nad kolebką? Czy moje zdrowie nic nie znaczy? Wychowam córkę, na co? Aby potem była poniewieraną, albo aby się tułała po świecie w biedzie? Czy już nie dosyć ludzi na świecie, którzy nie mają chleba i z głodu umierają? Wychowam syna. Po co? Czy na to, aby rząd brał go w uniform, dał mu karabin do ręki i kazał mu iść w transze, aby drugich mordował, albo aby padł poszarpany kulą armatnią? Wiem, ile moja matka się napłakała, kiedy mój brat pojechał do Francji, i powrócił w trumnie! Bez dzieci jestem wolna i wiem że żyje!"

Albo takie wynurzenie: "Ja nie mogę i nie chce mieć dzieci, bo dziś małżeństwo to nie stały stan. Mężowie dziś nic sobie nie robią z żon. Ja mówię z doświadczenia. Dopóki nie byłam w stanie błogosławionym, żyliśmy nieźle. Potem maż spochmurniał, przestał do mnie mówić: zaczął wychodzić z domu; powracał o drugiej lub trzeciej z rana. Wałęsał się po tawernach i "dance halls" z rozwódką. Pewnego rana powrócił więcej spity jak zazwyczaj. Było to dwa dni przed Bożym Narodzeniem. Kiedym mu przepowiadała na dobry sposób, rzucił się na mnie, zbił mnie i skopał. W Boże Narodzenie zgubiłam moje dziecko, no i mój pijany mąż jest mordercą. W dodatku wciąż się odgraża że mnie zostawi. Zresztą już nie dbam, bo jestem sama. Co bym zrobiła, gdyby były dzieci, a mąż by nas zostawił i poszedł w świat?"

No tu mamy coś nowego: "Ja wyszłam za mąż, bo rodzice mi powiedzieli, że starej panny nie chcą w domu. Miałam wtenczas dwadzieścia dwa lata! Narzucili mi kawalera, który miał i ma pieniądze, ale jest pijakiem, gemblerem i lata za innymi kobietami. Czy ja mam być matką dzieci, które mogą odziedziczyć po takim ojcu skłonności pijackie i gemblarskie? Wolałabym się otruć. On dla mnie nie jest zły. Mam dosyć wszystkiego. On idzie w swoja stronę, a ja w moją. Mało co kiedy wychodzimy razem. Przynajmniej nie jestem obłudną. Jestem szeroko znana, mam specjalne grono przyjaciół i przyjaciółek. Ja rozumiem, że prędzej czy później będę musiała wziąść rozwód od niego. Nie dbam o to. Mi i tak nie pasuje ślubny pierścionek. Pomaga mi jednak do prowadzenia życia wesołego i zadowolonego. Jestem szczęśliwa bez dziecka. W moim życiu nie ma miejsca na kolebkę i dla dziecka!"

Jeszcze nie koniec. Jeszcze takie wywody: "Ja wyszłam za mąż dla własnej wygody. Biedy miałam dosyć w domu, gdzie nas było ośmioro dzieci. To za wiele. Kobieta zostając matką, staje się niewolnicą i dom zamienia się w więzienie. Dziecko to kula u nogi i matka traci wszelką wolność!"

Proszę posłuchać jeszcze jednej nowoczesnej żony, która wywodzi tak: "Ja wyszłam za mąż nie aby być matką, tylko aby mieć lepiej jako żona, aniżeli miałam w domu, gdzie ojciec pił, klął i awantury wyprawiał. Pracujemy oboje; mało jesteśmy w domu. Nawet nie często jadamy w domu. Tak byśmy nie mogli żyć, gdybyśmy mieli dzieci. Zresztą, dziś nawet nie można dostać rentu u ludzi, jeśli są dzieci w rodzinie. Właściciele narzekają, że dzieci hałasują i psotę wyrządzają. Zresztą ja w domu wykolebałam dosyć bejbików i to mi wystarczy na całe życie. Nie jesteśmy rozrzutni, ale sobie też nie skąpimy. Dobrze nam w dwójkę. Nie ma miejsca u nas na trzecią osobę."

Albo takiej: "Przed ślubem zawarłam umowę z moim przyszłym mężem, że przez pięć lat nie będzie mowy o dziecku. Zobaczymy później. Kobieta dziś już nie jest tym, czym była dawniej. Dziś pokazuje się, że ma te same zdolności co i mężczyzna. Zajmuje rozmaite posady i wybija się na stanowiska, do których dotychczas nie miała dostępu. Kobiety muszą więc myśleć o czymś innym jak o dzieciach. Nas było sześć dzieci. Matka postarzała się przed czasem, bo nasz ojciec nie tylko się upijał, ale nas bił. Matka umarła jak miała 65 lat. Cóż z tego, że tak długo żyła? Nigdy się nie mogła porządnie ubrać: nie miała czasu z domu wyjść w odwiedziny; nie miała pieniędzy na dentystę, bo było tyle dzieci! Zresztą dziś wszędzie wszystko niepewne. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Dziś każdy tylko myśli o sobie i dla siebie. Dlaczego więc kobietom odmówić tego prawa?"

Podobnych listów, jak te wam przeczytane, mam dziesiątki. Źle, jeśli mężczyźni żyją tylko na to, aby sobie wygodzić i dogodzić we wszystkim, cóż jednak powiedzieć o kobietach, o żonach, o matkach, które żyją tylko w sobie i dla siebie? Jeśli kobieta i żona nie chce poznać swego naturalnego powołania, jeśli nie chce poznać godności tego powołania, jeśli nie chce poznać obowiązków tego powołania, naprawdę, że przyszłym pokoleniom grozi przekleństwo Boskie! W imię wolności, w imię wygody, w imię dogody, bez dalszego zastanowienia się, brutalnie łamie się przykazania Boże i gwałci się prawa natury! Tu w naszym kraju ludzie rzucają nie miliony, ale biliony dolarów na teatry, zabawy, napitki, cukierki, tytoń i gumę do żucia! Na to mają. Na dzieci — nie ma! Dziewczęta, kobiety i żony rzucają miliony na puder, róż, ondulacje razowe i wieczne, pragnąc zachować tę piękność przejściową, którą lata powloką zmarszczkami, wymażą, zniszczą i w końcu robak stoczy, i padają ofiarami chorób umysłowych i nerwowych! Małżonkowie mają pieniądze na kupno pysznych samochodów, drogich aparatów radiowych, na uczty po hotelach, na przyjęcia towarzyskie, na dalekie podróże wakacyjne, na futra i tak bez końca, ale na dzieci —- nie ma. Niedawno temu słyszałem z ust pewnego urzędnika federalnego, że w czasie depresji ludzie woleli utracić domki, aniżeli automobile! To wskazuje na jedno, że zapatrywania, zasady i poglądy ludzkie, nie są ani podług myśli Bożych, ani rozumne, ani też zdrowe. W rozumach ludzkich nieporządek i zamęt! Jest czas i pieniądz na wszystko, z jednym tylko zawsze wyjątkiem, nie ma — na dzieci! Jedną i tę samą wymówkę, usłyszycie z ust przepysznie i bogato ubranej i głęboko wydekoltowanej pani, siedzącej przy szklance wytwornego szampana, zaciągającej się głęboko dymem egipskiego papierosa, i z ust przeciętnej robotnicy, szukającej rozrywki nocnej w dzisiejszych tawernach. To samo co do joty wypowiada elegant w smokingu, zachwycając się kieliszkiem "cock-tailu", prowadząc jałowe i płytkie dyskusje o poziomie moralności mieszkańców Indii. O czym innym nie rozprawia chłop, opierając się o barek w tawernie i wlewając kieliszek po kieliszku do pustyni gardłowej, lub przegrywając całą wypłatę w pokerka lub w kostki! Na to wszystko są pieniądze: na dzieci — nie ma!

Przytaczam tu prawdziwe zdarzenie, o którym wspomniałem na jednym z poprzednich programów! Spotkała ona tylko jedną kobietę, która na wzmiankę o pieniądzach, uśmiechnęła się z politowaniem: "Co tam pieniądze! Głupstwo, przecież ich z sobą do trumny nie wezmę, choćby były!" Miała ona chatę, pół morgi ziemi, i ośmioro dzieci. Sześcioro własnych i dwie sierotki, które wzięła za swoje". — Ciężko musi wam być bardzo — E, co tam pieniądze! głupstwo! — śmiała się. czerstwa kobiecina - choćby były, to bym ich i tak do trumny nie wziena. Dziękować Bogu niezgorzej się i tak dzieciska chowają. — Żeby wam choć gmina coś za sieroty płaciła! - A juści! daliby co!
Matka dziewuszki była nie tutejsza. Skądsik ze świata przyszła, to jak zmarła nikt to to nie chciał chować. A to drugie, to jednej, co ją rodzice z chaty wygnali, że im taki wstyd zrobiła, a ona sobie go podrzuciła w stodole u sąsiadów. Ja tam z południa idę, a cosik płacze. Pytam Ignacowej, to mi raz powiedziała co i jak. Taka szaruga była wtedy, mówię co by prędko do chaty wzieni, a ona powiada: Abo ja głupia! jak wezmę to mi każą chować, niech kto inny bierze — No! jak taka bogaczka nie może, myślę sobie, co ma 5 morgów, a "jej" to jeszcze koniem w mieście robi, te gdzie mnie! Ale jakem przyszła do izby, a na dworze śnieg prószy, i taki ziąb, jakosi mi markotno, co sobie wspomnę to niebożątko! Ale nic! Człek to tylko do złego skory, a jak ma co dobrego zrobić, to nad tym sumuje i tak i tak. Jakem wieczór do pacierza klękła to co zacznę mówić: "Ojcze Nasz", to jak by mi kto nożem w serce dżgał. A juści, to po to ja wam Ojciec, żeby wy jeden drugiego, jak te dzikie psy od misy gnali. Myślę sobie tak: albo ty chrześcijanka, albo nie. A jak ty chrześcijanka, no to nie ma rady. Wzięłam chustkę i zbieram się. Karolcia pyta, a gdzie to Mama pójdzie? i tak ni ma co do gęby włożyć. Skrzyczałam ją jak się patrzy. A jak na sądzie ostatecznym Pan Jezus zapyta: "a coście wy zrobili z tym dzieckiem, co to w stodole zamarzło?" to co? lekko wam będzie? Jakem przyszła, to ledwie zipiało! Owinęłam w chustkę i niosę do domu, jak samego Pana Jezusika! No bo nie? No i jakosik się uchowało. Nie piękne dziecko, co? już na nóżki stawać zaczyno. "Jakosik się uchowało." Oj, wiem ja już teraz jak. — Nieraz matka cały dzień w ustach nic nie miała, bo ledwo na obdzielenie dzieci po kawałku placka jęczmiennego starczyło. I nazajutrz szła do roboty: "jakby nie!" Ale co tam pieniądze? głupstwo! i tak ich do trumny nie weźmie z sobą." ale weźmie wielkie i takie proste w swym heroizmie: serce Matki, co się mamoną tego świata kupić nie dało! Zastanówcie się nad tymi słowami wy wszystkie, w których piersiach bije serce moderne, nowoczesne. Co wy po latach wygód i używania, otoczone wszystkim, co wy uważacie za niezbędnie potrzebne do szczęścia życiowego, co wy weźmiecie ze sobą przed tron Stwórcy i Sędziego? Na to możecie dać odpowiedź wy same i tylko wy!