SZTUKA ŻYCIA! - podaganka o. Justyna z 31.1.1937 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Dzisiejszy program Godziny Różańcowej nadawany jest w poniekąd w obcym mi położeniu. Zwyczajnie stoję przed mikrofonem w małym studio, w obecności tylko naszej małej gromadki, która bierze udział w nadawaniu regularnych programów niedzielnych. W tej chwili stoję na specjalnie zbudowanej platformie w olbrzymiej Convention Hali w Detroit, Mich. Przy mnie zwyczajny głośnik radiowy, obok mnie gromada śpiewaków i śpiewaczek wraz z dyrygentem i kilku zaproszonymi gośćmi. Ku mnie zwróconych kilkanaście tysięcy widzów, ciekawie we mnie się wpatrujących i chciwie śledzących każdy mój ruch! Sporo starszych i w podeszłym już wieku. Olbrzymia większość jednak to nasza młodzież. I naprawdę, że patrząc na nich, nie tylko radość, ale wprost uczucie dumy mną opanowuje! Bo to twarze uczciwe i zacne, od których bije radość życia, z oczu zaś tryska zadowolenie i dobroć. Mówię to nie dla pozyskania sobie pochwały lub dobrej woli obecnych, tylko stwierdzam fakt rzeczywisty i życiowy. Patrząc na ten obrazek w tej chwili tak miły i radosny, rozpostarty przed oczyma moimi, mimowoli nasuwają mi się pytania. Rzucają mi się natarczywie i domagają się odpowiedzi. Pytania te są następujące: Co tej naszej młodzieży przyszłość przyniesie? Szczęście czy nieszczęście? Radość czy smutek? Zadowolenie czy niepokój? Co będzie za rok, za pięć, za dziesięć? Prawda, przyszłość nasza zasłoniona jest ciężką kotarą tajemniczości! Prawda, wyroki Opatrzności Bożej są nam nieznane! Prawda, w zgadywaniu możemy się pomylić, jednak wolno nam wyobraźnią nasza rozedrzeć, albo raczej odsunąć firany przyszłości, i z przebytych doświadczeń, mniej więcej, z przeciętną dokładnością stwierdzić, że przyszłość przyniesie nam rozmaite niespodzianki. I będą to niespodzianki smutne, bolesne, krwawiące. Niejednego i niejedną zwalą z nóg. Powtarzam dosłownie, zwalą z nóg. Z oczu niejednych wycisną łzy gorzkie; z serc drugich wytoczą krew, do ostatniej kropelki; u jednych nia tylko przytłumią, ale kompletnie stłumią głos sumienia; z drugich dusz wyrwią wiarę, i te twarze, które dziś pokryte są uśmiechem i zadowoleniem, powloką się chmurami goryczy, zniechęcenia i niesmaku; te oczy, z których dziś tryskają skry chęci i zapału do życia, powloką się chmurkami przesytu i zobojętnienia. I otworzą się usta niejednych rzucając tę skargę pełną gorzkiej boleści: "Życie jest bez wartości, życie jest próżne i puste. Nie warto więc żyć!" — Nieprawda i raz jeszcze nieprawda. Życie jest skarbem niedocenionym i nieocenionym. Życie jest bogate. Życie jest obfite. Warto więc żyć. Trzeba jednak umieć żyć. I oto przychodzę do dzisiejszego przemówienia, pod tytułem:

SZTUKA ŻYCIA!

Sławny Ks. Toth opisuje nam taką interesującą historyjkę, opowiedzianą mu przez pewną urzędniczkę: Pracowałam w biurze z pewną dziewczyną. Całymi latami naszej wspólnej pracy nie słyszałam nigdy, ażeby mówiła o czymś innem jak tylko o ubiorach i zabawach. Żyła skromnie, często nawet głodowała. Odmawiała sobie wszystkiego, żeby można wydawać na ubieranie się i na strojenie. Wskutek wadliwego odżywiania doszła do tego, że popadła w suchoty. Dowiedziałam się, że jest już bliska śmierci. Odwiedziłam ją. Łagodnie przypomniałam jej o życiu wiecznem i prosiłam, żeby się przygotowała do tej wielkiej drogi. Uśmiechnęła się i mówiła, żebym się o to nie troszczyła. Miała tylko jeden kłopot, w którym - według niej — mogłabym jej dopomóc. Zapytałam się jej, co jest przedmiotem tej wielkiej troski. Aż przeraziłam się, kiedy mi odpowiedziała:— Żebym była i w trumnie piękną! Dlatego, jeśli chcesz mi zrobić wielką przysługę, otwórz tę szufladę. Tam jest żelazko i maszynka spirytusowa. Zrób mi ondulację włosów. Jedynie, ostatnie pragnienie umierającej: zrób mi ondulację włosów! — Oto obraz istoty, która nie zrozumiała celu życia ludzkiego. Skupiła całą swoją działalność i to długoletnią, dążyć tylko do osiągnięcia i zachowania piękności ciała. Pracę, zarobek, myśli poświęciła tylko ku temu. Aby zachować piękność, oszczędzała nawet na jedzeniu, i w nagrodę popadła w chorobę — suchoty, które wysuszyły nie tylko ciało, ale nawet krew w żyłach. Goniła za pięknością, o piękność się starała, o piękności myślała, na piękność pracowała, o piękność się martwiła i za życia, powoli zbijała sobie własną trumnę, stopniowo i mimowoli kopała dla siebie grób, i bez zastanowienia w gonitwie za pięknością, szukała uwieńczenia swych starań na cmentarzu. I tam też wreszcie odpoczynek i spokój znalazła, przedwcześnie, bo żyć nie umiała!

Jestem przekonany, że czasy prohibicyjne jeszcze wszyscy pamiętacie! Te czasy, które spowodowały więcej zboczeń moralnych, aniżeli jaki którykolwiek inny czynnik, nie wykluczając żadnego. Wybieram dwa zdarzenia. Przychodzi do mnie stroskana i rozpaczająca matka. Płacze tak rzewliwie, jakby jej serce miało z bólu pęknąć. I cóż się stało? Siedmnastoletnia córka, nieposłuszna, harda i twarda, zaprzedała się duszą i ciałem, tym ludzkim upiorom, którzy żerują na naiwności łatwowiernych. Słowem, wieczór w wieczór, udawała się do jednej z nor murzyńskich. Co tam robiła i jak się zachowała można sobie wyobrazić, opisywać jednak nie można i nie wolno! Matka się użalała i płakała. "Ojcze, nigdy nie spodziewałam się, że własne moje dziecko, taki wstyd nam przyniesie, i nasze nazwisko taką hańbą okryje. Co ja Bogu powiem, jak ja się uniewinnię." W ten sam wieczór udałem się do owej rodziny, aby pomówić z tym dziewczęciem. Był co typ nielada. Nie trafia się często taki okaz. Wysoka, wysmukła jak dzika topola. Głowę trzymała wysoko, i patrzała dumnie! Usta bezkrwiste, szczelnie przymknięte. Przygryzione, jakby kleszczami. Na tych ustach igrał uśmieszek lodowatego cynizmu. Czoło pokryte chmurką niecierpliwości i niezadowolenia. Przywitała mnie tak: "No to znów moja stara i głupia matka była skarżyć na mnie? To i tak na nic! Ja tak żyję, bo tak chcę, "and I would like to see somebody stop me! I want to live my own life in my own way!". Kiedy zwróciłem jej uwagę, że ona jeszcze za młoda, że niedoświadczona, że nie zna ani życia, ani ludzi, ani świata, że przecież każdy człowiek musi pewne prawa zachować, że nie trzeba siebie marnować, wiecie co ona mi powiedziała? Tak szorstko i zapalczywie: "Raise your own kids, and bring them up your way. I only live once. I want to enjoy life and take everything it gives me!" Kilka miesięcy potem znów przyszła do mnie matka, opowiadając, że córka poszła z domu. Zapomniałem o niej całkowicie. Przed dwoma tygodniami dostaję list, pisany ze szpitala położonego w miasteczku, niedaleko od Buffalo.
Mimo, że nazwisko było angielskie, list pisany był w języku polskim. Pacjentka prosiła mnie i błagała, abym ja odwiedził jak najprędzej. Wybrałem się. Chora, dowiaduję się od pielęgniarki, jest pod obserwacją i cierpi na pewną straszną chorobę społeczną, która toczy ciało i umysł. Kończy się bez wyjątku zgniciem fizycznym, moralnym i umysłowym. Wchodzę do celi szpitalnej. Patrzę na łóżko. Leży kobieta, albo raczej coś co przedstawia postać kobiecą. Kości i skóra. Kobieta nie spuszcza ze mnie oczu. Wbiła we mnie swój wzrok, z którego bije strach i przerażenie. Kiedy stanąłem przy łóżku, słyszę jakiś dziwny szept, jakoby wydobywał się z jakiej głębokiej i pustej jamy. Chora ciągnie boleśnie, płaczliwie: "Ojciec widocznie ani mnie nie pamięta, ani mnie nie rozpoznaje. Ja jestem ta, która przed laty tak hardo się postawiłam i mówiłam, że wolno mi żyć jak mi się podoba! Że chciałam żyć moim własnem życiem. I tak też zrobiłam. Najpierw brałam udział w zabawach murzyńskich. Gotowa byłam na wszystko; w niczym nie przebierałam. Całe noce spędzałam na tańcach, poufałościach i używałam co tylko mi się podobało. Nigdy nie byłam nasycona, zawsze goniłam za czymś. W końcu posłuchałam jakiegoś zamożnego murzyna i poszłam z nim mieszkać. Trzy razy przeszłam prywatne operacje. Skończyłam bez przyjaciół; wyrzucił mnie z domu; poszłam na policję, która mnie tu przysłała. Ja czuję, że umieram. Czuję, że śmierć wyciąga po mnie swoją rękę. Gdybym przynajmniej mogła ucałować ręce i nogi moich rodziców i przeprosić ich, żem im tyle zmartwienia zrobiła. Żyłam i za to umieram. Płacę za to, drogo płacę. Może Pan Bóg mi za to przebaczy, żem się upokorzyła." Spowiedź święta trwała długo. Skrucha i żal tej biednej, łatwowiernej Magdalenki, przemówiła do mnie wymowniej, aniżeli jakakolwiek nauka najwymowniejszego kaznodziei usłyszana w życiu moim. Ja nie wiem, jakiś dziwny żal targnął moim sercem, bo w tej biednej ofierze łatwowierności i lekkomyślności, widziałem te inne liczne ofiary, te nieszczęśliwe istoty, które mimo próśb, błagań i upomnień, puszczają się na fale życiowe i dają unieść się do śmierci i grobu. Ach, naprawdę żal, ogromny żal, serdeczny żal tych biednych istot, które żyć nie umiały!

Około siedem czy osiem lat temu, dzienniki z Polski, podały nam charakterystyczny wypadek. Niejaki Jan Leszczyński, po kilkuletnim pobycie w Ameryce, powrócił do Polski. W czasie swego pobytu w Ameryce, skąpił sobie najpotrzebniejszych rzeczy. Mimo, że ciężko pracował, ani się odpowiednio odziewał, ani odżywiał. Chodził nieomal w łachmanach, żywił się na prawie odpadkach. Zaoszczędzał zawsze i wszędzie i we wszystkim. Zaoszczędzał sobie kilka tysięcy dolarów. W końcu udało mu się powrócić do Polski. Niedowierzając nikomu, obawiając się każdego, zakopał uskładane pieniądze w ziemię. Po kilku miesiącach niepokoju i zdenerwowania, chcąc się przekonać czy skarb, tyloletnich starań i wysiłków, nie zaginął, odważył się go odkopać. Banknoty naturalnie były wszystkie zbutwiałe, przegnite! Nieszczęśliwy i zawiedziony właściciel utraconej fortuny, z rozpaczy powiesił się na drzewie! Czemu? Jest tylko jedno i jedyne wytłumaczenie, ponieważ nie umiał żyć. Nie umiał? Może nie chciał zrozumieć, serce swe obmurował pieniędzmi. Pieniądz był jedynym celem jego życia. Znikły pieniądze, przepadł i cel. Została rozpacz, która podała mu sznur. I na sznurze zakończył, bo nie umiał żyć!

W dwudziestu siedmiu latach mojej służby kapłańskiej, byłem naocznym świadkiem zdarzeń, które wskazywały mi na słabość ludzką, na ułomność i bezradność natury człowieczej. Widziałem wypadki groźne, smutne, bolesne, upokarzające; wypadki które jaskrawo i dobitnie stwierdzają, że nie można
łamać prawa Bożego i lekceważyć prawa natury. Wszystko trwa tylko do czasu, wreszcie mija, a co człowiek zasieje to i w końcu zbiera. Człowiek może starać się wmówić w siebie, albo w drugich, że może żyć bezprawnie i swawolnie, to jednak ostatecznego wyroku nie wstrzyma! Młyny Boże mielą powoli, to prawda, ale mielą bez przerwy, bez ustanku, aż wymielą sprawiedliwość zasłużoną. Koła Boże, i koła natury, które Bóg stworzył, nigdy się nie wykoleją, lecz dążą zawsze w jednym i tym samym kierunku, aż zajadą do celu, do stacji, nad którą widnieje ogromny szyld, z napisem: Sprawiedliwość! Sprawiedliwość Boża i Sprawiedliwość naturalna! Jeden z takich wypadków określę wam. Nie pytajcie się mnie ani o nazwiska, ani o miejscowość, ani o daty. To niepotrzebne. Wystarczy sam goły fakt.

Oto syn pewnej zamożnej polskiej rodziny. Będąc jedynakiem w rodzinie, której ojciec, mimo bezwzględnej surowości i niesprawiedliwości dla innych, zawsze dla jedynaka miał tylko słodkie słówka uznania i pochwały, nie miał zaś o tyle stanowczości, aby przyganić wybryki synalka, mimo skarg i użaleń pokrzywdzonych! Synalek opływał w dostatkach i pełnymi garściami zasiewał kąkol, zielska. Ile żyć i serc złamał, ile przekleństw i złorzeczeń ściągnął na siebie, nie można obrachować. Bogu to tylko wiadomo. Nierozumny ojciec płacił na prawo i na lewo, aby zatuszyć niemiłe sprawki swego potomka! W końcu, po długoletnich wybrykach młodzieniec wybrał sobie dziewczynę ubogą, ale pracowitą i dobrą. To też jest jedna z ironii życia ludzkiego. Latawica, chłopczyca, ladaco i sekutnica, upoluje sobie młodzieńca spokojnego, pantoflarza, panna zaś oszczędna, spokojna i wzorowa dostaje gemblera, pijaka, sporta w najgorszem znaczeniu tego słowa, obleciświata, który jadł z każdega talerza i pił z każdej szklanki i kieliszka! Sprawdziło się i w tym wypadku. W dwa miesiące po ślubie, biedną zabrano do prywatnej instytucji. Dowiedziawszy się strasznej i okropnej prawdy, załamała się fizycznie i umysłowo! A ten morderca, kpił i drwił sobie z Boga i ludzi. Nierozumny, ślepy i głuchy! Nierozumny, bo zatopił się w używaniu wszystkiego co za pieniądz można zdobyć! Ślepy, bo nie widział chmur, które gromadziły się nad jego głową! Głuchy, bo nie zważał na głos sumienia, które po prostu krzyczało i wrzeszczało o opamiętanie w tej szalonej i zapamiętałej gonitwie za błyskotkami tego życia. No, w końcu, po tylu latach w których ręka Bożej sprawiedliwości zbliżała się do tego osobnika, Bóg dotknął się tej istoty. Kiedy stanąłem przy tym, który tak śmiało i otwarcie i czelnie twierdził, że bez Boga sobie da radę, że rozum mu dać może wszystko, że życie ludzkie streszcza się w dolarach, i w tym co za te dolary można kupić, powtarzam, kiedy stanąłem przy nim, leżał na podłodze. Padł nagle i niespodziewanie. Jakby piorun trząsnął w niego. Jakby kto kosą podciął mu nogi. Ten mniemany siłacz, olbrzym, bohater, śmiałek, pyszałek, zarozumialec, leży tak jak pierwszy lepszy zwyczajny śmiertelnik, leży nieprzytomny, w kałuży własnej krwi. Krew bucha z szeroko otwartych ust, które już zsiniały; krew płynie dwoma strugami z nozdrzy, kreśląc dwie ścieżki czerwone, jak dwie jedwabne tasiemki; krew sączy się z uszu, z każdym najsłabszym oddechem! Kiedy stoimy bezradnie nad nieszczęśliwcem, wchodzi lekarz, rzuca okiem, chwyta za słuchawkę telefoniczną i zamawia ambulans szpitalny. Ofiarę, nieszczęśliwca odstawiono do szpitala. Po tygodniu odzyskał przytomność. Nigdy, by nikt na świecie nie pomyślał, że dziś to złamane i zmiażdżone ciało, to to samo które tak zuchwale przesuwało się po ulicach miasta! Nie myślcie, że tu już kończy się ta smutna historia. Lekarze stwierdzili, że to początek jednej z najzaraźliwszych chorób, które mogą się przyczepić do człowieka, która w przebiegu ofiarę oślepia, potem rozum niszczy, i ewentualnie śmiercią się kończy. W takich wypadkach, na nic sztuka medycyny i bezradne i bezskuteczne są zabiegi najzdolniejszych doktorów! Proszono mnie, abym nieszczęśliwcowi ogłosił skutek egzaminacji i konsulty lekarskiej. Uczyniłem to jak umiałem. Chory obrzucił mnie wzrokiem obłąkanego skazańca. Łzy stanęły w jego oczach, wypełniły oczy po brzegi i w dwóch wielkich, jak groch, łzach skulnęły się po twarzy i padły na pościel. Jakiś spazm strachu podrzucił kilkakrotnie ciałem. Popadł w omdlenie. Kiedy go trzeźwiono, odsunąłem się na bok. Zaledwie odzyskał przytomność, rzucał niespokojnie oczami po obecnych doktorach i pielęgniarkach. Wreszcie wzrokiem spoczął na mnie. Podszedłem do łóżka. "Proszę przyjść jutro rano, chce się dobrze wyspowiadać!" Tyle, i nic więcej. Następnego dnia odprawił Spowiedź św. Była ona długa, bardzo długa. Była też szczera, płynąca z serca skruszonego. Około sześć tygodni potem, zaczął tracić nie tylko wzrok, ale i pamięć i rozum. Wkrótce musiano go oblec w kaftanik bezpieczeństwa, w tak zwany "straight-jacket"! Mimo to, nawet i wtenczas rzucał się jak dziki zwierz; nie uwierzycie kiedy wam powiem, że z rozpaczy wpijał palce w ścianę obok łóżka i zdołał wydłubać dziury na cal głębokości! Z boleści i rozpaczy gryzł własne palce. I tak żył jeszcze przeszło pięć miesięcy. Wreszcie śmierć litościwie przymknęła mu powieki i skończyło się jeszcze jedno życie młodego człowieka, który nie umiał żyć!

Czyście kiedy zastanowili się nad sposobem jak ludzie żyją? Jeśli nie, niech wam przedstawię w pewnem porównaniu. Mówimy, że dzieci są naiwne, marnują czas, że są łatwowierne, i tak dalej. Czy dorastający i już dorośli nie tworzą gromady starych dzieci? Pójdę dalej, i powiem, bez obawy przesady lub nieprawdy, że bezrozumniej się zachowują! Weźmy pijaka. Żyje tylko, aby pić. Na nic prośby żony, na nic płacze obdartych i niedożywionych dzieci! Życie pijaka, szczęście pijaka, butelka, szklanka i kieliszek! Nałogowy pijak przepije żonę, dzieci i siebie. Marnie kończy, bo pada ofiarą swego nałogu, marnując szczęście najbliższych i dobijając siebie samego. Czemu? Nie umie żyć!

Albo weźmy tych, którzy są pod wrażeniem, że życie to jeden nieprzerwany ciąg uciech i zabaw. Za jedną chwilę pozornego zadowolenia lub rozrywki, poświęcają szczęście i spokój, kióre raz stracone, już nigdy nie powróci! Tacy nie żyją. Bytują jak istoty bezrozumne, lub po prostu wegetują jak drzewa lub rośliny. I z mniejszym od tych pożytkiem. Życie takie jest bez celu, bez rady, bez siły! I znów kończy się przesytem, gorzkością, niezadowoleniem, które prowadzą do mizernego zakończenia wędrówki życiowej, powróz, kula, trucizna! Bezustannie morze życiowe wyrzuca na brzegi świata rozbitków, którzy nie umieli żyć!

Życie człowieka, to taki okręt, na morzu świata! Jeśli okręt ma doświadczonego sternika, mimo burz, wiatrów, huraganów, szczęśliwie dobije do przystani. Sternikiem życia jest sam człowiek. Ten sternik obdarzony jest nie tylko rozumem, ale i wolna wolą. Powinien się tymi darami kierować. Powtarzam powinien żyć rozumnie i wolnie. Nie zaś bezrozumnie i swawolnie. Każdy sternik ma do pomocy instrument zwany kompasem. Jest to przyrząd używany do pokazywania prawdziwego kierunku podróży. W życiu naszym takim kompasem to wiara nasza, która wskazuje nam i poucza nas, gdzie jest szczęściu, co nam wypada robić i jak żyć, czegośmy powinni się wystrzegać i czego unikać, aby żyć szczęśliwie. Zasady życia prawdziwego mamy w maleńkiej książeczce, w katechizmie. Te zasady poznać powinniśmy, te zasady w użytek codzienny wprowadzić powinniśmy! Wtenczas naprawdę poznamy sztukę życia!

Wszystkim tu dziś obecnym, i wszystkim, których het, tam daleko, sięga głos mój, przypominam, aby nie szli za nauką, która dziś zatruwa dusze szczególnie młodzieży, która bezczelnie głosi, że celem życia, to nieograniczona wolność używania, ponieważ to nic innego jak bezkarna swawola i nadużywanie darów Bożych; że Bóg to tylko wymysł mitologiczny, dawno przeżyty, i niepotrzebny, że prawo moralności, to sprzeciw wolności ludzkiej, że przykazania Boże, to wynalazki ludzkich umysłów krępujących szczęście ludzkie i że tylko ten zazna szczęścia, który odważnie zerwie pęta i okowy wiary. Posłuchaj jak oni uczą, słuchaj i spamiętaj: "When you come here, kiss Faith good-bye and tell her that what was right is wrong, what was wrong is right, the old laws arę abolished, they cannot be crossed or broken, they're dead. The sanction is dead. There is nothing wicked, nothing strange in the world. What the heart desires, or any part of the body, that is the law"! — Nie wierz, bo żyjąc według tych i podobnych zasad, nigdy nie nauczysz się sztuki życia, ale złamiesz się moralnie, umysłowo i fizycznie, a fale życiowe, na brzegi świata, wyrzucą jeszcze jedną ofiarę która żyć nie umiała!

Tydzień temu, zaraz po ukończeniu regularnego programu, przemówiłem przez buffalowską rozgłośnię WBNY, apelując o pomoc dla nieszczęśliwców, dotkniętych powodzią. I wiecie, że muszę naszych Polaczków buffaloskich pochwalić. W kilku godzinach, wszystkie stacje policyjne, a szczególnie te w polskich dzielnicach w Buffalo, Lackawanna, Black Rock i innych, przepełniono ubraniami, kołdrami itd. Sam widziałem jak dzieci i młodzież zanosiła paki ubrań do pociągu, który stał na dworcu New York Central. Podziwiać trzeba wielkość i szlachetność tych polskich serc. Sami co dopiero rozpoczęli pracować, niektórzy są na robotach rządowych, inni żyją z dobroczynności, a jednak zawsze coś u tych biednych, którzy sami więdza co to głód, zimno, bieda i nędza, znalazło się dla jeszcze biedniejszych od nich. To naprawdę są uczynki miłosierdzia, które Pan Bóg wynagrodzi nie stokrotnie, lecz tysiąckrotnie! Dziś ośmielam się apelować do rozumów i serc wszysktich słuchaczy i słuchaczek: Niech każdy i każda, o ile ich stać na to, w tych dniach złoży swą ofiarę dla biednych powodzian. Ofiary wysłać wprost na ręce lokalnych oddziałów Czerwonego Krzyża. Miejcie dobre serce i okażcie miłosierdzie biedakom, którym woda zabrała wszystko. Nie mają dachu nad głową, brak im odzieży, brak im żywności. Sporo z nich już choruje, innym grozi choroba, z powodu braku wody, opieki lekarskiej itd. Obecna powódź, największa w historii Stanów Zjednoczonych, jest katastrofą narodową. A więc jest obowiązkiem całego narodu dopomóc tym biedakom, którym wody zabrały wszystko co mieli. Otwórzmy im, nie tylko nasze serca, ale i nasze kieszenie. W imieniu biedaków: Bóg wam zapłać!

Tu w Detroit dnia 2-go lutego, odbędzie się uroczystość nie lada. W ten dzień bowiem, zacny profesor Romuald Piątkowski z Orchard Lake, obchodzi pięćdziesięciolecie, czyli złoty jubileusz, pracy nauczycielskiej. Można powiedzieć że wychował trzy pokolenia profesjonalistów polsko-amerykańskich. Profesor Piątkowski urodził się w sławnym Zbarażu, dnia l2-go lutego 1857. Uczęszczał do szkół w Tarnopolu, Lwowie i Wiedniu. Uczył po domach staroszlacheckkh. W roku 1892 przyjechał do Ameryki. Założyciel i pierwszy rektor Ks. Józef Dąbrowski, ofiarował mu krzesło profesorskie w Polskim Seminarium. Od 1909 do 1912, Prof. Piątkowski pracował w Chicago przy Związku Polsko-Narodowym, jako szef biura prasowego. W roku 1912 mianowano go rektorem kolegium związkowego. Urząd ten zajmował do 1916, kiedy to powrócił do Orchard Lake, gdzie po dziś dzień wykłada astronomię, literaturę polską, fizykę, grekę, łacinę i historię filozofii! W międzyczasie, przez 17 lat redagował tygodniówkę "Niedziela"; opracował kilka pamiętników i przetłumaczył kilka dzieł pisarzy obconarodowych. Bez wątpienie, że nazwisko Prof. Piątkowskiego powinno być wypisane złotemi zgłoskami w historii wychodzstwa polskiego. Jego nazwisko jest wymawiane ze czcią i szacunkiem przez tysiące alumnów polskiego seminarium, i będzie wspominane przez następne pokolenia. Do życzeń składanych przez rozmaitych i ze wszech stron, dorzucam i moje, oraz naszych Ojców Franciszkanów, skromne, ale z głębi serca płynące: Niech ci Bóg tysiąckroć wynagrodzi zdrowiem, powodzeniem, uznaniem, czcią i szacunkiem, twoje prace i zabiegi, w wyrobieniu nam tych i takich przewodników, którymi możemy się poszczycić w każdej profesji. Bóg ci zapłać za co już żeś nam dał i Bóg ci zapłać za to co nam jeszcze dasz, profesorze Piątkowski.