WIARA CZY BREDNIA? - pogadanka o. Justyna z 1.12.1935

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Nasze położenie, na wychodzstwie zawsze było trudne i przykre. Nie można się temu dziwić. Stosunki i okoliczności były takie, że wymagały ze strony naszych rodziców bohaterstwa, poświęcenia i ofiary, o jakich my nawet pojęcia me mamy. Należy to już do historii. Ojcowie nasi, ciężką pracą wyrabiali i wyrobili sobie pewien szacunek i poważanie u innonarodowców. Były, prawda, nieporozumienia i niesnaski, jak zawsze być muszą i zawsze będą, gdziekolwiek jest gromada ludzi, tym bardziej, że nasi pochodzili z trzech zaborów, gdzie rządy nieprzyjazne zastrzykiwały im obfite dawki nieufności i podejrzliwości. Mimo to, nawet ci prostacy, kierując się zdrowym chłopskim rozsądkiem, w sprawach ogólnych, zrozumieli ważność jedności i solidarności, podawali sobie ręce, dzielili się ciężarami i szli zawsze naprzód. Może tylko powoli, zawsze się jednak posuwali. Wrogów i nieprzyjaciół znali dobrze. Byli to innonarodowcy i innowiercy. Walka była z żywiołem niepolskim. Dziś już jest inaczej. Nie tylko, że rozbici jesteśmy na polu politycznym, lecz nie ma jedności w dziedzinie religijnej. Mamy stronnictwa polityczne i stronnictwa religijne. Prawo naturalne twierdzi, że większości podporządkować się i służyć powinna mniejszość. U nas odwrotnie się dzieje. Większość, i to olbrzymia większość, nie tylko drzemie, ale śpi snem obojętnym i bezradnym. Pocieszamy się, że będzie lepiej, spuszczamy się na Opatrzność Boską i zapominamy, że Bóg nam dał rozum i wolę, abyśmy zawsze tych darów używali, a ich do ziemi nie zakopywali i że Pan Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają. Nie chcemy też widzieć, że właśnie nam nieprzychylni i wrogowie, podkopują i minują nasze twierdze. Sprytem i podstępem zabierają nam nie tylko pojedyncze osoby, ale całe rodziny. Ci spryciarze zwyczajnie, albo sami w nic nie wierzą, albo twierdzą, że każda wiara jest równa, i tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wszystkie wyznania prowadzą do jednego i tego samego Boga i nieba. Śmieszne to i dziecinne. Bóg prawdziwy jest tylko jeden, skutkiem czego może logicznie być tylko jedna prawdziwa wiara i jeden prawdziwy Kościół. Aby uchodzić, w oczach ludzi, za wielkich, zasłużonych i dobrodziejów ludzkości, ukrywają osobiste i samolubne oraz zarozumiałe zachcianki i cele, pod płaszczykiem reformatorów i zbawicieli. Grają na uczuciach prostaków, szczególnie na jakimś cudacznym superpatriotyźmie, który prowadzi do nadużyć i nieporozumień. Namnożyło się tych nowoczesnych Mojżeszów bez liku. Mojżeszów, którzy miasto za wskazówkami słupa ognistego, idą za słupem ciemności, część uczniów zostawiając na pustyni gdzie giną z braku duchowego pokarmu i napoju, i część zatapiając w morzu niepewności i niepokoju! — Dziw nad dziwy, niektórzy nawet przyswajają sobie cudowne dary leczenia. Mam przed sobą wizytówkę ze South Chicago, na której widnieje imię i nazwisko jakiejś kobiety, która tytułuje się Wielebną, i ogłoszenie: "Czytanie i Leczenie za Umową, Nabożeństwo w Środę o 6-tej wieczorem, w języku polskim i angielskim!" — I to nadaje tytuł dzisiejszego przemówienia:

WIARA CZY BREDNIA?

Proszę łaskawie posłuchać następującego listu z Chicago: "Mój mąż uczęszcza do tak zwanych spiritualistów; powiadają on mi, że oni lepiej uczą i pobożniejsi są od naszych księży; że oni więcej uczą o życiu pozagrobowem; że nasi księża nie mówią nam prawdy, że piekła nie ma, tylko że jest, a spirytualiści wyjaśniają prawdę. Jasnowidzący mogą rozmawiać z duszami i że dusze im mówią, że gdyby było piekło, dawno by się spaliły; nawet dusze księży, co dawno poumierali, do nich przychodzą i powiadają im, że oni za życia nie uczyli się tak jak tam jest. Że gdy człowiek umrze, to dusza na tamtym świecie musi spełnić pewną misje, a który był wielki grzesznik, to się musi drugi raz narodzić w innem ciele; jeśli komu krzywdę zrobił to z tą
krzywdą musi się narodzić, dajmy na to, kto kogo przezwał głupim, to sam narodzi się powtórnie głupim; że człowiek tyle razy się narodzi aż za wszystko odpokutuje! Czy to też prawda że dusza zmarłego człowieka może być wywołana z tamtego świata i że można z nią rozmawiać? Mąż powiada, że on nie
chodzi na nic złego, bo tam nawet do modlitwy dusze namawiają." — To jest tylko jeden z licznych listów z Chicago, gdzie zdaje mi się spryciarze spirytyści, zagnieździli się wśród naszych i wykorzystują ich naiwność i łatwowierność. Spirytyzm, to nazwa pochodząca od łacińskiego "spiritus" t. j. ducha, ponieważ podobno zajmuje się porozumieniem czyli rozmową z duchami, szczególnie z duszami zmarłych osób. Spirytyzm, w szerszym znaczeniu, jest nauką, zajmującą się badaniem zjawisk, których istnienie podawane jest w wątpliwość, które jednak nie dadzą się poniekąd wytłumaczyć znanemi fizycznymi prawami natury, ponieważ są rzekomo skutkiem sił niematerjalnych, pochodzących z życia pozagrobowego i duchowego, czyli od duchów. Do tych zjawisk należą: pukanie, stukanie, poruszanie się przedmiotów materjalnych, pisanie i granie na instrumentach. Potem, podnoszenie się i wirowanie w powietrzu ciężkich przedmiotów, jak stołów, fortepianów i t. d. Wreszcie, rzekoma materializacja duchów i przenikanie materii inaczej nieprzenikliwej. Spirytyzm to stary dabeł, przebrany w szaty nowe, w anioła dwudziestego wieku. Nam wierzącym, wystarczy słowo Boże o sprawach przyszłości, i o życiu pozagrobowem. Wierzymy, że czeka nas nagroda i szczęście za dobre i cnotliwe życie, a kara i cierpienie za prowadzenie się występne. Wierzymy że jest niebo i piekło — jako ostateczny odpoczynek każdego człowieka. Niewierzącym jednak i ludziom małej wiary, nasza wiara uzasadniona na nauce Chrystusa, jest niezrozumiała. W duszy jednak, są i oni przekonani, że człowiek to nie zwierz, lecz coś ponad i wyższe od bezrozumnego zwierzęcia. Nie chcą jednak ugiąć twardego i skamieniałego swego umysłu, przed słowem Bożym, lecz sami na własną rękę, pragną odsunąć przynajmniej rąbek zasłony, która za sobą kryje życie za grobem. Sumienie im nie daje spokoju, chcą udowodnić dla własnego zadowolenia, coś co stwierdza coś wręcz przeciwnego. Tacy też uprawiają wywoływanie duchów. U niektórych jest to powołaniem, u drugich biznesem, a wreszcie u naiwnych — wiarą! Historia uczy nas, że to już działo się w starożytności, w Rzymie, w Grecji, w Indiach, w Egipcie i w Chinach, no i obecnie przeniesiono i przesadzono, ten krzew trujący, na teren amerykański i nawet zaszczepiają go w umysły i serca naszych. Jest to zbiór zasadniczych zapatrywań Hindusów, Chińczyków i Mahometan. Pomiędzy tymi jest wiara w metampsychozę czyli w przejście albo w wędrówkę dusz ludzkich z jednego ciała do drugiego w celu oczyszczenia się. Nie wykluczają przejścia duszy ludzkiej w ciała zwierząt, jak po dziś dzień wierzą Turcy; może nie wierzycie? Na ulicach Konstantynopolu włóczą się gromady psów. Nikt ich nie uszkodzi, i żadnej krzywdy nie wyrządzi. Czemu? Bo mahometanie twierdzą, że w tych psiskach pokutują dusze ich pradziadów i dziadów. Psy więc są panami Konstantynopola. Podniosła to wiara, nieprawda? Tak, zachwycająca i zachęcająca do psiego życia! — Starożytni żydzi też znali się na sztuce wywoływania zmarłych: wystarczy czytać Pierwsza Księgę Królewską, rozdz. 28, oraz Dzieje Apostolskie w rozdziale ósmym! Sławny Tertulian, który żył w drugim wieku, opisuje dziwne zjawiska spirytystyczne, gdzie nawet kozy dają rozumne odpowiedzi. Kto też nie zna smutnej historii, mylnie przezwanych czarownic w średnich wiekach, które prawdopodobnie nie były czym innym jak media spirytystyczne. — Tu w Stanach Zjednoczonych jeszcze w początkach dziewiętnastego wieku torturowano te nieszczęsne istoty, którym dziś znów przypisują zdolności nadprzyrodzone. Te same, które lata temu wy¬obrażano sobie jako jędze, przy blaskach księżyca, w powietrzu, na miotłach jeżdżące, dziś stawiają obok ołtarzów, na tronach mądrości i wszechwiedzy. Ludzie szukają u nich rady i pomocy. W słowo Boże wierzyć nie chcą — słowom ludzkim dają całą i ślepą wiarę.
Posiedzenia spirytystyczne odżyły albo raczej stały się modne, szczególnie po wojnie światowej. Matki, żony, narzeczone i siostry żołnierzy, na dalekich polach bitwy, po za morzem, niespokojne o swych ukochanych, szukały pociechy i zapewnienia, a stóp wieszczek nowoczesnych; chciwie wypytywały się nie tylko o przyszłość doczesną synów, mężów, narzeczonych i braci jeszcze żyjących, lecz o los i o byt pozagrobowy już pobitych! Inni i inne, znów jak jeszcze po dziś dzień robią tak, bo pragną wrażeń. Nic więcej. Pozwólcie niech was wezmę za rękę i poprowadzę na takie posiedzenia spirytystyczne. Z rozmysłem mówię na posiedzenia, a nie na posiedzenie, bo zamierzam wam przedstawić dwie klasy ludzi biorących udział w tych seansach. Nie miejcie strachu, będziemy razem.

Wchodzimy na sale. Przy ścianie stoi stół lub nawet ołtarzyk, z kilkoma zapalonymi świecami. Obok za firankami siedzi medum: niewiasta nerwowa i niespokojna. Na sali ciemno. Siadamy obok stołu i łączymy ręce na stole, aby stworzyć nieprzerwany łańcuch albo wieniec. Medium popada w sen albo w odurzenie. Tu rozpoczynają dziać się jakieś dziwy: stół, chociaż niezwykle ciężki, podnosi się i upada, kreci się i staje; potem słychać pukania, śmiechy, szepty i rozmowy prowadzone w rozmaitych językach; z posowy podają kwiaty, owoce i jedzenie. Wystarczy, że kto z obecnych o czymś pomyśli, bez wyrażenia nawet swych zachcianek, a to wszystko już pod ręką; wreszcie zaczyna się wywoływanie duchów, które nieraz przybierają postać widzialną, dotykają się obecnych, a nieraz nawet podobno pozwalają się fotografować. To wszystko jednak możemy nazwać skutkami materialnemi. Są jednak zdarzenia czysto duchowe. Na przykład, media zawsze jeszcze w letargu czyli odurzeniu, wyjawiają sprawy tajemnicze, na przykład śmierć pewnych osób; czytają pisma ukryte, wyjawiają myśli obecnych, mówią językami, których nigdy się nie uczyły. Prawda, często widzimy, że duchy są nieposłuszne na rozkazy mediów! Nieraz seans jest przerywany hałasem, krzykami i wyciem. Medium pada nieprzytomne i prawie martwe. Stolik pada na głowy obecnych. Duch wyprawia hece niemiłe i niesmaczne. Goście w nogi, bo obawiają się o swe życie!

Idziemy na drugie posiedzenie spirytystów. "Duży pokój, oświecony słabo jedną świecą, migocącą bladym płomykiem gdzieś pod piecem, okna zakryte szczelnie prześcieradłami. W środku tego pokoju duży stół, a dokoła tego stołu wychyla się z półmroku kilkanaście głów, męskich i żeńskich. — Cisza, milczenie. Na jednym tylko krześle przeciąga się jakaś kobieta, rzuca się. wykrzywia całe ciało, sapie, stęka. Świeca gaśnie. Robi się tak ciemno, iż nikt nie widzi swojej ręki, swojego nosa, swojego sąsiada. Przykre ciemności podziemnego lochu bez okna, skórzanego worka bez otworu, ogarniają zgromadzonych. Z tych przykrych ciemności, z tej dusznej ciszy wypływa monotonny, tłumiony śpiew. Cóż to takiego? Czy to jacy spiskowcy, knujący zamach polityczny, odcięli się tak szczelnie od świata, aby ich niepotrzebne oko nie śledziło, albo jacy czarnoksiężnicy czekają w ciemnościach na wizytę duchów ciemności? To nie spiskowcy ani czarnoksiężnicy — to spirytyści! I któż to są ci spirytyści, usiłujący odchylić rąbek zasłony, poza którą kryje się świat, niedostępny dla oka śmiertelnego? Może to jacy wstecznicy, obskuranci, wierzący w światy pozagrobowe, albo jakie stare, zabobonne dewotki, rozmawiające z duchami? To nie wstecznicy, obskuranci, ani jakieś tam stare dewotki, lecz mężowie nauki, wiedzy niezawisłej czciciele, ci sami, którzy jeszcze wczoraj, przedwczoraj wołali, uczyli: wiedza nie wie nic o zjawiskach usuwających się z pod kontroli obserwacji eksperymentu i dlatego zachowuje się obojętnie wobec wszelakich niepoznawalnych — pozytywizm pozwala mówić tylko o rzeczach zbadanych itp. Z taką pogardą odsuwali oni wszystko, czego człowiek miarą, wagą, cyrklem, szkiełkiem, zmysłami w ogóle zbadać i sprawdzić nie może, z tak drwiącym uśmiechem mówili o różnych dawnych zabobonach i przesądach, o "tworach fantazji", a oto teraz zasiedli w ciemnym pokoju dokoła stołu pod komendą Julana Ochorowicza i czekają w skupieniu na "zjawiska" wywołane za pośrednictwem medium! Sprowadzili sobie do Warszawy Włoszkę, Euzapię Palladino, i stukają z jej pomocą do zamkniętej bramy niepoznawalnych: otwórz się, abyśmy wiedzieli, co się dzieje poza granicami państwa ludzkiego rozumu. I jakież to są te "zjawiska", na które czekają w takim napreżonym skupieniu, które śledzą z taką nabożną uwagą owi mężowie nauki, co przysięgli wierzyć tylko we fakty pozytywne? Oto rusza się, podnosi się stół, odzywają się ciche szmery, dźwięki, ukazują się na ścianach fosforyczne blaski, snują się po pokoju jakieś białawe cienie, ktoś ze zgromadzonych dostaje pięścią, niewiadomo zresztą czym, w kark, w plecy, po żebrach . . . Ogromny zachwyt . . . zjawiska." Naprawdę, że rozumy ludzkie kompletnie zbankrutowały. Człowiek, ponieważ ma w sobie pierwiastek ducha Bożego, tchniony w niego przy stworzeniu, nigdy się nie zadowoli wiedzą i nauką. Chcąc nie chcąc, musi sięgać dalej i głębiej. Wyobraźnią i myślami, rozumem i umysłem, zatapia się w morzu tajemnic poza grobem. Jeśli ma wiarę, jeśli wierzy, za przewodnictwem słowa Bożego, które mylić nas nie może, ponieważ pochodzi ze źródła nieomylnego i nie mogącego mylić, to dążenie i ciągnienie ludzkie bywa całkowicie zaspokojone, powiem sobie, tak Bóg uczy, a przed nauką Boską muszę skłonić głowę! Biada mi jednak jeżeli słabnę w uczuciach religijnych i wiara moja staje się czemś, co postępowcy i mędrkowie nazywają "przesądem" albo "zwietrzałą, stęchłą starzyzną," wtenczas aby zadowolić moje dążenia duchowe, które w żadnym człowieku nie dadzą się wykorzenić, chwytam się jakiejś dziwacznej nici, która by mogła połączyć teraźniejszość z przyszłością. Pisał ktoś że, "ci którzy nazywają religię przesądem, zabobonem, stają się sami naiwnie przesądnymi, zabobonnymi, którzy drwią z wszelkiej wiary w ogóle, wierzą z fanatyzmem neofitów w sztuczki, w dziwactwa okultyzmu, których pychę upokarzał naturalny hołd, składany Bogu, padają na kolana przed pierwszym lepszym kuglarzem, szarlatanem, wsłuchując się w jego bzdurstwa, jak w objawienie. Wystarcza być choć raz jeden na jakimś seansie spirytystycznym, by się przekonać, do jak naiwnej łatwowierności dochodzi człowiek skądinąd rozumny, trzeźwy, światły, gdy chce o własnych siłach dotrzeć do istoty tajemnic, do których mu zmysły nie dostarczają klucza. Tak karze "Niepoznawalna" pychę rozumu ludzkiego, karze ją bezwględnie, surowo, bo odbiera rozumowi rozum, ośmiesza go, drwi z niego!" — Pisze sławny pisarz rosyjski Sołowiew, któremu osobiście była znana "teozofka" Bławacka, której główna siła polegała na bezczelności i pogardzie, którą zawsze okazywała w najokrutniejszy sposób, wszystkim ludziom, a szczególnie swoim wielbicielom! Twierdziła ona, że "im tak zwany fenomen jest prostszy i ordynarniejszy, tym łatwiej się powiedzie i silniejsze wywrze wrażenie Ogromna większość ludzi, którzy uważają się za bardzo uczonych, za bardzo mądrych, składa się z kapitalnych głupców. Ach, gdybyś pan wiedział, jakie lwy i orły w różnych krajach na głos mojej świstawki przemieniały się w osłów. Dość mi było gwizdnąć, żeby zaraz posłusznie ogromnymi kłapali uszami." Naprawdę, że klapią ogromnymi uszami na seansach spirytystycznych różni przemądrzali mędrkowie, kiedy jakieś histeryczne media wodzą ich za nos!

Przytaczam tu wyrażenie się Alfreda Russel Wallace, który z absolutnego materialisty w jednej chwili zamienił się w absolutnego wyznawcę w cuda spirytyzmu. Posłuchajcie wszyscy, szczególnie wy czytelnicy "Afryki-Głupiej" ze szpalt której wyczytujecie brednie spróchniałego umysłu, drwiącego sobie z cudów i szydzącego sobie z nieśmiertelności. Wy wielbiciele pisarka, który uważa siebie za postępowca i za ideowca, a was ma za trzodę baranów nie tylko kulawych, ale niemych i ślepców. Który miast was oświecać, pouczać i budować, strąca was do ciemnicy, wichrzy i niszczy! Jak długo dacie prowadzić się na powrozie, człowiekowi bez wiary i bez szacunku, który za chleb i masło zdradza Chrystusa, i sprzedaje fałsz i brud, miast prawdy i cnoty? Powracam do Wallace'a. Pisze on tak: "Wierzyliśmy, iż wszystkie cuda są fałszem, iż to, co się pospolicie nadprzyrodzonem nazywa, nie istnieje, albo, jeśli istnieje to nie podlega badaniu. Takie stanowisko nie sprzyja bynajmniej poszukiwaniu prawdy. Nie chcieć uznawać tego, co w każdym innym wypadku byłoby bezwzględnie przekonowującym dowodem faktu, dlatego tylko, że owe coś nie daje się wytłumaczyć na podstawie znanych dotąd praw, znaczy to samo, co utrzymywać, iż posiadamy już dokładną znajomość wszystkich praw, czyli że możemy określić z góry, co jest możliwym albo niemożliwym. Tak mało wiemy o tym, czym jest siła nerwowa albo życiowa, jak ona działa i działać może, w jakim stopniu może przechodzić z jednego człowieka na drugiego, iżby nierozważnym był, kto by utrzymywał, że postrzeganie nie zna innej drogi, oprócz zwyczajnych zmysłów. Musimy wyznać skromnie, iż nasze pięć zmysłów są bardzo niezręcznym narzędziem przy badaniu materii nieważkiej. Są rzeczy na niebie i ziemi, o jakich się naszym filozofom nie śniło." — Czy taki Wallace ze swoimi poplecznikami wynaleźli co nowego? Gdzież tam! Wzięli szczyptę światła i pomieszali z ciemnościami. Wzięli garść duchowości i zmieszali z masą materializmu. Wzięli odrobne prawdy i pokryli ją stekiem fałszu. Nazwali to spirytyzmem, co jest nic innego jak starożytnym zabobonem!

W roku 1909, we Lwowie, sąd skazał na powieszenie mordercę Czabaka. Tydzień przed powieszeniem, kat skomunikował się z jakąś narwana babą, która prowadziła seanse, przepowiadała i nawet leczyła. Naturalnie, że poświęcała się za opłatą. Kat z babą-medium, zawarł ugodę. Babsko w czasie seansów miała radzić chorym na umyśle i cierpiącym na ciele, że jedyny ich ratunek i najskuteczniejsze lekarstwo, na ich dolegliwości, to zakupić kawałek powroza, na którym był spuszczony do wieczności, ów morderca i wisielec Czabak. Dochodem z tej brudnej umowy, miał się podzielić kat z cudownym medium spirytystycznym. Kobieta-medium, na każdym seansie, widywała duchy wszystkich umarłych i niezmarłych, które zaklinały obecnych, aby postarali się o kawałek, chociażby o najmniejszy kawałek powroza po Czabaku, a staną się nie tylko szczęśliwi lecz najszczęśliwsi. Chorzy odzyskają zdrowie; garbusom, zaginą garby, kalekom, odrosną ręce i nogi; babusiom powyrastają nowe zęby, nawet dokuczliwe nagniotki, znikną jak kiełbasa przed psem. Mimo, że te uszczęśliwiającą wiadomość miano trzymać w sekrecie, tysiące oblegało miejsce wieszania. Kat i jego pomocnicy, zakupili kilkadziesiąt metrów, grubego powroza, i nie tylko pokrajali powróz na małe kawałki, ale rozdarli na cienkie nitki. I sprzedawali zgromadzonym głuptasom, którzy płacili po kilka koron za sztukę. Daremnie też oczekiwali cudownych skutków. Garbaci dalej nosili na plecach garby. Kalekom ani ręce ani nogi nie poodrastały, chłopi i dalej, może nawet nieco serdeczniej i zapalczywiej klęli na swoje nagniotki. Kat, jego pomocnicy i apostołka zabobonnego spirytyzmu, wyjechali ze Lwowa do Wiednia! Naiwnym i łatwowiernym zostawili miech, tylko miech, nawet bez tradycyjnego — kota!

W "Głosie Warszawskim" z roku 1912 czytamy takie dziennikarskie sprawozdanie: W kołach spirytystów i okultystów paryskich zawrzała prawdziwa burza. Najlepsze i najsławniejsze "Medium" pani Demange została zdemaskowana. Seanse pani Demange, na które uczęszczali tylko najznakomitsi spirytyści, odbywały się w podziemiach starożytnego kościoła św. Genowefy. Niskie, ciemne, sklepione izby nadawały się jak najlepiej do tego zawierania stosunków z duchami zmaterializowanemi, toteż na seansach działy się prawdziwe cuda. Na seansie, który się odbył w zeszłym tygodniu, wywołano ducha Chlodwiga. Duch poruszał ciężkie ławy, stukał, rzucał różne przedmioty, zjawił się również w postaci świecącego cienia na tle sąsiedniej izby ciemnej, i na koniec zaczął dotykać obecnych. Ale to właśnie zgubiło "medium." Jeden z obecnych spostrzegł długą trzcinę z miękką gałką, osadzoną na końcu, i złapał ją, a inny złapał nogę — pani Demange, manewrującą pod blatem stołu. Powstał ogromny hałas i zamieszanie. "Medium" wyparło się wszystkiego; więc zaproponowano seans sprawdzający. Pani Demange po długim oporze musiała się zgodzić. Posadzono ją na krześle i związano ręce i nogi. Wszystkie nogi od krzeseł i stołów określono dokoła kredą, ażeby sprawdzić przesuwanie się tych przedmiotów i rozpoczęto seans. Pani Demange drżała, dostała nawet konwulsji, ale pomimo wszystkich wysiłków, które trwały prawie godzinę, żaden duch się nie zjawił. Po 20 minutach odpoczynku, powtórzono próbę, również na próżno. Na drugi dzień p. Demange zniknęła ze swego wspaniałego mieszkania przy rue d'Auber i już nie pokazała się wcale!"

Niech to i tyle wystarczy na dziś. Nie, bo przychodzą mi na pamięć jeszcze dwa wypadki. W czasie wojny światowej w Krakowie Austriacy uwięzili pewnego profesora, który w Boga nie wierzył, ale za spirytyzmem przepadał. Kiedy odwiedzała go żona, dobra i bogobojna, pocieszał ją, mówiąc: "Nie bój się o mnie; nic mi nie będzie; o ttm zapewniły mnie duchy." — Nie, nic mu się nie stało, tylko Austriacy go powiesili. Poza tym nic więcej! A przecież powieszenie to tylko —- fraszka! — Pewna pani, ogromnie postępowa, rozchorowała się. Zamiast posłać po księdza, zawołała medium. Za jego pośrednictwem dowiedziała się, że przejdzie kryzys. Uwierzyła. I przeszła z tego świata na drugi, bez Spowiedzi św. i bez ostatnich Sakramentów św. — W przyszłą niedzielę powrócę do dalszej rozprawy, nad ta zabawką nowoczesnych, niedowiarków. Postaram się, o ile można, podać Wam, tłumaczenie niebezpiecznego spirytyzmu.