WIERZYĆ LUB NIE WIERZYĆ? - pogadanka o. Justyna z 20.10.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalny Jezus Chrystus!

Chwila obecna jest dla mnie ważna i nadzwyczajna: bo jest początkiem nowej serii programów radiowych Godziny Różańcowej, i ponieważ jest triumfem nad licznymi trudami, oraz zwycięstwem sprawy dobrej, poparcia wszystkich godnej. Ten jedyny program radiołańcuchowy, nadawany w języku polskim, jest wam znany od szeregu lat. Nadawany był, jest i będzie nie dla korzyści materialnych. O tym mowy nie ma, i być nie może! Cel Godziny Różańcowej jest nauczać, do dobrego zachęcać, na zło wskazywać i gromić, co chwalebne chwalić; słowem, wyrabiać was na lepszych obywateli Stanów Zjednoczonych, zarazem nie pozwalając, abyście zapominali, że pochodzicie z rodu rycerskiego i bohaterskiego; że ani wasi ojcowie, ani wy, nie jesteście gorsi i niżsi od innych narodowości; owszem wpajać w umysły wasze pewną dumę i zadowolenie, że chociaż biedni w dobra ziemskie i materialne, bogaci jesteście w dary umysłowe i duchowe. Aby już na wstępie zapobiec pewnym nieporozumieniom i niepotrzebnym zarzutom, robię następujące uwagi:
1. Jestem księdzem rzymskokatolickim i zakonnikiem Zakonu Św. Ojca Franciszka, Braci Mniejszych Konwentualnych.
2. Należę do Diecezji Buffalowskiej, której głową jest Najprzewielebniejszego Ks. Biskup Wilhelm Turner.
3. Program ten nadawany jest za wiedzą i z pozwoleniem władzy kościelnej.
4. Za wszystko jestem odpowiedzialnym mojemu Biskupowi, a nikomu innemu.
5. Mam pełne zaufanie moich Przełożonych, to mi wystarczy, aby wszystkim mówić prawdę, bez obawy.
6. Program nasz nie jest ani finansowany, ani wspomagany przez żadną organizację narodową lub kościelną. Zależy wyłącznie od dobrej woli i współpracy naszych słuchaczy i przyjaciół.
7. Tak w przemowach, jako też w odpowiedziach nie mam najmniejszego zamiaru ubliżyć lub obrazić jakąkolwiek cząstkę narodowości lub wyznania, lecz też nigdy nie pozwolę na urąganie mej narodowości i mojemu Kościołowi. Stanę otwarcie i śmiało w obronie mego pochodzenia i mego wyznania, nie zważając na wycieczki przeciw mej osobie.
8. Proszę o krytykę konstruktywną i szczerą, taką, chociaż może nieprzyjemna, zawsze będzie przyjęta; na inną zważać nie będę.
9. Proszę o cierpliwość w oczekiwaniu odpowiedzi na nadesłane pytania. O ile możności, postaram się odpowiedzieć jak najprędzej. Odpowiedź lub nieodpowiedź zależeć będzie tak od pytania, jako też od pytającego.
10. W listach proszę nie wstydzić się swego prawdziwego nazwiska, a w dodatku nie zapominać podać swego adresu. Przyczyny tej prośby są jasne i ważne!
Słuchaczy proszę tylko o sprawiedliwość i cierpliwość. Może nieraz użyję słów cierpkich i wyrażeń nieco ostrych. To już trudno! Powtarzam jednak raz jeszcze: mówić będę szczerze, otwarcie i serdecznie; z miłością w sercu dla wszystkich; z prawdą na ustach we wszystkim; z krzyżem w ręku przed wszystkimi. Po tych uwagach, przystępuję do pierwszej mowy, której tytuł jest pytaniem:

WIERZYĆ LUB NIE WIERZYĆ?

Jestem silnie przekonany, że niejeden z moich słuchaczy, już w tej chwili wzdryga ramionami, pusty uśmieszek politowania przebiega po jego twarzy, a usta szepcą: no, znowu kazanko, co? Proszę poczekać nieco! To nie kazanie, ani nauka. Tylko taka prosta i serdeczna pogadanka. Posłuchajcie. Przypomną się Wam, albo przejścia wasze osobiste, albo przejścia waszych ojców i matek, o których wam, może nieraz opowiadali ze łzą w oczach i z pewną tkliwością na ustach. Chociaż dla mnie, już to stara powiastka, jednak jeszcze zawsze poniekąd nowa, rzewliwa i interesująca! Na pokładzie okrętu wyjeżdżającego z portu nowojorskiego, stoi mężczyzna, trzydziestoletni, wysoki, ogorzały, kościsty – o twarzy dziwnie spokojnej, prawie surowej. Pod wyraźnie zarysowanymi brwiami, błyszczały oczy spokojne, głęboko osadzone, o połysku stalowym, śmiałe, wyzywające, dumne – oczy człowieka silnego i mądrego zarazem, dla którego życie i walka były żywiołem. Spokojnie, prawie twardo spoglądał na niknący w oddali Nowy Jork. Słońce poranne przedarło się przez mgły i złotem swoich promieni zalało spokojne fale, lekko rozkołysane. Uśmiechnął się do tych ciepłych promieni i szepnął do siebie: - tak samo jak ongiś, jak przed laty osiemnastu, gdym do tych brzegów przypłynął, jako oberwaniec… Tak samo jest dziś. – Zapatrzył się daleko przed siebie, a w myślach stanęła mu jego własna młodość, jego lata chłopięce – cała przeszłość życia spędzonego w tej dziwnej ziemi. Pamięta wszystko dobrze, jakby się to działo wczoraj. Nic nie zapomniał, nic nie uronił – wszystko zabrał ze sobą na wieczne czasy i wiezie do ojczyzny swojej. Przed osiemnastu laty przywiózł go do tych brzegów innych statek. Jechał jako pasażer międzypokładu, jako jedno z bydląt roboczych, przeznaczonych na wywóz za granicę. Był wtedy biednym studentem. Nędza wypędziła go za morze, w obcość! Wylądował w Nowym Jorku, z jednym dolarem w kieszeni. Tak. Pamięta wszystko – dobrze pamięta… Pracował w porcie, jako wyładowywacz cementu. Toczył ciężkie beczki, po czterysta funtów każda. Ranił ręce o gwoździe i drzazgi wystające z poszarpanych dęgów! To go wtedy bolało, bardzo bolało. Potem przyszedł głód. Przypomniał sobie, że gdy głodny i obdarty siadywał w porcie, tuż obok sławnego na cały świat akwarium i grzał od słońca swoje wynędzniałe ciało. Tak. To było też w tym mieście. A potem przyszły dni strasznej próby. W tawernach portowych posługiwał, aby nie zginąć z głodu. Żył jak pies bezpański, żerujący na śmietnikach wielkomiejskich. Kopało go życie na każdym kroku. Jego marzenie o wolności i swobodnym życiu zdeptała brutalnie twarda rzeczywistość. Dwa lata żył w męce na bruku tego miasta. Na buforach towarowego pociągu uciekł z tego piekła, gdzie za złoto dusze można kupić. W przytułku dla włóczęgów sypiał, wśród pospolitej bandy opryszków: „trampów” i zbrodniarzy. Przecież to wszystko było „wczoraj” – dopiero „wczoraj”. Jak film przeciwny stanęła mu przed oczyma cała jego przeszłość! Przed osiemnastu laty żegnała go matka, wyprawiając w świat, za morze dalekie, do ziemi obcej, aby sobie wywalczył nową, lepszą dolę. Ojca prawie nie pamiętał. Matka była mu wszystkim. Dla niego pracowała, sterała siły i już dłużej nie mogła podołać zadaniu! Zebrała resztki pieniędzy, aby on, jej syn, mógł o własnych siłach brać się za bary z losem, i – zwyciężyć – na obcej ziemi. W cichy majowy wieczór, przycisnęła go do piersi i całowała, w usta, w oczy, w czoło, szepcąc jakieś rodzinne zaklęcia. – Jeno mi ty wróć, synu, jeno mi wróć… Pamiętaj! Ojciec był dzielnym człowiekiem… Dziad twój w powstaniu przepadł… Pamiętaj kim jesteś, zawsze pamiętaj… O sercu pamiętaj! O Bogu pamiętaj! – Te matczyne pocałunki Niewiarski zawsze czuł na swej twarzy i matka była dla niego jedyną istotą na ziemi, którą prawdziwie kochał. Wyjechał. Pamięta jeszcze dziś miarowy stukot kół kolejowych i nazwy wywołanych stacji. Wtulony w narożnik wagonu, tępym wzrokiem bezradnego i zalęknionego, patrzył na krajobrazy i na ludzi spotykanych. W płóciennym woreczku umieszczonym na piersiach, wiózł cały swój majątek – krwawicę matki! To mu musiało starczyć na podróż okrętem i otworzyć bramy raju. Lękliwie dotykał przez ubranie swojego skarbu, badając, czy go nie zgubił. Po dwudziestu kilku godzinach dobił nareszcie do miasta portowego. Potem przyszedł odjazd! Po raz pierwszy widział wtedy ocean. Na okręcie, którym podówczas płynął, jako pasażer międzypokładu, kłębił się różnobarwny tłum emigrantów – Polaków, Słowaków, Rusinów, Chorwatów i Słoweńców. Wszyscy byli brudni, bezradni i strasznie przemęczeni. Marynarze przeganiali ich, jak bydło – krzyczeli, wymyślali i popychali. Wpatrzony w przyszłość – z błyskawiczną szybkością przerzucał w myślach obrazy. Nowy Jork pamiętać będzie po wszystkie czasy, jak długo duch ludzki żyje. Nie zapomni tego miasta nigdy. Tam przeszedł pierwszą nadludzką szkołę życia, tam mu zabrano wszystkie sny młodzieńcze; tam go nędza odarła nielitościwie z wiary w dobro i w cnotę, i puściła w świat, jako twardego, stalowego człowieka. Potem przyszły dnie potężnej walki z losem. Nadludzkim wysiłkiem woli zdobył to, co chciał. Jako prosty robotnik pracował w walcowni żelaza, a ucząc się nocami doszedł do tego, że w pięciu latach otrzymał dyplom inżyniera. Wszystko co zdobył, zawdzięczał tylko sobie, nikt mu nie pomagał, nikogo o nic nie prosił, wszystko się kryło w jego nadludzkiej woli. Szedł przez życie twardo, uparcie i nieustępliwie. Chociaż nie miał zwyczaju oglądania się poza siebie, w przeszłość, bo wierzył, że prawdę i przyszłość kryje w sobie dzień dzisiejszy. Obecnie wracał do Ojczyzny i to go widocznie tak dziwnie nastroiło duchowo. Robił bezwiednie rachunek sumienia ze swojego życia i dlatego cofał się w przeszłość. Poza pracą nie uznawał niczego. Twardym był jak stal. Świat miłości żywej, świat wiary w inne życie, lepsze i piękniejsze, był mu obcym. Litość, miłość i wiarę uważał za objawy słabości, za podpory potrzebne niedołęgom życiowym! Po dziesięciodniowej podróży, nasz przyjaciel stał przy drzwiach domku rodzinnego. Matka, w milczeniu, bez słów, tuliła go do siebie. Poczuł łzy na twarzy i coś się w nim załamało. Całował matkę bez pamięci i szeptał słowa bez związku. Wreszcie spojrzał na matkę. Postarzała się bardzo przez te osiemnaście lat. Włosy jej posiwiały, twarz poorały zmarszczki, a lata pochyliły ku ziemi. Wzruszony serdecznie, patrzył na matkę – pił jej radość i miłość macierzyńską, po raz pierwszy od wielu lat odczuwając ciepło domu rodzinnego. Na twarzy staruszki ukazały się rumieńce radości, a oczy jej płonęły ogniem wewnętrznym. – Opowiadaj mi teraz o sobie. Musiało ci ciężko być samemu na szerokim świecie, szczególnie w początkach, zanim przywykłeś? – Tak. Trochę było ciężko, ale pamiętałem, mamo, twoje nauki, że należy liczyć tylko na swoje własne siły i nigdy nie zapominać, kim się jest. – I na Boga, synu, trzeba liczyć, na Boga, też… - Wolałem liczyć na siebie – rzekł z uśmiechem – i dobrze na tym wyszedłem. – Nie rozumiem cię. – To zupełnie proste. Nowoczesny świat nie uznaje, matko, sentymentów, złożył je do rekwizytorni starych rupieci. Rozum i siła woli, to nowoczesny Bóg, którego świat ceni. – Więc tak, bez Boga?... – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Daruj mi mamo, że na ten temat zakończymy rozmowę. Mnie wychował inny świat, a ciebie inny. Przebacz, ale nie mówmy o tym. Staruszka westchnęła cicho. Nie pytała już o nic. Zrozumiała wszystko. Rozmowa się nie kleiła. Pożegnał matkę na dobranoc i poszedł do swego pokoju. Spać mu się nie chciało. Długo w noc siedział przy oknie i spoglądał na wędrówkę księżyca po niebie. Tej nocy i staruszka nie mogła zasnąć. Długo rozmyślała. Gubiła się we wspomnieniach i myślach, które jej skołataną latami głowę obległy. – Syn wrócił…. – mój syn wrócił – szeptała cicho – ale to już nie mój syn… to jakiś inny, obcy człowiek…. Czas mi już odejść z tego świata. Na niego przecież tylko czekałam – na niego… Aby mi oczy zamknął, na cmentarz odprowadził i do grobu rodzinnego złożył, obok swego ojca… Powiem na tamtym świecie mężowi i powiem Bogu, że to nie moja wina, nie moja… Chciałam, aby był mądry, wielki i silny, aby ród nasz przez niego się odrodził – przez mojego syna… Nie dozwolił Bóg, nie moja wina… Szeptała długo, sama do siebie, aż tknięta jakąś myślą, z wielkim wysiłkiem zwlokła się z posłania, zapaliła czerwoną lampkę przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i padłszy na kolana, poczęła się modlić długo i żarliwie. – Nie mnie, Matko Najświętsza – nie mnie daj szczęście, ale synowi mojemu… Ja tego, o Matko Chrystusowa, nie rozumiem, co się z nim stało… ale czuję, że syn mój nie wierzy… nie wierzy… Daj światło jego duszy, daj prawdę żywą… Blady świt wyłonił się na szczycie pobliskiej góry, a starowina jeszcze szeptała słowa modlitwy. – Tak opisuje nam powrót Polaka do wioski rodzinnej Józef Przewłocki! W tym opisie znajdujemy coś, co zauważyć możemy tu pomiędzy nami, w sercach naszych. To coś jest nic innego jak, że pewni nie uznają sentymentów, złożyli je do depozytorni starych rupieci. U nich rozum i siła woli, to nowoczesny Bóg. – Dziś ludzie tak myślący i tak głośno rozprawiający to już nie wyjątek. Coraz liczniejsi i coraz śmielsi. Czy pomiędzy wami, którzy w tej chwili wsłuchujecie się w mój głos, nie ma takich, którym Bóg zdaje się coś zbytecznego i niepotrzebnego? Że Bóg to wymysł księży; że Bóg to istota zmyślona, aby straszyć naiwnych prostaków; że Bóg możebnie przyda się, w ostateczności, biednym, utrapionym, niewykształconym, ale nigdy człowiekowi wykształconemu, lub zamożnemu, albo szczycącemu się pochodzeniem i rodem!

Posłuchaj mnie, mój drogi! Niech i ja przypomnę tobie chwilę, jeśli już może nie najważniejszą, to przynajmniej nieco ważną w życiu twoim. Chwilę, kiedyś tam w dalekiej Polsce, w maleńkiej wiosce, lata i lata temu, żegnał twoich rodziców, ojca i matkę, których żeś może już więcej nie wiedział. Słyszałeś od krewnych lub znajomych, którzy przed tobą wyjechali do Ameryki, że tu istnieje wolność mowy i wyznania; że tu każdy, o ile tylko zechce, ciężką pracą i oszczędnością może nie tylko żyć wygodnie i swobodnie, lecz dorobić się majątku i zabezpieczyć sobie spokojną starość i swoim dzieciom dać do ręki broń dla wywalczenia sobie bytu na równi z innymi. Po odmowach proboszcza, rodziców i przyjaciół, postanowiłeś wreszcie wyjechać. Przypomnij sobie chwilę pożegnania. W tej chwili tak smutnej, a zarazem tak uroczystej, po odbytej spowiedzi św., po przyjęciu Komunii św., obstąpiła cię rodzina cała. Dla ciebie był to nieomal koniec świata. Ostatnie przestrogi, ostatnie uściśnięcia, ostatnie pocałunki. Słuchaj słów twego ojca, który połykając łzy, ciepłe i gorzkie, mówił: „
Synu, bądź uczciwym, nie plam naszego nazwiska; czyste ono dotychczas jak łza dziecka, pamiętaj zawsze i wszędzie, bądź dobrym Polakiem i dobrym katolikiem!”. Pamiętasz też jak mówiła matka twoja? Może zapomniałeś? Chętnie przypominam tobie. Wśród bolesnego łkania, ani słowa z początku wyrzec nie mogła. Na szyję zawiesiła ci szkaplerz; albo do ręki wcisnęła medalik, albo książeczkę do nabożeństwa. I tobie oczy łzami zachodziły. Zdawało ci się, że serce pęknie z boleści, albo rozsadzi żałość piersi. Nie wiedziałeś już co się działo. Klęknąłeś. Uścisnąłeś ojcu i matce kolana. Ojciec nad głową poważnie nakreślił znak krzyża; matka na czole złożyła gorący pocałunek, szepcząc: „Pamiętaj, wierz w Boga i miej serce dla ludzi”. Teraz, po tylu latach pytam się ciebie: Czy zawsze pamiętałeś i czy jeszcze po dziś dzień pamiętasz tę prośbę zacnego ojca i dobrotliwej matki? Ja nie wiem, ty jednak wiesz! Przynajmniej wiedzieć powinieneś. Wam zaś, którzy już tu zrodzeni, tu wychowani, wśród otoczenia dziwacznego, bo zimnego, obojętnego, i goniącego jedynie za sprawami materialnymi, szydzącego otwarcie z cnoty – duszy i wiary, co wy mi odpowiecie na pytanie: „Wierzyć lub nie wierzyć?”

Zapomnieliście o przyrzeczeniu danym umierającemu ojcu lub konającej matce? Nie mam zamiaru rozbierać tej sceny żałosnej i odnawiać ran głębokich, sercom waszym zadanych, w tej chwili, kiedy nieomal ostatnim tchem, głosem przerywanym bólem i westchnieniami, rodzic mówił do was: „Dzieci, nigdy o Bogu nie zapominajcie i w zgodzie żyjcie. Do widzenia – w niebie!” – Czy może w tej chwili, kiedy do was przemawiam, tam u stóp tronu Stwórcy – Pana i Sędziego, nie klęczy wasz ojciec, lub matka wasza i żali się na niepamięć i niedbałość waszą. Czy może nie szepce, szlochając: „Boże, to już nie moje dziecko! To jakiś inny, obcy człowiek. Kiedy ze świata odchodziłam, obiecywał i przysięgał! Prawda: oczy mi zamknął, na cmentarz odprowadził i do grobu rodzinnego złożył. Wkrótce jednak, goniąc za chlebem codziennym, patrząc na otoczenie, uważając na opinię światowców, zapomniał o duszy, o Bogu! Boże miłosierny i litościwy nie moja wina, nie moja. Chciałam, o jak chciałam, aby przez dziecko moje odrodziły się cnoty Boskie i staropolskie. Wiara i Miłość. Bóg nie dozwolił, nie moja wina. Nie rozumiem, co się stało z moim dzieckiem. Czuję jednak, że dziecko moje nie wierzy… nie wierzy… Daj Boże światło rozumowi i duszy jego! … daj prawdę… daj wiarę żywą!”

Na zakończenie, w dodatku, raz jeszcze rzucam wszystkim bez wyjątku, pytanie: „Wierzyć lub nie wierzyć?”