WOLNOŚĆ CZY SWAWOLA - pogadanka o. Justyna z 17.11.1935 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

W miesiącu wrześniu, na rozkaz lekarza, wyjechałam do Południowej Ameryki na dwutygodniowy odpoczynek. I nie żałułę, żem usłuchał lekarza. Widziałem, mogę śmiało powiedzieć cuda natury. Kraje, które musiały być wzorowane na pierwotnym raju ziemskim. Widziałem rozmaite narody i sposoby życia, zachowania i prowadzenia się. Wszystko to mnie ogromnie interesowało. Na okręcie też spotkałem bardzo ciekawe typy i okazy ludzkości. Pomijam na razie inne, i wybieram tylko jeden, młodzież naszych czasów. Spotykałem tak młodzieńców jako też i panny. Przebywałem z nimi osiemnaście dni. Z ich zachowania i mów, przekonałem się że szukają czegoś, gonią za czemś, pragną czegoś. Niezadowoleni życiem jednostajnym, regularnem, tak zwanym szarym, baczą tylko na coś poza tym. Wrażenia, wrażenia i raz jeszcze wrażenia. Nie widzą żadnej radości i uciechy w życiu codziennym. Chciwie przeglądają magazyny opisujące życie gwiazd teatralnych; zatapiają się w opisach morderstw i zabójstw. Gangsterzy i wykradacze dzieci, to bohaterowie pierwszej klasy. Samobójcy to ludzie charakteru i odwagi. Każdy występek, to skutek sprytu i obrotności. Opisuje tylko to com widział i słyszał. Przy kieliszeczku likieru, przy szklance "cock-tailu" toczy się rozmowa o tych i podobnych sprawach. Ta to jest młoda mężatka; po roku pożycia małżeńskiego, życie się już sprzykrzyło. Zostawiła męża w domu, jedzie na wakacje. Po powrocie zobaczy, jeśli nie zmieni zapatrywania, pójdzie po rozwód, bo życie małżeńskie to tak nudne, tak nieprzyjemne i tak niesmaczne. Tamta, nie mogła wytrzymać w domu, bo to życie bez towarzystwa i bez kompanii. Dostała rozstroju nerwów. Ona musi mieć zawsze coś nowego, coś nadzwyczajnego, a wiec jedzie na wrażenia. Tamta, to dziecko jeszcze wiekiem, ale czego ona nie wie o życiu? To rewolucjonistka w pełnym znaczeniu słowa. Sprawy, zajęcia i obowiązki życia codziennego, to wszystko co do czasów naszych, było normalne, uświęcone prawem Bożem i naturalnym, wcale nie przemawia do niej, nie pociąga ją. To wszystko bezwartościowe, przeżyte, nieodpowiednie. Biedna rozczarowana istota. Druga, z powołania nauczycielka, studiuje jakąś nowoczesną psychologię. Szuka znaków duszy. Szuka jej jako cząstkę materialną. Mówi i zachowuje się jak garść nerwów. Nienasycona, niezadowolona i niespokojna. Taki tryb życia powoli i stopniowo zamienia ją w histeryczkę. Rzuca się więc na wszystko, co w jej mniemaniu mogłoby być jej pomocnym do zaspokojenia umysłu i serca. Mówię do niej o duszy, a ona: A kto duszę widział? Wspominam o Bogu, a ona twierdzi, że Bóg to bajka. Mówię o uczciwości, a ona odpowiada, że to wszystko to nic innego, jak: "Blah — Hokum - and Bunk". Czy więc dziw, że takie histeryczne umysły, takie histeryczne serca, mają histeryczne zapatrywania i histeryczne zachcianki, a wiec prowadzą histeryczne życia?

Jeszcze jeden typ. Przybliża się do mnie młodzieniec: to typ amerykańskiego inteligenta. Jest to profesor w jednym z dobrze znanych uniwersytetów. Z mowy poznaje, że z tego okazu ludzkości płynie gorycz i zgryźliwość. Tacy jak on i jemu podobni w umysły młodociane, wszczepiają zasady nowoczesnej moralności. Ze źródła zatrutego płynąć może tylko woda trująca. Mówi, że życie ludzkie nie ma nic w sobie, co by go mogło wzruszyć, co by mogło do niego przemówić. Wskazuję mu na bohaterów i bohaterki poświecęnia i ofiary, w cierpieniach, boleściach i miłości. Tłumaczy mi, że to ludzie anormalni, idealiści i poeci. Życie ludzkie to próżnia bezdenna. Idealne zakończenie tego życia to — samobójstwo. Kończąc mówi: "Zażyć kilka pigułek trucizny, i jedną ręka trzymając się dźwigni wystającej nad morze, drugą ręką przyłożyć lufę rewolwera do prawego ucha i palnąć sobie w łeb. Tyle jest warte życie ludzkie." Takie dziś są poglądy na życie ludzkie. Dalszych szczegółów posłuchajcie w mowie:

WOLNOŚĆ CZY SWAWOLA?

Listy, które są mi nadsyłane, są prawdziwym zwierciadłem, w którym odbija się dusza piszących; z listów poznać możemy charakter, usposobienie, zachcianki i dążenia serc ludzkich. Proszę więc posłuchać, bo są to wynurzenia serc niespokojnych i niezadowolonych; są to szczere spowiedzi umysłów wzburzonych i sięgających po jakieś owoce zakazane, które powierzchownie i na oko są śliczne i błyszczące — obiecujące pokarm zdrowy, a w rzeczywistości to nic innego jak trucizna, najpierw osłabiająca umysł i serce, zostawiająca przesyt i niezadowolenie. Słowa są słabe, łatwo zapomniane. Otóż przykłady z życia codziennego.

"Mam lat dziewiętnaście. Na rodziców dotychczas nie mogłam narzekać. Starali się dać mi wszystko. Dali mnie kształcić, mam dobre pomieszkanie. Rodzice jednak moi to starokrajscy, i jeszcze dziś chcą mnie chować jak oni byli chowani w starym kraju. Nie chcą rozumieć że tu Ameryka, że są inne czasy, i że mamy inne zwyczaje jak w Europie. Co chcę powiedzieć to jest, że moi rodzice są za surowi. Obchodzą się ze mną jak z małym dzieckiem. Mam dobrą robotę ofisową. Wieczorami chciałabym iść na rozrywkę, jak inne dziewczęta robią, aby zapomnieć o pracy. Oni zawsze mi kazania prawią, że powinnam wieczorami odpocząć, aby mieć dosyć siły do pracy. Jeśli pozwolą mi gdzie iść to muszę o północy wracać, a jeśli się spóźnię to najpierw musze się tłumaczyć, a potem ojciec mi nie wierzy i krzyczy. Chciałam, aby ojciec dał mi klucz od domu, lecz o tym nie chce słyszeć. Na ofisie poznałam się z mężczyzną; prawda nie jest ani Polak ani katolik, ale za to bardzo grzeczny i dobrze wychowany. Ma 45 lat. Prosił mnie abym pojechała z nim na zabawę albo kolację, bo ma własny automobil. Rodzice mi za to nawymyślali, ażem się spłakała. Na ofisie wyśmiewają się ze mnie ze trzymam się fartuszka mamy, że jestem "bejbisiem," bo nie mogę sobie dać rady. Nieraz po godzinach ofisowych idę z tym mężczyzną na kolację, a rodzicom muszę powiedzieć, że pracuję dłużej. Niech O. Justyn powie mi, czy rodzice mają prawo, aby mi odmówić, abym wieczorami nie wychodziła? Abym w domu siedziała jak niewolnica? Czemu innym wolno używać na balach i zabawach, a mnie nie? Przecież tylko raz się żyje. Zawsze młodą nie będę. Przedtem byłam wesoła i szczęśliwa, a teraz chodzę jak nieswoja i nie mam chęci do roboty."

W tym liście odzywa się dusza młodzieży amerykańskiej polskiego pochodzenia. Tej naszej młodzieży, wydaje się że rodzice, to jeżeli już nie kaci, to przynajmniej ciemiężyciele własnych dzieci; że rodzice, to zacofańcy, którzy nic nie wiedza i nic nie rozumieją; że rodzice, nie mają, najmniejszego prawa ani wskazywać, ani radzić, a tym bardziej nie mają prawa nakazywać lub zakazywać! Ta nasza młodzież zgadza się tylko na jedno, że rodzice mają wiele obowiązków względem dzieci, lecz nie mają i mieć nie mogą najmniejszego prawa do dzieci. Te zapatrywania wzrastającego pokolenia, same w sobie, fałszywe i niesprawiedliwe, znajdują uznanie i pochwałę, w nauce neopogańskiej, która sprzeciwia się nie tylko nauce Bożej, lecz i zasadom i prawom natury. Stąd porządek Boży, a więc i naturalny, nie tylko że cierpi, lecz bywa obalony i zniszczony. Kiedyś, w czasach w których jeszcze Boga miano przed oczyma, a prawa Boże były w poszanowaniu, rodzice, w oczach dzieci, byli zastępcami samego Boga, byli widzialnymi aniołami stróżami; dom rodzinny był małym państwem, w którym ojciec był królem, a matka — królową; w którym dzieci były poddanymi, a nawet sługami. Tak było kiedyś; dziś, niestety tak nie jest. Dzieci, bezprawnie i przemocą wdarły się na tron przeznaczony dla rodziców, i natarczywie nalegają, aby ojciec i matka zginali przed nimi kolana i bili im pokłony; dzieci posunęły się dalej, wzięły do ręki tablice z przykazaniami Bożymi i nie tylko skreśliły, lecz kompletnie wymazały czwarte przykazanie Boskie: "czcij ojca twego i matkę twoją," a świętokradzką ręką i śmiałymi zgłoskami wypisały: "rodzice czcijcie syna
waszego i córkę waszą", abyście stali się pośmiewiskiem i spędzili życie wasze w płaczach i narzekaniach, a starość waszą spędzili w przytułkach i w końcu, zamknęli oczy na śmietniskach publicznych. Kiedyś rodzice rozkazywali, a dzieci słuchały- nietylko słuchały, lecz rozkazy wypełniały. Dziś dzieci nie tylko rozkazy rodzicielskie przetrząsają i przebierają, lecz buntują się i wołają: "Słuchać nie będziemy. Co to za jedni ci rodzice nasi, skąd mają prawo rozkazywania? Nie znamy ni ojca ni matki, nie uznajemy ich praw, słuchać me będziemy!". Kiedyś, dzieci klękały, całowały dłonie rodzicielskie i prosiły o rzeczy potrzebne. Dziś, bez opowiedzenia kupują same na własną rękę, albo mówią: "Ja muszę mieć to lub to!" — A jeśli zdarzają się wtenczas wypadki smutne i przykre. Gniewy, złości i przekleństwa. Kiedyś, istniał ojciec i matka; znane były słowa; "tatuś i mamusia," albo przynajmniej wyrazy: "tato i mama". Dziś te miana usunięto nie tylko z mowy potocznej, lecz nawet jakieś stowarzyszenie bezbożne i neo-pogańskie, agituje za usunięciem takowych ze wszystkich słowników. Dziś słyszy się tylko takie wyrażenia ironiczne i bezduszne jak "the old man" i "the old woman"! Dziś pierwszy lepszy wyrostek staje w oczy rodzicom i mówi zuchwale: "Kto was prosił, abyście mnie w świat wprowadzili? Czy ja was prosiłem, abyście mi życie dali? A więc ja mam prawa do was i do wszystkiego co macie. Wy zaś względem mnie macie tylko obowiązki, nic więcej"! -

Po tym wstępie chociaż niemiłym, a jednak odpowiadającym rzeczywistości, przychodzę do odpowiedzi autorce listu: Sama przyznajesz, że do lat dziewiętnastu, nie miałaś żadnego powodu, aby narzekać na rodziców, bo nie tylko dali ci jeść i nie tylko okryli cię, a więc starali się o twoją wygodę w rzeczach materialnych, ale zrobili nieco więcej, postarali się abyś miała w ręku odpowiednią i nowoczesną broń, to jest wykształcenie, abyś mogła wywalczyć sobie pewniejszy i smaczniejszy kęs chleba. Czy za tę staranność i dbałość nie zasługują sobie na twoja wdzięczność? Masz pieska w domu, dajesz mu żreć, głaszczesz go, mówisz do niego głosem przytłumionym. Patrz on się tobie łasi, jak się cieszy kiedy do domu przychodzisz, skacze, skomli i szczeka, a nieraz ręce ci liże z wdzięczności za twoją dobroć! Czy zaś ty, mniej serca okażesz twoim rodzicom za lata opieki, starania, czuwania i poświęcenia się nad twoją osobą i nad twoim losem? Bezrozumny zwierz zachowuje prawo natury, a człowiek rozumny nie zachowa nakazu Boskiego? W stanowym więzieniu Attica, pomiędzy blisko dwoma tysiącami rozmaitych przestępców prawa, jest jeden, który wykształceniem i ogładą manierów, powinienby i mógłby zajmować najwyższe stanowisko w naszym społeczeństwie. A jednak dziś na nim szary mundur wyrzutka społeczeństwa, i zamiast nazwiska nosi tylko — numer. Znam go osobiście. Często go odwiedzam. Złamany duchowo i fizycznie. Posłuchaj co mówi do mnie: "Miałem wszystko tak od Boga, jak od rodziców, i co mi dziś z tego? Nadużywałem darów Bożych i dobroci moich rodziców, a szczególnie mojej matki. Lekceważyłem sobie ich prośby, a gardziłem ich radami. Z troski o mnie, matka przedwcześnie do grobu poszła, a ojciec z rozpaczy rzucił na mnie przekleństwo ojcowskie, a ja zacząłem zaniedbywać moje obowiązki, w końcu rozpiłem się, szukałem zapomnienia i rozrywki wśród szumowin i wyrzutków, i jestem tu za kratami, pierwszy z naszej rodziny. Przeszłość moja jest brudna i splamiona — teraźniejszość niespokojna i rozpaczliwa, przy¬szłość niepewna i żadnego szczęścia mi nie wróżąca. Rodzice myśleli, że będę im pociechą i chwałą, a stałem się ich zgryzotą i hańbą. Ja wiem, że dziś już za późno żałować, lecz myśl o ojcu i matce nie daje mi spokoju"! Taka jest spowiedź, otwarta i szczera więźnia, któremu rodzice niczego nie odmawiali, a on za to odpowiedział im niewdzięcznością i buntem.

Powracam jednak do listu. "Rodzice jednak moi to starokrajscy, i jeszcze dziś chcą mnie chować jak oni byli chowani w starym kraju." Że rodzice twoi są starokrajscy, powinnaś się z tego szczycić i chwalić, a nie narzekać, bo ten starokrajski ojciec i starokrajska matka, z małymi wyjątkami, to wzór godny podziwu i uwielbienia, oraz typ wart naśladowania marka "staro-krajscy" to marka chlubna, szlachetna i wartościowa! Moi rodzice, twoi rodzice i nasi rodzice, urodzeni w starym kraju, mimo braków, wierzyli w Boga, miłowali bliźniego i świecili cnotami, których dziś jest taki brak wśród naszych. Ubodzy w rzeczach materialnych, to prawda, ale ogromnie bogaci w dobrach duchowych. Prostacy tak, ale uczciwi i grzeczni, uprzejmi i gościnni aż do przesady. Ponad wszystko zaś dbający o dobro swej rodziny! Poprzednio sama pisałaś, że dali ci dobry dom i wykształcenie, a teraz narzekasz, że chcą cię chować po starokrajsku? Nie mogę zrozumieć! — A może następne zdanie, nam wytłumaczy nieco dokładniej, gdzie piszesz że "nie chcą zrozumieć że tu Ameryka, że są inne czasy, i że mamy inne zwyczaje jak w Europie". — Dobrze! A więc że tu jest Ameryka, to co? Czy w Ameryce nie obowiązują prawa Boskie i naturalne? Czy w Ameryce nie jest ten sam Bóg co w Europie? Czy może my w Ameryce jesteśmy już tak wyzwoleni, że wszystko jest nam wolno, a nic nie jest nam zakazane? — Prawda, czasy są inne i ludzie są inni. Lecz czy są lepsi, uczciwsi, cnotliwsi i szczęśliwsi? Popatrz się na ich twarze. Co z nich wyczytasz? Niesmak i przesyt; gniew i złośliwość: niechęć i niezadowolenie; niepewność i zniechęcenie; zemsta i rozpacz: nieufność i brak wiary. Posłuchaj, ja w Polsce po wioskach widziałem gromady wieśniaków, biedusów, którzy żyli z dnia na dzień, z ręki do gęby, ale na twarzach malowały się dobroć, spokój i zadowolenie. Widziałem studentów i studentki z Uniwersytetu Jagiellońskiego; biedna to brać szkolna, jak myszka polna, a wesołe i uśmiechnięte jak dzieci milionerów! Widziałem urzędników i mieszczan w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, którzy nie wiedzieli jak związać koniec z końcem, a jednak tak w mowie, jako też w zachowaniu, jakiś dziwny spokój, jakaś niezrozumiała pogoda, miła i pociągająca do tych serc prostych, nie znających obłudy i nieszczerości czasów naszych. I to nie było trzydzieści lub czterdzieści lat temu, tylko przed kilku latami! Naprawdę, że tu są inni ludzie, a tam skąd przyjechali nasi rodzice, też inni! Tylko z tą różnicą, że tam są szczerzy i wierzący, a tu obłudnicy — faryzeusze, ateusze i niedowiarkowie! Piszesz, że twoi rodzice są za surowi i że obchodzą się z tobą jak z małym dzieckiem. Podziękuj Panu Bogu, że masz rodziców, którzy ci za wiele cugli nie popuszczają; że nie pozwalają ci na pierwszą lepszą zachciankę. Wierz mi, że oni najlepiej wiedzą co jest na twoje dobro, a co ci krzywdę może wyrządzić. Ty chociaż już masz lat dziewiętnaście, jesteś ich dzieckiem, powiedziałbym nawet małym dzieckiem i takim w ich oczach pozostaniesz aż do śmierci. To jest wrodzone i naturalne uczucie w sercu każdego dobrego ojca i każdej zacnej matki, dla dziecka swego! I to jest na korzyść i na dobro dziecka, a nie na zgubę i na stratę jego! Słyszałem ja nieraz z ust więźniów, którzy pytani, czemu przypisują, że zeszli na bezdroża i że wdali się w towarzystwa podejrzliwe, jak odpowiadali: "Wina to rodziców, którzy mi na wszystko pozwalali i niczego nie zabraniali! Nigdy mi nie mogli powiedzieć nie, tylko zawsze tak! Robiłem co chciałem, szedłem gdzie mi się podobało, powracałem kiedy chciałem, no i teraz zamiast wolności, znalazłem wiezienie!" Często też przychodzą do mnie matki, które z płaczem proszą, aby wstawić się za ich synami lub córkami, którzy przesiadują po rozmaitych zakładach karnych. Swoje wywody kończą błagalnym argumentem: "Ojcze przecież to moje dziecko bezradne i opuszczone. W oczach innych może być opryszkiem, złodziejem i zbrodniarzem, w oczach moich — to zawsze moje dziecko!"

Tak myślą i mówią rodzice. W ich oczach jesteś istotą bezradną, potrzebującą bezustannej troski, rady i opieki. Patrzą na ciebie okiem, w którym nieraz zakręci się łza tak smutku i bólu, jako też radości i wesela na wspomnienie twoich lat dziecinnych i dlatego chcą cię zawsze otaczać skrzydłami troskliwej opieki, która w twojej młodej i żywej wyobraźni, przybiera widmo niesprawiedliwej surowości! Prawda, masz prawo do wolności, która ma pewne ograniczenia, ale nie do swawoli, która granic nie uznaje! —Żalisz się, że musisz powracać do domu. Czy ty nie widzisz, że to jest jeden z najrozsądniejszych rozkazów i zachowanie tego, przysporzy ci zdrowia, a zaoszczędzi nie tylko wiele wyrzutów sumienia, lecz i obroni cię od wypadków bolesnych i smutnych? Nie wierysz? Czytaj dzienniki, a z nich wyczytasz zdarzenia poniżające i podłe, których ofiarami padają twoje siostry; ile z nich dostaje się w pazury tygrysów i hien w ludzkim ciele? Ile też nie tylko tracą honor i sławę lecz, życie? Noc, zawsze była nieprzyjacielem młodych, dobrych, cnotliwych i niedoświadczonych. Tysiąckroć większym jest wrogiem młodzieży w czasach dzisiejszych. Pod zasłoną ciemności nocnych, przy dźwiękach barbarzyńskiej muzyki, przy drganiach i podskokach małpich i niedźwiedzich, przy obfitym oblewaniu się napitkami rozmaitego gatunku i siły, po wycieczkach w samochodach ciepłych i wygodnych, zaopatrzonych w radioaparaty, po kilku chwilach uciechy i rozrywki, idą nie tylko dni i miesiące, lecz lata i lata żalu, płaczu i rozpaczy. To nic nowego. Czemu jednak ty i inne, nie chcecie korzystać ze smutnych przejść drugich? Czy to potrzebne? Dobrze rodzice czynią, że nie dają ci klucza od domu. Powinni wiedzieć gdzie idziesz, z kim przebywasz, jak się bawisz i kiedy do domu powracasz, a twoim obowiązkiem jest rozkazów rodzicielskich słuchać i je zachować!

Piszesz, żeś zapoznała się z mężczyzną czterdziestopięcioletnim, który chociaż nie jest ani Polakiem ani katolikiem, jest bardzo grzecznym. Po pierwsze, różnica wieku pomiędzy tobą a nim jest za wielka. Ty jesteś w progu życia, a on? Ty jesteś wiosną, a on jesienią! Po drugie, grzeczność wyrachowana, nigdy tobie nie zastąpi, ani polskości ani wiary. Czy może dla wygód i za pieniądze chcesz zaprzedać tak polskość jak i Boga? Ja nigdy nie byłem i dziś po tylu latach, nie jestem zwolennikiem małżeństw mieszanych. Powody moje są liczne i ważne. Tym bardziej, że w naszej rodzinie też zdarzył się taki wypadek, przez który siostra straciła brata, a brat — siostrę! W oczach innonarodowca, pozostaniesz na zawsze: "polack"! Zresztą krew polska jest za czysta, aby ją mieszać z inną; za bohaterska, aby ją poniżać i za święta, aby ją spodlić! - W końcu, czy odsprzedasz Boga, a kupisz sobie męża? Czy pieniądz może ci zastąpić wiarę? Jak wtenczas usprawiedliwisz się przed twoim sumieniem? Bądź przekonana, że ono nie da ci spokoju!

Zresztą posłuchaj: przed dwoma tygodniami przyjechała do Buffalo, dwudziestodwuletnia kobieta. Naturalnie, że Polka. Przed sześciu miesiącami wyszła za nie-Polaka i nie-katolika. Znali się od kilku lat. Też zapoznali się przy pracy, też jej zaimponował grzecznością. Dała się nabrać i uwierzyła mu. Obiecał jej wszystko. Przed ślubem podpisał pożądany dokument, twierdząc że wkrótce da się przechrzcić. Ślub był zawarty w obecności katolickiego księdza! Wszystko poszło składnie i gładko. Od tej chwili, albo raczej od dnia po ślubie dla tej młodej Polki rozpoczęła się droga krzyżowa. Z baranka zamienił się w wilka. Stał się panem, a ją uważał za niewolnicę. Przy pierwszej lepszej okazji, popadał w szalony gniew ziejąc przekleństwa i złorzeczenia! Odgrażał się, że albo pójdzie w świat albo ją zastrzeli jak psa. Drażni go wszystko w domu, po pracy więc zostawia ją samą, a on zdąża do swoich przyjaciół. Żona dowiedziała się, że kilka lat wstecz był posłany do szpitala, na żądanie rodziców, gdzie przez 30 dni władze szpitalne trzymały go pod obserwacją, ponieważ dawał objawy pomieszania zmysłów. Teraz młoda żona obawia się, ażeby w szale gniewu nie rzucił się na nią. — Wobec tego faktu, co ty teraz powiesz? Ja wiem, będziesz dalej twierdziła, że ten którego ty znasz, to nie taki, lecz inny i t. d. Ja tobie odpowiadam: Taki jest on w twoich oczach, które widzą w nim tylko doskonałość. Rozpatrz się zimno i praktycznie. Poradź się starszych, a szczególnie spowiednika i rodziców. Nie kieruj się własnymi zapatrywaniami i własnym niedojrzałym rozumem.

Piszesz, że na ofisie wyśmiewają się z ciebie, że trzymasz się fartuszka mamy, i że jesteś bejbisiem (dzieckiem)! Ja wolałbym trzymać się fartuszka mamy i na zawsze być "bejbisiem," aniżeli trzymać się zasad przewrotnych światowców, i iść za ich namowami, a w końcu zostać wyrzutkiem albo zbrodniarzem. Kto wie czy te na ofisie, nie są pełne złośliwości i zazdrości, kiedy w ten sposób wyrażają się o tobie. Po domach Dobrego Pasterza i w szkołach poprawczych jest sporo, aż za wiele, takich które zamiast trzymać się fartuszka mamy, złapały się fartuszka swoich towarzyszek i nie zważając na przestrogi, a gardząc radami rodziców, padły tak ciężko i boleśnie, że płakać będą po wszystkie dni życia. Kiedy jesteś młoda i zdrowa, wszędzie znajdziesz radców i adwokatów, przyjaznych i opiekunów. Młodość twoja, pamiętać musisz, szybko minie; zdrowie też jest niepewne, łatwo je można utracić, a wtenczas, gdzie będą twoi radcy, adwokaci, obrońcy i przyjaciele? Daremnie będziesz się za nimi oglądała i szukała! Do kogo pójdziesz z prośbą o pomoc? Czy wtenczas upokorzysz się i zwrócisz swój błagalny wzrok w stronę ojca i matki, którymi kiedyś wzgardziłaś i którychś porzuciła? Nie narzekaj, że jesteś jakąś niewolnicą, przecież rodzice pozwalają ci się zabawić, nalegają jedynie abyś o północy powróciła do domu. Zresztą lepiej być niewolnicą w progach rodzicielskich, aniżeli swawolnicą w objęciach pozornie przychylnych i przyjaciół. Prawda, raz się tylko żyje, a więc żyć trzeba rozumnie, umiejętnie i wstrzemięźliwie, a więc trzeba żyć, a nie nadużywać! Dzisiejsze bale i zabawy, nie są odpowiednią szkołą do życia. Są jednak szkołą zepsucia, rozluźnienia i utraty zdrowia moralnego i fizycznego. — Jeśli nie wierzysz, idź do pierwszej lepszej stacji policyjnej, albo idź na sąd małoletnich. Zdziwisz się co tam zobaczysz i usłyszysz. Czternaste i piętnastoletnie ofiary sal tanecznych; ofiary które też kiedyś myślały tak jak ty dziś myślisz, że są młode, że raz tylko się żyje, że są niewolnicami, że trzeba się bawić, póki służą lata! Dziś stoją przed sędzią, opowiadają swoje smutne histore i płaczą. Obok stoją rodzice, ojciec i matka też — płaczą. Ofiary to nadużycia i swawoli!

Gdybym w tej chwili, miał przed sobą, wszystką naszą młodzież amerykańską polskiego pochodzenia, mówiłbym tak: Dzieci, nie patrzcie na zachowanie się młodzieży innonarodawej względem swoich rodziców: nie zachwycajcie się szumnymi hasłami nowoczesnych uczonych, których zasady nie zgadzają się
z przykazaniami Boskimi; nie słuchajcie namów przyjaciół i przyjaciółek, ludzi zazdrosnych i przewrotnych, którzy starają się was oderwać od waszych rodziców, aby rzucić was z uśmiechem szyderczym, w wir życia brutalnego i zbrodniczego, które wam zabierze to, co macie najdroższego: spokój, zadowolenie i zdrowie, a w zamian da wam niepokój, niezadowolenie i cierpienia. Mogą wam obiecywać wolność przez swawole, a założą wam na nogi kule, na ręce kajdanki, na oczy czarną szmatę, na plecy płaszcz szkarłatny, a na skronie — koronę. Postawią was przed ludem i powiedzą: "Oto człowiek — złoczyńca". Pozostańcie więc dzieci w słodkiej i bezpiecznej niewoli rodzicielskiej, a nie szukajcie fałszywej wolności wśród świata, która serce i umysł przepełni smutkiem, gorzkością i niesmakiem. Niewola rodzicielska jest dla dzieci prawdziwą wolnością, lecz nie jest swawolą, którą świat tak wychwala, a młodzież tak się zachwyca.