CO SIĘ STAŁO Z DOMEM I RODZINĄ? - pogadanka o. Justyna z 20.02.1938 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dosyć często spotykam ludzi, którzy na świat obecny patrzą przez czarne okulary. Nie widzą odrobiny dobrego w nikim i w niczym. Rzucają kamienie potępienia na wszystkich i we wszystko. Robią porównania pomiędzy czasami ich dzieciństwa i młodości, a czasami obecnymi i zawsze kończą żałosnym twierdzeniem: wtenczas było lepiej. Ludzie nie byli tak zepsuci i świat nie był tak przewrotny! Słuchając takich wywodów, zawsze się nie tylko niecierpliwię, ale obruszam się i poniekąd oburzam! Czemu? Z tego jasnego powodu, że zło, występek i grzech zawsze były z ludźmi. Świat zawsze miał pewien procent zepsucia i złego; przewrotnych i występnych nigdy nie brakowało. Nie ma jednego wieku w historii świata i ludzkości, który by nie miał cechy sobie właściwego, chociaż przejściowego, zła i zbrodni. Prawda, zbrodnie czasów kiedyśmy spędzali lata dziecinne w spokojnych progach rodzicielskich bez troski i zmartwień, w przeciągu czasu straciły swą straszność i ohydę. W owych czasach też nie rozpisywano o przestępkach tak szczegółowo jak dziś. Nie było tej łatwości w komunikacji. Zanim doszła wiadomość o jakiej zbrodni, wzięło to nie tylko dni, lecz tygodnie i miesiące! Radio było nieznane! Dziś zaś, w kilku minutach po wypadku, ludzie w najdalszym zakątku świata dowiadują się o najdrobniejszych szczegółach zdarzenia! Zresztą człowiek z wiekiem dojrzewa i innym okiem patrzy na świat i ludzi, aniżeli patrzał w młodości. Nasi pradziadkowie wmawiali w naszych dziadków, że kiedyś było lepiej na świecie. Nasi dziadkowie powtarzali naszym ojcom, że w ich czasach byli lepsi ludzie na świecie! Nasi ojcowie powtarzali nam, że w ich czasach świat był lepszy. To samo powtarzać będzie kiedyś obecne pokolenie swoim dzieciom, i ta sama historia powtórzy się z pokolenia na pokolenie do końca świata. Mimo podobnych i bezustannych oraz bezpodstawnych narzekań, oś ziemi ani się nie załamie ani się nie zarwie. Ziemia dalej obracać się będzie i ludzie jakoś żyć będą. Na świecie pozostaną obojętni, dobrzy i źli! Fale złego raz się zmniejszą, drugi raz się powiększą; dziś się śmielej i z większym odgłosem pokażą, jutro jakby ze wstydu gdzieś się ukryją lub utkną. To samo dzieje się w czasach naszych, które są więcej iteresujace, aniżeli czasy naszych praojców. Czegóż bowiem widzimy? Zmiany nagle, nieprzewidziane, zdumiewające na całym świecie. Upadają państwa stare i starożytne; powstają nowe, już dawno zapomniane; zmieniają się rządy, poglądy, sposoby i formy życia. Nowy ład i porządki w życiu społecznym; nowe systemy w przemyśle i handlu. Nowe zasady i nowe zapatrywania na polach nauki i wiedzy. Wśród tego wszystkiego fale złego się podnoszą i sięgają punktu niebezpiecznego, grożącego coraz to wiekszym zalaniem i większą szkodą. W obecnych czasach mamy widoczny przypływ złego. Nie powinniśmy jednak ani rąk bezczynnie załamywać, ani za gorzko narzekać, ale spotkać nieprzyjaciela oko w oko i wziąć się z nim za bary. Nie wołać: dziś jest gorzej, jutro jeszcze gorzej, ale mówić z ufnością, chociaż dziś nie jest jak być powinno, jutro będzie lepiej, pojutrze jeszcze lepiej. I oto tytuł dzisiejszej mowy:

CO SIĘ STAŁO Z DOMEM I RODZINĄ?

Przy końcu stycznia, roku bieżącego, czytaliście w dziennikach i słyszeliście z rozgłośni radiowych szczegółowe opisy o zarwaniu i zawaleniu się mostu stalowego nad wąwozem wodospadu Niagary. Mimo że w tym miejscu wąwóz jest około dwieście stóp głęboki, olbrzymie kry lodu tak szalenie parły o fundamenty mostu, że je zmiażdżyły. Skutkiem tego, załamał się łuk stalowy, wynoszący około tysiąc dwieście stóp długości, i pociągając za sobą tysiące ton stali i żelaza, z ogromnym hukiem i trzaskiem, jakby przy eksplozji lub kanonadzie ciężkich kolubryn, runął w przepaść gardlanej czeluści Niagary. Most ów znany był nie tylko milionom Amerykanów, lecz i tysiącom Europejczyków. Niezliczone młode pary przybywały tu, aby spędzić swoje miodowe miesiące. Most pobudowany był przed trzydziestu dziewięcioma latami. Przetrzymał zmiany powietrza; widział wylewy, był świadkiem rozmaitych zdarzeń, szczególnie licznych samobójstw. Patrzał na szczątki zbitych, zmiażdżonych, porozrywanych ciał ludzkich. Wreszcie, sam padł pod parciem małych lodowców! Stal i żelazo, albo raczej dumny i silny olbrzym stalowy, legł, rozbity na kawały! Te same kry lodowe, ze spodu ciągnięte mocnym prądem, z wierzchu pchane silnym wiatrem, złowrogo i stale sunęły dalej wąwozem, który czternaście mil poniżej ma ujście do jeziora Ontario. W drodze zabierały letniska i domki rybackie, pobudowane z obu stron Ameryki i Kanady. Powierzchnia lodowata posuwała się jak kat, podcinając kołki, filarki i cementowe słupki, na których spoczywały i opierały się domki nadbrzeżne. Na lodach widać było cale ściany, podłogi i schody. Tu leżał piec, tam stół, tu szafa, tam łóżko lub tapczan, biurka, krzesła i sprzęty kuchenne. Nie wesoły to widok. Pozostały ślady domków nic więcej. Reszta padła ofiarą — kier lodowych! Kompanie kolejowe wykorzystały to nieszczęście ludzkie, i w niedzielę po tej katastrofie urządziły tanie wycieczki dla ciekawych. Blisko sto tysięcy ludzi zjechało się do miasteczka Niagara Falls, aby przyjrzeć się spustoszeniu, wyrządzonemu przez siły natury, biednym i to przez harde żywioły ukrzywdzonym ludziom! Ogrom zniszczenia przerażał widzów! Obrazek naprawdę był imponujący, godny pędzla najsławniejszego artysty. Olbrzymie góry kier lodowych, niektóre z nich do trzydzieści stóp wysokości, z nieprzerwanym trzaskiem i hałasem, które ponurem echem odbijały się o sterczące ściany przepaści, posuwały się leniwi, ale stale do jeziora Ontario. Na swym zimnym i twardym grzbiecie unosiły kawałki żelaza, sztaby stali, i połamane resztki domów; domów, które dotychczas służyły ludziom na schronienie, za obronę przeciw żywiołom natury! W kilku momentach, ludzie stracili nie tylko swe oszczędności, ale wszystkie posiadłości. Zostali bez dachu nad głową!

To samo, tylko że na większą skalę, zrobił ostatni ćwierć wieku z naszymi domami i z naszymi rodzinami. Fale dwudziestu pięciu lat wżarły się pod fundamenta naszych domów, wżarły się w podwaliny naszych rodzin, wywróciły zasady chrześcijańskiego pożycia; pozrywały te serdeczne łańcuchy jedności i porozumienia pomiędzy małżonkami; pomiędzy rodzicami a dziećmi i pomiędzy rodzeństwem! Jeśli bałwany zburzonych czasów jeszcze dotychczas nie zburzyły do szczętu domów i rodzin, to przynajmniej ogołociły nie tylko ściany ale serca i dusze z dawniejszych ciepłych i jasnych promieni ludzkiej serdeczności! Dziś dom jest wszystkim, ale nie jest domem.

A rodzina? Jest tylko związkiem istot samolubnych, szukających wszelkiej swobody i nieograniczonego używania, istot bez poczucia ofiarności i poświęcenia dla dobra rodziny. Prawda, te domy i te rodziny przechodziły dziwne i nagłe zmiany. Zmiany, o których naszym dziadom i pradziadom nawet śnić się nie mogło! Zmiany nie tylko materialne, lecz nawet umysłowe. Na pierwszem miejscu te domki i te rodziny zalał potop ludzkiej krwi w czasie wojny światowej! Tu też szła fala nienawiści, zemsty, wzgardy i bezlitości! Człowiek stał się człowiekowi zwierzęciem okrutnym, drapieżnym i krwiożerczym, wojna zabierała w swe szeregi nie tylko młodzież w wieku poborowym, ale odrywała bezlitośnie męża od żony i dzieci; brała też starców i dzieci nieletnie. To wszystko w imię cywilizacji
i jakiegoś nierozumnego arcypatriotyzmu, pod hasłem obrony świata od przyszłych wojen! Kto na tym ucierpiał najwięcej? Dom i rodzina! Stosunki domowe się zmieniły, związki rodzinne się rozluźniły. Krew ludzka, ciała na kawałki rozszarpane, życie w transzach zmieniło poglądy męża, ojca i syna na cel życia ludzkiego. Zapanowało hasło: jedzmy i pijmy, bawmy się i weselmy dziś — bo jutro niepewne. Nikt nie wie co nam przyniesie! Z takim usposobieniem powracali do domów wojujący, tak starsi jak i młodsi. I tu zastali dziwną zmianę. W ich nieobecności kobiety, żony, matki i córki zmuszone były do wykonywania robót męskicb po fabrykach, w warsztatach, na kolejach i ulicach. To wcale nie pomogło do zachowania cech kobiecych. Zaczęły się plątać i gmatwać dotychczasowe pojęcia o życiu ludzkim i o stosunkach domowych, o węzłach małżeńskich i o związkach rodzinnych. W tropach wojny, tu do nas zawitała musowa i prawami rządowymi zaostrzona prohibicja! Ta, tak w niebiosy wychwalana prohibicja, która na papierze zakazywała wszystkiego, w rzeczywistości pozwalała na wszystko. Prohibicja zaś sprowadziła na nasz kraj krocie nowych zbrodni, właściwych tylko rodzicielce prohibicji. Pomnożyła pijaństwa. Prywatne i ukryte zapijanie się przyszło w modę. Ten i ta byli uważani za "smart", "up-to-date", "modern" i "sophisticated", którzy sprytnie umieli prawo obejść i złamać! To nauczyło ludzi lekceważenia wszelkich praw ludzkich i wszystkich przykazań Bożych! Z tego narodziły się butlegerstwo — przekupstwo — szpiegostwo — liczne rakieterstwa! Tu zapuściło korzenie, szeroko i głęboko prawdziwe do szaleństwa i na zabój -— pijaństwo! Każdy dom stał się browarnią — gorzelnią — winiarnią! Ojcowie rodzin spędzali całe godziny w piwnicach swych domów, pilnie bacząc i pilnując maszynek pędzących "księżycówkę" rozmaitych kolorów, smaków i zapachów! Próbowali i smakowali, kiedy wytwór ciepłymi kroplami padał do garnka. Jedni oślepli, drudzy dostawali pomieszania zmysłów. Nie mało też zeszło z tego świata. Ci, co pozostali, stracili hart ciała i duszy! Zmienili się! Matki w kuchniach gotowały piwo. Kisiło to się i fermentowało na strychach! Matki stały się smakoszami prohibicyjnego piwka. Wraz z mężami i ojcami siadywały przy stole i popijały sobie, aż do nudności, też wyroby domowej marki. Dzieci nie chciały pozostać w tyle. Po drewnikach wyrabiały wina! Zapraszały znajomych i przy muzyce urządzano sobie prywatne zabawy i dziś tak modne "parties".

Taki stan rzeczy panował od roku 1920 do 1933! Trzynaście lat, to długi czas. Czego człowiek nie nauczy się w trzynastu latach? To wszystko zaś zamienia się w zwyczaj, w nałóg, i staje się nieomal drugą — naturą! Właśnie, szczególnie w tych trzynastu latach, urodziły się nowe zwyczaje, obyczaje, zapatrywania. Jak odmienne od dawniejszych! Kto ośmielił się sprzeciwić, kto odważył się nie iść z prądem, był piętnowany wyrazem "oldfashioned", "krajusem", "green-hornem" i "dinkiem"! Każdy i każda, wszyscy tytułowali się: "up-todate" i "modern"! Krótko: "we moderns!" Niestety, i tu jeszcze nie koniec!

Nad rokiem 1929 zaczęła zawisać najpierw maleńka chmurka. Z początku mało kto na nią zwracał uwagi, chociaż wszystkim znane jest przysłowie, że "z małej chmury, wielki deszcz"! — Chmurka zamieniła się w ogromna chmurę. Zalała cały nasz kraj bezrobociem. Nastały dni ciężkie, niepewne. Zapanowały ciemności grube, kryjące przed ludźmi dzień jutrzejszy. Ludzie tracili robotę, gubili pieniądze, upadali na zdrowiu, wyzbywali się życia! Ci, którzy zawsze żyli tylko z ręki do gęby, pierwsi padli pod ciosami bezrobocia! Ci, którzy oszczędnie żyli, odkładając grosz po groszu, aby zapewnić sobie beztroskliwą starość, smutnie patrzyli, jak ich oszczędności ulegały zamrożeniu, potem całkowitej likwidacji. Byli i tacy, którym domki zabrano, i bez ceremoni i wzęlędów na publiczne chodniki powyrzucano! Ludzie chodzili jak trupy! Bez sił, bez otuchy, bez nadziei. Zamyśleni, posępni, zachmurzeni, gniewliwi, zapamiętali, zemstliwi. Jaki wpływ wywarło to wszystko na domy i na rodziny nasze? Czy to zacisnęło, czy też rozluźniło związki tak małżeńskie, jak też rodzinne? Chyba tylko ślepiec nie widzi!

Te trzy czynniki ponad wszystko: wojna światowa, prohibicja i depresja, nie tylko nadwyrężyły, ale wprost, i powiedzmy sobie śmiało i szczerze, podmyły i rozprzęły stosunki domowe, związki małżeńskie i rodzinne! Niemało dopomogły kina, złe gazety, wyuzdane pisma i kształcenie bez religii! Dziś mamy tylko ślady domów. Pozostały cienie rodzin! Nie wierzycie? Posłuchajcie co przed kilkoma laty pisał jakiś uczony obconarodowiec i niekatolik: "W Ameryce nie ma więcej ani domu ani prawdziwej rodziny! Przebywają w teatrach i klubach. Jedzą w restauracjach i hotelach. Mieszkają w apartanentach. Na starość idą do przytułków. Tam lub w szpitu umierają. Po śmierci spoczywają w zakładach pogrzebowych. Stąd bywają wywożeni na cmentarze i chowani na koszt publiczny!" To nie tyle śmieszne, ile bolesne!
Dawniej, i do niedawna temu, inaczej było! Myśmy inne mieli pojęcie o domu. Dom był dla nas gniazdkiem — ośrodkiem radości i wesela, kącikiem odpoczynku i schroniskiem przed burzami świata! Prawda, domki te, to nie dzisiejsze pałacyki, na zewnątrz okazale; na wewnątrz urządzone z przesadą, z najnowszemi wygodami! Domek nasz był mały i skromny. Żołniersko czysty i żołniersko surowy. W tych zimnych jednak ścianach panował duch spokoju, życzliwości, zgody i wzajemnej miłości. Tam biły serca żywe, ogrzane ciepłotą współczucia — współpracy i wzajemnej pomocy. Wśród niewygody i niedostatków, było przyjemnie, miło i wesoło. Może to dlatego, że wchodząc lub wychodząc, maczaliśmy końce palców w kropielniczce, mówiąc: Niech będzie pochwalony i zostańcie z Bogiem! Witano nas też słowem boskim: Na wieki wieków, a żegnano: Idź z Bogiem! Może też dlatego, że ze ściany mizernej kuchenki patrztł na nas miłosiernie Chrystus litościwy, a ze ściany sypialni rzucał na nas okiem opiekuńczem obrazowy Anioł Stróż — nasza Matka niebieska — nasz św. Stanisław Kostka lub święta Jadwiga! Może dlatego, że nasz ojciec i matka nie wstydzili się przyklęknąć razem z nami do pacierza, a mieszając swe głosy dojrzałe i surowe z piskliwemi głosikami dzieci, odmawiali głośno: Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga i Aniele Stróżu mój! Może dlatego, że nasi rodzice razem z nami regularnie chodzili do kościoła i często wraz z nami przystępowali do Sakramentów św.! Może dlatego, że w czasie Postu Wielkiego nasz ojciec dwa lub trzy razy w tygodniu uczył nas Gorzkich Żali, a w okresie Bożego Narodzenia brał do ręki kantyczkę i śpiewaliśmy nasze kolędy polskie! Albo ja sam wiem dlaczego? Wiem tylko, że jakiś inny, milszy, weselszy, rzewniejszy duch panował w naszych domach. Kiedy ojciec powrócił z roboty, wszyscy razem siadali do stołu, najpierw kładąc na siebie znak krzyża św.: rodzice opowiadali sobie zdarzenia dnia, dzieci zaś świergotały o lekcjach i szkole. Po skończonej kolacji starsze dzieci, chłopcy i dziewczęta myły statki. Potem, latem w pole, zimą do gazety i książki. Rodzice regularnie wysłuchiwali nas lekcji. To tak regularnie i pilnie, jakby było wymagane przez jedenaste przykazanie Boże! W niedziele po sumie, cała rodzina razem, ojciec, matka i dzieci szli w odwiedziny, albo też w domu czekano na gości. Niedziela była dniem świętym, oraz dniem wypoczynku i niewinnej a wesołej zabawy. I to nie był tryb życia gdzieś tam w starej Europie, ale tu w Ameryce, po miasiach i miasteczkach; po wioskach i rozmaitych "patchach". I Bogu dzięki, mimo niedostatków i niewygód, nikt z głodu nie umarł, ani też z zimna nie zginął. A wierzajcie mi, że rodziny były liczne, a zarobki szczupłe! Wtenczas ojcowie byli ojcami, a matki były matkami! Domek rodzinny był, mimo prostoty i biedoty, nie tylko skromnym kościółkiem, ale wspaniałą bazyliką i cudowną katedrą ludzkości. W progach tych domków gnieździły się cnoty, które zmniejszały ciężary — koiły bóle — uciszały burze — osładzały smutki i tej codziennej szarzyźnie życia nadawały ton wesoły i radosny!

Widocznie, że jakimś mocom niewidzialnym, zawsze zazdrosnym, nie podobał się taki porządek rzeczy! W dom i w rodzinę uderzyły trzy gromy — wojna światowa, prohibicja i depresja! Te trzy gromy rozbiły dom i zburzyły rodzinę, ponieważ zmieniły zapatrywania ludzkie, na Boga, na człowieka i na cel życia ludzkiego. Po tych katedrach i bazylikach pozostały gruzy i popioły. "A jeśli rzeczecie: czemuż nam uczynił Pan Bóg nasz to wszystko? rzecze do nich: jakoście mię opuścili, a służyliście bogu cudzemu w ziemi waszej, tak będziecie cudzym bogom służyć w ziemi nie waszej! Słuchaj, ludu głupi, który nie masz serca; którzy mając oczy nie widzicie, i uszy a nie słyszycie; a więc się mnie bać nie będziecie, mówi Pan, a przed obliczem moim nie będziecie żałować? lecz ludu tego stało się serce niewierne i drażniące, odstąpili i odeszli. Przeto mówi Pan zastępów, Bóg Izraelski: oto Ja nakarmię lud ten piołunem i napoję wodą żółci. Bo weszła śmierć okny naszemi, weszła do domów naszych, aby wytraciła dzieci z ulic, a młodzieńce z rynków. Przeto mówi Pan zastępów: oto ja nawiedzę je; młodzieńcy pomrą od miecza, synowie ich i córki ich pomrą od głodu!" — Czy może słowa Boże, podane nam przez usta Jeremiasza, nie możemy zastosować do domów dzisiejszych i do rodzin nowoczesnych? Otóż do domu po nużącej pracy powraca mąż. Naprawdę, że wygląda on jakby piołunem się karmił i żółcią się poił! Wchodzi do domu jak ta czarna chmura, która wróży burze, pioruny i błyskawice! W progu ani Boga nie pochwali, ani się nie uśmiechnie, tak jakby śmiech wesoły i dobre słówko były grzechem śmiertelnym, a on zawsze unika. Po domu stąpa jak ten lew biblijny gotów każdego ugryźć i pożreć. To mu źle, to mu niedobrze. Za zimne, to znów za gorące; to albo niedosolone albo niesmaczne. Mruczy sobie pod nosem, krytykuje, odgraża się, kapelusz na główę i pędzi do tawerny, aby tam spędzać wieczory, uleczając wszystkich i zbawiając świat i podając rady drugim. Powraca do domu o północy!
Idzie syn. Na szczęście jeszcze pracuje. I on w progu zapomniał pochwalić Boga; rzuca matce "halo ma", czy "supper ready", i nawet czapki nie zdejmuje, tylko siada do stołu. Je tak pospiesznie, jakby to była już jego ostatnia kolacja. Nie ma czasu się przeżegnać. On spieszy do klubu. Przychodzi córeczka. Patrzy na mamusię z taką wykrzywioną gębą, jakby ją zęby trzonowe bolały, i rzuca taki rozkaz: "Hurry up ma — muszę się spieszyć, bo mam dejta!" — I ona Pana Boga albo gdzieś w drodze zgubiła, albo przynajmniej za drzwiami zostawiła! Po kolacji zajmuje się toaletą. Smaruje się, pudruje — proszkuje -— różuje — poliszuje — olejuje — fryzuje — marceluje i jazda trzy lub cztery razy w tygodniu na zabawy i tańce. Powraca do domu nad rankiem, kiedy koguty pieją i słonko ma wschodzić! Matka patrzy i wzdycha. Myśli sobie, przecież i ja nie gorsza. Mniejsza o to, że w domu jest mały następca tronu. Tego "dziuniora" albo pakuje się do łóżka, albo zostawia pod okiem babci, albo otwarcie każe mu iść bawić się na ulicy! No, w końcu i matka wyjeżdża na card party, stork party, shower party, birthday party, i tylko anieli wiedzą gdzie i po co! W domach wieczorami ciemno, pusto i głucho, bo matka zanim drzwi zamknęła, nawet psa i kota z domu wyrzuciła! Lata temu cała rodzina wieczory zimowe spędzała przy świetle lampy naftowej. Jedni czytali gazety i książki polskie; siostry nasze wyszywały, heklowały, szydełkowały lub pod okiem matki uczyły się wypiekać chlebuszek, placki, ciastka, torty i pasztety! Nieraz śpiewano sobie nasze polskie piosenki!

Minęły i przepadły te czasy. Dziś każdy ucieka z domu jak od dżumy afrykańskiej lub febry panamskiej! Wszędzie dobrze, tylko w domu źle i niemiło i ciasno. Dziś też każdy syn i każda córka ma własny klucz do gniazdka rodzinnego, aby drugim nie przeszkadzać. Nikt nie wie, kiedy i o której godzinie drugi powraca! Zresztą, co to kogo obchodzi! Członkowie rodziny powracają z tych nocnych wycieczek cichaczem i tajemniczo, jak dezerterzy z armii! Kładą się na spoczynek bez pacierza, bez westchnienia do Boga, bez przeżegnania się. I tak z miesiąca na miesiąc, z roku na rok! Dom zamienił się w namiot cygański; rodzina przybrała cechy koczownicze; życie rodzinne zamieniło się w bytowanie restauracyjne, hotelowe, zimne, oschłe, nienaturalne! To się stało z domem i rodziną!

Ojcowie, matki i dzieci, od was wszystkich zależy odmiana i zmiana na lepsze! Uwzorujcie siebie na osobach Rodziny Świętej, a dom wasz na domku nazaretańskim, wtenczas na nowo zasłyną rodziny nasze; domy zaś nasze, jak dawniej, staną się kościołami — świątyniami — bazylikami!