KULAWE MAŁŻEŃSTWA - pogadanka o. Justyna z 14.03.37 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Nie ma doktora na świecie, który by mógł pacjenta wyleczyć z jego cierpień i dolegliwości, chyba na nim najpierw przeprowadzi odpowiednią, długą a kompletną diagnozę; doktor opukuje i osłuchuje chorego, wypytuje się o przebieg choroby, zapoznaje się z cielesną czyli fizyczną konstytucją chorego. Po tym wszystkiem wypisuje receptę; przepisuje tyle i tyle kropli lekarstwa; tyle i tyle dawek zastrzykowych; tyle a nie więcej pigułek lub proszku. Jeśli doktor uważa za stosowne, może nawet za potrzebne, zwołuje innych, nieraz specjalistów, na konsultę. Doktorzy wymieniają zdania i zapatrywania, dochodzą wreszcie do jakiej pewnej końcówki. Zapada decyzja, co trzeba musowo czynić, aby nie tylko wstrzymać postęp choroby, lecz ocalić pacjenta od śmierci. Angielski filozof i ekonomista ubiegłego wieku, Stuart Mili, wypisał taką zasadę społeczną: "Niepodobna jest uleczyć choroby toczącej społeczeństwo o ile się o niej otwarcie nie mówi".
Jestem szczery i niejednostronny, kiedy nasze społeczeństwo przyrównywam do chorego człowieka. Do człowieka ciężko i śmiertelnie niedomagającego! Mówię to bez najmniejszej obawy przesady lub sprzeczności! Społeczeństwo nasze ma wodę w mózgownicy; gruźlicę w sercu, a dusza jest toczona przez raka rozprężenia. Rozumy wiec ludzkie bredzą, błądzą i bluźnią. Serca ludzkie wysychają z miłości i serdeczności. Dusze ludzkie nie szukają szczęścia według przepisów Boga i natury i w granicach określonych, ale łamią przykazania Boże, lekceważą prawa natury. Szukają tylko i wyłącznie zadowolenia, odrzucają zarazem wszelkie odpowiedzialności obowiązków i
ciężarów! Nie potrzeba mi się tłumaczyć dalej. Mamy tak obrzydliwy i poniżający stan rzeczy, ponieważ, niestety, zanikają pojęcia i zrozumienie chrześcijańskiego małżeństwa. Nigdy byśmy nie mieli gnijącego i rozpadającego się społeczeństwa, gdybyśmy nie mieli zawrzodzonych i zatrutych rodzin, nie mielibyśmy takich rodzin, gdyby w oczach mężczyzny i kobiety małżeństwo było świętym powołaniem, a nie jedynie kontraktem, często warunkowym, który może być sądownie, szybko,
łatwo i tanio złamanym!
Młode pokolenie posuwa się dalej, czelnie i bez najmniejszych względów rzuca się bezkarnie w małżeństwa próbne, towarzyskie, wygodne, przyjemne, umowne. Wojna światowa rozluźniła związki moralności. Tu pomiędzy nami znalazła sojuszniczkę w prohibicji. Wojna światowa rozpoczęła podkopywać świątynię małżeństwa. Prohibicja wyciągnęła swą zbrodniczą prawicę i okradła ją ze wszystkich świętości, które chrześcijaństwo od wieków nagromadziło. Początkowo niektórzy się gorszyli, drudzy się dziwili. Zło nie przestało się szerzyć, społeczeństwo zaś choruje, popada już w martwotę i komę. Obecne pokolenie pędzi po torach życia ludzkiego, na wzór pociągu ekspresowego "stream-lined", pędzi jednak bez maszynisty, któryby niósł na sobie odpowiedzialność i umiałby oraz chciałby, na widok czerwonych świateł, założyć silne hamulce, aby pasażerów ochronić od kalectwa, a nawet pewnej śmierci! Nasza narodowość nie jest zacofana, co się tyczy tego. Żal mi wypowiedzieć te słowa, fakty jednak zmuszają mnie do tego. Czytajcie procedury sadowe: rozwody, separacje, powtórne cywilne małżeństwa. Na inne obrazy życiowe zaciągam zasłonę. Nie tak dawno temu pisał do mnie jakiś agitator komunistyczny z Chicago: "Moje prywatne życie jest moim. Co komu do tego jak żyję!" — Nie bądź za pewnym, kto dał ci życie? Sam sobie, chyba nie! Bóg ci je dał. Do Boga należy! Po co ci je wypożyczył na czas? Abyś żył po Bożemu! I zmuszony będziesz zdać rachunek! Przystępuje jednak do mowy:

KULAWE MAŁŻEŃSTWA

W pierwszych słowach przytaczam opis podany przez polski tygodnik z Filadelfii: "Znamienny wyrok zapadł w sądzie miejskim w Filadelfii, w oddziale przeznaczonym dla załatwienia sporów i nieporozumień domowo-rodzinnych, w tak zwanych "domestic court relations". Było tak, iż w pewnej rodzinie poróżnili się mąż z żoną o sprawy wiary; żona była katoliczką i w wierze tej wychowała dwoje dziatek, które nauczyła pacierza, jak nas uczyły nasze matki, i pilnowała świecie, by dzieri co wieczora modlitewki swe odmawiały. Ojciec modlitwy te usłyszał, oburzył się, pobił żonę, i w ogóle awanturę uczynił taką. Że ta się aż o sale sądową oparła. Więc sędzia pytał rozsierdzonego małżonka, co zarzuca żonie, czym wykroczyła przeciw niemu, jako mężowi i jako ojcu rodziny? Zarzutów żadnych pan ów nie miał; ni świadkowie nie zeznawali; mąż nie chciał katolickich modlitw w swym domu: nie chciał, by dzieci w ogóle uczono religijnych "idiotyzmów". I na to powiedział mu sędzia zasiadający słów parę, które zacytować możemy jako jedną z najpiękniejszych apostrof o modlitwie. Mówił on mianowicie do barbarzyńcy tego, jak się o nim wyrazi! — następującemi mniej więcej słowy:
"O modlitwy się oburzasz? A toż tu idzie o modlitwy dziatek twoich, człowieku! A modlitwa dziecięca, to jedna z najczystszych i najświętszych rzeczy, jakie są na świecie, jakie począć się mogą w duszy człowieka. Sam Bóg modlitwę budzi w duszy dziecka — słowami matki jego, która w tym spełnia misję Anioła Stróża! Sam Bóg daje człowiekowi prawo i przywilej do modlitwy, aby w niej mógł podnosić się ponad codzienność życia, ponad troski, biedy i żale powszednie, aby w niej znalazł ulgę i zapomnienie cierpień życiowych. I taka modlitwa, zwłaszcza owa najniewinniejsza — modlitwa dziecka, jest w każdej religii i w każdym wyznaniu równie święta: nie zabarwiać jej stronniczymi pojęciami ludzkimi, bo ona ponad nie wylata i zawsze do Boga trafia. Takiej modlitwy trzeba mnie i trzeba tobie, człowieku błędny i niegodziwy, który za rzecz, co jest zasługą i cnotą, a pięknem w twej rodzinie, prześladujesz ją i nękasz!"
Obecni przejęli się do łez, słuchając tych wzniosłych słów sędziego, którymi z uzasadnionem oburzeniem karcił ograniczonego owego przeciwnika modlitwy, a odrzucając jego wywody, podał go pod dozór prawny, biorąc zarazem w opiekę skuteczna - żonę i jego dziatki!
Tu w tym zdarzeniu, mamy najlepszy argument przeciw małżeństwom mieszanym. Mimo jednostajnej, pozornie twardej nauki Kościoła katolickiego przeciw małżeństwom mieszanym, tu w Ameryce, nawet katolicy przez jakiś czas wierzyli, i to uparcie, że nawrócą Amerykę przez małżeństwa mieszane. Statystyka pokazuje, że Kościół poniósł porażkę i utracił wielka liczbę wyznawców, szczególnie wśród katolików niemieckiego i irlandzkiego pochodzenia.

Pius XI, w encyklice "Czystego małżeństwa" z 31 grudnia 1930 r., pisze tak: "Wielkie zaś i pełne dla zbawienia niebezpieczeństwa przewinienie popełniają ci, którzy bez należytego powodu wstępują w związki małżeńskie mieszane, od których macierzyńska miłość i ostrożność Kościoła dla bardzo ważnych powodów wstrzymuje swe dzieci. To wszystko wynika z licznych dokumentów, zestawionych w kanonie kodeksu prawa kościelnego, który tak orzeka: "Najsurowiej Kościół wszędzie zakazuje małżeństwa pomiędzy dwoma osobami ochrzczonemu, z których jedna strona jest katolicką, druga zaś należy do sekty heretyckiej lub schizmatyckiej. Jeżeli zachodzi obawa utraty
wiary dla strony katolickiej lub dla dzieci, małżeństwo co zakazane jest przez samo prawo Boże." Jeżeli zaś Kościół niekiedy ze względu na czasy, okoliczności i osoby nie odmówi dyspensy od tych surowych przepisów, to wszakże trudno w takim małżeństwie uchronić stronę katolicką od poważnej szkody. Nierzadka też w mieszanych małżeństwach się zdarza, że dzieci odpadają niestety od religi, albo przynajmniej w bardzo szybkim czasie popadają w stan zaniedbania religijnego, w tak zwany indyferentyzm, tak zbliżony wielce do bezwyznaniowości i zupełnej bezbożności. Oprócz tego w małżeństwach mieszanych bardzo trudno jest o owe żywe zbliżenie i ukształtowanie dusz, które naśladować powinni wspomnianą wielką tajemnicę połączenia się Kościoła z Chrystusem. Łatwo zabraknie owej bliskiej wspólności dusz, która na wzór znaku i znamienia Kościoła Chrystusowego winna również być znakiem, chwałą i ozdobą małżeństwa chrześcijańskiego. Albowiem węzeł serdecznej miłości zrywa się zupełnie albo przynajmniej rozluźnia się, gdy w rzeczach ostatecznych i najwyższych czczonych przez człowieka, to znaczy w prawdach i pojęciach religijnych, zajdzie różnica zdań i dążności. Stąd powstaje niezgoda domowa i zburzenie szczęścia, które przede wszystkiem wypływa ze zjednoczenia małżeńskich serc. Albowiem już przed tylu wiekami określało prawo rzymskie: Małżeństwo jest połączeniem mężczyzny z niewiastą i zupełnem zjednoczeniem życia, i użyczaniem sobie wzajemnem Boskiego i ludzkiego prawa."
Ze słów Ojca św. poznajemy, że Kościół zabrania je zasadniczo i w ogólności. Zakazuje absolutnie, jeżeli stronie katolickiej albo potomstwu groziłoby niebezpieczeństwo utraty wiary i odpadku od Kościoła! Pozwala wyjątkowo na nie czasami z ważnych przyczyn, na mocy dyspensy, po otrzymaniu gwarancji, że prawa strony katolickiej będą zachowane. Również stwierdza, że często dzieci porzucają wiarę, zostając zupełnymi niedowiarkami, że znika łączność dusz i serc, ponieważ różnią się poglądy i dążenia, co znów powoduje utratę zgody, szczęścia i miłości pomiędzy małżonkami! Czy naprawdę nie można takie małżeństwa nazwać kulawymi? Mimo zakazu Kościoła, mimo nieszczęść które powodują, rozszerzają się coraz to więcej wśród naszej młodzieży! Ja nieraz zmuszony jestem się pytać, dlaczego polski młodzieniec szuka żony wśród obcych? Stwierdzam ten smutny fakt, że grzeszy w tym szczególnie tak zwana nasza inteligencja, adwokat, doktor, architekt itd. Przecież mógłby znaleźć odpowiednią towarzyszkę wśród swoich, przecież mamy dosyć wykształconych panienek, pielęgniarek, nauczycielek itp. Czy Bóg, wiara, Kościół i narodowość, to nic nie znaczą wobec Boga? Czy może w życiu takich ważniejszą rolę odgrywa wykształcenie, pochodzenie i pieniądz? Czy też może w niejednym wypadku, niech postawię pytanie na ostrzu noża, czy może nasze panny nie są za uczciwe, za cnotliwe i za dobre? Czy może nie ma wśród własnych, odpowiednich osób, kandydatów na wzorowych mężów i kandydatek na uczciwe żony? Zresztą nie potrzeba moralizować i rozprawiać o skutkach małżeństw mieszanych. Raz jeszcze stwierdzam, że Kościół nie zakazuje małżeństw mieszanych co do narodowości, tylko co do wyznania! Te na razie mam na myśli. Sięgam do listów.

"Dwanaście lat temu wyszłam za młodzieńca niekatolika. Radzice mi bronili, jednak nie słuchałam ich. Ślubowaliśmy na plebani i mój mąż podpisał obietnicę, że pozwoli mi wypełniać obowiązki wiary i że dzieci będą ochrzcone i wychowane w wierze katolickiej. Z początku szło nam nieźle. On dobrze zarabiał, ale i sporo tracił. Pierwsze dziecko, chłopczyk, był ochrzczony, ale tylko po moich długich prośbach. Gniewał się bardzo, kiedym mu przypominała jego przyrzeczenia. Obraził się, bo twierdził, że on nie małym dzieckiem i wie co ma robić! Od tego czasu nigdy nie mówił, że to jest nasz syn, lecz że to jest moje dziecko. On, chociaż należał do kościoła wyznania episkopalnego, nigdy nie chodził tam. W piątki zawsze jadł mięso i mnie zmuszał, bo mówił na co przygotować postne i mięsne potrawy. Później nie chciał w niedzielę dopilnować dziecka, abym mogła iść do kościoła na Msze św. To mnie tak zniechęciło, żem zaprzestała chodzić do kościoła. Udobruchało to go na jakiś czas, ale nie na długo, bo zaczął grymasić jak żem odmawiała pacierze. Popłakałam śle. Zaczęłam mu tłumaczyć, że każdy człowiek powinien się modlić! Że tylko zwierzęta nie odmawiają pacierzy. Wtedy pogniewał się na mnie i pobił mnie, tak że przez kilka dni nie mogłam pokazać się na ulicy, bo byłam cała posiniona! Nie mogłam iść do rodziców, bo zakazali mi przychodzić do domu. Przed drugimi żem się wstydziła. Żarłam się sama w sobie i tylko Bóg wie co żem wycierpiała. Po dwóch latach przyszło drugie dziecko — córeczka. Znowu hałas i piekło. Nie ustąpiłam. Odgrażał si, że albo mnie opuści albo też zabije. Jednak dałam dziecko ochrzcić. Od tego czasu nie miałam chwili spokoju. Wyzywał i klął zaledwie wszedł do domu. Sam chodził po pańsku, ja jak prawdziwa biedna cyganka. Mówił, że mój Bóg powinien mi dać wszystko, bo do Niego się modlę i w Niego wierzę! Od tego wszystkiego zachorowałam. Zrobiłam się nerwowa i traciłam na wadze. Zeszłego roku tak upadłam, że musiałam iść do szpitala. Byłam tam przez trzy miesiące. Kiedy mi się zdrowie polepszyło, powróciłam do domu. W tym czasie mąż postarał się o separację. Dostał ją, bo na sądzie powiedział, że dostałam pomieszanie zmysłów, że nie trzymałam domu w porządku, i że nie dbałam o dzieci. Jego adwokat przysłał mi zawiadomienie, że wnet przyjdzie czas na rozwód. Teraz jestem bez męża, zgubiłam dzieci, rodzice mnie nie chcą znać! Co mi zostaje? Zmarnowałam najlepsze lata mojego życia. Nie chce mi się wierzyć, żem sobie na to zasłużyła, bo chciałam być dobrą żona i dobrą matką. Co się stało, to nie z mojej winy!"

Mimo zarzutów, że Kościół katolicki jest za surowy i za bezwzględny, kiedy upomina swe dzieci i ostrzega przed zawieraniem małżeństw mieszanych. Kościół w rzeczywistości wyrządza społeczeństwu nieocenione dobrodziejstwo. Przerazilibyśmy się, gdyby znane nam były sceny, smutne, bolesne i żałosne, które codziennie odgrywają się na arenie życia mieszanych małżeństw, wskutek których zawsze najwięcej pokrzywdzona jest strona katolicka. Strona bowiem niekatolicka może postarać się o sądową rozłąkę, zapomni o dotychczasowem i powtórne zawrze małżeństwo. Strona katolicka zostanie osamotniona. Przed nią, jak przed dożywotnim więźniem, zatrzasną się bramy więzienia. Z nią pozostaną niemiłe wspomnienia lat zmarnowanych i straconych na zawsze! — Miejcież ze mną nieco cierpliwości w wysłuchaniu następujących skarg:

"Miałam moje osobiste powody, dla których nie chciałam wyjść za mąż. Kiedy jednak doszłam do dwudziestego drugiego roku życia, moi rodzice zaczęli mnie prześladować. Kazali mi szukać sobie męża. Szczególnie ojciec mi dokuczał. Mówił, że nie chce starej panny w domu. Proszę Ojca Justyna, zawsze robiłam, dostawałam dobrą pejdę i pieniądze oddawałam rodzicom. Czemu mi nie mogli dać spokoju? Przez pięć lat siedzieli mi na karku. Rozkazywali mi chodzić na zabawy i namawiali mi kawalerów. Mój ojciec miał foremana niekatolika. Sprowadził go do domu kilka razy. W końcu nakłonił mnie do ślubu. Zaraz po ślubie mój mąż myślał, że zamówił sobie służącą! Umeblował dom nieźle. Kiedym chciała nad łóżkiem zawiesić krzyż, wyrwał mi go z ręki i wrzucił do naczynia z odpadkami. Książkę do nabożeństwa i różaniec, pamiątki od Pierwszej Komunii św., wyrzucił do pieca. Powiedział mi, że teraz muszę żyć tak jak jemu się podoba, bo on pracuje na mnie. Gdyby przynajmniej obchodził się ze mną po ludzku, ale o tym nawet nie miał pojęcia. Jednak płakałam i cierpiałam przez cały rok, do rodziców nawet nie zajrzałam, taki miałam żal do nich. Kiedy mi się urodziło dziecko, to w ten wieczór mój mąż poszedł na taniec i przyszedł do domu na drugi dzień rano o 6 godzinie. Jak powrócił, to po pijanemu wyzywał mnie i śmiał się z wiary. Przypomniałam mu, że trzeba dziecko dać ochrzcić, to pogniewał się, tak że statki zaczął tłuc. Mówiłam, żeby zgodził się na to; zaczął się kłócić, że to nie nic znaczy, ponieważ można się na wszystko podpisać, ale nie potrzeba zachować! I nie pozwolił na chrzest. Przez trzy miesiące nie dał mi spokoju. Już żyłam w obawie, aby się na mnie nie rzucił. Kiedy wyszedł na zwyczajną nocną hulatykę, wzięłam dziecko i opuściłam go. Pojechałam do mojej znajomej i tam obecnie jestem. Matka znajomej opiekuje się dzieckiem, ja chodzę do roboty. Jestem zadowolona i spokojna. Do rodziców nigdy nie powrócę, bo wyrządzili mi krzywdę, o której nie mogę zapomnieć póki żyć będę. Niech kiedy O. Justyn przepowie takim rodzicom, aby nie zmuszali swych córek do małżeństwa!"

Tyle już razy upominałem, że małżeństwo to stan do którego trzeba mieć powołanie. Inaczej zamiast być pomostem do szczęścia stanie się raczej szeroką bramą do występków i nieszczęścia! Tak zwane i poniekąd źle przezwane stare panieństwo też jest stanem, do którego trzeba mieć szczególne powołanie! Stan panieński w świecie jest Bogu miły i przez Zbawiciela wychwalany. Ile jest takich panien, które dziś są podporami i żywicielkami staruszków i niedołężnych rodziców? Ile zastępuje miejsce matki młodszemu i osieroconemu rodzeństwu, które by musiało albo szukać przytułku w ochronkach, albo pozostać na łasce twardego i niepewnego losu? Ile dziś młodych mężatek, z obawy, aby nie zostać dłużej pannami, chwyciły pierwszego lepszego, no i dziś płaczem pragną wymazać swój błąd? Czego by nie dały, aby odstało się to, co niestety, odstać się nie może! Jaką wartość ma panieństwo w oczach Boga, czytamy w pierwszym liście do Koryntian: "I białogłowa niezamężna i panna myśli o tym co jest Pańskiego, aby stała się świętą ciałem i duchem. A zamężna myśli o rzeczach tego świata, jak podobać się mężowi!" Dlatego sobór Trydencki poucza, że "lepszą Jest rzeczą i milszą Bogu trwać w dziewictwie, czyli w bezżenności, niż żenić się."
Powracam jednak raz jeszcze do kulawych małżeństw. Tempo życia ludzkiego, w obecnej dobie, jest po prostu szalone. Ileż to razy w toku rozmowy zwracałem uwagę naszym pannom, ażeby ze względu na szczęście i na zgodę nie zakładały sobie na szyję obroży stalowej związków mieszanych, ponieważ zaledwie zapoznały się z młodzieńcem, albo lepiej, zaraz po pier-wszem spotkaniu się na sali tanecznej lub z okazji zabawy prywatnej, albo w restauracji, lub w tawernie, często po nietrzeźwemu, to dawały mi takie odpowiedzi: "Why not try? If I can't make a go of it. I'll divorce him!" Co za nie tylko obłędne, ale dziwaczne zapatrywanie na małżeństwo! Albo: "I am of age. I am fully aware of ray step. He promises me a good time!" Czy nasze życie jest tylko "good time"? — Zresztą co znaczy to "good time"? Ile brutalstwa, podłości i upodlenia ukrywa się pod tą nazwą? Jak często i to w niedługim czasie budzą się te istoty i pytają się: "Well, what is all about?" I nie mogą sobie odpowiedzieć. Zagadka życiowa zamienia się wtenczas w tajemnicę! Kończy się w błocie! Dopiero przed kilku tygodniami, tu w Buffalo mieliśmy smutny wypadek, potwierdzający powyższe zarzuty. Studentka, szesnastoletnia Polka, na pewnej zabawie urządzonej przez wyższą szkołę do której uczęszczała, zawarła znajomość z bratem swojej szkolnej przyjaciółki. Był to innonarodowiec i innowierca! Przez dwa lata ciągła się przyjaźń. Przy końcu ubiegłego roku dziewczę zawarło ślub. Trzy dni potem mąż wywiózł ją do niedalekiego miasteczka i umieścił w domu podejrzliwej reputacji. Zagroził jej pod karą śmierci, aby nie ważyła się opuścić domu. Pewnej nocy udało się jej uciec. Wystraszona opowiedziała policji całą historię. Jej tak zwanego męża schwycono i dowiedziano się, że należał do szajki handlarzy żywym towarem! Mimo takiego, i innych podobnych częstych zdarzeń nasze Polki szukają szczęścia u innowierców i innonarodowców. Życie małżeńskie, w najlepszych warunkach, pomiędzy osobami jednego wyznania i tej samej narodowości, jest mieszaniną smutku i radości, jest krzyżem, jest losem niepewnym, a co powiedzieć o tych, w których nie ma jedności w zapatrywaniach religijnych? Takich, w których mąż wierzy w jedno, a żona w drugie? Gmach małżeństwa, aby przetrwać i wytrzymać wichury i burze, musi stać na jednym głębokim i mocnym fundamencie. Nim jest jedność wiary małżonków! Cementem zaś spajającym ten fundament jest narodowość. W to świecie i niezłomnie wierzę! W tyglu kotła rozumnej amerykanizacji można zlać języki, zwyczaje i obyczaje, pewne jednak uczucia, przez Stwórcę dane, zlać się nie dadzą. Kto nie wierzy, niech przeczyta sobie z uwagą, nigdy niedocenionej wartości, a jednak tak szybko i tak chętnie zapomniany List Apostolski śp. Leona XIII do Kardynała Gibbonsa z dnia 22 stycznia 1899, gdzie jest tłumaczony amerykanizm.

Do wszystkiego dołączam kilka zdań z listu pisanego przez katolika i Polaka: "Dziś rozumiem skutki mieszanych małżeństw, bo ich doświadczyłem na własnej skórze! Za żonę wziąłem sobie Niemkę i niekatoliczke. Dałem jej wszystko co tylko mogłem. Mieliśmy dwoje dzieci. Jak dorastały, żona je uczyła aby mnie nienawidziły. Zrobiła swoje. Pięć miesięcy temu dostała ode mnie rozwód na sądzie. Sąd nie tylko oddał jej dzieci, ale zmusił mnie na płacenie na dzieci. Sprzedałem interes. Dałem jej piętnaście tysięcy dolarów i kazałem iść gdzie ją oczy poniosą. To nieszczęście domowe złamało mnie i rozbiło. Zacząłem pić. Niedawno temu miałem rodzinę, dobry interes i zdrowie. Dziś jestem cieniem tego czym byłem. Nigdy bym nie wierzył, że kobieta może być taką, aby rozbić pożycie domowe i nic sobie z tego nie robić!"

Jeszcze tylko kilka uwag i zakończę. Powtarzam przestrogę św. Ambrożego: "Przy zawieraniu małżeńswta trzeba więc przede wszystkiem patrzeć na religię! Strzeż się poślubiać takiego, który obcym jest twej wierze!" Nie sprzedawaj twego Boga i twej wiary za obiecane materialne korzyści, ponieważ szczęśliwe małżeństwo to nie handel, tylko związek dusz dobranych do pożycia długiego i zgodnego! Zastanów się więc długo i głęboko, nie łudź się pozorami, nie wierz obietnicom, ucz się z doświadczeń drugich, nie rzucaj się w kulawe małżeństwa, bo i ty zostaniesz kaleką! Bogu wiadomo czy kiedy z tego kalectwa się wyleczysz!