OKRUSZYNY! - pogadanka o. Justyna z 25.04.1937 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziś przemawiam do was po raz ostatni w tym sezonie. Ostatni to program waszej Godziny Różańcowej. Przez dwadzieścia sześć niedziel bez przerwy, co niedzielę wieczór stawałem przed mikrofonem i przemawiałem do was na tematy życiowe, czasowe i praktyczne. W przemówienia włożyłem całe moje serce i całą duszę. Mówiłem do was szczerze, otwarcie i bez ogródek. Prawdy nie owijałem w bawełnę, nie zważając ani na przyjaźń, ani na nieprzyjaciół. Głosiłem naukę Krzyża i zasady Ukrzyżowanego. W słowach i w wyrażeniach nie przebierałem. Dla mnie czarne zawsze było czarne, a białe było białe. W mowach nigdy nie mierzyłem, aby zyskać wasze pochwały lub wasze poklaski, chodziło mi tylko o wasze dobro i wasze szczęście. Wskazywałem na tablicę z dziesięciorga przykazaniami; pouczałem jakie są wasze obowiązki względem Boga, Kościoła, kraju, rodziny, bliźniego i samych siebie. Chętnie pouczałem o waszych prawach obywatelskich i społecznych, zawsze nawoływując do zgody i bratniej miłości. Chwaliłem wasze cnoty i zalety, ale wcale nie wahałem się wskazywać na słabostki i wady. Nigdy nie siałem ziarnek nienawiści lub zemstliwości, ale zachęcałem do podania sobie rąk do współpracy, do wzajemnego porozumienia i wyrozumienia. Nigdy nie myślałem o sobie, zawsze jednak miałem przed oczyma tego olbrzyma naszej narodowości, który sam nie zna własnych zdolności i sił i potęgi. Chciałem zobaczyć tę chwilę, kiedy to wreszcie nastąpi zbudzenie się i zmartwychwstanie nasze, i kiedy ten wieczny niewolnik polski i sługa Polak zamieni się w pana mądrego i rozumnego, któremu w przyszłości inni kłaniać się będą, tak jak on dotychczas kłaniał się innym. Przed oszczerstwami i kłamliwymi zarzutami przeciw mnie skierowanemi, aby mnie poniżyć, zniesławić wśród ludu, nie broniłem się. Byłem na nie przygotowany, spodziewałem się ich. Osobistość nie tylko maleje, ale całkowicie znika, kiedy o dobro publiczne się rozchodzi. Zarzucono mi, że jestem politykierem, kapitalistą, milionerem, sprzedawczykiem robotnika, buntownikiem, wichrzycielem, a nawet Marcinem Lutrem. Zarzuty te czekają na dowody i czekać będą do dnia sądnego. Mimo tych wycieczek i napaści, Godzina Różańcowa ma dziś więcej przyjaciół, przychylnych i pomocników, aniżeli kiedykolwiek dotychczas. Przyznaję, że nad nami Opatrzność Boska, a przy nas zastępy ludzi dobrej woli. Pan Bóg nas nie opuścił, ludzie nas się nie wyrzekli, widocznie więc sprawa jest zacna i korzystna Bogu i ludziom. Przyznam się, że ogrom pracy nigdy mnie nie przestraszał, mimo żem nieraz pracował osiemnaśde i dwadzieścia godzin na dobę. Dziś jednak czuję się wymęczony, zmęczony i zdenerwowany. Mimo to odczuwam pewne pokorne zadowolenie, żem pracował, i żem pracował nie dla siebie, lecz dla mego Boga i dla moich ziomków, w sprawach Bożych i narodowych. Za to spodziewam się, że Stwórca przebaczy mi pewne ułomności ludzkie, których mi nie brakuje, lecz których nawet publicznie się nie zapieram. Przystępuje do ostatniej mowy w tym sezonie, którą tytułuję:

OKRUSZYNY!

Pierwotnie, zamierzałem poświęcić dzisiejszą mówę naszym matkom. Tymczasem nagromadziło się tyle materiału, że uważam za stosowne, aby poruszyć kilka tematów. Pewien list (w jęz. angielskimi - który opuszczono, red.) mówi
nam więcej, aniżeli mogą nam wypowiedzieć usta najwymowniejszego kaznodziej. Bo tu przemawia syn, wystawiając cnoty rodziców, wzorowego ojca i dbałej matki. Ten list jest prawdziwym kazaniem na dzień Matek i na dzień Ojców. Ja osobiście wierzę, że olbrzymia większość naszych rodziców, są takimi ojcami i takimi matkami. Ojcami, którzy wysilają swe siły, zdolności i prace dla dzieci; aby dzieci miały lepiej na świecie, aniżeli mieli oni. Matkami, które poza rodziną, świata nie widzą, o świat nie dbają, światem się nie interesują. Całe ich serce i cała dusza zatopiona w dzieciach, w ich powodzeniu i szczęściu! Nie mają więcej zadowolenia, jak kiedy widzą, że synowie i córki, mają byt zapewniony i przynoszą sobie pochwałę i uznanie. Jak zaś smucą się, kiedy na ich dzieci, ludzie palcem wskazują i szeptają coś podejrzliwego! Z drugiej strony, zawsze trzymając się listu poznajemy, że mamy wdzięcznych synów i córki. Zawsze i wszędzie przyznają, że wszystko co mają i czym są, zawdzięczają swym rodzicom. Chwalą się swoimi ojcami i szczycą się swymi matkami. Rozumieją dobrze, że człowiek tylko raz żyje, ma tylko jednego ojca i jedną matkę! Rozumieją też, że dobry ojciec i dobra matka to skarby w życiu ludzkim najcenniejsze, których zastąpić nie można, ani złotem, ani srebrem, ani majątkiem całego świata.

Niech mi słuchacze wybaczą, że powrócę raz jeszcze do mojego tatusia i mojej mamusi. Prawda, zeszli już z tego świata, lecz nie wyszli z mej pamięci. I ja śmiało mogę powiedzieć, że byli to najlepsi rodzice na świecie. Tatuś zadawalniał się najpotrzebniejszemi rzeczami, ale dla nas co najlepsze i najsmaczniejsze. Pieszo chodził, aby zaoszczędzić na tramwaju, a za to nam cukierki kupował. Nawet w peliku zostawiał kawałek paja albo kieksika, kiedy z pracy powracał. Sam nie zjadł, aby nam uciechę sprawić. Kiedy widział nas, czoło jego się rozjaśniało, i uśmiechał się ze zadowolenia! Mamusię nieboszczycę, chociaż mało pamiętam, widzę ją jeszcze dziś, jakby przez grubą mgłę. Szczególnie pamiętam dzień pierwszej Komunii Św.; dzień moich święceń kapłańskich; dzień mojej pierwszej Mszy św.! Wszystkie dzieci przy pierwszej Komunii Świętej, powracały do swych matek. Ja byłem sierotą. W szkołach chłopcy otrzymywali listy. Niektóre były pisane grubymi literami; były składane z trudem, błędnie, niepoprawnie. Studencikom były jednak zawsze drogie i chowają je po dziś dzień. Czemu? Bo były od ich matek i uważają je, nie tylko za pamiątkę, ale za skarb macierzyńskiej miłości. Współtowarzyszom nie tylko wtenczas zazdrościłem, ale i dziś jeszcze zazdroszczę. Prawda, miałem dbającego i życzliwego ojca. Ojciec jednak nigdy matki nie zastąpi i zastąpić nie może. - W miesiącu lipcu minie dwadzieścia siedem lat jak w Rzymie, w kolegjum hiszpańskiem przy placu Navonny, gromadka diakonów otrzymała święcenia kapłańskie z rak Kardynała Merry del Val, ówczesnego sekretarza świątobliwego Piusa X. Po ceremoniach nowowyświecony kapłan powracał do kolegium. W drodze myślał sobie o rodzicach, rodzeństwie i starym domku rodzinnym. Przed oczyma jego wyobraźni, przesuwał się ten obrazek; obrazek tak miły każdemu człowiekowi, ale tym milszy owemu młodemu kapłanowi, ponieważ dzieliła ich przestrzeń około siedmiu tysięcy mil. Szedł z głową ku ziemi spuszczoną, a po policzkach płynęły łzy radości i mieszały się ze łzami smutnych wspomnień. Tak już niezadługo powróci do domu rodzinnego, do ojca, do rodzeństwa, ale nie do matki. Ją dawno, już tak dawno Bóg zabrał. I na to wspomnienie, oczy zaszły łzami, mimowoli usta rzuciły wyrzutne pytanie: Czemu to tak? —- Dziś jeszcze, po dwudziestu siedmiu latach ciężkiej, trudnej, a zarazem niewdzięcznej orki kapłańskiej, ten sam kapłan po całodziennej pracy, późno wieczorem siedzi przy biurku i robi ze sobą rachunek sumienia. Rozumie jak mało dobrego zrobił, mimo najlepszych chęci. W tej samej chwili widzi ile więcej pozostaje do zrobienia, i nie tylko myśli, ale mówi sam do siebie: Byłbyś lepszym, gorliwszym i dbalszym, gdyby twoja matka żyła! Zdaje mu się wtenczas, że tuż nad nim unosi się postać matki, która z lekka dotyka się jego głowy strapionej, ociężałej, a z ust jej bladych padają słowa pociechy i ukojenia!

Ojcowie kochani, matki drogie, dziś przez usta moje hołd wam składają, wszystkie nasze dzieci rozumne i wdzięczne. Całujemy usta wasze, wdzięczni za wasze rady, upomnienia i wskazówki. Całujemy ręce wasze za długoletnią pracę, poświęcenie i starania dla nas. Za wszystko wam dziękujemy. Proszę was jednak bądźcie nam zawsze wzorowymi ojcami i matkami, abyśmy zawsze i wszędzie mogli się wami poszczycić, mówiąc dumnie teraz przed światem i ludźmi, później przed Bogiem i Aniołami: To jest mój Ojciec, — to jest moja Matka!

Czytam następujący list, ponieważ jest nadzwyczajny, w obecnych czasach. "Przewielebny Ojcze! Z okazji nadchodzącego dnia Imienin, zasyłam moje, a raczej razem z moją żoną życzenia. Niech Bóg łaskawie pobłogosławi w pracy tak trudnej. Programy nadawane są prawdziwym pokarmem. Ja słucham co druga niedzielę, gdyż pracuje w niedzielę, i to w szpitaiu niekatolickim, więc co drugą niedzielę przychodzę wcześniej; nie dziwić się, że program Godziny Różańcowej, jest dla mnie pokarmem, gdyż do kościoła chodzić nie mogę. Uprosiłem o wolne w Wielkanoc na godzinkę, więc mogłem przystąpić do Sakramentów Świętych! Pracuję co dzień. Zapłata jednak mała bo tylko S55.70 na miesiąc, ale z tego trzeba się opłacić! Żona obecnie słabuje, ponieważ spodziewamy się potomstwa. Leży w szpitalu niekatolickim, bo tam taniej. Wielebny Ojcze, mimo tych trudności i ciężarów, nie narzekamy. Pomimo tak słabego dochodu, cieszymy się zadowoleni, i jesteśmy szczęśliwi. Pokazuje to, że pieniądz, to jeszcze nie wszystko! Żonę mi dał Bóg dobrą. Nie jest ani rozrzutna, ani skąpa. Niech Ojciec przemówi do młodych małżonków, że do szczęścia nie są tak potrzebne pieniądze jak Bóg, wiara i miłość wzajemna! Dotychczas Bóg nam daje łaski potrzebne do szczęśliwego pożycia. Nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie tak narzekają na Boga"!

Do tak szczerego wynurzenia uczuć ludzkich, nie dodaję ani stówka. Pisany przez szczerze wierzącego, który rozumnie i trzeźwo patrzy na życie ludzkie; któremu Bóg, wiara i zacna żona, przynieśli szczęście, spokój i zadowolenie! Niech wszyscy mężowie i wszystkie żony, wzorują się w zapatrywaniach na swe pożycie, na owej parze maiżeńskiej!

Teraz czytam z innego listu. Odnosi się do bardzo ważnej sprawy. Posłuchajcie: "Jestem wdową. Liczę lat siedemdziesiat. W czasie depresji pożyczyłam znajomym osiemset dolarów. Od dwóch lat nawet procentu mi nie płacą. Najpierw przepisali dom na krewnych, przeszli przez cywilne bankructwo, wyśmiewają się ze mnie, że im nie mogę nic zrobić. Dziś mogliby mnie spłacić, bo aż czterech ich w domu pracuje." — Każdy dług musi być spłacony, albo temu, u którego był zaciągnięty, albo osobie, która go zastępuje, albo musi być oddany na dobre cele. Jeśli nie można w całości i razowo spłacić długów, trzeba je spłacić w części.
Bankructwo, szczególnie w czasach naszych, powinno być rozważane nie tylko z punktu legalnego, ale również z punktu moralnego. Jeśli kto jest zmuszony do bankructwa nie z własnej winy, ale z nieszczęścia, wtenczas nie jest on moralnie odpowiedzialnym. Jeśli jednak kto spowodował bankructwo, ponieważ prowadził życie ponad stan, prowadził się niedbale, pił, gemblował, lub nieoględnie handlował na giełdzie, wtenczas obowiązany jest do oddania długów, mimo że sąd go uwalnia od odpowiedzialności. Ogromną i jawną niesprawiedliwość wyrządzają dłużnicy, którzy przepisują domy i inne własności na swoje żony albo przyjaciół, którzy zatrzymują je pod swoją opieką, aż proces lub procesy ukończą. Nie potrzeba się dalej rozwodzić nad długami i bankructwami. Sprawiedliwe długi w sumieniu obowiązują do całkowitej spłaty. W naszym wypadku, staruszka ma prawo nie tylko do pełnej sumy, ale i do zaległych procentów. Widocznie dłużnicy nie mają ani wiary, ani sumienia!

Słuchacze kochani, spłacajcie wasze długi. Niesprawiedliwość drugim wyrządzona, przez niewypłacenie długów, nigdy wam nie przyniesie ani szczęścia, ani powodzenia, ani spokoju. Cudza krzywda, nie tuczy, i długi spłacajcie do ostatniego szelążka!

W środę, 14-go kwietnia, tu w Buffalo odbyła się uroczysta instalacja nowego Biskupa, Jego Ekscelencji Jana Alojzego Duffego. Przy tej okazji Jego Eminencja Kardynał Hayes, pomiędzy innymi mówił tak: "Inne usposobienie i inny duch opanował świat dzisiejszy. Inne usposobienie, inne zapatrywanie. Dzisiejsza Ameryka to już inna od wczorajszej. Czy jest to zmiana na lepsze lub gorsze, nie wiadomo. Ta Ameryka, którą znaliśmy i kochaliśmy, i którą wyobrażaliśmy niezmienną z pokolenia na pokolenie. Ostatnie zdarzenia tu i za morzem, wstrząsnęły naszym krajem, przez wywrotowe ruchy przeciw naszym ukochanym i demokratycznym ideałom! Złe czasy spadły na ten świat. Zamieszanie, wyraża to bardzo łagodnie. Ludzie są jakby w obłędzie, jeśli już nie zgubieni duchowo, moralnie, umysłowo, społecznie, w labiryntach własnej twórczości. Ciemności fałszu ich tak pomieszały i z tropu zbiły, że już człowiek nie wie, czym jest w rzeczywistości, albo dokąd idzie. Człowiek zadawalnia się oświatą, która ignoruje Chrystusa, tego nauczyciela wieków, i przez to intelektualnie gasi światłości niebieskie. Wychwalając szkoły ludzkie oraz laboratoria, które pod przewodnictwem Boga, by zaprowadziły człowieka na szczyt doskonałej wiedzy i kultury, ten człowiek stoi bezradny i niemocny w obecności Istoty Boskiej, Stworzyciela wszechświata — tego jedynie prawdziwego źródła życia, światłości i prawdy. Duch naszego dnia, przymusza człowieka, aby był prawem dla siebie, a ten człowiek stał się istotą nieuznającą żadnego prawa. Stąd padły ideały moralne i duchowe; stały się one bezużyteczne w
życiu człowieka. Nie widzi on słońca i gwiazd, które głoszą chwałę Stwórcy. Ślepy jest na pomoc, które Opatrzność Boska obmyśliła na jego ogólne szczęście, czasowe i wieczne, tutejsze i pozagrobowe! Jak więc może człowiek postępować do wyznaczonego mu celu, jeśli życie ludzkie obfituje w cielesność, chciwość, niesprawiedliwość i nienawiść — co wszystko wyklucza Boga i bliźniego. Szukając powodów burzliwego życia, które z rozpaczą patrzy w przyszłość brzemienną w wojnę światową, w ekonomiczne załamanie i w moralną rebelię, w rozbite życie familijne i w okrutne zbrodnie, zwracamy uwagę, że człowiek sam sobie zostawiony i o własnych siłach, nie jest w mocy wydostania się z kryzysu, który codziennie staje się coraz to więcej zawikłany, brudniejszy i rozpaczliwszy. Świat potrzebuje Zbawiciela! Jak kiedyś w starożytności, Bóg ocalił Noego w arce, tak teraz Chrystus Zbawiciel zachowa przez swój Kościół, tych którzy wyznają tę wiarę, którą Chrystus nauczał, i którzy według tej wiary żyją."

Nowo instalowany Biskup J. A. Duffy, pomiędzy innemi naznaczył: "Moja instalacja przypada w czasach krytycznych, w czasach krytycznych tak dla Kościoła jak dla świata. Jakieś niepowstrzymane poruszenie wstrząsa ludzkością. Ród ludzki jest niespokojny. Człowiek zdąża do jakiegoś celu, i na razie, w tym pośpiechu, niszczy starożytne słupy graniczne, które znaczyły stałość i trwałość społeczną — wzory moralne — i spokojny postęp. Wiele mówiące znaki nowej ery są tak jawne na powierzchni życia ludzkiego, że nawet przypadkowo zastanawiającego — przerażają! Każdy stopień życia — dom i rodzina, handel i przemysł, rząd i prawo — jest poddane egzaminowi, bezlitosnemu i gorzkiemu. Ani lata, ani świętość, ani dobroczynna służba, nie wystarcza do zachowania od ostrej i głębokiej analizy. Całe narody otwarcie przywłaszczyły sobie brutalną zasadę, że siła i moc to jedyne prawo. Filozofia życia przyjęta przez jednostki i przez rządy; wychwalają siłę jako jedyny środek życia. A więc niech bierze, kto może, i niech trzyma, kto jest w stanie! Umysły ludzkie są zajęte, zadając pytania, rzucając konkluzje, egzaminując fundamenty, tłumacząc zdarzenia — robią to wszystko z przerażającymi skutkami. Zmieniają znane instytucje, znoszą prawa, wykorzeniają moralne zasady. Jesteśmy świadomi, że otoczeni jesteśmy zapałem i energią, które nie dbają o to, o co my dbamy, i z nami nie mają sympatii. Odgrażają się nam widmem, najgroźniejszem widmem, jakie umysł ludzki może nam przedstawić; bo nic innego jak powrót do świata bez Chrystusa i bez — Boga. Zmierzcie ogrom braków oraz wymagań naszej ery, różnica pomiędzy tymi, jest miarą powodu dla którego istnieje Kościół! Ciężkie niezadowolenie, które stawia się w głębokiem niedowierzaniu Bogu — niezrozumiana nierówność ludzkiego położenia i zdolności — potworne nadużycie najobfitszych darów Boskich — do czego należy dodać samolubstwo zamożnych, oraz brutalna swawola bogactwa i rozkoszy! Na to wszystko, Kościół znalazł zawsze lekarstwo. Chociaż źródłem obecnych zagadnień, jest grzech, samolubstwo i głupota, Kościół Katolicki, w obecnych czasach jest przeciwnikiem i lekarstwem!" Tu kończę cytat z mowy Księdza Biskupa.

Teraz wyobraźnią przenoszę was do czasów Chrystusowych, nad brzeg morza Galilejskiego. Widzimy Zbawiciela otoczonego gromadką uczniów. Chrystus mówi do nich: "Przeprawmy się na jezioro." Uczniowie spojrzeli na wody jeziora. Były spokojne. Wyglądały jak lustro. Powietrze ciepłe, spokojne. Weszli z Chrystusem do łodzi. Odbili od brzegu. Chrystus wymęczony zasnął. Nagle zerwał się wiatr, w kilku minutach, łódź zaczęła się kołysać, a wzburzone fale zalewały łódkę. Mimo niebezpieczeństwa, Chrystus się nie budził. Wreszcie, uczniowie wystraszeni zaczęli błagać: "Mistrzu, giniemy!" A Chrystus wstał, zgromił wiatr i nawałności. Na rozkaz Zbawiciela, wiatry się uciszyły, wody się uspokoiły, i nagle stała się cisza! I rzekł im: Gdzież jest wiara wasza? A oni przelękli się i ze zdziwieniem mówili jeden do drugiego: Kto mniemasz jest Ten, że i wiatrom i morzu rozkazuje, a słuchają go?" — Gdyby dziś cały świat, który nie tylko tarza się, ale topi się w falach niepewności, nienawiści, niechęci i nieufności oraz niedowierzania, nad którym wiszą ciężkie, czarne i złowrogie chmury, nabite grzmotami, błyskawicami i piorunami, gdyby świat cały rzucił się na kolana i zawołał: "Nauczycielu, Chryste Boże, ratuj bo giniemy!" Wierzę, głęboko wierzę, że Zbawiciel by burze wstrzymał, wiatry uspokoił i nastałaby cisza i pokój wszechświatowy!

Na zakończenie tej dzisiejszej mowy, przytaczam scenę, której byłem świadkiem około dwanaście lat temu! Wówczas zajechałem do cudownego miejsca Lourdes, we Francji! Właśnie wtenczas wraz z pielgrzymką angielską przywieziono przeszło czterysta chorych. Co popołudnia o godzinie trzeciej, chorych przynoszono na ogromny plac kwadratowy przed bazyliką. Jedni siedzieli w krzesłach, drudzy leżeli na noszach; inni spoczywali na prostych deskach, zbitych we formie łóżek! Wszyscy oczekiwali na procesję z Przenajświętszym Sakramentem. Wreszcie w drzwiach bazyliki ukazał się krzyż. Za krzyżem dwójki ministrantów, dalej pary księży aż w końcu pod baldachimem w asyście, Biskup, trzymający przed sobą bogatą monstrancję. Biskup Schuster, niósł Utajonego Zbawiciela, aby chorych pokrzepić, pocieszyć i możliwie uzdrowić. Procesja zatrzymała się przy kwadracie. Biskup z monstrancją wszedł do środka. Przystanął. Podniósł monstrancję wysoko nad własną głowę. Jeden z kapłanów klęknął przed tajonym Chrystusem, a wyciągając ku Niemu ramiona, zaczął wołać głosem żarliwym i błagalnym: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nam nami! Jezusie Nazareński, zmi¬łuj się nad nami!" Na głos tej prośby, z piersi biednych schorzałych, wyrwał się szloch, jęk, płacz i setki ust powtarzały za kapłanem: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami!" A Biskup szedł od chorego do chorego, przystawał przy każdym nieszczęśliwym i nad nim złocistą monstrancją kreślił wielki znak krzyża św. Widocznie każdy odczuwał jakąś pociechę, doznawał jakiejś ulgi, ponieważ powoli ustawały krzyki i hałasy. Tylko usta zbolałe szeptały dalej: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nad nami." Ten szept modlitewny uniósł się nad tymi łazarzami, jak dym kadzidła wonnego i płynął het, het wysoko aż pod tron Stwórcy miłosiernego. Tam stąd powrotną falą spłynął jak rosa poranna, świeża i orzeźwiająca, lub jako balsam kojący i gojący rany, boleści i cierpienia złamanych ciał ludzkich. — Ten obraz lurdzki to wierna odbitka położenia ludzkiego dnia dzisiejszego. Przemawiając dziś do was, kto wie czy może nie po raz ostatni, i ja rzucam się na kolana, przed Stwórcą, przed Zbawicielem i przed Sędzią ludzkości, a wznosząc wysoko me ręce, wołam w imieniu moim, w imieniu waszym, w imieniu całej ludzkości: "Panie ratuj, bo giniemy i Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami, Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami!"