TWÓRCZYNI CZY NISZCZYCIELKA? - pogadanka o. Justyna z 13.02.1938 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na wstęp do dzisiejszej mowy, przytaczam dwa listy. Są one o wiele wymowniejsze od moich słów nieudolnych, i często za słabych, aby odpowiednio i jaskrawo przedstawić wam zamierzony obrazek, który by wam uwypuklił rzeczywistość życiową! Który by też wstrząsnął sumieniami ludzkimi i zbudził dusze ludzkie ze snu oziębłości i niedbalstwa do wysiłków szlachetnych i cnotliwych, zgadzających się z godnością i powołaniem i celem istot rozumnych! Pierwszy list, idzie do sedna sprawy. Słuchajcie:

"Dnia 30 stycznia, 1938 roku, podczas Godziny Różańcowej. — Słuchałem i słucham Ojca Justyna na radio. W nauce dzisiejszej O. Justyn, tylko ojców o pijaństwo potępiał i wszystko na ojców barki zwalał. Jednak sprawa jest taka, że 98 procent ojców pijaków są pijakami z powodu żon "sekutnic", to znaczy, że wielu mężów było dobrymi mężami tak długo, aż im żony poczęły być niemożliwemi, t. j. na każdym kroku dokuczały mężowi, więc biedny chłop poszedł sobie robaka zalewać. W wielu rodzinach życie jest niemożliwe, nie dlatego, że mąż niedobry, tylko dlatego, że żona go uczyniła niedobrym, bo po pracy dziennej żadnego wesołego przyjęcia w domu nie ma, ani też żadnego porządku w domu nie znajdzie, gdy ten mąż z pracy powraca. Trzaśnie więc chłop drzwiami i idzie do knajpy, by babskich wygadywań nie słuchać na jego rozumne upomnienia. To znam z doświadczeń nie tylko mego powołania z ostatnich 19 lat, ale jako pracownik we fabrykach, tak w Detroit jak i Holyoke. gdzie musiałem na moje wykształcenie zarabiać. Niech O. Justyn to łaskawie przeczyta. Może ktoś inny moje ślamazarne pisanie potwierdzi."

W drugim liście też jakiś biedny chłopina rżnie prosto z mostu:
"Ojcze Justyn! Do czternaście miesięcy temu pracowałem bez przerwy i nic nie piłem, z wyjątkiem piwa w niedzielę. Niestety wyszliśmy na strajk. Nie moja w tym wina. Wyszli inni, musiałem i ja! Od tego czasu żona zaczęła mi dogryzać na każdym kroku. Szukałem pracy od rana do wieczora. Za pieniądze nie można by dostać roboty! Co przyszedłem do domu, to moja kobieta zaczęła mi wymawiać: czemu nie robię, czemu nie dadzą mi roboty; że gdyby tego się spodziewała, to by za mnie nie wyszła; że w domu, przy rodzicach, miałaby lepiej. Perswadowałem jej, zeby była cierpliwa, że widzi, że chodzę za robotą, że przecież może fabrykę otworzą. Nawet nie chciała słuchać. Trzy miesiące temu, zostawiła mnie i poszła do swej matki. Tak mi się źle zrobiło, że poszedłem do salunu i wypiłem trzy wódki. Od tego czasu, co dzień jestem w salunie i co dzień piję. Bo cóż mam robić? Siedzieć w domu i patrzeć na gołe ściany? W salunie mam rozrywkę. Gramy w karty i popijamy. Ja nie jestem winien temu. Gdyby żona dała mi spokój i została przy mnie, nigdy bym nie zabrał się do picia!"
Po tych dwóch prostych i szczerych wynurzeniach, do
mowy:

TWÓRCZYNI CZY NISZCZYCIELKA?

Ręka kobiety nie tylko porusza kolebkę. Ręka kobiety trzęsie światem całym. Trzęsie zaś światem, ponieważ jest motorem życia rodzinnego i domowego. Jakie więc są żony i matki, takie są rodziny, takie są społeczeństwa, takie są narody. Ktoś pisał tak: "Kobiety tworzą, lub niszczą dobrobyt rodziny. Wychowanie ich dążyć powinno do tego, by się nauczyły tworzyć, a zaniechały niszczenia!" Kto nie widzi i kto nie uznaje, nawet w tych czasach mglistych, pochmurnych i burzliwych, że zdrowie tak fizyczne jak moralne, a więc całe szczęście czy to rodzinne, czy też narodowe, zależy od rozumnego, roztropnego i praktycznego kierownictwa kobiety, żony i matki! Żaden inny człowiek na świecie nie ma przed sobą pracy tak szczytnej, chwalebnej i korzystnej, jak ma ona! Kobieta taka musi jednak zrozumieć swe powołanie i posłannictwo swoje. Musi być ową kobietą biblijną — mężną która, "staje się jako okręt kupiecki, z daleka przywożący żywność swoją; która w nocy wstaje i daje pokarm domownikom i służebnikom swoim; która rękę swą ściągnęła do mocnych rzeczy, a palce jej ujęły wrzeciono; która tekę swą otworzyła ubogiemu, a dłonie swe wyciągnęła do biednego; która, jako słońce wschodzące światu na wysokości Bożej, tak piękność dobrej żony ku ochędostwu domu jej — powstali synowie jej i szczęśliwą sławili, mąż jej — i chwalił ją!"

Na tej zasadzie pisała pewna polska autorka: "Jakże miłym dla męża stałby się dom, gdyby w nim zastawał zawsze ład i porządek, a jak drogą byłaby dla niego żona, o jego potrzebach pamiętająca! Nie jest możliwe, aby mąż nie ukochał takiego ogniska, bo mu w nim będzie dobrze, jak nigdzie. Z zadowoleniem wracać będzie doń zawsze, a w oddaleniu odczuje za nim tęsknotę!" — Kraszewski kiedyś kreślił takie zdania: "Nie ma słodszych i silniejszych węzłów nad węzły miłości rodzinnej. Nie ma sroższej nienawiści nad nienawiść poróżnionej rodziny. Dom rodzinny jest naszą świątynią, przybytkiem, szkołą; pierwszym kapłanem jego matka; najwyższym stróżem ojciec. Pod strzechą rodzinną tulą się całe skarby nasze!"
Czemu tak wyrażali się pisarze dawniejszych czasów? Dlaczego domy były świątyniami, przybytkami i szkołami? Z powodu zalet i cnót żon i matek. Były one mężnymi niewiastami, ponieważ były pracowite, przezorne, gospodarne, zgodne i umiejące zapobiec wszelkim nieporozumieniom. Były pogodne; nie znały ani sporów, ani kłótni, ani dogryzek. Ponieważ dom był mieszkaniem miłości serdecznej, całopalnej i chrześcijańskiej, o której pisał Pius XI, "że okazuje się czynem!" Nie dziw więc, że do domu z pieśnią na ustach powracał rolnik wieczorem po całodziennej pracy; wracając w progi ubożuchnej strzechy, jakby miał wstępować do dworu lub pałacu; z uśmiechem na ustach szedł do domu urzędnik po całodziennych wysiłkach; z radością w sercu, pospiesznie zdążał do domu każdy mąż, bo na przyjęcie czekała niecierpliwie zacna i dbała żona. Mąż znajdował domek, czy pomieszkanie w porządku. Wszystko w swoim miejscu. Dzieci wymyte i wyczesane. Kolacja gotowa. Potrawy proste, ale smacznie przyrządzone. Biedny mąż zapominał o trudach, o niemiłych zdarzeniach dnia; dom uważał za schronisko od wszelkich burz światowych; dom był mu przedsionkiem niebieskiego spokoju i ukojenia. Żona była mu aniołem stróżem tego wszystkiego! Na żonę spuszczał się ze wszystkim i zaufał jej we wszystkim. Żona była nie tylko prawdziwą gospodynią, ale zarazem sekretarką, kasjerką i całą korporacją. Bez jej rady nic nie zrobił; bez jej pozwolenia centa nie stracił. Nawet i dziś jeszcze nasi starsi ojcowie mówią: "trzeba się matki poradzić; zobaczymy co matka powie; bez matki nie mogę tego zrobić; ja się zgodzę, jeśli matka się zgodzi!" Widocznie, taka żona zawsze była mężowi zaufaną współtowarzyszką w małżeństwie, i wszelkie trudności i kłopoty w rządzeniu i prowadzeniu domowym spoczywały na jej barkach. Matka o wszystkiem myślała i wszystko załatwiała. Nasze matki nie uczyły się po szkołach, ani nie chodziły na wykłady kulinarne, ale znały wszystkie tajemnice gotowania, pieczenia, smażenia, marynowania! Tego wszystkiego nauczyły się przy swoich matkach.

Dziś wszystko po modzie nowoczesnej. Młoda żona umie sprytnie kierować samochodem, ale nawet jajecznicy nie umie usmażyć! Młoda żona bierze udział w turniejach karcianych, wygrywa pierwsze premie w pinakla, preferansa, 66, rummego
i brydża, nie umie jednak smacznej kawusi lub herbatki sparzyć! Młoda żona zna wszystkich aktorów i aktorki, rozprawia długo i zapamiętale o przedstawieniach kinowych, nie umie jednak ani garnka ani patelni z tłuszczu obmyć i oczyścić! Młoda żona umie wszystkie sztuki kuglarskie i linoskoczkowe w wykonywaniu shimów, fokstrotów, tang, big-applów i jakich orangotaungoskich "hebes-jeebies", ale nie ma najmniejszego pojęcia, i w dodatku nie chce mieć, o wypiekaniu chlebuszka, ciasteczek ani też o marynowaniu owoców i powideł. Proszę was, nie bierzcie tego na śmiech, tylko na serio! Niech do powyższych uwag dodam wiele znaczącą poprawkę..

Powtarzałem słowa, młode żony, czy nie powinienem raczej mówić obecne żony? dzisiejsze żony? Bo i starsze żony dziś latają jak kot z pęcherzem. Chodzą po teatrach, po balach, po "partach" w prywatnych domach, i gdzie nie! Tam spędzają długie, bardzo długie godziny, bo w domu im się dłuży, bo w domu nie ma co do roboty. W domu zaś mniej porządku i schludności, aniżeli w kurniku lub drewniku. Łóżko nie usłane; pościel nie wyprana, podłoga nie zamieciona; okna zachmurzone; w narożnikach pajęczyna. W kuchni pełno rupieci — na stole nie umyte szklanki, pół wypite filiżanki, zabrudzone talerze! W "sinku" czyli "w pomyjniku", który wygląda jak biały murzyn, więcej zabrudzonych garnków i garnuszków. Leżą tam od kilku dni i czekają zmiłowania ludzkiego. Proszą się i błagają o uwolnienie ich od brudów i zanieczyszczenia. Daremnie. Gospodyni nie ma czasu! Dalej, w takim domu, nie znajdziesz kropielnkzki przy drzwiach wejściowych; nie znajdziesz krzyża, w kuchni, nad stołem; nie ujrzysz żadnego obrazu świętego w sypialni. To zbyteczne. To niemodne! No, do takiego domu wieczorem powraca mąż po całodziennej pracy. Przy robocie męczył się i mordował wśród huku i trzasku maszyny; gdzie się obrócił tumany kurzu, pyłu i brudu biły w spoconą twarz i siadały na plecach i piersiach, padały w oczy, wsiąkały w gardło, spływały do płuc! W dodatku nad nim stał "boss" i pędził do roboty; pokazał się i "superintendent" i krzywe rzucał na niego spojrzenia, przyczem robił jakieś opryskliwe uwagi. To go zdenerwowało i zaniepokoiło, że kiedy dano znak obiadowy, wypił tylko kawę. Chleba nie mógł przełknąć. Z niepewnością w myślach, z nerwami rozstrojonemi, wymęczony, zamorusany, biedny robotnik powraca w progi rodzinne obiecując sobie smaczną kolację, nieco spokoju i zasłużony odpoczynek! Niestety, znajduje dom w nieporządku, jedzenie nie przygotowane, stół nie zastawiony, dzieci nie umyte i żonę zasępioną, zachmurzoną i rozgniewaną! Czy mu się dziwię, że na widok tego czyśca domowego biedny chłop traci równowagą, zawraca kroki i idzie tam, gdzie szklanki dzwonią i kieliszkami wygrywają: "Nie pójdziem do domu aż rano!"
No, a jeśli jeszcze w dodatku, mamy takie żony, które, niby obrażone, zaczną robić mężom wyrzuty, albo same szukają zaczepki, albo zatną się jak zardzewiałe zamki i przez tygodnie lub miesiące prowadzą pożycie domowe w grobowym milczeniu, albo zawsze mają twarde, wyniosłe, harde, lekceważące odpowiedzi, albo takie nigdy nie nasycone, nigdy nie napełnione, dziurawe i bezdenne wory, którym zarobek i pejda zawsze za mała, nigdy nie wystarczająca? Czy teraz można takim mężom robić wyrzuty, że uciekają z domu tak zamaszyście i błyskawicznie jak kiedyś zmykał pasza turecki przed Sobieskim? Że taki chłop, w domu sponiewierany, zbity i skopany, pędzi do szynku, do salunu lub do tawerny, i tam zalewając rozum zapomina o takim pożyciu małżeńskiem. Dziwimy się, że gniazdka małżeńskie zamieniają się w jamy plugawych gadów, ziejących jadem trującym! Dziwimy się, że mężowie w domu nie posiedzą. Dziwimy się, że teatry i tawerny są nabite? Dziwimy się, że małżeństwa się kurczą. Dziwimy się, że młodzieńcy od zakładania własnego gniazdka dziś tak stronią!

Posłu¬chajcie listu z Fali River, Mass.
"Przyznam się, że i ja rozpiłem się. Nie jest to jednak cała moja wina. Jak się ożeniłem dwadzieścia lat temu, myślałem, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałem dobrą robotę w "kotonówce". Kupiłem mały domek za uskładane pieniądze. Meble kupiłem na wypłatę. Przez jeden rok żyliśmy w zgodzie. Wypłaciłem meble. Żona jednak zaczęła dom i mnie zaniedbywać. Co dzień leciała na całe popołudnie do swej matki, albo do przyjaciółek. Mało co kiedy ugotowała mi porządną kolację. Zawsze tylko coś z "kanów". Nawet kawy mi nie chciała ugotować. Lunchu mi nie dawała. Nie chciało się jej. Dawała mi 15 centów na lunch. Nigdy ze mną razem kolacji nie chciała jeść. Miała psa i kota, o nich więcej dbała jak o mnie! W drugim roku Bóg nam dał córkę. Myślałem, że to ją utrzyma w domu i zmieni się. Teraz znów latała po wszystkich znajomych i krewnych, chwaląc się przed wszystkimi, jakie to piękne dziecko. A ja chłop, mąż i ojciec, musiałem zawsze stać w kącie, zaniedbany i opuszczony, jak taka stara miotła. Przychodziłem z fabryki, to na stole był talerz z kreksami, a na piecu garnek z kartoflami. Pejdy oddawałem. Nigdy nie była zadowolona. Mnie wydzielała jedng paczkę papierosów na tydzień. Ze mną nie chciała iść razem, ani do kościoła, ani w odwiedziny. Pogniewałem się nieraz. Tłumaczyłem jak umiałem. Dwa razy odeszła ode mnie do swego brata. Zacząłem chodzić na kolację do restauracji i zacząłem pić więcej jak mi było na zdrowie! W grudniu roku 1936 z domu wyjechała córka, bo nie mogła dalej słuchać naszych kłótni. Powiedziała swej matce, a mojej żonie, że nigdy do domu nie wróci, chociażby miała z głodu w Nowym Jorku umrzeć! Żona też w złości porzuciła mnie. Zabrała ze sobą wszystko, nawet polisy od towarzystw. Teraz dowiaduję się, że zostało długów na blisko tysiąc dolarów! Z żalu i rozpaczy zacząłem pić coraz to więcej. Kiedy pomyślę sobie, co myślałem że kiedyś będę miał, a kiedy teraz patrzę co mam, to przychodzi na mnie wariactwo. Robiłem i oszczędzałem, dla kogo?"

Teraz, wy żony, posłuchajcie rady przepisanej przez pewną zacną Polkę, która tak pisze: "Trzeba wiedzieć, że każdy mężczyzna jest niezmiernie wrażliwy na dobry stół, zdrowy i smaczny. — Aromatyczny rosół, sosista pieczeń, wprawiają go w humor najlepszy i dobrze usposabiają go względem żony; przeciwnie zaś, gdyby mężczyzna żeniąc się najbardziej żonę ubóstwiał, dla jej wdzięków, a nawet dla jej przymiotów, jeśli w pożyciu okaże się niegospodarną, niepraktyczną, jeśli źle karmić go będzie, w krótkim czasie zniechęci się do niej. A chociażby sam porządnym nie był — lubi dookoła siebie porządek; i choćby akuratnościa nie grzeszył, lubi akuratność w domu i wpada w zły humor, gdy powróciwszy do domu, z biura, z urzędu lub jakiej innej pracy czekać musi na podanie posiłku. Spędza oczywiście winę tych wszystkich niedoborów na żonę, do której z tej przyczyny z dnia na dzień coraz bardziej się zniechęca! O różnych innych materialnych potrzebach męża żona również pamiętać powinna. Staranne utrzymanie garderoby, piecza nad bielizną, aby była starannie prana; aby ubranie było starannie chędożone itp. Opowiadają o sławnej rodaczce Curie-Skłodowskiej, że sama własnoręcznie układała bieliznę męża, liczyła ja, oglądała, a brakujące guziki — gdzie było potrzeba — przyszywała. Jakże mąż oceniać będzie żonę, gdy przy innych przymiotach tak troskliwą otoczy go opieką! Pewien mąż w podeszłym już wieku będący, spytany, gdzie mu jest najlepiej? — odpowiedział bez najmniejszego wahania: "Tam, gdzie jest moja żona!"

Generała Chłapowskiego żona, z powodu małżeństwa swego syna, wypisała mu następującą radę: "Szczęście w małżeństwie jest w miłości oświeconej przez religę. Taka miłość rodzi zaufanie, oddala zazdrość, wyrabia pobłażanie, które nie żąda doskonałości. Chcąc tę miłość zachować, aby ożywiała, ułatwiała i upiększała życie, trzeba jej wiele starania poświęcić!" Nie dziw, że i sama tak postępowała jak synowi radziła. Dlatego mąż nad jej grobem dał wyrzeźbić napis taki: "Ona mi przez 36 lat dodawała odwagi do życia!" Czy można dobitniej opisać niewiastę mężną i żonę wzorową?

Kiedy skończyłem pisanie powyższego paragrafu, jeden z Ojców przyszedł mię zawiadomić, że ktoś czeka na ofisie i nalega, że musi koniecznie się ze mną widzieć w bardzo ważnej sprawie! Rzucam piórko i idę. Patrzę. Na krześle siedzi jakiś mężczyzna i płacze. Mimo, że mało zwracam uwagi na płacze pewnych ludzi, płacz chłopa wzrusza mnie. Pytam się, w czym mogę mu usłużyć? Posłuchajcie historyjki, ponieważ jest interesująca!

"Przyszedłem pożalić się na moją żonę. Ślubowaliśmy dwa lata temu tu w tej parafii. Zaraz po ślubie, moja żona zaczęła się dziwnie zachowywać. Od rana do wieczora przesiadywała u swojej matki. Ja chodziłem do roboty. Ona powracała z pół godziny zanim przyszedłem do domu z fabryki. Na prędce strzaskała mi jakąś kolacje i potem znów co wieczór szła albo do teatru, albo do towarzyszek. Ja nie mogłem z nią wychodzić, bo byłem zmęczony; zresztą robię w młynie gdzie jest wiele kurzu, wiec nie czuję się za mocny. Kiedy mówiłem jej, żem się ożenił na to, aby mieć żonę a nie bortnicę, ani wizytatorkę, to się tak na mnie pogniewała, że ze złości talerze na stole potłukła! Jeszcze gorsze, bo zaczęła mi przychodzić do domu podchmielona. W zeszłym tygodniu zapomniała klucza. O drugiej godzinie z rana, wybiła łokciem okno, i przez nie dostała się do domu. Już nie mogę więcej wytrzymać. Wyjeżdżam do innego miasta. Pójdę gdzie mnie oczy zaniosą i nie dbam, co się ze mną stanie!"

Wobec przykładów dziś wam przytoczonych, jakim mianem obdarzycie te kobiety-matki i żony? Budują one, czy też rujnują? Tworzą one, czy też niszczą? Są one źródłem szczęścia i spokoju, czy są źródłem klęski, niezgody i ewentualnego rozbicia rodziny? Jakie matki — takie rodziny. Jakie rodziny — takie społeczeństwa — takie narody! Gdzie są powody, że wielka liczba kobiet w czasach naszych straciła z oczu cel swego istnienia i powołania? Najważniejszą przyczyną, że te kobiety zaprzeczają wszelkim zasadom wiary chrześcijańskiej; tej samej wiary, która wzięła je za sponiewierane ręce, podniosła je z błota pogaństwa i postawiła tuż obok i przy sercu mężczyzny. To było kobiecie jeszcze za mało! Starała się i zabiegała o jakieś nierozumne i nienaturalne równouprawnienie, które jej dało wolny przystęp nie tylko do biur i fabryk, lecz nawet do aren sportowych i do spelunek gier hazardowych. Jej odważna, może lepiej czelna stopa, jeszcze dalej się posunęła i dziś śmiało stąpa tam, gdzie anioł chodzić by się nie odważył! Dziś kobieta pije jak druciarz — pali jak kominiarz i klnie jak marynarz. Nic ją nie krepuje. Na nikogo nie zważa! Człowiek wiedzieć nie może, czego im więcej brak; rozumu czy też wstydu! Ja wiem, że niejeden powie, że to tylko moda, że to przejściowe! Dobrze, ale popatrzcie się co ta moda i przejściowość pozostawiają w swych śladach? Załamanie się życia małżeńskiego — domy rozbite — dzieci zaniedbane i porzucone — zdrowie zmarnowane — i cały szereg cierpień i nieszczęść! Przeciętna kobieta dziś jest jak motyl w polu; fruwa sobie swobodnie i prowadzi życie w próżniactwie, bezcelowo! Jest tu i tam i wszędzie. Bezustannie zajęta, nic nie robiąc, niczego nie dokonywując! Czy takie można nazwać wzorowymi żonami, przezornymi gospodyniami, czułymi i dbałymi matkami? Czy takie nie są raczej morderczyniami szczęścia małżeńskiego, ciężarami mężów i katami społeczeństwa? Żony! nie tylko wasi mężowie nosić będą was na rękach, nie tylko wasze dzieci będą was kochały, ale całe społeczeństwo was otoczy koroną chwały i uwielbienia, jeśli zawsze okażecie się godnymi tego. Zasłużycie sobie, bez wątpienia, na to wszystko, jeśli najpierw same zachowacie się jak apostołki, kapłanki, strażniczki! Jeśli okażecie się współpracowniczkami i pomocniczkami mężów; jeśli w domach zachowacie ład i porządek. Wtenczas też całe pokolenia wami się poszczycą i was chwalić będą.