BRZEG CZY STAW? - pogadanka o. Justyna z 19.03.1939 r.

Pewnego ślicznego wieczora, ubiegłego roku, siedziałem sobie w łódce, na stawie przy naszym seminarium, w Granby, Mass., i łowiłem ryby! Poprawniej — miałem łowić ryby. Naprawdę, że wieczór był cudowny! Niebo zasiane gwiazdkami. Księżyc rzucał snopy światła, które wybijały świetlista ścieżkę na powierzchni jeziorka. Księżyc, to taka olbrzymia latarnia morska, dla każdego amatora wędki i sieci! Z lasku nadchodził nas pisk, kwilenie i śpiew ptasząt. Woda przybrzeżna, jak sam brzeg, ukryta była w cieniach drzew. Wytężyłem słuch, bo w bliskości, może najwyżej z trzydzieści stóp od łódki, słyszałem jakiś plusk, czy łopotanie jakby ktoś delikatnie uderzał wiosełkami o wodę! Zacząłem bacznie śledzić okolicę, z której dochodził hałas. Najpierw, dojrzałem tylko szare grzbiety jakichś ptaków wodnych. Po chwili rozpoznałem, że to stado dzikich kaczek. Widocznie pod zasłoną opiekuńczego zmroku, opuściły swą kryjówkę i puściły się na wodę, szukając żeru! Już mogłem teraz rozróżnić całe stado. Na przodzie, płynęła stara kaczka, za nią sześć par kaczuszek! Stara, co chwile, wynurzała się na kilka stóp przed młode, jakby patrolując okolicę. Raz kaczuszki ją doganiały, to znów ona powracała do nich! Zawsze jednak tuż przy brzegu, tak, aby w mgnieniu oka, mogły ukryć się w sitowisku i ujść niebezpieczeństwa! Myślałem sobie wtenczas, ot takie bezradne na oko stworzonko, a jednak jak to czuwa, strzeże i chroni swoje młode przed niebezpieczeństwami. Gdyby nie ta przezorna kaczka, jej młode wypłynęłyby na szeroką wodę, gdzie niechybnie dojrzałyby je oczy ludzkie, no i w końcu padłyby pod strzałami myśliwych! Bez opieki, kierownictwa i czujności tej naturalnej rodzicielki i żywicielki szukając szerokich wód, dających im więcej swobody, znalazłyby — koniec!

Z tego obrazka z życia natury, przerzucam waszą wyobraźnie do obrazka w życiu ludzkim! Czy spotykamy te samą staranność, dbałość i opiekę ojcowską i marierzyńską, w prowadzeniu młodzieży do życia bezpiecznego, normalnego, korzystnego i szlachetnego? Jak już nieraz mówiłem, każdy z nas umie rzucać i chętnie rzuca kamieniami potępienia w młodzież, zapominając, że sami mieszkamy w domkach szklanych! Ta młodzież nie jest winna tyle, co myśmy zawinili. Zresztą posłuchajcie mowy, której tytuł:

BRZEG CZY STAW

Żyde ludzkie możemy przyrównać do stawu lub jeziora. Otoczone jest ze czterech stron brzegami. Te brzegi to: przykazania Boże; prawa natury; przykazania kościelne; tradycje moralności ludzkiej! Biada każdej istocie ludzkiej, która nie trzyma się w pobliżu tych czterech ochronnych i obronnych brzegów, ale bezmyślnie i na ślepo wypływa na pełną wodę. Prądy i wiry chwycą ją i uniosą o wiele dalej, aniżeli sobie wyobraża. Rozbiją i zatopią takich śmiałków. Sprawdza się to nieomylnie co do młodzieży. Raz jeszcze powtarzam, i powtarzać będę jeszcze często, że młodzież nie ponosi całej winy! Przyszła ona bowiem na świat w krytycznej epoce! Urodziła się w czasach, kiedy jakiś dziwaczny odpływ odrywał ludzkość od tych brzegów stałych, trwałych i zapewniających oparcie i rzucał nimi na falach nowych zapatrywań i poglądów! Tak, nie tylko nowych, lecz w dodatku niepewnych i mylnych! Dlaczego? Ponieważ zniszczyły granice pomiędzy dobrem a złem, może zrozumiałej, że zniżyły dobre do złego, a wyniosły złe do dobrego! Zawsze pod pozorami uświadomienia i wolności! Mimo tego uświadomienia i tej dziwnie pojętej wolności, młodzi upadają! Niech wam mówi co kto chce, samo uświadomienie połączone z dzisiejszą wolnością, nie uratuje młodych od nieszczęścia! Zresztą posłuchajcie, co pisze pewne dziewczątko: "Ja też należę do tych, które O. Justyn nazywa "modernymi"! Mam lat osiemnaście. Piję, palę i chodzę na tańce. Wiem co mogę i daję sobie radę! Żyjemy w Ameryce, gdzie młodzi nie potrzebują opieki starszych. My nie chcemy, aby rodzice zawsze byli przy nas. Mamy rozum i chcemy żyć tak jak dziś inni żyją!"

Śmiałe to wyznanie, co? Za śmiałe i za pewne istoty, która odpłynęła za daleko od brzegów. Obawiam się, że w chwili niebezpieczeństwa daremnie wyciągnie ręce do brzegów z okrzykiem: "Ratujcie, bo ginę!" I z tym okrzykiem rozpaczy, pójdzie na dno! Czy może pewien gatunek modernych rodziców, może dokładniej, tak zwanych postępowych rodziców, nie dołożył ręki, aby dzieci oderwać od brzegów i brutalnie wyrzucić na głębie wód? Posłuchajcie argumentów matki, która uniewinnia postępowanie swej córki, wobec nauczycielki: "Córka jest postępową dziewczynką. Przyznaję, że jest może trochę więcej wyrobioną, aniżeli jej rówieśniczki, mimo to jest miłą i dobrą. W domu nikt się na nią nie skarży. Ojciec jej uważa co prawda czasami, że mam zbyt wielkie zaufanie do niej, że robi co zechce. Ale na Boga, nie mogę zamykać dziewczęcia w czterech murach. Ona jest tak rozsądna, że z pewnością nie przekracza dozwolonych granic! Ach, przelotny pocałunek w bramie? To drobnostka. Mały flircik i nic więcej! Pani twierdzi, że to zabawa zbyt niebezpieczna i sidła na moralność? Widzi pani, nie podzielam zdania wielu osób, że kobiety żyć powinny równie swobodnie jak mężczyźni, ale mały, niewinny flircik nie jest niemoralnością, a dzisiejsze dziewczęta są dosyć uświadomione, aby wiedzieć na co mogą sobie pozwolić. Wreszcie my matki mamy zapewne także jeszcze prawo do życia! Niech pani spojrzy na mnie, czy jestem taka stara, aby od rana do wieczora przesiadywać w dziecinnym pokoju, albo towarzyszyć mojej córce na każdym kroku, jak stara piastunka? Młodzież bawi się zupełenie inaczej, jak my dorośli i jeżeli siedzimy im na karku przez cały dzień, psujemy im i sobie rozrywki, a ciągłym dozorowaniem wstrzymujemy rozwój ich indywidualności. Pani twierdzi, że to chorobliwy duch czasu? Niemoralna moda? Wolnomyślicielstwo? To wszystko frazesy! Młodzież nigdy inną nie była. Różnica polega tylko na tym, że zmuszano miodzież do hipokryzji, do obłudy, podczas gdy dziś taką się przedstawia, jaką jest istotnie. Dziś nareszcie doszło społeczeństwo zupełnie słusznie do przekonania, że na próżno przytłumia się naturalny pęd do życia. Wybuchnie on mimo wszystko, jak nie jawnie, to potajemnie! Trzeba więc powrócić do natury!"

Pytam się, jeśli matki postępowe rozumują w ten sposób, czy mamy prawo winić młodzież, że porzuca brzegi ochronne i wypływa na głębokości? Ma ta młodzież na wszystko jedną utartą, pustą wymówkę: Wszyscy tak robią! Uprawiają swobodę w obcowaniu, mowie i zachowaniu! Mimo tego twierdzenia, nasza młodzież, wśród pozornego rozprężenia obyczajów, ponad wszystko ceni czystość obyczajów i skłania głowę z szacunkiem przed istotą, która nie pozwala na poufałości i trzyma się z dala od błota i brudu. Nie wierzycie? Posłuchajcie więc pewnej doświadczonej autorki, która pisze tak: "Zresztą nie przejmujecie się postępowaniem teraźniejszej młodzieży, która pozornie nie zwraca uwagi na przykazania obyczajności. Każdy, w gruncie rzeczy ceni czystość bardzo wysoko, śmiem nawet twierdzić, że tęskni do niej. A w życiu każdego nadchodzi godzina, w której potajemnie, kiedy nikt go nie widzi, opłakuje gorzkimi łzami lekkomyślnie splamioną czystość ciała i duszy!" Ponieważ często zwracałem uwagę młodzieży na niebezpieczeństwa połączone z dzisiejszym tańcem, pozwolę sobie tu przytoczyć zapatrywanie tej samej autorki w tej sprawie. Znów twierdzi to, co następuje: "Byłam przecież także młodą i dlatego wiem doskonale, że w młodości tętni i krąży życie, a najlepszsm odprężeniem na to jest ruch. A jeżeli w tym ruchu jest rytm przystosowany do dźwięków muzyki, to staje się tym ładniejszy, tym więcej harmonijny. Taniec jest najpiękniejszym wyrazem młodzieńczej radości życia. Ale jedynie tylko, o ile jest sztuka dla sztuki, taniec dla tańca. Muszę przyznać, że tego niestety nie widzę w dzisiejszych tańcach. Dziś chodzi o to, żeby dwoje ludzi przytulając się mocno do siebie, uwydatniali kształty ciała w namiętnych, wężowych ruchach. Musicie mi wybaczyć, kochana młodzieży, ale to nie jest ani młodzieńczą radością z powodu miłego walca, ani wybuchem wesołości wśród ożywionego tańca. To jest raczej jakieś nudne, bezbarwne — i dodajmy — wstrętne, a często nawet obrzydliwe, rozkoszowanie się! Może wreszcie zaniknie powoli ta gorączka jazzbandu i ustaną owe pod nazwą tańca niesmaczne przytulania się. Mimo wszystko, idźcie teraz tańczyć. Ale tańczcie istotnie tylko dla tańca. Nie szukajcie w tym flirtu i patrzcie na waszego partnera tylko jak na lepszego albo gorszego tancerza! A nie zapominajcie również, że taniec prawdziwie niewinny nastraja radośnie i wesoło. Jeśli tego uczucia nie macie, to wiedzcie, że w waszym tańcu coś współdziała, co nie jest dobre. Wierzcie mi! Tańczyć można przyzwoicie i nieprzyzwoicie. To samo dziać się może z życiem! I ta "przyzwoitość" lub "nieprzyzwoitość" jest kluczem naszego całego postępowania!"

Spodziewam się, że powyższej przestrogi usłuchają całe zastępy naszej młodzieży, która na oślep goni za modernymi tańcami, które są początkiem i wstępem do zatarcia granicy pomiędzy dozwoloną rozrywką a szkodliwą modą!
Idę dalej, zawsze dla ostrożności, trzymając się tej samej autorki. Przytaczam więc następującą rozmowę młodych! Otóż młodzik z miną doświadczonego: "Nic w tem złego nie widzę, jeżeli dziewczęta całują się z chłopcami. Dziś jest to tak ogólnie przyjęte, jak podanie ręki!" — "Racja, racja!" zawołało kilka głosów — "niech żyje teraźniejszość! kto troszczy się o przyszłość?'' Lecz poważniejszy głos męski, który dotychczas nie brał udziału w dyskusji, rzekł: "Zapominacie, że teraźniejszość tkwi korzeniami swymi w przeszłości. A jeżeli korzeń ten jest zgniły, to z niego nie wyrośnie nigdy zdrowe drzewo!". "Ależ nie spaczy się życia jednym pocałunkiem! W tym nie ma niczego zdrożnego. Zwykły gest — to wszystko!" - nalegał studencik! "Nie, przyjacielu", mówił dalej głos poważny: "pocałunek nie jest tylko zwykłym gestem, za nim bowiem kryją się uczucia! Pocałunek matki jest inny, aniżeli pocałunek rodzeństwa albo przyjaciół, a pocałunek dziewczyny i chłopca jest znów czymś innym, aniżeli każdy inny pocałunek. Ten pocałunek musi poprzedzać wielka, szczera sympatia, a jeśli to przywiązanie jest tak silne, że starczy na całe życie, to pocałunek jest przypieczętowaniem spójni życia dwojga dusz. A pieczęć to święta rzecz!" — Głucha cisza nastała po tych słowach. Cyniczne uśmiechy znikły z ust słuchaczy, a na niektórych twarzyczkach dziewczęcych ukazały się różowe plamy, które powoli całą twarz pokryły płonącą czerwienią. Nikt nie mógł spojrzeć do ich dusz, ale odczuwało się gorzki żal z powodu pierwszego pocałunku, którego nawet, gdyby nadszedł zaczarowany królewicz, już dać nie mogły, bo utraciły go dawno z kimś innym, a może nie wiedziały już nawet z kim! Towarzystwo zbudziło się dopiero na głos literatki: "Istotnie pocałunek nie jest pustym gestem. Nawet uścisk ręki często działa na człowieka. Gdyby pocałunek nie zawierał w sobie nic z uczucia, młodzi nie tęskniliby do niego. A tak pada jednak cień na czystość duszy. Nie mówcie, że ta czystość prócz was nikogo zresztą nie obchodzi. Jeżeli dwie młode istoty, młody i młoda ślubują sobie nawzajem, to choćby nieświadomie — poddają się nieśmiertelnej myśli Bożej. Natenczas czeka już ktoś na nich, który wraz z swym rodzeństwem nazwie ich kiedyś: ojcem — matką! Jaskółka nie bada i nie filozofuje tylko spełnia spokojnie, po prostu, naturalnie rozkaz Stworzyciela i buduje gniazdko. Nie dla siebie tylko dla swych młodych. Dwoje ludzi, gdy zakłada rodziny i urządza domostwo, buduje także gniazdko dla swego potomstwa. Jednakże nadużywa przywileju swej wolnej woli, zapominając o cudownej myśli Bożej i najpoważniejszą rzeczywistość uważa za zabawę. Zabawę, przy której człowiek i gniazdo mogą być skalane. A jednak dziecko, każde dziecko ma prawo do nieskazitelności swego domu, do czystości ojca i matki. Ma także prawo do tego, aby matka zbliżała sig do niego tylko takimi ustami, których nikt nie dotknął zakochanym pocałunkiem, prócz jego ojca. Pomyślcie tylko o waszej matce. Z jakimi uczuciami przyjmowalibyście jej tak bardzo upragnione pieszczoty, gdybyście wiedzieli, że jako młoda dziewczyna rozdawała pocałunki tak, jak uścisk dłoni!

Zbliżając się do kobiety, powinni młodzi ludzie myśleć o matce i o siostrze! A będzie to już sprawą dziewcząt, aby tego szacunku nie zburzyły! Jeżeli będziecie mieli kiedyś w domu spokojną, cichą chwilę, nie zaszkodzi jeśli pomyślicie trochę o tym, co w tej chwili słyszeliście!" — Do praktycznych spostrzeżeń autorki, na zakończenie, dodaje: Młodzieży droga! trzymaj się brzegów ochronnych, przykazań Stwórcy, praw natury, praw Kościoła oraz zwyczajów wiekami uświęconych — ponieważ w nich twoje szczęście, pokój i zadowolenie!