DOM l ŻYCIE! - pogadanka o. Justyna z 26.03.1939 r.

Przed kilku laty powracałem pociągiem z Baltimore do Buffalo. Kto zna nasz Gród Bawoli, wie, że wszystkie tory kolejowe przecinają najbiedniejsze przedmieście na południowo wschodniej stronie. Ponieważ zaś wszystkie pociągi zmuszone są zwolnić biegu, zanim wjadą do głównego dworca, pasażer jeśli chce, może dowolnie przypatrzeć się widokom, migającym się przed oknami wagonu pasażerskiego. Stałem ja przy oknie w ten poranek wiosenny i nie tylko patrzyłem na te maleńkie i biedne domki, które wyglądały jak cacka gwiazdkowe, w promieniach słonka, uśmiechającego się radośnie do starszych i młodszych, ale popadłem w głęboką dumkę. Na pozór i na zewnątrz to niby ubogie i zimne, i zwykłe. Gdyby jednak oko ludzkie mogło przejrzeć przez te ściany, firany i zasłony, z pewnością zobaczyłoby akty poświęcenia, ofiarności, miłości i zaparcia siebie. Ci biedni i zapomniani wyrośliby na bohaterów godnych pochwały, czci i uwielbienia! Tak zgubiony w rozmyślaniu, nie zauważyłem, że tuż przy oknie obok mnie, też stał jakiś jegomość. I on patrzył. I on myślał. Ubrany był według mody! Wyglądał jakby co dopiero wyszedł z okna wystawowego. Powtarzam, i on był zamyślony. Wreszcie oderwał wzrok od okienka, popatrzył się na mnie i wycedził powoli i cynicznie takie pobłażliwe zdania: "Takie przedmieście to tylko wrzód na ciele całego miasta. Pełno tu brudactwa, niedostatków i biedy! Podpalić to wszystko i skończyć z tym!" — Nie zamierzałem mędrcowi odpowiedzieć. Kiedy jednak pomyślałem, że i ja w takim biednym domku na świat przyszedłem — wychowałem się — że właśnie tam poznałem znaczenie tkliwej miłości rodziców oraz rodzeństwa, i że w dodatku olbrzymia większość naszego ludu mieszka i pędzi szczęśliwie ten marny żywot w podobnych domkach przy torach na przedmieściach — po "patchach" majnerskich — po farmach i lasach — toteż serce zaskowyczało we mnie. Spojrzałem ja na wykwintnie ubranego pana. Kto wie czy się nie cofnął przed moim wzrokiem. Rzucałem w niego wyrazami i zdaniami, jak pociskami. Z początku niedowierzał własnym uszom. Przestał jednak patrzeć wyzywająco. Uśmieszek uciekł z przyciśniętych ust. Słuchał z zadziwieniem. Przytakiwał głową. Po dziesięciu minutach moich argumentów, odpowiedział: "Nigdy nie wyobrażałem sobie, aby ksiądz mógł odmalować taki obraz szczęścia, spokoju i zadowolenia, pomiędzy takimi czterema
ścianami, w takich biednych — budkach!" Podał mi rękę na pożegnanie i rozeszliśmy się! Teraz do mowy pt.

DOM I ŻYCIE!

Kiedy objeżdżam rozmaite miasta, czy tu w Ameryce, czy tam w Europie, zawsze mnie obwożą po rozmaitych dzielnicach i pokazują mi najśliczniejsze pałace i najwspanialsze aleje, bulwary i ulice. Nie pomijają kościołów, muzeów, teatrów i parków! Zawsze jednak z największym naciskiem i dumą wskazują na wielkie i wspaniałe domy mieszkalne! Przewodnik po wyczerpaniu opisów, nieraz wybujanych, pyta się: "Czy to nie śliczny dom? Prawdziwe cacko, co?" Patrzę i widzę budowlę mistrzowską; otoczenie rajskie; trawniki miłe; drzewka wspaniałe; krzewy zachwycające; klomby kwiatów sprowadzonych spoza mórz, fontanny rzucające strumienie wody i tak bez końca. Przyznam, to wszystko piękne, pociągające człowieka. To jednak tylko pozór! Czy jednak w rzeczywistości tam wewnątrz ślicznie, ciepło, miło i szczęśliwie? Mieszkać w pałacach i zamkach, stąpać po grubych dywanach; sypiać w królewskich łożach; przechodzić przez pięknie udekorowane komnaty, jeść i pić z pozłacanych naczyń, to jeszcze nie znak życia szczęśliwego. Wszystkie te bogactwa i dostatki, cały ten przepych, mogą zamienić sam pałac w komorę udręki i cierpień, w samo więzienie! Największe sumy i majątki wyrzucone na ozdobienie i upiększenie budowli, nie zamienią jej w — dom. Powtarzam, dlatego takie imponujące budynki nazywamy zamkami lub pałacami, nigdy jednak domem!

Teraz podajcie mi rękę. Zaprowadzę was do jednego z tych domków obok torów kolejowych. Tu mieszka rodzina, od lat dobrze mi znana. Ojciec, matka i czworo dzieci!
Wchodzimy. Niewiasta wita nas z uśmiechem. W chałupce, ubogo, ale czysto, aż do przesady. Opowiada nam taką historyjkę: "Kiedyśmy się sprowadzili do tego domku, kupionego za tanie pieniądze, chałupka się chwiała. Brudna była, odarta i zaniedbana. Musieliśmy myć, szorować i czyścić. Z początku nasze finanse nie pozwoliły na zakup tapet. Nie chcąc zaciągać pożyczki, musieliśmy dorabiać się powoli. Dopiero po dwóch latach, mogliśmy pozwolić sobie na pomalowanie domu i na założenie trawnika. Powoli skupujemy nowe sprzęty i meble. Mąż zarabia niewiele, ale regularnie. Ja opiekuję się kasą i gospodaruję! Nie mamy żadnych dostatków, nie mamy jednak biedy. Jesteśmy zadowoleni, szczęśliwi i zdrowi. Mamy za co Bogu dziękować. I dziękujemy rano i wieczór, przed i po każdem jedzeniu! Ten mały domek jest naszym gniazdkiem!
Zadaniem mojego męża jest pracować na mnie i na dzieci. Moim dążeniem jest znów uszczęśliwić męża i dzieci. Jesteśmy zadowoleni że żyjemy i pracujemy w zgodzie!"

Powiecie wy mi, że to wyjątkowe zdarzenie i nie zwyczajny domek! Zapewniam was, że się mylicie. Jest ich tysiące i tysiące. Więcej takich, aniżeli sobie wyobrażacie! Co może jeden ojciec uczciwy lub matka dbała uczynić, i w jaki sposób mogą się przyczynić do upiększenia i umilenia domu rodzinnego'! Czemu każdy ojciec i dlaczego każda matka nie chce zrozumieć, że od nich zależy domowe szczęście i zadowolenie rodzinne? Zresztą, życie ludzkie pędzone w niezadowoleniu jest próżne, bezcelowe, ciężkie, bez znaczenia, biedne, mizerne i nieszczęśliwe. Jako przykład życiowy, przytaczam list datowany 5-go lutego br., oddaje go w tłumaczeniu ponieważ oryginał pisany jest w języku angielskim! — "Jestem młodą Polką. Liczę dwadzieścia jeden lat o inteligencji przeciętnej amerykanki. Lubię dobre czasy, nigdy jednak nie zapominając o zasadach wiary. Całe moje nieszczęście, to z moimi rodzicami, których kocham serdecznie i szanuję głęboko! Obawiam się, że jeśli obecne stosunki wkrótce się nie zmienią, będę musiała porzucić dom rodzinny, i to nie z mej winy! Moi rodzice regularnie słuchają programu Godziny Różańcowej i ja szczerze wierzę, że tylko przez Ojca Justyna mogę sięgnąć do rozumu i serca moich rodziców, aby zmienili się względem mnie! No, mieszkamy w najpodlejszej dzielnicy ogromnego Chicago! Przyznać jednak muszę, że tak ojciec jak matka, dbali bardzo o nasze wykształcenie, na to nie szczędzili. Wdzięczna im jestem za to! Są jednak pod wrażeniem, że my dziś powinniśmy żyć, tak jak oni żyli czterdzieści lat temu! Mimo, że nasze mieszkanie posiada pewne wygody, matka nie dba aby wyglądało jak prawdziwy i ciepły dom! Wszystko starej daty, według starej mody. Kuchnia, sypialnia, umywalnia, słowem, to chałupka, nie żaden dom. Mój ojciec mimo wielu zalet, ostatnimi czasy, ogromnie się zaniedbuje. Może się zniechęcił, ponieważ matka nasza pije i to od lat! Sama wstydzę się przyznać, lecz może mi się lepiej zrobi po tym, że będąc dzieckiem, niecierpliwie i ze strachem oczekiwałam powrotu ojca z roboty, aby dopomógł mi podnieść z podłogi moją spitą do nieprzytomności matkę i zanieść ja do łóżka! Mój ojciec wtenczas nigdy nie miał ciepłej kolacji po długich godzinach ciężkiej pracy. Kiedy dorastałam, jakoś sobie radziłam, zawsze jednak czułam wstyd i ból, ponieważ języki sąsiadów nie dawały nam spokoju. Nieraz wstydziłam się wyjść na ulicę, bo wszyscy pytali się mnie, czy moja matka znów jest pijana? Co gorsza, to fakt, że matka, po pijanemu wychodziła z domu, rozpoczynała kłótnie i dlatego dostawała się do więzienia! Niech dodam, że nie ma na świecie milszej matki, jak nasza, kiedy jest trzeźwa. To jednak tak rzadko! Kiedy jednak sobie podpije, popada w szał nienawiści, szczególnie względem własnych dzieci! Wtenczas, obsypuje nas najbrudniejszemi wyrazami, miesza nas z błotem i porównuje z najpodlejszymi! Są całe dni i całe noce, kiedy matka jest nietrzeźwa. W ubiegłym roku, przez cały jeden miesiąc, przez długie trzydzieści dni, zawsze od rana do nocy, bezustannie pijana! Kiedy wieczorami powracałam z pracy, w domu nieporządek! Ona sama nie umyta, nie wyczesana i zaniedbana. Kilkakrotnie mnie uderzyła i to tak mocno, że pokazały się czerwone pręgi i potem sińce! Ja się nie dziwię, że mój ojciec, patrząc na to wszystko, też zaczął szukać zapomnienia w pijaństwie. A jednak serce mi pękało, bom ojca zawsze uwielbiała! W tej chwili, widzę przez okno, jak nieogolony i zamousany, jak prawdziwy "tremp" idzie na tory kolejowe, aby kraść butelki od mleka i inne rzeczy. Serce się kraje kiedy patrzę na niego, bo przecież tak dobrze pamiętam, kiedy był inny, trzeźwy, pracowity i wzorowy, z którego każde dziecko szczycić się mogło! Dziś zaniedbany bez żadnych uczuć i względów ani dla siebie, ani dla swych dzieci! Mieszkamy wśród innonarodowców! Zmuszona więc jestem obcować z nimi. Matka się na mnie gniewa za to! Kiedy jej przypominam, że właśnie ona jest temu winna, bo z powodu jej pijaństwa i plugastwa musieliśmy się ulokować z dlła od Polaków, — bo wstydziliśmy się— i straciliśmy kontakt nawet z krewnymi, to znów mnie klnie i wyzywa! Ojcu Justynowi dobrze wiadomo, że grzeczność wymaga, jeśli do mnie przyjdą moje koleżanki, powinnam je ugościć, coś im wystawić, przynajmniej ciastek, kawy i lody! Nawet rodzice na to mi nie pozwolą. Czy jest co złego w tym? Cóż mam zrobić? Nie chciałabym iść z domu. Ja rozumiem, że takiej jak ja, trudno i niebezpiecznie żyć poza domem. Nie mogę jednak dłużej słuchać brudnych i obelżywych przezwisk. Już dwie z moich sióstr poszły sobie z domu. Nie mogły wytrzymać i znieść takiego życia. — Ja nie żądam za wiele. Ja chcę tylko, abym mogła spotykać się z moimi przyjaciółmi i przyjaciółkami otwarcie w naszym domu, a nie ukradkiem na ulicy lub u obcych. Kto by mógł być dumnym z matki pijaczki i szczycić się ojcem, który już o nic nie dba? Naprawdę, że nasz dom to coś tak zimnego i martwego jak kostnica! We dnie cicho i pusto, a wieczorem ciemno! Ojcze Justynie chciałabym prowadzić życie normalne i nieprzeciętnie szczęśliwe! Rozumiem, że zawsze nie może świecić słonko, no czy jednak dla mnie już nigdy nie ma zaświecić? Ja nie żądam ani bogactwa ani pałacu, tylko pragnę czystego i wygodnego domu, gdzie bym mogła spokojnie i szczęśliwie żyć z ojcem i matką! Niech Ojciec Justyn przepowie nie tylko moim rodzicom, lecz wszystkim podobnym, że tacy rodzice zniechęcają swe dzieci i przepełniają nas poczuciem niższości; poniżają nas, że tracimy pojęcie o własnej wartości, chociaż, szczególnie my córki, nie jesteśmy ani złe, ani przewrotne! Przepraszam za biedy i niestosowne wyrażenia, ponieważ jestem zdenerwowana i zniechęcona. Proszę pęmodlić sig za naszą całą rodzinę, ponieważ modlitwy są nam tak potrzebne, abyśmy mogli żyć w zgodzie i spokoju!"

Jak często przypominam, że tylko tam prawdziwy dom, w którym szczęście i zadowolenie, gdzie miłość wiąże całą rodzinę, ojca, matkę i dzieci! Mąż i żona, rodzice i dzieci, muszą się rozumieć. Co to znaczy? Nic innego jak tylko, że jedno dla drugiego musi, powtarzam, musi mieć pewne względy i szacunek. Dom nie należy wyłącznie do jednej osoby, lecz do całej rodziny. Celem domu jest przynieść szczęście wszystkim członkom rodziny. Rozumiem, że często, nie jest tak łatwo żyć w spokoju i zgodzie. Jednak jest to możebnym! Rozumiem, że od czasu do czasu zdarzą się nieporozumienia pomiędzy mężem a żoną, będą pewne tarcia i zgrzyty; nad tymi słabostkami mąż i żona muszą przejść do porządku dziennego. Biada jeśli chować będą do siebie urazę. Wtenczas uraza zamieni się w nienawiść, która stawi nie tylko płot, ale i mur pomiędzy nimi, i nie będzie mowy o zgodzie, spokoju i porozumieniu. Starożytni Chińczycy mieli brutalny sposób torturowania nieprzyjaciół. Związywali ofiarę i puszczali wodę, kropelka po kropelce, na głowę skazańca, przez kilka godzin — bez przerwy. Z początku zdawało sig to igraszką. Z czasem jednak, to bezustanne kapanie kropelki po kropelce na czaszkę ludzką, zamieniało się w szum, ryk i łoskot morza, aż człowiek popadł w szaleństwo i dostawał pomieszania. Takie pozornie z początku drobnostki, rosną, powiększają się i zamieniają dom w komorę tortur, mąk i cierpień!

Jeśli zastanowimy się, że każde nasze słówko i każdy uczynek wpływa na otoczenie domowe, wtenczas wstrzymamy się od wszystkiego, co może jątrzyć lub drażnić uczucia nam drogie! Tych względów trzeba uczyć też dzieci! Te trzeba przyzwyczajać do grzeczności. Byłem ja w domach, gdzie dzieci były widziane, lecz niesłyszane. Zachowały się jak myszki pod miotłą. Te mogłem uściskać i wycałować! Takie dzieciaczki dały się pokochać! Byłem jednak i w domach, gdzie dzieci bez względu na
gości, nie mówiąc o nieposłuchu na prośby i upomnienia rodziców, darły się jakby je do krzyża przybijano, albo pięty im przypalano. Znów czułem się jakby te pociechy wziąść za uszy i nakręcić je jak budzik! Pierwszy gatunek dzieci upiększa dom jak kwiatki upiększają ogrody; drugie znów szpecą domy, jak zielska szpecą śliczne trawniki!

Opat Dimnet pisał, że "naszym pierwszym obowiązkiem względem społeczeństwa jest, być sobą, czyli, 'to be ourselves' — a możemy być sami sobą, tylko wtenczas kiedy dosyć często jesteśmy sami ze sobą, czyli 'with ourselves'! Co to znaczy? Nic innego jak to, że szczególnie starsze dzieci powinne mieć własne izdebki, gdzie by mogły same się schować i mieć nieco skrytości, czyli prywaty! W domu, albo w pewnych zakątkach domu, członkowie rodziny powinni znaleźć nie tylko wywczas, wygodę, swobódę, ale i — odosobnienie i samotność! — Do domu prawdziwi przyjaciele powinni mieć wstęp wolny i czuć się w domu. Nie idzie tu o nic innego jak o serdeczność. Najbiedniejszy domek staje się bogatym i najcieplejszym, jeśli owiany uczuciami serdeczności i gościnności! Zresztą od nas uczyć się powinni inni, nie my od nich, bo czyż nie mamy tego ślicznego przysłowia: "Gość w dom — Bóg w dom" i "Czym chata bogata — tym rada!" — Niech dodam jeszcze dwie uwagi. Niech w domu będzie porządek i skrupulatna czystość. Wtenczas dom będzie miły i przyjemny. I niech ojciec i matka i dzieci siadają razem do stołu. W czasie spożywania darów Bożych, niech prowadzą rozmowy o rzeczach przyjemnych i wesołych. Mowy o śmierci, o wypadkach smutnych, o chorobach, szpitalach, operacjach, zostawić na potem, ponieważ takowe nie wzmagają apetytu i nie pomagają trawieniu! — Jeśli spamiętacie sobie wskazówki
i rady dziś wam dane, bez wątpienia domy wasze zamienią się w pałacyki szczęścia, zgody i spokoju. Życie wasze zaś będzie wam miłe i radosne!