PAPIER LATAJĄCY - pogadanka o. Justyna z 12.02.1939 r.

Muzea watykańskie zawierają cudne dzieła artystów starożytności. Jedną, bodajże z najwspanialszych prac, to sławna grupa marmurowa, przedstawiająca Laokona z dwoma synami, konających w okropnych cierpieniach, splecieni śliskimi i lśniącymi ciałami wijących się wężów! Grupa z marmuru wyciosana, zdaje się, że żyje. Figury mocują się z olbrzymimi wężami. Żyły i muskuły przebijają z zimnego marmuru, jakby pęknąc miały. Włosy najeżone; z oczu bije strach i cierpienie! Twarze boleśnie wykrzywione. Dwa węże oplotły się wokoło ojca i dwóch synów i trującymi żądłami zadają kąsy śmiertelne. Próżne wysiłki nieszczęśliwców. Sploty wyduszają powoli nie tylko siły, lecz i życie ojca i synów! Tyle co do posągów! Historia zaś tego arcydzieła jest następująca: Laokon, był to bardzo uczony i praktyczny kapłan w mieście Troi, które było długo i zacięcie oblegane przez wojska greckie! On to przestrzegał współobywateli, aby nie wprowadzali do miasta owego sławetnego konia drewnianego, zbudowanego przez Greków i w którym ukryli się żołnierze nieprzyjacielscy. Kiedy Laokon udał się na wybrzeże morskie z synami, aby bogom złożyć ofiarę, nagle z fal morskich wynurzyły się dwa olbrzymie węże i rzuciły się na kapłana i jego dwóch synków! Wszyscy zginęli straszną śmiercią w splotach wężów. To zdarzenie, uchwyciła wyobraźnia jakiegoś nam nieznanego rzeźbiarza, który światu dał w marmurze opis owego zdarzenia. — Jak nieraz mówiłem, pojedyncze osoby są składnikami rodzin, rodziny zaś są komórkami społeczeństwa. Z osób składają się rodziny — z rodzin, społeczeństwa — ze społeczeństw, świat!

Dwa nowoczesne węże uchwyciły w swój uścisk śmiertelny, nie tylko pojedyncze osoby, nie tylko poszczególne rodziny, lecz nawet całe społeczeństwa. Zapuściły swe żądła trujące w rozum, serce i duszę narodów. Duszą i zatruwają je. Może nieznacznie i powoli, lecz i stale i bez pardonu. Pytacie się co to za dwa węże? Nic innego, jak zła gazeta i niedobra książka! Tak, z żądeł ostrych jak nóż chirurga, płynie trucizna, która rozlewa jad na Boga, wiarę, kościół, małżeństwo, cnotę, obyczaje i na wszystko co dotychczas uważane było za świętość. Tyka wszystko, truje wszystkich, zostawiając za sobą nieszczęście, płacz i zgrzytanie zgbów. Przepowiedział te skutki Zachariasz prorok, kiedy miał następujące widzenie: "I obróciłem się, a podniosłem oczy swoje i ujrzałem "zwój papirusowy rozwinięty" latający. I rzekłem: Ja widzę księgę latającą, długość jej na dwadzieścia łokci, a szerokość jej na dziesięć łokci!'' I rzekł do mnie: to jest przekleństwo, które wychodzi na oblicze wszystkiej ziemi; bo wszelki złodziej, jako tam napisano, sądzon będzie, i każdy przysięgający z niej podobnie sądzony będzie! Wywiodę ja, mówi Pan zastgpów i przyjdzie do domu złodzieja, i do domu przysięgającego na imię moje kłamliwie, i będzie mieszkać w pośrodku domu jego, i zniszczy go, i drzewa jego i kamienie jego!" Teraz do przemowy, pt.

PAPIER LATAJĄCY

Dziś mówiąc do was, z sali Zjednoczenia Rzymskokatolickiego, w Chicago, po długim zastanowieniu się, celowo wybrałem ten temat. Miesiąc luty jest miesiącem prasy katolickiej! Prasa zaś katolicka, jest jednym z głównych zadań Akcji Katolickiej, na którą tak nalega Stolica Apostolska; którą czynnie prowadzi Zjednoczenie oraz tak gorąco poleca niedawno temu zreorganizowane Stowarzyszenie Polskich Kapłanów w Ameryce! Świątobliwy Papież Pius X, oprócz innych przydomków, zasłużył na miano: "Apostoła Katolickiej Prasy''. Za Jego to panowania kończyłem studia w Rzymie. Pomiędzy wycinkami z "Osseryatore Romano", mam właśnie kilka w moim starym zeszycie, o prasie! Przytaczam słowa z jednego z wywiadów! Oto myśli śp. Papieża: "Jeszcze wciąż nie docenia się znaczenia prasy. Właśnie dziś jest faktem, że bezbożne pisma oszukują, zatruwają i psują chrześcijan. Daremnie budujecie kościoły! Daremnie urządzacie misje i budujecie szkoły! Bezskuteczne są wszystkie wasze starania, jeśli nie umiecie w międzyczasie używać zaczepnej i odpornej broni, jaką stanowi dobra, wierna i katolicka prasa!" Kto dziś, patrząc na obecne stosunki śmie przeczyć zapatrywaniom już dawno zgasłego Papieża?

Powracam na chwile do proroctwa Zachariasza! Czym może być ów zwój papirusowy rozwinięty, który jawnie wpada do domów, wszystko pożera i niszczy, tak, że nawet kamień na kamieniu nie pozostaje? Czy prorok Boży nie przewidział naszych czasów, kiedy to zwoje papieru pokryte nowoczesnym drukiem, w formie modnej książki lub gazety, rzucane są nie tylko pod bramy pałaców, lecz nawet na progi najbiedniejszych domków? Większa zaś część pożera szczęście, burzy podwaliny rodzin chrześcijańskich. Wszyscy, dziś, wszystko czytają, zachęceni hasłami i oświaty i kultury. Mimo, że maszyny drukarskie, rzucają w świat, codziennie, tysiące ton papieru, zadrukowanego oświatą i kulturą, bodaj nigdy w historii świata, nie panowały takie ciemności w umysłach ludzkich jak w czasach naszych, ludzie zaś i całe państwa cofają się do wieków pogaństwa i kultury!
Zwoje papieru robią swą niecną i niszczycielsko-szatańską robotę! "Kto zna życie" pisze pewien uczony, "wie, jak mało głębszych pierwiastków głębszych i kształcących posiada sama wiedza, wie, że taka wiedza może nawet szkodzić i służyć tylko próżności Znajdujemy się u szczytu kultury świeckiej. Stajemy się coraz bardziej ślepymi i coraz więcej drażliwymi w stosunkach wzajemnych. Zubożeliśmy wewnętrznie. Postęp i kultura wykreśliła dwa wyrazy: miłość i serce!" Tak, niedobra książka przewrotna gazeta, również z życia nowoczesnego skreśliła miłość Boga i bliźniego, i zdusiła wszelkie zalety i skłonności szlachetności serc ludzkich!

Mniej więcej dwa lata temu, pewnej nocy, zbudzono mnie nad ranem, oznajmiając mi, że żądany jestem w szpitalu. Dla mnie to żadna nowość! Na przyjęcie i wysłuchanie zdrowych, mam czas wyznaczony. Dla chorych nie mam określonego czasu. Na ich usługi, gotów jestem w każdej porze dnia lub nocy. Do tego przywyczaiłem się od pierwszych dni mojego kapłaństwa. W kwadransie już jestem przed gmachem szpitalnym. Pielęgniarka prowadzi mnie do obszernej wardy, gdzie mieści się około dwadzieścia łóżek. Każde łóżko zajęte. Przy jednym z łóżek w głębi sali, odgrodzonym od reszty, uwija się kilku doktorów i cztery pielęgniarki. Na twarzach jakiś niepokój i niepewność! Po chwili oczekiwania, jeden z doktorów daje mi znak, że mogę się zbliżyć. W tej chwili usuwają się pielęgniarki. Zbliżam się do łoża! Patrzę, na łożu leży młoda kobieta, sądzę, że liczy najwyżej z lat dwadzieścia i trzy! Twarz bledziuteńka jak to prześcieradło pod którem pacjentka spoczywa; twarz pokryta bruzdami, jak świeżo zorane pole, w porze wiosennej! Czoło zachmurzone, zmarszczone! Usta napuchnięte, zczerniałe, widocznie gorączką spalone, mimo to szczelnie przymknięte, na znak nienawiści i zapalczywości! Oczy przymrużone, spod powiek, których kulały się łzy, ciężkie i grube! Zdawało mi się, na pierwszy rzut oka, że to jakaś istota ludzka, wymęczona przejściami życia do takiego stopnia, że już więcej nie dba o nic na świecie, pragnie tylko, aby dano jej spokój, więcej spokoju i najwięcej spokoju! Chwytając ją za tekę, schyliłem się nad postacią i szepnąłem do ucha: "Byłem tu zawołany! Czy macie co do powiedzenia?" — Zwolna, jakoby z pewnym wysiłkiem, otworzyła oczy, wielkie czarne oczy, które sypały iskry gorączki. W tych wielkich oczach, widziałem znaki znużenia, przestrachu i przerażenia! Wzrok wlepiała we mnie, jak kawał magnesu! Ciało się wyprężyło, jakiś spazm podrzucił nim kilkakrotnie, twarz się wykrzywiła jakimś kurczowym bólem; głębokie westchnienie szarpnęło zbolałymi piersiami; kilka więcej łez perłowych skulnęło się po wybladłych policzkach; palce jej prawej ręki wbiły się w moją dłoń jakby szukając ratunku przed jakimś niewidzialnym nieprzyjacielem. Biła od niej gorączka jak od rozpalonego pieca! Z ust gorączką spieczonych, leciał szept przyciszony, zatrwożony, ofiary brutalnie przez świat skopanej i stratowanej: "Życie mi się nie tylko sprzykrzyło, lecz i obmierzło. Kiedy miałam lat siedemnaście poznałam się przy pracy z młodym Polakiem, który w nic nie wierzył. Wyśmiewał się ze wszystkiego. Mówił, że starzy mogą wierzyć, młodzi żadnego Boga nie potrzebują! Zresztą tu w Ameryce mało ludzi ma wiarę! Dał mi kilka polskich książek, i regularnie przynosił ze sobą jedną polską gazetę i jedną angielską, w których były artykuły przeciw wierze, szkołom parafialnym, księżom katolickim itd. Czytałam biuźnierstwa przeciw Bogu i szyderstwa z pobożnych i dobrych. Mój przyjaciel mawiał do mnie: No, teraz dopiero dowiadujesz się prawdy. Trzeba wszystko czytać, aby dowiedzieć się co w świecie się dzieje! Czym więcej i dłużej czytałam, tem mniej się modliłam. W przeciągu dwóch lat zaprzestałam chodzić do kościoła i przystępować do Spowiedzi św. Namówił mnie do ślubu cywilnego. Po roku życia wspólnego, znalazłam list, z którego dowiedziałam się, że on ma żonę w innym mieście! Kiedy mu to zarzuciłam, rozgniewał się na mnie i zbił mnie tak niemiłosiernie, żem przez cały tydzień nie mogła ludziom się pokazać! Chciałam go porzucić, lecz obawiałam się, bo odgrażał się, że znajdzie mnie gdziekolwiek pójdę i zabije najpierw mnie, a potem siebie! Odtąd życie moje stało się nie tylko ciężarem, ale męczarnią. Do braci i sióstr nie mogłam powrócić, bo wstydziłam się! Z nim żyłam w obawie o moje życie. Sumienie nie dawało mi spokoju. Męczyłam się we dnie i w nocy. Chciałam sig modlić, ale nie mogłam, bo jak Pan Bóg mógłby słuchać modlitwy takiej jak ja; takiej, która porzuciła wiarę, zapomniała się modlić, chodzić na Mszę, pościć i spowiadać się, dlatego, że uwierzyła człowiekowi niedowiarkowi, który wykradł jej Boga i wiarę przez złe książki i niedobrą gazetę!! W żaden sposób nie mogłam dać sobie rady i uspokoić się! Dostałam rozstrojenia nerwów. Zrozumiałam, że nie warto dłużej żyć, bo nie ma po co! Dlatego w rozpaczy, ponieważ myślałam, że popadnę w obłęd, zażyłam trucizny! Teraz nie chcę nic więcej jak się wyspowiadać, potem — umrzeć!" W rzeczywistości wyspowiadała się z trudem i wysiłkiem, ponieważ trucizna nie tylko spaliła usta, lecz częściowo sparaliżowała język! Pozostałem przy niej. Coraz trudniej i ciszej powtarzała za mną modlitwy za konających. Z pobliskich wieży, dochodziły odgłosy dzwonów na Anioł Pański. Godzina szósta. Raz jeszcze otworzyła szeroko, te wielkie czarne oczy.
Już teraz w nich spokój. Raz jeszcze westchnęła. Raz jeszcze całe ciało drgnęło! I — skonała!! Biedna ofiara, za namową przewrotnego człowieka, karmiąc swą duszę czytaniem złych książek i przewrotnej gazety, zatruła swój umysł, spaczyła swe zapatrywanie na życie normalne, zdrowe i chrześcijańskie! Nie mogąc usprawiedliwić się przed wyrzutami sumienia, nie znajdując trwałego i pewnego punktu oparcia, po utracie wiary, popadła w otchłań rozpaczy. Truciznę moralną zamieniła w truciznę materialną; pierwszą, zabiła umysł, drugą dobiła ciało! Padła ofiarą trucizny nowoczesnej, którą codziennie karmią się i poją starsi i młodsi, nie wykluczając nawet dzieci! Teraz w imieniu młodych członkiń i członków Zjednoczenia, tu obecnych na tej sali Zjednoczenia, oraz w imieniu każdego młodzieńca i każdej panienki, którzy w tej chwili słuchają głosu mojego, gdziekolwiek oni są, w miastach czy miasteczkach, po wioskach lub na farmach, wołam publicznie i serdecznie do rodziców i nauczycieli, do wydawców i redaktorów gazet, pism i rozmaitych publikacji, do właścicieli teatrów, do nadawców programów radiowych: Zaprzestańcie, na miłość Boską, zaprzestańcie, pod hasłem oświaty, postępu i kultury, wykradać Boga z umysłów, sumień i serc szczególnie młodocianych, kiedy ta młodzież stoi na drodze rozstajnej i niedowierzając własnym siłom, ogląda się na was, wyciąga ręce do was z prośbą o wskazówki i rady! A wy, zamiast wskazywać im krzyż, na którym zawisł Stwórca-Zbawiciel, wskazujecie na kielich niedowiarstwa; zamiast skierować ich na ścieżynę wąską, która wymaga cierpliwości, umartwienia i poświęcenia, pokazujecie szeroką drogę dogadzania sobie we wszystkiem, nie odmawiania sobie niczego! Czemu nie chcecie powiedzieć prawdy tej młodzieży, że przy końcu wąskiej ścieżki jest — zadowolenie, spokój i szczęście! Szeroki zaś i pozornie wygodny gościniec prowadzi do rozpaczy, cierpień i piekła na ziemi!! Czemu nie uczycie tej młodzieży zasad prawdy i szlachetności, tylko tuczycie ją na kłamstwie, fałszu, obłudzie i nienawiści? Zaprzestańcie siać kąkol, zamiast ziarnka zdrowe, ponieważ prędzej czy później nadejdzie pora żniwa, a wtenczas, wy siewcy kąkolu, a wraz z wami, te ofiary waszych trujących zasiewów, zebrani będziecie na spalenie! Zresztą czy nie macie uszu ku słyszeniu i oczu ku widzeniu tego co się wokoło nas dzieje? Powierzchnia kuli ziemskiej pokryta stosami, na których palą się ofiary młodociane, tam rzucane rękoma niegodnych i niedbałych rodziców, super-inteligentnych nauczycielek, arcy-uczonych i zarazem cynicznych profesorów, moralnie zbutwiałych gazeciarzy! Postępowych światowców, nie uznających żadnych praw, ani Bożych ani naturalnych! Nowoczesna i sensacyjna prasa, pachnąca rynsztokiem, pod płaszczykiem wolności relgii, słowa i prasy, wyrabia coraz to więcej nowych nieszczęśliwców; liczna inna literatura pod osłoną wiedzy i nauki, pełną garścią rzuca ziarna czystego materializmu i neooganizmu na wrażliwe umysły wzrastających pokoleń. Dzisiejszy teatr, też nie ustępuje miejsca żadnemu czynnikowi, kiedy rozchodzi się o wyduszenie z dusz młodzieńczych pojęcia o Bogu, wierze, moralności i innych cnót! Już dziś, zbieramy obfite plony naszej niedbałości i nieczynności! Rodzicom zdawało się, że już wypełnili swój obowiązek wprowadzając dzieci na świat i czuwając, aby nago nie chodziły i z głodu nie pomarły! Dziś ci rodzice z ust własnych dzieci, słyszą ten okropnie cierpki i bolesny zarzut: "Myśmy was nie prosili o życie. Jesteśmy tu, ani z własnej woli, ani z własnej winy! Więc cóż teraz?" — My kapłani, przynajmniej większa część z nas, była pod wrażeniem, że wystarczy dziecko nauczyć katechizmu, przygotować do Pierwszej Spowiedzi i Komunii św. oraz do Bierzmowania! Byliśmy przekonani, że to wystarczy! Olbrzymia większość tych dzieci, po pierwszej Komunii św., poszła do szkół wyższych - bezwyznaniowych. Straciliśmy z nimi wszelki kontakt! Wzrastając, otoczona nieprzyjaznemi prądami, zaprzestała czytać polską książkę i polską gazetę. Zapisała się do organizacji obconarodowych! Stracona dla Boga - Kościoła i społeczeństwa! Chowaliśmy się w kościele i szkole. Obawialiśmy się wyjść z zakrystii, aby nie narazić się pewnym krzykaczom. Burzyciele jednak nie spoczywali! Wichrzyli wszędzie i zawsze! Rzucali takie hasła, importowane ze starokrajskich organizacji socjalistycznych i anarchistycznych; "Ksiądz o chłopa nie dba!"; "Ksiądz jest tylko na to, aby brać!"; "Ksiądz nikomu nic nie da!". No, cóżeśmy w międzyczasie robili? Pilnowali kościoła i szkoły! Poznajmy teraz i doświadczajmy skutki naszej niedziałalności nie dyplomatycznej! Budzimy się Bogu dzięki. Rozpoczynamy iść do ludu, z książką, gazetą i radiem!!

W roku 1926, po ukończeniu kapituły generalnej w Rzymie, pojechałem do Polski. W drodze zatrzymałem się w Wiedniu. Ulokowałem się w hotelu niedaleko od dworca kolejowego! W pokoju mi wyznaczonym, nad wysokim i szerokim łóżkiem, wisiał wielki i śliczny obraz. Nie wiem kto go malował. Zresztą mniejsza o to! W polu, na kamieniu siedziała młoda kobieta. Postać wysmukła o twarzy miłej i dobrotliwej, okraszonej niebiańskim uśmiechem. Czoło jednak nieco zmarszczone, a z oczu bije jakiś bolesny smutek! Do łona kobiety tuli się kilka małych i ślicznych dzieci. Kobieta tuli je opiekuńczo do siebie, a jednak wzrok kieruje na drugą gromadkę dzieci, które uciekają od niej.
W dodatku, niektóre z nich zbierają kamyczki z pola i nimi rzucają w kobietę. Do tego zachęca je chytrze uśmiechnięty mężczyzna, oparty o drzewo, wygrywający skoczną melodyjkę na fiecie i wabiący swawolne dzieci do siebie! Dziś ten obraz żywiej mt się przedstawia. Owa postać wyobraża mi Kościół Katolicki, matkę dobrotliwą, która pragnie do serca swego przytulić wszystkich ludzi, a jednak ludzkość usuwa się od niej, wabiona nie przez flecistę, lecz przez pisarzy, którzy pieszczą uszy słodkimi słowami, frazesami i zdaniami. Oni podają do rąk ludzkich kamienie zarzutów niesprawiedliwych, obłudnych, oszczerczych, chytrych, dwuznacznych skierowanych w piersi Kościoła, przez to w wiarę i w Boga! Zła książka i zła gazeta oplata nawet lud katolicki splotami wężowemi i zatruwa jadem niedowiarstwa i nienawiści! Mimo to, katolicy lekceważą sobie znaczenie prasy nam wrogiej! Często słyszy się: "Co tam taki papier może zaszkodzić? Przeczyta się i zapomni!" Jedna mała kropelka atramentu, odbita literą na papierze, wystarczy, aby wzniecić pożar światowy; wystarczy, aby spławić oblicze ziemi, potokami krwi; wystarczy, aby nie tylko jednostki, lecz całe państwa popełniły najpierw samobójstwo moralne, w końcu — fizyczne! Ktoś pisał, że "kto się szanuje, unika towarzystwa mężczyzn nieuczciwych i kobiet nieobyczajnych" — ja dodaję: "unika stykania się z każdą książką nieuczciwą i gazetą nieobyczajną!" Inaczej grozi nam zaraza francuska: utrata wiary — rozluźnienie obyczajów, które znów skazują na zgubę i całkowite wymarcie!

Dnia 12-go lutego 1922, w mieście Watykanie, odbyła się koronacja kardynała Achille Ratti, który przybrał sobie imię Piusa XI. Dziś więc, przypada szesnasta rocznica tej uroczystej koronacji, i dziś świat cały, nie wykluczając innowierców, a nawet bezwyznaniowców, modli się na intencję Piusa XI. Jaka jest ta intencja? Wyraził ją Jego Eminencja Kardynał Pacelli, sekretarz stanu: Wiara — Pokój — Tolerancja! Tu w Stanach Zjednoczonych proszeni jesteśmy wszyscy, katolicy, aby w dniu dzisiejszym odmówić Różaniec na tę intencję Ojca Św. Jeśli w kościołach naszych, odbywa się dziś wieczór, nadzwyczajne nabożestwo, idźmy wszyscy do kościoła, zmówmy pobożnie różaniec święty, na intencję Ojca Św., mianowicie o rozszerzenie wiary świętej—o zachowanie pokoju światowego,—o zrozumienie i w czyn wprowadzenie prawdziwej tolerancji! Jeśli w kościele waszym nie ma takiego nabożeństwa, klęknijcie dziś po kolacji - ty ojcze i matko wraz z dziećmi i odmówcie Różaniec św. na intencję Ojca Św., Piusa XI!!

Wykorzystuję dzisiejszy mój pobyt na sali Zjednoczenia w Chicago, Ill., przez złożenie publicznego podziękowania zacnemu prezesowi, Panu Kani, całemu zarządowi oraz członkom i członkiniom Zjednoczenia za zaproszenie do programu dzisiejszego z tej sali oraz za finansowe poparcie Godziny Różańcowej; bez tej pomocy, nasza praca radiowa, katolicka i obywatelska, by nie szła tak jak idzie. W imieniu więc całej naszej rodziny różańcowej — Bóg Wam Zapłać!